Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 sierpnia 2023

Gdy byłam w twoim wieku...

Moje przewidywania dotyczące ostatniego kierunku podróży czyli serialu Lockwood i spółka przypominały turystę usilnie próbującego odczytać właściwy kierunek z mapy. W pierwszym odruchu pomyślałem o serialu prawniczym, a następnie o detektywistycznym. Nikt mi nie powie, że nazwisko Lockwood nie brzmi jak pan w garniaku rozwiązujący kryminalne zagadki. I mam przed sobą plakat, który jak na złość komplikuje sprawę, bo adwokat zmienia się w łowcę potworów. Poster serialu przypomina mi Gęsią skórkę oraz Fantastyczne zwierzęta. Ciąg dalszy po seansie... 

 


Nastoletni Anthony Lockwood z pomocą asystentki Lucy prowadzi agencję zajmującą się wypędzaniem duchów z nawiedzonych miejsc. Pierwszy odcinek ośmioodcinkowej serii zaprezentował po trochu wszystkiego: jest wielkie domostwo, para młodych bohaterów, duchy oraz retrospekcje (retrospekcje w każdym filmie punktują u mnie), a wszystko to w klimacie mrocznego fantasy. 

Serialowy świat Lockwooda nie ma wiele wspólnego z naszym. Tutaj duchy oraz agencje do walki z nimi są codziennością, którą w dużej mirze rządzi biurokracja i "dorośli". Oczywiście w opozycji do nich stoi pan Lockwood. Serio, wszyscy dorośli są przedstawieni jako starzy, bezwzględni i nieszczęśliwi ludzie. Jest nawet moment, w którym Lucy nazywa matkę "martwą" i myślę, że to dobra analogia. Nie jest to żadne nowe podejście. 

Co ciekawe pierwszy odcinek nie skupiał się na samym założycielu agencji, a na Lucy Carlyle i jej początkach kariery w branży. Na początku odcinka prezentuje się jako arogancka dziewczyna, która nie szanuje starszych od siebie. W pewnym momencie akcja przenosi nas o trzy lata wstecz, które były pasmem rozczarowań Lucy światem od trudnych relacji z matką, poprzez szkolenie w elitarnej agencji, aż po dramatyczny finał. 

Bardzo mi się podobało intro serialu, które stoi na wysokim poziomie wizualnie i muzycznie. Nie można też nie wspomnieć o realizacji - duchy przypominają nieco nowych Ghostbusters, ale nie rozpatruję tegow kategorii dobre czy złe, po prostu tak jest. Mocną stroną są dobrze rozpisane dialogi. 

Co mi nie zagrało? Niestety główni bohaterowie. Dorośli, o których wspominałem są po prostu źli, Lucy mimo wszystko nie wzbudza sympatii, a samym Lockwoodzie niewiele mona powiedzieć. 

Czy polecam serial Meg?

 Tak. Myślę, że ten serial posiada wiele elementów, które tobie przypadną do gustu od głównej bohaterki po sam świat przedstawiony.

 Ewentualnie co do tego? 

Najnowszy Ghostbusters.

 

Na razie to, a we wtorek szarpnę się na jakieś podsumowanie wyzwania.

sobota, 29 lipca 2023

Przesolony kurczak

Moja druga podróż w ramach Wakacyjnego wyzwania odbyła się do Korei Południowej i tuż przed spakowaniem bagaży zaryzykuję stwierdzenie, że to będzie udana wycieczka.Południowokoreańskie produkcje zwykle prezentują co najmniej dobry poziom, a oto moje wrażenia z pilotażowego odcinka serialu All of Us Are Dead.

Tytuł i plakat właściwie mówią wszystko. Oczywistym skojarzeniem jest inny film produkcji południowokoreańskiej o zombie, Train to Busan (oryg.Busanhaeng), ale sam plakat przypomina mi School Live! (oryg.Gakkō Gurashi!). W obu chodziło o klasyczny survival z truposzami. I tu przyznam, że byłem zaskoczony, gdy okazało się, że produkcja jest serialem (z jakiegoś powodu wbiłem sobie do łba, że jest to film).

Serial All of Us Are Dead to dwunastoodcinkowa produkcja z 2022 roku. W liceum wybucha epidemia wirusa, który przemienia zainfekowanych w zombie. Uczniowie i nauczyciele zostają zmuszeni do walki o przetrwanie. Proste? No to zaczynajmy...

Serial czerpie garściami inspirację z Train to Busan. Tutaj, tak samo jak w filmie z 2016 roku, poświęcono cały pierwszy akt na budowanie historii i poznawanie sporej grupy głównych bohaterów. Umarlaki są zwinne, szybkie i krwiożercze. Mam wrażenie, że nawet scena z zainfekowaną pielęgniarką jest tworzona na modłę tej z konduktorem. Nie są to wady produkcji, ale z pewnością detale, które zauważy osoba mająca styczność z Zombie express

Najbardziej w tym serialu podoba mi się strona wizualna. Już pierwsza scena mimo sporej dozy brutalności była bardzo klimatyczna i totalnie przyciągnęła moją uwagę. Twórcy wykazują ogromne wyczucie czasu i nawet jeśli mam świadomość tego co za moment się wydarzy to daję się "złapać" i czekam, aż zombiak wyskoczy. Żywe trupy prezentują się fajnie, chociaż nie są szczególnie oryginalne czy przerażające. Pochwalić należy efekty gore, wśród których moim absolutnym faworytem była scena, w której pielęgniarka pożera twarz jednego z uczniów.

