Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manga. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Zachwyciło w 2022

Po dramatycznym, wielkim NIC wypadałoby jeszcze wspomnieć o rzeczach, które zachwyciły mnie w minionym roku. Nie było może tego jakoś wiele... I tu mały offtop - wracając do pisania na blogu nie chciałbym wymuszać z siebie jakichś długich postów i sprawdzać ich po kilka razy, a po prostu cieszyć się tym i pisać od "tak sobie". Wspominam o tym, bo listy rzeczy, które zachwycały mnie w ubiegłych latach tu i tu były dłuższe, ale myślę, że ta jest również ciekawa i różnorodna.

Po długim czasie udało mi się wrócić do czytania mang. Nie zaczynałem roku 2022 ambitnie, bo padło na na The Walking Cat oraz Dorohedoro, ale dzięki nim sięgnąłem po tytuł, który znajdował się w mojej biblioteczce od dłuższego czasu - Pluto Naoki Urasawa będące hołdem/rebotem (tego drugiego słowa używam ostrożnie) dla komiksu Atom Żelaznoręki autorstwa Tezuki. Nie pamiętam kiedy zacząłem czytać Pluto, ale nie skończyłem go przez brak dostępu do kolejnych tomów i skłamałbym mówiąc, że zakończyłem przygodę z komiksem w 2022 roku, bo znowu zabrakło mi jednego tomu do kolekcji. Na szczęście na dniach ma przyjść brakujący tomik i wtedy od razu zabieram się za czytanie. 


 

Gry nigdy nie stanowiły mojej ulubionej formy rozrywki, ale jednak to one zdominowały mój rok 2022, a to za sprawą Nintendo Switch, ale po kolei. Najpierw zainteresowałem się karcianą Yu-Gi-Oh! I ze wszystkich gier TCG to właśnie karty Yu-Gi-Oh! podobają mi się najbardziej. Kolekcjonuję poszczególne archetypy w klaserach, a przy okazji składam talie. Przy okazji usiłuję uczyć się zasad gry dzięki Duel Masters na konsoli Nintendo Switch. 

Jeśli jesteśmy przy konsoli Nintendo Switch to w do moich ulubionych październiku zadebiutowała IX generacja kieszonkowych stworków. Scarlet i Violet nie należą do moich ulubionych gier z serii. Bardzo nie podobają mi się projekty nowych pokemonów oraz mechanika terra-typów. Za grami przemawiają z kolei fabuła i paradoksy (kto nie pokochał Great Tusk?). Jednak największą zaletą gier jest to, że zacząłem w nie grać z przyjacielem. Pierwszy raz mogę dzielić się tą pasją z kimś innym i to najcenniejsza rzecz jaką udało mi się wyciągnąć ze Scarlet i Violet.

 

Na koniec zostawiłem sobie Dragon Ball Super Card Game. To kolejna TCG, ale tym razem ze świata Akiry Toriyamy. Karcianka zawsze gdzieś tam się pojawiała w moich zainteresowaniach, ale w tym roku postanowiłem poświęcić jej więcej czasu. Kupuję karty, składam talie, poznaję zasady (akurat z wejścia Zenkai nie jestem zadowolony), a Mir przygotowała dla mnie śliczną matę do gry. 


Tyle ode mnie na dziś, cześć.

niedziela, 7 lutego 2021

Coś tam kupiłem... do przeczytania

Dawno nie robiłem żadnego przeglądu manguś zakupionych, ale to z racji, że bardzo długo nie zaopatrywałem się w nowe tytuły. Ba, nie mówię nawet o nowych jako nowych, ale zwyczajnie nie aktualizowałem mojej biblioteczki o serie, które już czytałem. Ostatnio napadło mnie na oglądanie anime. O dziwo, podoba mi się każda seria, którą zaczynam i tu pragnę zaznaczyć, że nie wybieram ich jakoś specjalnie, ot co, włączam pierwszy odcinek czegoś tam i oglądam z wielkim zaangażowaniem. Co się ze mną dzieje?! 

Jakiś czas temu zamówiłem sobie kilka tytułów, których jeszcze nie przeczytałem (nadal czekam za kolejnymi, które cholera wie, czy kiedy doczekają się czytania).

Przygodę z serią Klasa skrytobójców zakończyłem około 10 tomu roku 2020. Seria niemiłosiernie mnie denerwuje swoim bezsensem i tu nawet humor nie potrafił jej podratować w moim odczuciu, ale to nie znaczy, że nie chciałem się katować nią dalej, ale cholera, ani razu na moje X wizyt w saloniku prasowym nie mogłem znaleźć nowego tomiku i zlałem. Ostatnio poszukałem Klasy skrytobójców na stronie internetowej i okazało się, że jestem jakieś sześć tomików do tyłu. Jak na załączonej fotografii widać - zacząłem tom 11. Niebieska zakładka to granica, w której pan Niezabijski zaczął mnie irytować do tego stopnia, że lektura musiała wrócić na półkę. 

Postanowiłem dać szansę polskiemu komiksowi Niesłychane losy Iwana Kotowicza. Seria liczy trzy tomy, a ja zamówiłem dwa, nie wiem czemu. To była zwyczajna ciekawość. Seria ma łączyć fantastykę z historią. Zacząłem czytać, sam koncept jest w miarę ciekawy. Pewnie dokupię trzeci tom, ale to już na kolejne zakupy.

Na koniec został piąty tom mangi Dragon Ball Super. Szczerze to już nie chce mi się pisać o kolejnych tomach. Mimo tego, że przeczytałem i trzeci i czwarty, a teraz kupiłem piąty. Przyznam z ulgą, że seria liczy zaledwie 9 tomów (mało jak na standardy DBZ) i uda mi się dobrnąć do końca. Lepiej zaprezentowało się anime. Jeśli chodzi o mangę to polecam jednotomówki Odrodzony jako Yamcha i Jaco z Galaktycznego Patrolu.

Tyle ode mnie. Nara.

wtorek, 10 marca 2020

Zapomniane pokemony z pierwszej generacji

A wszystkich 150 lub więcej jest! Ja mistrzem Pokemon zostać tak bardzo chcę - śpiewam sobie korzystając z okazji, że w domu nie ma żywego ducha. Dacie wiarę, że potrafiłem wyrapować nazwy wszystkich stworków z Kanto? Pewnie takich mistrzów jak ja było na pęczki.
Articuno, Jynx, Nidorina, Beedrill, Hunter, Squirtle... W tamtym czasie zdobycie wiedzy na temat wszystkich 150 potworków było ważniejsze od jakiejś tam szkoły.
Mimo wiekiego zżycia z pierwszą generacją są pokemony, o których zapominają nawet najzagorzalsi fani. Są też takie, o których chciałby zapomnieć Game Freak, ale jak na ironię nie może, prawda, Porygon?


Dlaczego tak się dzieje, że o jednych zapominamy, a o innych nie? A oto moja teza. Niektóre pokemony po prostu są nieciekawe. I uwaga, nieciekawy nie równa się najsłabszy, bo jak inaczej wyjaśnić fenomen Magikarpia? Są jednak stworki, które ponoszą klęskę we wszyystkich aspektach począwszy od gier, poprzez mangi, a skończywszy na anime. Prezentuję kilka przykładów.


Rapidash


Ognisty koń pokemon. Dorosła forma Ponyty. Lubi rywalizaję i z przyjemnością będzie ścigał się z wszystkim, co porusza się dostatecznie szybko.
W grach pierwszej generacji jedynym sposobem na zdobycie Rapidash było ewoluowanie Ponyty, którą można było zdobyć na wyspie Cinnabar, czyli praktycznie pod koniec gry. Ponyta była na poziomie 32-36, a więc potem wystarczyło już tylko dobić do "czterdziestki" i można było cieszyć się Rapidash. W rimejkach istniała mała szansa na złapanie Rapidash na wyspach Sevii. Sam pokemon miał nieciekawe statystyki, bądźmy szczerzy, komu to się chciało trenować? GameFreak po latach przypomniał sobie o kucykach i te dostały nową, galarjańską formę. Z tym, że wszyscy mówią o Ponyta, a Rapidash nadal stoi gdzieś na uboczu.
Rapidash zadebiutowała w odcinku Wielki wyścig Pokemon, w którym to Ash i Ponyta uczestniczą w wyścigu. Przed linią mety Ponyta ewoluuje w Rapidash i wygrywa. To jej największy występ w serialu.


Tangela


Pnącza oplatające ciało Tangela chronią jego delikatne narządy. Gdy idzie, potrząsa nimi.
W grach RGB oraz rimejkach tego stworka można zdobyć na dwa sposoby - znaleźć go w trawie na drodze numer 21 lub wymienić na Venonata na wyspie Cinnabar. Fire Red i Leaf Green proponowały jeszcze znalezienie go na jednej z wysp Sevii pod koniec rozgrywki. Kolejne gry najczęściej zapominały o Tangela zmuszając nas do przesyłania go z wcześniejszych gier. Tangela pojawia się dość późno w rozgrywce, kiedy prawdopodobnie mamy w swoim zespole Bulbasaura, Bellsprouta lub Oddish osiągalne na wczesnym etapie gry. W porównaniu z innymi trawiastymi stworkami Tangela wypada dosyć baldo, pomijając nieciekawy i mało "trawiasty" wygląd, nie ma ewolucji (ewolucji doczeka się dopiero w czwartej generacji), ma słabe ataki i przeciętne statystyki.
W anime jedyny duży występ Tangela to odcinek z pierwszej serii, Pokemony w krainie zapachów, gdzie był pierwszym pokemonem liderki w walce z Ashem. Pokonał Bulbasaura i to największa rola tego stworka w anime. Podobnie w mandze Adventures, nienależy on do zespołu żadnego z dexholderów, co skazuje go na mangowy niebyt.
Tangela otrzymał swoje pięć minut sławy dzięki youtuberowi Polygon, który wyrapował nazwy wszystkich pokemonów.



Golduck


Golduck może być zauważony, gdy płynie z gracją przy brzegu jeziora. Ludzie często mylą go z mitologicznych stworem, Kappą.
To wszystko wina Psyducka! Psyduck jest jednym z popularniejszych pokemonów dzięki anime. Wszyscy pokochali gapowatego kaczora, który potrafił doprowadzić swoją właścicielkę do szewskiej pasji. Psyduck Misty nigdy nie wyewoluował w Golducka i nikt nigdy nie miał z tym problemu. Golduck pojawił się w filmie Zemsta Mewtwo, ale nie odegrał w nim większej roli. Jego prawdziwy debiut w odcinku Żegnaj Psyduck i mimo epickości, mam wrażenie, że zniknął gdzieś zapomniany. Chociaż muszę uczciwie przyznać, że jako jedyny z tej listy otrzymał porządny odcinek. Potem kaczor pojawiał się jeszcze w pojedynczych odcinkach, wystawiany w walkach przeciwko Ashowi. Ostatecznie Golduck został zupełnie przyćmiony przez Psyducka. W mandze Golduck jest członkiem zespołu Blue i tyle można o nim powiedzieć.
W grach pierwszej generacji jest dostępny na wyspach Seafoam. Szansa na spotkanie go wynosi 1%, dlatego łapiemy Psyducka na 28-30 poziomie i ewoluujemy go na 33. W kolejnych grach możemy go spotkać w lesie Ilex, strefie Safarii (Hoenn) poprzez surfowanie. Jest za to całkiem pospolity w grach DPPt. Golduck nie otrzymał mega ewolucji, regionalnej wariacji czy też formy gigantamax. Jest to o tyle dziwne, że bardzo wiele pokemonów z pierwszej generacji zostało odświeżonych, a Golduck wydaje się zapomniany nawet przez swoich twórców.


Electrode


Pokedex ostrzega nas przed prowokowaniem Electrode, gdyż magazynowana w jego wnętrzu energia, może doprowadzić do jego eksplozji.
Electrode to doskonały przykład lenistwa przy projektowaniu pokemonów, bo o ile Voltorb może bronić się jakoś tak jego ewolucja nie wnosi już kompletnie nic. Wygląd przekłąda się brak zainteresowania wśród fanów, a to pośrednio skazuje go na zapomnienie. Electrode jest dostępny w praktycznie każdje grze i wiąże się z jakimś mini questem jak wyprawa do elektrowni. Jest tam zwykle kilka sztuk i samo złapanie go może stanowić jakieś wyzwanie, a jeśli nie to pozostaje nam ewolucjia Voltorba. Z tym, że kogo to obchodzi? Electrode nie jest najlepszym wyborem jeśli poszukujemy elektrycznego pokemona. Podobnie jak Golduck nie doczekał się żadnej aktualizacji i jest to o tyle ciekawe, że jego kontrpartner, Magneton dostał ewolucję.
W anime Electrode był zwykle zmarginezowany do roli przeciwnika. Jego największy odcinek przypadł na zezon drugi, Podziemna obława, odcinek fillerowy, Electrode były w nim pokmeonami pozbawionymi osobowości, czy jakiejkolwiek ciekawej historii.

Omastar


Omastar to wyższa forma Omanyte. Ten prehistoryczny pokemon nosił na grzbiecie ciężką muszlę, która uniemożliwiała mu szybkie poruszanie się.
Jedynym sposobem na zdobycie Omastara, jak wielu innych prehistrycznych pokemonów, było zdobycie skamienieliny, ożywienie jej, a potem ewolucja na poziomie 40. Skamienielinę zdobywa się stosunkowo łatwo, bo otrzymujemy ją w Górach Księżycowych. Jednak ożywić można ją dopiero na wyspie Cinnabar, czyli bliżej końca podróży. Do tego jeszcze należy wyytrenować Omanyte'a do poziomu 40. Wcześniej znajdziemy dużo lepsze wodne pokemony Squirtle, Lapras, Gyarados, co sprawia, że Omastar ląduje na liście niepotrzebnych pokemonów.
W anime zadebiutował w odcinku Atak prehistorycznych pokemonów jako jedna z przebudzonych skamienielin. Odcinek kolejno ukradli Aerodactyl, Charizard, Jigglypuff oraz tajemnicze jajko. Pojawił się jeszcze potem w Zagadka z przeszłości, gdzie podobnie jak Electrode stanowił bohatera zbiorowego, tak to się nazywa?
W mandze Omanyte o imieniu Omny należał do Yellow. Stworek ewoluował w Omastar dopiero pod koniec historii, a więc po raz kolejny nie przyzwyczaił czytelników do swojej obecności i dla wielu pozostał Omanyte.

Wygrzebałem z pamięci. Nie było to proste zadanie. Przez lata zdążyłem zapomnieć o niektórych stworkach z pierwszej generacji. I podejrzewam, że z kolejnymi generacjami, moim różnym stopniem zainteresowania, będę zapominał o kolejnych pokemonach. Ba, są stworki z najnowszych, świeżo hajpowanych edycji, o których zdążyłem już zapomnieć. A wy? Jakie pokemony pamiętacie najlepiej, a pamięć, o których zaczyna wam się zacierać?

środa, 27 marca 2019

Chodząc do kibla razem

czyli Rodzeństwo Furo

Jednotomowa manga, Rodzeństwo Furo, autorstwa Yuki Shiwasu jest debiutem tej pani, a zarazem moim pierwszym moim zetknięciem z wydawnictwem Dango. Przyznaję, że przed zakupieniem tomiku bacznie obejrzałem okładkę i wnętrzności, bo nie do końca byłem przekonany do historii, którą chciano mi wcisnąć, ale o tym za chwilę...
Daisuke i Kyoko mają po piętnaście lat i są bliźniętami. Ich relacja zdaje się jednak daleko wykraczać poza siostrzano-braterską więź. Rodzeństwo spędza ze sobą każdą możliwą chwilę. I pisząc każdą mam na myśli naprawdę każdą, łącznie z załatwianiem potrzeb fizjologicznych. Za ich bliskością kryje się ważny powód. Otóż dzieciaki posiadają specyficzny dar widzenia zmarłych. Jedynym sposobem, aby trzymać duchy z dala od siebie jest ich bliskość.


Już po okładce, tak bardzo nasuwającej skojarzenie z rodzinką Adamsów, i kilku pierwszych stronach, jeszcze bez zniechęcania się kreską, otrzymujemy wisielczy humor w groteskowej oprawie. Poznajemy papużki nierozłączki, przerażoną ich bliskością matkę, szkolnych kolegów usilnie próbujących rozdzielić rodzeństwo i niegrzeszące rozumem duchy. To cała esencja Rodzeństwa Furo.
Pięć rozdziałów i dodatek "chibi" stanowią zamknięte historyjki, w których tytułowi bohaterowie muszą uporać się z jakimś duchem. Wszystko bazuje na podobnych żartach, które podzielimy na dwie grupy: nieogarnięcie rodzeństwa oraz wstawki z duchami.
Problem polega na tym, że opowiedziany kilkakrotnie dowcip traci swoją siłę i zamiast śmiechem puentujemy go głośnym, znużonym westchnieniem. I dzieje się tak od rozdziału drugiego. Po wprowadzeniu autorka wyraźnie chce opowiedzieć jakąś historię, ale nie robi tego ostatecznie wycofując się w sferę bezpiecznej groteski. Szkoda, bo Rodzeństwo Furo mogło dać czytelnikowi znacznie więcej od kilku dowcipów broczących w stylistyce high school drama.
Charaktery bohaterów zostały potraktowane po macoszemu. Na pierwszy plan wysuwają się cztery postacie. Z Daisuke i Kyoko jesteśmy od początku do końca, ale praktycznie niczego ciekawego o nich się nie dowiadujemy. Mają ten swój dziwny dar i naprawdę nie są ze sobą z przymusu, ale z miłości. Myślę, że fajnym motywem byłoby, gdyby czytelnik nie miał pewności, co do mocy parki i mógł przypuszczać, że jest to pretekst do bycia razem. Z tym, że wtedy bezpieczna strefa autorki za ścianą żartów skurczyłaby się w sposób drastyczny, a więc sytuacja dla czytelnika jest jasna od pierwszych stron. Fantastyczną postacią jest matka bohaterów, która ze zgrozą spogląda na niezdrową relację swoich dzieci. Nikt mi nie powie, że wspólne kąpiele szesnastolatków są normalne. Jako jedyna wydaje się postacią z niewykorzystanym potencjałem. Z czasem do ekipy dołącza kolega z klasy, Minazuki. Niby jest to postać z cyklu "character of the day", ale jako jedyny buduje większą, chociaż boleśnie banalną, historyjkę o duchu siostry.


Kreska jest nijaka. Mordy są strasznie płaskie, a dalszy plan nie istnieje. Niedbały styl sprawdza się przy postaciach duchów nadając im dodatkowy, komiczny efekt, ale przy ludziach wygląda to słabo. I szkoda tym bardziej, bo jak wspomniałem wcześniej postaci stylem (zwłaszcza mamuśka) mocno kojarzą się z rodziną Adamsów, ale ten czar pryska, gdy otrzymujemy niestaranne wykonanie.
Pech chciał, że nastawiłem się na więcej, a nie dostałem niczego. Nie ma w tej mandze nic złego, ale osobiście brakowało mi czegokolwiek, co pchałoby tytuł do przodu. Nawet jednotomowa, tfu... zwłaszcza jednotomowa historia powinna przykuwać czymś do siebie czytelnika.

wtorek, 14 sierpnia 2018

[Wakacyjne wyzwanie] My Hero Academia

Uwaga! Niniejszy wstęp piszę przed zakończeniem kolejnego etapu wyzwania. Do hasła Tokio otrzymałem od Meg jej nową "obsesję" mangę, My Academia Hero, a dokładnie pierwszy rozdział pierwszego tomu. Jestem w trakcie czytania i... Nie mam zamiaru i przyjemności więcej podejmowania dyskusji na temat zalet czytania czegokolwiek w sieci lub stawiania znaku równości między wersjami online, a papierowymi. Nie zgadzam się, męczę się na tyle, że za moment uciekam do jakiegoś sklepu z mangusiami kupić wersję papierową.
Tak, minęło kilka godzin. Przeczytałem wersję papierową. I klnę się na wszelkie świętości, jest ogromna różnica w moim nastawieniu do tytułu. Gdy zacząłem czytać po raz pierwszy znienawidziłem laptopa, boku coś tam, autora i tego, kto wstawił do internetów. Potem zacząłem czytać wersję papierową i czytanie szło płynnie, dobnra, to tylko taka dygresja. Czas na część właściwą.
My Hero Academia (oryg. Boku no Hero Academia) autorstwa Kouhei Horikoshi, w Polsce, wydawane od tego grudnia 2017 roku przez Waneko. Manga o tematyce superbohaterów i teraz na spokojnie gdy się zastanawiam mam delikatne skojarzenie z X-Menami oraz Normanem Normalnym, ale do tego dojdziemy za moment.
Mangi z rodzaju shonen nierzadko zapraszają nas do świata pełnego przygód, oddalonego od nudnej szkoły, monotonnych obowiązków i takich tam. Dlatego autorzy stawaj na głowach, aby wykreować nowy świat, z nowymi zasadami i niebezpieczeństwami, z którymi muszą mocować się nasi herosi (nie, to nie spoiler). A więc czego dowiedziałem się o świecie z My Hero Academia?
Superbohaterowie to generalna nuda. Dzisiaj każdy może być Batmanem, Ironmanem, innym coś-tam-manem. To nic wyjątkowego. W świecie do jakiego zaprasza nas mangaka to codzienność. Każdy człowiek rodzi się z wyjątkowymi zdolnościami, mniej lub bardziej przydatnymi, ale nadal zdolnościami sprawiającymi, że jest wyjątkowy. I jest Izuku, główny bohater, który jak mawia stara zasada shonenów: "musi się wyróżniać", a jak najlepiej wyróżnić się z tłumu indywiduów o wyjątkowych zdolnościach? Ano, nie posiadać ich wcale. Przypadkowo Izuku spotyka swojego idola, All Mighta.
Okładka tomiku
W rozdziale poznaliśmy trójkę bohaterów. Pierwszym jest Izuku. Chłopiec przedstawia nam się jako zwyczajny dzieciak o wielkim marzeniu. Mimo że nie posiada wyjątkowych umiejętności pragnie dostać się do szkoły dla bohaterów. Generalnie ten cały motyw przypomina mi nieco animację Normalny Norman, gdzie rodzina głównego bohatera w wyniku jakiegoś eksperymentu zyskuje moce, a jedynie Norman pozostaje zwykłym człowiekiem. I tu leży różnica między tamtym serialem, a mangą. Norman chciał zwyczajności, z kolei Izuku też chce zwyczajności... Różnica polega na postrzeganiu zwyczajności oraz skali występowania zjawiska herosów. Izuku jest zdeterminowany, płaczliwy i nieco irytujący (trochę taka męczydupa i nie mówcie mi tylko, że ktoś taki nie drażniłby was). Z drugiej ciężko odmówić mu racji w dążeniach. Drugą postacią rozdziału jest "ten zły". Bo jeśli mamy wyrzutka to dla równowagi musi być ten fantastyczny uczeń, który go gnoi. I ta rola przypada Katsukiemu. To dość ironiczny charakter, bo jak wyobrażamy sobie herosa, do którego roli pretenduje Katsuki? No, jako kogoś bez skazy, człowieka stojącego za słabszymi. Tymczasem on uważa na to, aby wyglądać na nieskazitelny charakter, a nie po prostu nim być. Coś mi mówi, że lepiej czułbyś się w roli villaina, Katsuś. Trzecią postacią jest All Might.To heros, którego poznaje Izuku, a w przyszłości pewnie i mentor głównego bohatera. Skrywa on jeden sekret i przyznam, że była to dla mnie jedyna zaskakująca rzecz, a więc nic więcej nie piszę.
Kreska jest okej; szczegółowa, a postaci na ogół ładne. Mimo że będzie to najprawdopodobniej tasiemiec (na polskim rynku wyszedł właśnie piąty tom), historia z pierwszego rozdziału, na całe szczęście, nie jest rozwleczona. Cały rozdział jest zgrabny i bez problemów mógłby stanowić niezobowiązujący one shot.

Czy przeczytałbym kolejne tomy? 
Nie wiem... Może kiedyś.

środa, 13 czerwca 2018

Czy Dragon Ball Super jest super? [drugi tom mangi]

Ach, te ciągnące się w nieskończoność sceny pojedynków przerywane jedynie na błyskotliwe wymiany komentarzy naszych herosów. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych rzeczy w mandze Dragon Ball Z były sekwencje walk potrafiące ciągnąć się w nieskończoność. Turnieje o tytuł Najlepszego pod Słońcem musiały rozkładać się na co najmniej dwa tomiki. Były eliminacje, zakulisowe przepychanki, walki półfinałowe oraz wielki finał, który, zdarzało się, otrzymywał własny tom. I przyszła pora na pierwszy turniej w Dragon Ball Super. Jak wypadł?
W ostatnim tomie działo się wiele. Tak wiele, że autor zdecydował się posłużyć ogromnymi skrótami - pach, pach i mamy tom drugi. Na początek, pojawiła się stara, dobra prezentacja postaci, której zabrakło w poprzednim tomiku. Manga liczy sobie sześć rozdziałów (10-15), czyli mniej niż poprzednio. Drużyna siódmego wszechświata trafia na bezimienną planetę, aby zmierzyć się z wojownikami z szóstego wszechświata. Przeciwników reprezentują Frost, czyli miła wersja Frezera, Cabba, robot-czajnik oraz tajemniczy Hit. Walki rozpoczęte w poprzednim tomie trwają. Sama kreska jest w porządku. Walki wyglądają dobrze, postaci również, tła... umówmy się, to Dragon Ball, kogo obchodzą tła? Moim prawie największym zarzutem będzie sam przebieg walk. W zasadzie nie wiem, o co chodzi. Większość ogranicza się do strategii: wyrzucić przeciwnika za ring. Rozwiązania poszczególnych pojedynków są czystą abstrakcją, bo jak inaczej nazwać walkę Vegety z robo-czajnikiem? Co, jak, kto wygrał? Tu nie ma czasu na jakieś gdybanie i ciskanie po przeciwniku jak Oddział Ginyu po Vegecie. Jedyną dramaturgię posiadała walka Cabby i saiyańskiego księcia, w której ten pierwszy uczy się, czym jest duma wojownika oraz osiąga poziom SSJ. Podsumowując turniej: po raz kolejny użyto ogromnych skutków i walki dobiegają końca nim dobrze się zaczną.Nie ma w tym żadnej frajdy. Jednak największym rozczarowaniem okazała się postać Szatana Piccolo. Moja ulubiona postać z serii została wykastrowana z charakteru. Tak, Piccolo, który walczył na śmierć i życie z Frezerem na Namek, zgodził się ponownie zjednoczyć z Wszechmogącym, aby móc pokonać Cella obawia się starcia z Frostem podczas turnieju. Panowie Akira i Toyotarou bardzo umiejętnie szachują fabułą; Piccolo pojawia się w mandze, bo kogoś Piwus musi wystawić do walki, ale nie oszukujmy się, lepiej zrobić z niego tchórza niż dać mu zbyt wiele kadrów i nie poprowadzić turnieju w taki sposób, aby Goku otwierał i zamykał imprezę. Po zakończeniu zabawy manga otwiera nową sagę, pojawia się Trunks z przyszłości. Przyszłość wygląda jeszcze gorzej niż ostatnio. Trunks był jedną z ciekawszych postaci w Sadze Androidów. Dlatego jego powrót oceniam na zdecydowany plus. Póki co podoba mi się owiany, póki co, tajemnicą koncept - zjawił się ktoś łudząco podobny do Goku, zabił Bulmę oraz dziewczynę (?) Trunksa. O co chodzi? Nikt nic nie wie... Rozczarowała mnie warstwa emocjonalna. Śmierci Bulmy nie pokazali wcale, a śmierć Mai nie obeszła specjalnie herosa. Wszystko było, bo było.
I koniec. Tomik drugi był krótki i pozostawił po sobie delikatny niedosyt. Póki co manga nie robi na mnie najlepszego wrażenia, ale jeszcze kilka tomów do finału pozostało. Na tom trzeci postanowiłem ograniczyć narzekania i skupić się na pozytywach, i kto wie? Może okaże się, że mam przed sobą najlepszy tom Dragon Ball Super?

poniedziałek, 19 marca 2018

Czy Dragon Ball Super jest super? [pierwszy tom mangi]

Jeden z pierwszych postów na blogu napisałem trochę z czapy. Uzupełniałem wtedy kolekcję mangi Dragon Ball i postanowiłem pochwalić się zakupem pierwszych dwóch tomów. Teraz, prawie cztery lata później chwalę się ludzkości kupnem nowej mangi, a dokładniej mangi Dragon Ball Super powstałej we współpracy AkiryToriyamy (autora oryginalnego DB, jakby ktoś miał zaćmienie umysłu i nie wiedział) oraz Toyotarou.
Będzie to post szalenie nostalgiczny, a nieco recenzyjno-porównawczy. Nic dziwnego, bo już na pierwszy rzut okaz nowej mangi bije wspomnienie dawnej serii, małego chłopca siedzącego na smoku.
Okładka Dragon Ball Super jest uderzająco podobna do okładki pierwszego tomiku Dragon Ball. Nawet grzbiet tomiku będzie ponownie układał się obrazek. W zasadzie inna jest tylko czcionka i siłą rzeczy Son Goku jest dorosły. Na tym jednak koniec nostalgicznych chwytów. Na pierwszych stronach brakuje przedstawienia bohaterów, które otwierało każdą mangę. No okej, w pierwszym tomiku oryginału też nie było takowego, a więc możliwe, że autorzy zaczną przedstawiać naszych herosów również od tomu drugiego. Czego jednak naprawdę zabrakło, wertujemy mangę na sam koniec, to "galeria stron tytułowych". Strony tytułowe rozdziałów tworzą kadry, które natychmiast rzucają nas w sam środek akcji. Chyba tylko dwukrotnie w całym tomiku rozdział otwierała faktyczna okładka. Trochę szkoda, bo "galeria stron tytułowych" była czymś od czego rozpoczynałem lekturę. Zamiast tego każdy rozdział kończy humorystyczna scenka typu "tańczący Vegeta". Nie było również "informatora", rodzaju... hm... może nie reklamówki, ale jakiegoś dodatku będącego dowodem na fajność serii. Oczywiście, nie jest to wielka strata.

Dragon Ball i Dragon Ball Super
Treść. Akcja rozpoczyna się niedługo po pokonaniu Buu. Goku pracuje, co jakiś czas wspominając walki z najsilniejszymi przeciwnikami (ot, co, trening na sucho). Pojawia się Pi... Piwus... Nie wiem, chyba zdążyłem się przyzwyczaić do imienia Beerus i nawet przez myśl mi nie przeszło to beer. Dowiadujemy się kim jest bóg zniszczenia (mniej więcej), coś o wszechświatach (mniej więcej), jakimś poziomie super saiyan god (też mniej więcej). Cały ten tomik można określić jako "mniej więcej", bo akcja leci na złamanie karku. Dymki są zapełnione na bogato, jest sporo do czytania w porównaniu do oryginalnej serii, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że z mangi usunięto połowę treści. Nikt o nic nie pyta, postaci są stawiane przed faktami, bo tak i muszą to przyjąć, bo to prostsze niż pytanie o cokolwiek. Przykład? Początek rozdziału: Beerus walczy z wojownikami Z (czy może teraz Super) i z rozmowy wychodzi, że cała drama rozpoczęła się od tego, iż dla Beerusa zabrakło puddingu. Wszystko zostało powiedziane w dialogu. Nie pokazano komicznej sytuacji z brakiem żarcia (szkoda), ani nie pokazano reakcji naszych bohaterów na pojawienie się nowego silnego przeciwnika (jeszcze większa szkoda). Brakuje mi ciekawości, rozwijania wątków, bo wszystko rujnuje przesadny pośpiech. Zupełnie jakby autorzy chcieli jak najszybciej zakończyć pracę nad mangą.
O ile nie podoba mi się pośpiech fabularny to należy pochwalić autora ilustracji. Toyotarou wykonuje kawał dobrej roboty. Czuć klimat rysunków Toriyamy i za to bardzo mu dziękuję.
Oczywiście będę dalej czytał Dragon Ball Super, chociażby z próżnej ciekawości i nadziei, że będzie znacznie lepiej. Jest okej.
Ilustracje utrzymują klimat DB

wtorek, 26 września 2017

Przyszły mangi ;D

Ech, i tak się skończyło... Właśnie odłożyłem na półkę czternasty tom Neon Genesis Evangelion. Powiem, tyle że anime broniło się ścieżką dźwiękową. Zaczynając od początku, a nie od końca to dzisiaj przyszły do mnie mangi. Dużo nie zamówiłem, ale przynajmniej udało mi się pozbyć ogonów i uzupełnić kolekcje. Także od strony kolekcjonera jestem bardzo zadowolony. Jednak jako osoba oszczędna, rozsądnie korzystająca z budżetu...


...poniosłem przykrą klęskę. Może nie jakąś wielką, ale będąc po lekturze NGE. Dobra, to nie jest temat o poznańskim skąpstwie, a o mangach, które trafiły do mojej kolekcji. Chwalę się :D



Moja przygoda z Neon Genesis Evangelion rozpoczęła się od anime. Nie pamiętam dlaczego sięgnąłem po serial. Nie pamiętam także dlaczego sięgnąłem po wersję papierową. W każdym razie pierwszy tom zakupiłem w 2015 roku i od tamtego czasu leżał u mnie na półeczce w pożyteczny sposób zbierając kurz. Niedawno zdecydowałem się uwinąć z manga i zacząłem czytać. Mimo że nie byłem jakoś "och, ach" specjalnie podjarany tytułem to trzynaście tomów przeczytałem szybko. Idiota ja, nie kupiłem ostatniego tomu. Postanowiłem to naprawić przy najbliższym zamówieniu. Wreszcie mogę powiedzieć - przeczytałem Neon Evangelion Genesis. Nie wiem, czy problemem jest fakt, że nie przepadam za sci-fi, czy historia rozlazła się już w poprzednim tomiku, ale słabo się czytało.
Jeśli chodzi o uzupełnianie serii to zastanawiałem się nad kupnem po jednym, dwóch tomikach różnych mang lub kupnem jednego tytułu. Obecnie czytam Pamiętniki przyszłości, Alicja w krainie serc oraz Gdy zapłaczą cykady [ostatnie chyba sobie daruję]. Pamiętniki znam z anime, a więc postanowiłem kupić brakujące tomy Alicji. 



Alicja to komedia romantyczna ubrana w historię znaną z opowiadania Lewisa Carrolla, Alicja w krainie czarów. Zaczynając przygodę z tą mangą nie miałem żadnych oczekiwań i chyba dlatego tak bardzo mi się spodobała. Wątki romansowe nie są aż tak bardzo widoczne. Jest zabawnie, a samo poznawanie krainy serc i tajemniczych reguł nią władających przekonało mnie do lektury. Postanowiłem szybko zapoznać się z kolejnymi tomami.


I na sam koniec zostawiłem tytuł, na który czekałem najdłużej. Tak w skrócie manga autorstwa Tanabe Gou jest adaptacją opowiadań H.P.Lovecrafta. Najpierw Studio JG zaprezentowało Ogar i inne opowiadania. Pokochałem od razu i w napięciu wyczekiwałem na Kolor z innego wszechświata oraz Nawiedziciel mroku. Pierwszą z nich chciałem kupić zaraz po premierze, ale uparłem się zaczekać na wyjście Nawiedziciela.Wyczekałem! Zamówiłem! Mam! I drugie "mam" - mam nadzieję, że Tanabe Gou zajmie się kolejnymi opowiadaniami króla horroru. Żądam więcej!
Następnym razem chcę zamówić jakąś jednotomówkę, bo nie chcę uzależniać się od własnego skąpstwa, no. Myślałem o Było ich jedenaścioro, ale wiecie jak u mnie z tematyką kosmiczną - kosmos i czarna magia. Inne tytuły, z którymi chciałem się zaznajomić to Rappa, Dziewczynka w Krainie Przeklętych, Kuro, no i wypadałoby ogarnąć czytanie Pamiętników przyszłości... może.
A wy? Czytacie coś ciekawego? Polecacie?

czwartek, 21 kwietnia 2016

Coś kupiłem...

Na dzisiaj nie planowałem żadnego wpisu na blogu, noale... Przyszła do mnie przesyłka i postanowiłem się pochwalić. Serio, w tym miesiącu troszeczkę... Może troszkę większą troszeczkę przesadziłem z zakupami i to są efekty (chociaż nie całe, bo w dalszym ciągu czekam na jeszcze dwa tomiki, plus jedno... dobra dwa filmy dvd).

 


Puella Magi Madoka Magica (t.1,2) - oglądałem anime, w miarę mi się podobało, to dlaczego nie spróbować z mangą? Ponadto jestem ciekawy jak przedstawią czarownice na papierze? W anime ich "wygląd" był rewelacyjny. Okładka mega różowa, a więc będę miał respekt na dzielni u dzieciaków.
Neon Genesis Evangelion (t.3) - podobnie, oglądałem anime i... teraz czytam mangę. To znaczy będę czytać, bo "kolekcjonowanie" tego tytułu jest bardziej z dupy. Najpierw kupiłem tom 5, potem 2, czekam za przesyłką tomu 7, kupiłem 1, bo wcześniej w sklepie nie było. W każdym razie planuję skompletować serię do końca roku.
Haganai (t.1) - nawet nie wiem co to jest i jak się znalazło w mojej przesyłce. Niby dostałem w bonusie za długi czas oczekiwania, ale czy naprawdę był taki długi? Nie, ale skoro dali to ok. Opchnę na allegro albo urządzę konkurs na blogu (zawsze o tym marzyłem ;D)
Hasło brzmi: Sailor V (t.2) - ostatnio pisałem o mangowych rozczarowaniach, wśród których znalazła się Sailor Moon. Mimo chcę dać szansę Venus, nie nastawiam się na nic wybitnego, a poza tym jestem ciekawy prequela popularnej czarodziejki.


I filmowo w ramach wyzwania:
Szefowie wrogowie - dla sprostowania, płyta kupiona jeszcze przed wyzwaniem. Świetna komedia z rewelacyjną obsadą. Pozostaje czekać na "trójkę".
Millerowie - najnowszy nabytek. 
Sypiając z innymi - natknąłem się na ten film przez zupełny przypadek.



I na koniec kubek. Już jakiś czas tremu wspominałem o zamówieniu sobie kubka z Porąbanymi i dzisiaj wreszcie doszedł. Humor poprawiony. Teraz jeszcze muszę złapać jakąś fajną koszulkę z filmu.

niedziela, 10 kwietnia 2016

4 mangi, które mnie rozczarowały

Ostatnio powróciły mi chęci, jako takie, do robienia czegokolwiek (nadal myślę o zrezygnowaniu z bloga). Dlatego też postanowiłem napisać o czterech mangach, które zachęciły mnie do przeczytania opisem, kreską, tytułem, czy innym szczegółem, a ostatecznie okazały się bardzo rozczarowujące. I tak, to jeden z tych tematów, w których przysłowie "nie oceniaj mangi po okładce" ma 100% sprawdzalności.

4 mangi, które mnie rozczarowały

Czarodziejka z Księżyca, Naoko Takeuchi
Czarodziejka z Księżyca obok Kapitana Tsubasy była dla mnie jak i wielu moich rówieśników pierwszym spotkaniem z japońską animacją. Z kolei moimi pierwszymi mangami były Dragon Ball i Pokemon, obie serie rewelacyjne, a więc doszedłem do wniosku, że manga o przygodach czarodziejek również taka będzie. Niestety manga autorstwa Naoko Takeuchi odrzuciła mnie od pierwszych stron. Wszystko za co ceniłem anime i na co liczyłem w papierowej wersji musiał pozostać w sferze oczekiwań. Brakowało humoru, charakterów, za które pokochałem sailorki, wartkiej akcji. Jednak największym rozczarowaniem była niedbała kreska. Nie tego się spodziewałem i przygodę z mangą zakończyłem po jednym tomiku. Teraz sięgnąłem po prequel tej mangi, ale bez oczekiwań i... zobaczymy?

Drug-On, Misaki Saitou
Na pierwszą wzmiankę na temat Drug-On natrafiłem przez zupełny przypadek. Była to jakaś pochlebna opinia, a akurat w tym czasie szukałem nowego tytułu, a więc dlaczego nie miałbym się zainteresować Drug-On? Kupiłem dwa pierwsze tomy i historia mnie pochłonęła bez reszty. W skrócie manga opowiada o czwórce łowców strzegących tajemniczego źródła dającego niezwykłą moc tym, którzy się w nim zanurzą. Na plan pierwszy wychodziły trudne relacje pomiędzy łowcami, nieświadoma swojego istnienia Alice, dociekliwy dziennikarz, a także demoniczny hrabia pragnący skorzystać z mocy źródła. Wszystko zaczęło psuć się w trzecim z pięciu tomów. Autorka dodawała kolejne wątki, które nie posuwały fabuły do przodu, aby po jednym rozdziale o nich zapominać. Największym rozczarowaniem był jednak sam finał, który zakończył mangę "od tak sobie".

Gangsta, Kousuke
Najnowszy nabytek. Znalazłem ostatnio w Empiku polując na Horrible Bosses. Zachęciły mnie okładka, tytuł, kreska i opis. Manga opowiada historię dwójki najemników, którzy podejmują się różnego rodzaju zadań w mieście opanowanym przez przestępczość. Liczyłem na wciągający, poważny, nieco brutalny kryminał, a po pierwszym tomiku mam wrażenie, że jest to komedyjka z walkami i niby tajemnicą, którą próbować będzie odkryć "nowy nabytek" najemników, prostytutka o imieniu Alex. Czytało się topornie, bo niczym nie zaskakuje, a co gorsza kompletnie rozminęła się z moimi oczekiwaniami. Po przeczytaniu notki odautorskiej mam wrażenie, że nawet sam twórca niespecjalnie przejmuje się swoim dziełem, a więc czego wymagać od skromnego czytelnika? Oczywiście dam jeszcze szansę Gangsta, ale z pewnością nie będzie to tytuł, na który będę czekał w napięciu, ale przynajmniej Horrible Bosses kupiłem.


Blue Heaven, Tsutomu Takahashi
Marzył mi się klaustrofobiczny klimat, ciekawa historia, coś w stylu filmów Statek widmo oraz Ciśnienie. Spodziewałem się horroru, a otrzymałem thriller. Zabrakło mi "wejścia" pomiędzy pasażerów i personel statku, większego dramatyzmu związanego z całym polowaniem, trochę mniej oczywistego podziału na dobro i zło i pominięcia bzdurnego wątku romansowego. Zdaję sobie jednak sprawę, że te minusy mogą być winą długości mangi i zwyczajnie mogło zabraknąć czasu na rozwinięcie pewnych rzeczy. Pomijając minusy komiks był obiecujący, ale prawdziwym rozczarowaniem okazał się tom trzeci. Historia w jednej chwili straciła akcję, a połowę tomu zajęły historie dodatkowe. Ostatnie pięć rozdziałów Blue Heaven można było rozłożyć na poprzednie dwa tomy. Jako czytelnik poczułem się trochę oszukany.

I to są właśnie cztery mangi, które mnie rozczarowały. Oczywiście, nie oznacza, że są to tytuły złe, ale zwyczajnie minęły się z moimi oczekiwaniami. Zapraszam do dzielenia się swoimi tytułami mang / nie-mang, które was rozczarowały. 

czwartek, 6 sierpnia 2015

Ranking moich ulubionych pokemonów

Pokemony to marka rozpoznawana na całym świecie. Ostatni raz na temat ulubionego pokemona wypowiadałem się, gdy na horyzoncie nieśmiało wyłaniała się czwarta generacja. Dzisiaj jesteśmy po szóstej "porcji" z dokładką w postaci megaewolucji. Myślę, że z tego powodu warto odkurzyć temat i przypomnieć sobie ulubione kieszonkowe stwory. Wybór trudny, bo inaczej prezentują się one w grach, inaczej w anime i inaczej w mandze. I wszystko zależy od tego, co w danym momencie interesuje cię najmocniej plus ogólny poziom zajebistości. Moimi głównymi kryteriami są przydatność w grach, sentyment, wygląd, a czasem historia pokemona (tyczy się to głównie mangi i anime).

11
Braviary
To prawdopodobnie jedyny pokemon latający, który znalazł się na tej liście. Piszę prawdopodobnie, bo cały ranking powstaje spontanicznie. Latające pokemony nie są moimi ulubionymi, ale przydają się, dlatego traktując je jak zło konieczne włączałem jednego Pidgeya lub Fearowa do składu. Piąta generacja miała szansę zmienić moje nastawienie. Jak źle nie myślałbym o "piątce" to muszę uczciwie przyznać, że Brivary wygląda po prostu zajebiście. To orzeł, a nie jakiś jastrząb, przerośnięty wróbel czy jakaś przetrącona  glapa. Zajebistość wylewa się z niego na każdym kroku, ale hej, to piąta generacja i trzeba jakoś upierdolić życie jego fanom - preewolka pojawia się na drodze numer 10, czyli po zdobyciu siódmej odznaki na poziomie 11, a w Brivary ewoluuje na 50.

10
Venonat
To trochę nieoczywisty wybór. Gdybym miał wyjaśnić, dlaczego lubię Venonata, miałbym spory problem. Kilkakrotnie dołączałem go do drużyny w grach (nigdy nie ewoluowałem), ale nie był specjalnie przydatny i jego rola ograniczała się do bycia maskotką. Bardzo lubię anime, w których pojawia się Venonat. Pierwszy raz w odcinku The Ninja Poké-Showdown, gdzie równo strollował Asha i spółkę. Potem dołączył do "stałej obsady" jako pokemon Tracy'ego. Wtedy dał się poznać jako doskonały obserwator. A poza tym zawsze bawił mnie dźwięk, jaki z siebie wydawał - klakson!

9
Snubbull
Snubbull był jednym z pierwszych pokemonów drugiej generacji, które zostały przedstawione widzom. Jego debiut miał miejsce w odcinku specjalnym "Wakacje Pikachu". Jeszcze wtedy prezentował się niezwykle tajemniczo. Poza nazwą nie było o nim żadnych konkretnych informacji. Później Snubbull pojawił się kilkakrotnie w serialu. Serialowy pokemon uciekł swojej właścicielce, gdyż miał dość życia "w złotej klatce", a jego (w sumie jej) celem stało się podążanie za Zespołem R. Zaś samo imię jak i wyraz twarzy stworka otrzymała pewna postać z mojego fika.
8
Sharpedo
Pokemon-rekin zadebiutował w generacji trzeciej, która przyniosła wiele fajnych i świeżych pomysłów.W grach dodatkowym atutem Sharpedo jest jego umiejętność "Rough Skin" polegająca na zadaniu niewielkich obrażeń za każdym razem, gdy przeciwnik zaatakuje atakiem fizycznym. Ponadto pokemon stał się znakiem rozpoznawczym Archiego... no i moim, rzecz jasna. Jego nazwa pochodzi od słów "rekin" i "torpeda", co wiąże się z jego wyglądem. Wygląd to niestety najsłabszy element pokemona, gdyż przypominający torpedę rekin nie ma ogona. Niestety tego błędu nie poprawiła nawet jego megaewolucja. Tak czy inaczej bardzo lubię Sharpedo.

7
Zigzagoon
Pierwszy raz grając w Emerald (moja pierwsza gra z trzeciej geny) natknąłem się na tego urokliwego szopa i postanowiłem złapać jako alternatywę dla Rattata. Dzięki jego umiejętności Pickup znalazłem mnóstwo przedmiotów, a w tym również Rare Candy. Potem Zigzagoon szybko stał się moim numerem jeden w zespole, a z czasem ewoluował. Poza tym jest to jeden z najładniejszych pokemonów.

6
Tyrunt
Skamienieliny pojawiają się od pierwszej generacji i naprawdę dziwię się, że dopiero w szóstej generacji ktoś wpadł na pomysł, aby stworzyć poke-tyranozaura, który przy okazji będzie łączył w sobie typy kamienny i smoczy. Ma świetny, prosty wygląd (bardzo cenię to w pokemonach), a także uczy się ataków takich jak Crunch oraz Dragon Tail dzięki czemu jest bardzo wartościowym członkiem drużyny. Nie oglądam nowego anime, ale miałem okazję oglądać walkę Tyrunta z zabawkami Asha i chociaż wynik walki był dla mnie oczywisty od pierwszej chwili to miło się oglądało, jak dinozaur pokonuje pokemony protagonisty.

5
Cubone
Tak, mój numer jeden. Cubone to tylko i wyłącznie czysty sentyment. Nie pamiętam jego występu w mandze, w anime pojawiał się w rolach epizodycznych, zaś w grze nigdy nie włączałem go do podstawowego składu. Jeśli jednak dobrze poszukać w pamięci to Cubone był pierwszym pokemonem, który mnie zainteresował. Z wyglądu był fajny i nieprzekombinowany. Posiadał atrybuty z kości w postaci hełmu i maczugi, które dodawały mu powagi. Sam pokemon posiada smutną historię, wokół której fani mnożą spekulacje, co sprawia, że Cubone wydaje mi się jeszcze ciekawszy niż kiedyś.

4
Golbat
Jak wspomniałem wyżej, nie przepadam za typem latającym, ale mimo wszystko zawsze warto posiadać jednego uskrzydlonego pokemona w drużynie. Przypadek sprawił, że kiedyś złapałem Zubata (ogólnie o tym nietoperku pieśni piszą) i bardzo się męczyłem z jego Supersonic i Leech Life, ale opłaciło się, bo ewoluował w Golbata. Czułem ogromną satysfakcję, gdy słaby Zubat ewoluował w Golbata i co ważniejsze wysiłek się opłacił, bo zyskałem świetnego pokemona. Odtąd Golbat zawsze towarzyszy mi w grach D/P/Pt, a czasem nawet w LG. Ponadto Golbat należący do Kogi został ciekawie przedstawiony w mandze. Początkowo chciałem wpisać tu Crobata, ale wizualnie bardziej przemawia do mnie Golbat.

3
Raticate
Mam wrażenie, że Raticate to pokemon, którego potencjał mało kto dostrzega i większość graczy używa go wyłącznie do noszenia śmieciowych aczkolwiek potrzebnych ataków. Tymczasem Raticate potrafi nauczyć się wielu świetnych ataków i warto mieć go w zespole. Z tym pokemonem wiąże się też historia. Pierwszą grą pokemon, z którą się zmierzyłem był Gold, a pierwszym złapanym wtedy pokemonem był Rattata, który później ewoluował w Raticate. Dopiero się uczyłem zasad i mój Raticate nie był najsilniejszy, ale razem z nim przeszedłem ligę - w końcu był moim pierwszym złapanym pokemonem. 

2
Nidoking
Uwielbiam. Wogóle jestem fanem całej rodziny Nidoranów i gdyby moja lista miała 20 pozycji to na kolejnych znalazłby się Nidorany oraz Nidorino. Jednak bez wątpienia numerem jeden jest Nidoking. Uczy się obłędnych ataków: Earthquake, Flamethrower, Thunderbolt, Ice Beam... Swoją siłą oraz groźnym wyglądem zapracował sobie na miejsce w tym rankingu. Szkoda, że w anime i mandze nigdy nie otrzymał większej roli.

1
Bulbasaur
Wybór startera nigdy nie stanowił dla mnie większego problemu. Jeśli gram w LG to wybieram Bulbasaura. Gdy gram w Y, wybieram Bulbasaura (ta, mam dwa trawiaste z Gogoatem w składzie) - to oczywisty pokemon i przyznam, że dużo lepiej korzysta mi się z niego niż pozostałych dwóch starterów Kanto. Od zawsze szczególną sympatią darzyłem pokemony rośliny, a Bulbasaur był dla mnie ich najważniejszym przedstawicielem. Od razu spodobał mi się cały koncept stworka, który był połączeniem zwierzęcia i rośliny. Z jeden strony było w nim coś łobuzerskiego, a z drugiej bulwa, która dodawała mu delikatności. Nie licząc Pikachu, Bulbasaur był najdłużej towarzyszącym Ashowi pokemonem, bo był z nim przez praktycznie całą Orginal Series, a potem pojawiał się jeszcze w epizodach w kolejnych sezonach.

Tyle ode mnie. Stworzenie listy było trudne i wiele pokemonów musiało z niej wypaść jak chociażby Elekid, Quilava, Roselia oraz Buizel. Jeśli macie własny ranking to zapraszam do pochwalenia się. 

niedziela, 2 sierpnia 2015

[Wakacyjne wyzwanie] Hetalia Axis Powers

Środek lata... Półmetek wakacyjnego wyzwania... Czuję, że najcięższa próba jest tuż przede mną i chyba mam rację, bo tym razem przypadła mi manga Hetalia Axis Powers. Przyznam się, że kiedyś próbowałem rozpocząć przygodę z anime o tym samym tytule, ale bardzo szybko dałem za wygraną - tak po dwóch minutach odcinka i nie jest to tak mało, bo odcinek trwa około pięciu minut. W każdym razie dzięki wyzwaniu od Meg miałem szansę zapoznać się z serią od strony "rysowanej". 
Tom pierwszy tej mangi znalazłem w internecie i tam też go przeczytałem. Początkowo planowałem kupić, bo raz fajnie mieć komiks na półce, a dwa wygoda czytania. Niestety wysoka (jak na treść) cena skutecznie mnie odstraszyła.
Ogromna popularność internetowego komiksu autorstwa Hidekazu Himaruya sprawiła, iż został on wydany jako manga (w Polsce w sześciu tomach przez Studio JG). O czym jest? Najkrócej można powiedzieć, że manga nie ma fabuły. Hetalia Axis Powers przedstawia krótkie, satyryczne historyjki z personifikacjami różnych krajów  w rolach głównych. W ogóle, buszując po internetach, dowiedziałem się, że "hetalia" jest połączeniem słów "hetare" (bezużyteczny) oraz "Italia" (tu tłumaczyć nie trzeba) i prawda, bo na pierwszy plan wysuwają się właśnie wesołe Włochy oraz Niemcy, ale poza ich dwójką była też Japonia, Kanada, Anglia, a gdzieś tam na dalszym planie Polska. Brzmi sympatycznie, zwłaszcza jeśli doda się do tego stereotypowe cechy mieszkańców wspomnianych krajów i w teorii tak jest, ale praktyka okazała się ciężka w odbiorze.
Niemcy i Włochy

Lubię czytać mangi, doceniam dobrą kreskę, a jak wygląda kreska w Hetalii? No właśnie... Jest ona największą wadą mangi. O ile mógłbym przyznać serii jakieś plusy za satyryczne podejście do rzeczywistości, tak na wstępie serię skreśliła jej niechlujność. Odniosłem wrażenie, że i tak krótkie rozdziały były tworzone w ogromnym pośpiechu - coś na kształt moich rysunków, którymi zwykle zdobiłem marginesy zeszytów na nudnych lekcjach. Momentami miałem kłopoty z rozróżnieniem postaci. Z resztą podobnie było z tłem, które często zlewało się ze sobą, albo wcale go nie było.
Niestety, ale to co jest największym atutem mangi, humor, kompletnie do mnie nie przemawia. Jasne, na początku scena z Niemcami uwalniającymi Włochy z pudełka (brzmi dość abstrakcyjnie) wydała się całkiem spoko, ale nic ponadto. Po kilku stronach zacząłem odczuwać znużenie, bo ani mnie to nie interesowało ani bawiło i w zasadzie brnąłem jedynie od rozdziału do rozdziału i tak do końca.
Niestety, ale po lekturze pierwszego tomu jestem tak samo głupi jak byłem. W zasadzie Hetalia Axis Powers to rozrywka, która zupełnie mnie nie bawi, bo nie zadowala pod względem humoru ani estetyki. Jednak przed napisaniem tekstu przejrzałem kilka stron i muszę przyznać, że zaskoczył mnie ciepły odbiór serii (chociaż mam wrażenie, że to większa zasługa serii animowanej, niż koślawej mangi). Ogromna rzesza fanów nie może się mylić i dostrzega jej urok, a więc Hetalia nie może być zła. Ja jednak nie potrafię dostrzec jej zalet.

Czy sięgnąłbym po drugi tom?
Nie.

czwartek, 25 czerwca 2015

4 anime na podstawie, których powinny powstać mangi

I vice versa. Czasem po obejrzeniu jakiegoś animca zaczynam szukać jego mangowego odpowiednika. I jakież jest niekiedy moje zdziwienie, gdy nie znajduję żadnego komiksu. A oto cztery tytuły, z którymi chętnie zapoznałbym się w wersji papierowej.

Spirited Away: W krainie bogów
(Sen to Chihiro no Kamikakushi)
Najlepsze anime jakie oglądałem albo jedno z najlepszych. W swoim oskarowym dziele Hayao Miyazaki zaprezentował niezwykły świat magii. Poza wątkiem Chihiro jest mnóstwo interesujących postaci oraz mechanizmów, którymi rządzi się "kraina bogów", i które z powodzeniem mogłyby się odnaleźć na kartach komiksu: Haku, siostry Zeniba i Yubaba, bóg bez twarzy, fantastyczni pracownicy i klienci łaźni.

Paranoia Agent
(Mousou Dairinin)
Rewelacyjne anime po obejrzeniu, którego zacząłem szukać mangi. Ogromnie się zdziwiłem, gdy nie znalazłem żadnej informacji na temat komiksu. Jest to kompletna historia i zdaję sobie sprawę, że manga prawdopodobnie nie zaskoczyłaby niczym nowym. Mimo wszystko jestem ciekawy jak bardzo papierowa wersja mogłaby odbiegać od pierwowzoru, jak przedstawiano by szaleństwo oraz całą atmosferę zmęczenia i niepokoju. Ponadto bardzo podobała mi się kreska w anime.

Kakurenbo
(Hide and Seek)
Jeśli ktoś regularnie albo i nie, czyta mojego bloga to zapewne wie, że lubię horrory. Kakurenbo to krótkometrażowa produkcja z 2004 roku. To nie jest długa i bardzo wymagająca historia, ale dla przykładu "Doubt" też nie jest, a czterotomowa manga powstała. W anime przede wszystkim zachwycała sceneria i wyraźny klimat japońskiej tradycji. Fajnie byłoby mieć "Kakurenbo" jak mega mangę.

Przygody Bosco
(Bosco Daiboken)
Tu pojadę po pandzie bandzie, ale czy ktoś pamięta cykl "Bajkowe kino"? Ta, zanim stacja TVN zaczęła specjalizować się w durnych programach o niczym istniało pasmo dla dzieci i tam właśnie trafiła się 26-odcinkowa seria "Przygody Bosco". Świat Bosco był prosty, zabawny, a czasem wzruszający. "Przygody Bosco" to dobry materiał na całkiem niezłą mangę będącą połączeniem pierwszych tomów Dragon Balla oraz "Pamiętników Tatusia Muminka" Tove Jansson.

Uff... Ostatnio mangi jakie powinny być animcami, a dzisiaj animce jakie powinny być mangami. Zapraszam do podzielenia się swoimi typami.

wtorek, 23 czerwca 2015

4 mangi na podstawie, których powinny powstać anime

Ten post to raczej taki luźny zbiór myśli na temat mang, które zainteresowały mnie do tego stopnia, że zacząłem szukać ich ekranizacji i, kurde, nie znalazłem.

Rewolucja według Ludwika
 (Ludwig Kakumei)
Właśnie jestem po tej mandze. W skrócie; Ludwik jest księciem, który wyrusza na poszukiwanie idealnej kandydatki na żonę. W swojej podróży spotyka księżniczki z różnych bajek braci Grimm jak Roszpunka, Kopciuszek oraz Śnieżka. Poniekąd motyw podobny do "Nagagutsu o haita neko no bôken", gdzie kot w butach pomagał różnym bohaterom baśni. Kaori Yuki w doskonały sposób łączy akcję, humor i motywy z klasyki. Ta historia wręcz prosi się o anime. Ludwik oraz jego partnerki przeniesione na ekran byłyby doskonałe i wierzę, że wersja anime mogłaby troszeczkę "podreperować" samą końcówkę mangi.

God's Left Hand, Devil's Right Hand
(Kami no Hidarite, Akuma no Migite)
Bardzo lubię horrory, a jeśli chodzi o twórców anime to trzeba przyznać, że umiejętnie potrafią kreować nastrój grozy. Manga autorstwa Kazuo Umezu powstała w latach1986-1989 i opowiada historię dwójki rodzeństwa, którzy co chwila mają do czynienia ze zjawiskami paranormalnymi. Jasne, kreska, która odbiega od dzisiejszych "standardów" może nie wszystkim przypaść do gustu, ale to nie problem i dla przykładu Studio Madhouse w sposób fenomenalny odświeżyło mangę "Parasyte".

Yume Uri
Tu w sumie nie wiem co napisać na temat fabuły. Yume Uri to krótki (10 stron?) komiks. I tak mam świadomość, że z historii nie powstanie żaden serial, chyba że na bardzo upartego, ale przyjemnie byłoby móc obejrzeć chociażby krótkometrażowy film oddający tajemniczą i senną atmosferę.

:REverSAL
":REverSAL" to stosunkowo świeża manga i jeszcze wszystko przed nią. Historia młodziutkiej gejszy, która pewnego dnia odnajduje tajemnicze urządzenie przenoszące ją do alternatywnej rzeczywistości została zamknięta w dwóch tomikach. Może pomysł nie jest na tyle dobry, aby stworzyć 12 odcinkową serię, ale z pewnością można by zamknąć całość w jednym filmie, w którym akcja oraz tajemnica przeplatają się z humorem.

Anime / Manga

Wrażenia po...

niedziela, 22 marca 2015

All You Need Is Kill

Jakiś czas temu postanowiłem nadrobić komiksowe zaległości i w ciemno sięgnąłem po "Blue Heaven" oraz "All Need Is Kill". Oba te tytuły wydane zostały przez JPF. O pierwszym z nich, gdzieś już wspominałem, zaś z "All You Need Is Kill" rozliczę się  tym poście.
Manga została wydana przez JPF już jakiś czas temu, a seria zamknęła się w dwóch tomach formatu B5. Historia została przeniesiona z książki, która poza komiksową wersją doczekała się także filmu z Tomem Cruisem "Na skraju jutra". Swoją drogą wśród moich filmwebowych znajomych cieszy się wysoką średnią, a więc może warto? Pewnie zaczekam na premierę w polskiej telewizji.
Przyszłość. Ziemia zostaje zaatakowana przez kosmitów. Te dziwne stwory przypominające pająki nazywają się "Mimikami" i w zasadzie tyle o nich wiadomo w wielkim skrócie. Ludzie przegrywają walkę z nimi i ogólnie sytuacja nie wygląda najlepiej. Główny bohater, Keiji, ma na nazajutrz pierwszy raz stanąć na polu bitwy. Gdy wreszcie dochodzi do tego momentu ginie niemal od razu, po czym budzi się we własnym łóżku na dzień przed walką z niejasnym uczuciem déjà vu. I sytuacja powtarza się kolejny raz, a Keiji zaczyna rozumieć, że wpadł w jakąś dziwną pętlę czasową.
Dwa tomy, w których opowiedziano historię bardzo mocno różnią się od siebie. Pierwszy opowiada historię z perspektywy Keijiego, przedstawia zarys problemu i usilne próby przezwyciężenia pętli, a wszystko czego musi dokonać protagonista to stać się niepokonanym. Akcja trochę przypomina grę wideo. Awatar biega po polu bitwy i próbuje skończyć misję, a każdy jego błąd kończy się odesłaniem na początek rundy. Tom drugi w dużej części odpiera zarzuty, które miałem zaraz po przeczytaniu pierwszego: odkrywa nieco świata, stara się wyjaśnić istnienie pętli, a także pokazuje drogę do zostania żołnierzem. Rita i Keiji mają podobny bagaż doświadczeń i pozornie "ich" historie mogą składać się na jedną biografię żołnierza wypranego z uczuć. Momentami (dokładnie pod koniec) to spranie z emocji nieco mi wadziło, ale zdaję sobie sprawę, że autor jak najlepiej chciał odwzorować charakter człowieka zmęczonego ciągłymi próbami wyjścia z cholernego "Dnia Świstaka". Trzeba także docenić przywiązanie do błahostek jak chociażby rozmowa o kawie, albo pytania odwracające uwagę od śmierci.
Najmocniejszą stroną mangi są rysunki. Postacie wyglądają rewelacyjnie. Najbardziej podobają mi się ich oczy. Zwłaszcza, gdy Keiji zaczyna odczuwać zmęczenie powtarzającymi pętlami. Widać, że twórca przykładał ogromną uwagę do detali. Kombinezony bojowe oraz kosmici są narysowani po prostu genialnie.
"All You Need Is Kill" to dobre połączenie akcji i sci-fi.Chociaż sama historia nie porwała mnie jakoś szczególnie to nie żałuję czasu jaki poświęciłem na zagłębienie się w nią.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rejs na Blue Heaven

Po wczorajszych empikowych łowach do domu przyniosłem trzeci i zarazem ostatni tom komiksu "Blue heaven" autorstwa T. Takahashi'ego. Chciałem napisać o tej mandze wcześniej, bo miałem już jakieś jej wyobrażenie po dwóch tomach, ale zdecydowałem się zaczekać na zakończenie, które... No właśnie.
Tytułowy "Blue Heven" to statek wycieczkowy, który w trakcie rejsu podejmuje decyzję o przyjęciu na swój pokład dwójki rozbitków. Wkrótce okazuje się, że jednym z ocalałych jest bezlitosny morderca. Z tego miejsca łatwo przewidzieć dalszy przebieg wydarzeń. Oczywiście, to jeszcze nie przekreśla to mangi, która mogła być interesującym thrillerem. Mogła, bo niestety nie jest. O ile pierwszy tom dawał zapowiadał interesującą, powoli rozkręcającą się historię z ciekawymi bohaterami, tak drugi tom skupił się wyłącznie na chaosie i dość płytkim przedstawieniu bohaterów. Cała historia opiera się na trzech postaciach: mordercy Galphie, sadystycznym synu milionera Sheng Longu (nie, nie tym z DBZ) oraz Natsukawie należącej do personelu pokładowego. O ile panowie jeszcze jakoś wypadają (o obu dowiadujemy się czegoś z ust innych bohaterów) tak Natsukawa służy wyłącznie jako kobiecy ozdobnik plączący się gdzieś w tle i na siłę próbujący zdobyć sympatię czytelnika. Trochę się czepiam, bo nie do końca pojmuję dlaczego właśnie z niej zrobiono główną bohaterkę. Pierwszy tom zaprezentował kilka naprawdę interesujących wątków i postaci takich jak szef ochrony, kapitan, śpiewaczka operowa oraz ojciec Sheng Longa, które w drugim tomie przestają się liczyć zupełnie. Niestety daje to wrażenie jakby miały one jedynie zapełnić czas zanim zetrą się ze sobą najważniejsze postaci.
"Blue Heaven" postanowiło iść w stronę szybkiej akcji, walki o przetrwanie i płytkich postaci. W takim podejściu nie ma nic złego, gdyby nie jedno ale... Twórca najwidoczniej chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i do tej historii starano dorzucić się głębszą treść. Uch, symbol! Nie, nie trzeba szukać ukrytego przekazu - ten przekaz po prostu jest natarczywie podkreślany przy każdej możliwej okazji - statek to metafora świata pogrążonego w wojnie. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy wygłaszający co jakiś czas słabe monologi o "najlepszej rasie" Sheng Long nie przypomina wizualnie Hitlera?
Takie miałem spostrzeżenia po dwóch tomach wydanych przez JPF. I trzeci tom niestety ich nie zmienił, bo w zasadzie służył wyłącznie domknięciu historii i przypomnieniu symbolicznego znaczenia tego głębokiego dzieła. Do trzeciego tomu dołączono jeszcze dwie dodatkowe historie: "69" oraz "Route 69", które objętością zabierają około połowy tomiku.
Co mogę zdecydowanie zaliczyć na plus do kreska. Jest naprawdę ładna: kadry są staranne, a postaci są narysowane z wielką dbałością.
"Blue Heaven" mogłoby być świetnym komiksem wypełnionym akcją, albo fenomenalnym dziełem mówiącym o dehumanizacji. Niestety, ale jest czymś po środku, co nie do końca pozwala cieszyć się lekturą.