Jeśli chodzi o bohaterów to nie pamiętam ich imion, ale każdy wzbudził moją sympatię, a jeśli nie, to przynajmniej zaciekawił mnie swoim wątkiem. I to było fajne, że każda osoba z wielkiej grupy ma jakąś historię i nie czułem się nawet zirytowany wątkiem miłosnym (czworokąt, w którym każdy kocha kogoś innego bez wzajemności ;p). Obok pozytywnych bohaterów są jeszcze czarne charaktery. I kurde, nie wiem, ale w produkcjach azjatyckich nie potrafią pisać ról antagonistów tak, aby byli wiarygodni. Zamiast tego dostajemy przedramatyzowanych łobuzów. O ile mogę liczyć, że nauczyciel biologii okaże się jakimś antybohaterem tak uczniowie, którzy znęcają się nad kolegami są po prostu wycięci z szablonu.

 Z takich rzeczy, które nie miały większego znaczenia warto wspomnieć o symbolach religijnych, które wystrzeliły znikąd (neonowy krzyż, buddyjski znak miłości, biblia).


Czy polecam serial Meg?

Tak. Serial ma dobre tempo i ciekawych ciekawie zapowiadających się bohaterów. Jeśli ten serial utrzymuje poziom to jest warty obejrzenia w całości. 


Ewentualnie co do tego? 

A jak się spodoba to warto sprawdzić Train to Busan.

czwartek, 13 lipca 2023

Tu nic nie ma sensu, Erin...

Pierwszy etap wyzwania i pierwsza podróż w nieznane zabrała mnie do Północnej Islandii do malowniczej miejscowości Londonderry. A oto moje wrażenia z pierwszego odcinak serialu Derry Girls.

Plakat serialu skojarzył mi się poniekąd z filmem Wild Child. Poniekąd, bo jest zupełnie inny, ale gdzieś między wierszami widziałem serial o grupie zbuntowanych nastolatek, do których prawdopodobnie dołącza nowa koleżanka z wielkiego miasta i tak jak Emma Roberts przeżywa pewien kulturowy szok. Postanowiłem nie czytać streszczenia fabuły przed seansem, a więc moje wyobrażenia pozostawały na chwilę jedynym pewnym i nieomylnym źródłem na temat Derry Girls.

Sitcom powstał w 2018 roku dla telewizji Channel 4 i doczekał się trzech sezonów. Za stworzenie Derry Girls odpowiedzialna jest Lisa McGee, która inspirowała się własną młodością w miasteczku Derry.

Lata 90-te. Dla Północnej Irlandii jest to czas konfliktów politycznych, które mają stanowić tło dla perypetii Erin i jej koleżanek uczących się w żeńskiej szkole prowadzonej prze siostry zakonne.

Bohaterek jest pięć i w sumie to tyle mogę o nich powiedzieć. Narratorką historii jest Erin, ale najbardziej wyróżniającą się z grupy jest głośna Michelle, która przypominała mi nieco Nikki Pollard. Pozostałe trzy postacie nie wyróżniają się kompletnie niczym pozytywnym.

Głównym atutem sitcomu powinien być humor, a ten napędzają postaci i dialogi. Derry Girls bardzo balansują pomiędzy byciem zabawnym, a byciem kiczowatym. Część postaci i droga jaką obrali nimi scenarzyści wydaje się być dobra. Fantastyczna była scena w autobusie, gdzie Michelle usiłowała wymusić na pierwszoklasistce miejsce, a później jej niepewna rozmowa ze szkolnym lizodupem. Te momenty działały i czułem, że oglądam czarną komedię. Niestety po drugiej stronie były momenty z głodówką czy brakiem ubikacji koedukacyjnej.

Jak pozłości jedna z ostatnich scen (bez spoilerów chodzi mi o zakonnicę w kozie) zdawała się nadawać jakiś rytm historii, ale zamiast zakończyć odcinek dramatycznym wejściem dyrektorki do klasy dostajemy jeszcze gabinet dyrektorki i kolejno pojawiających się na scenie rodziców. Robi się chaotycznie i jak stwierdziła Erin "tu nic nie ma sensu" co jest dobrym podsumowaniem.  

Nie chcę być zbyt surowy dla Derry Girls. Niekiedy sitcom potrzebuje czasu, aby opowiedzieć swój dowcip. Bohaterowie muszą otrzymać własne wątki, aby widz mógł ich polubić lub znienawidzić. Jeden odcinek to za mało na wystawienie rzetelnej opinii, no, ale...


Czy polecam serial Meg? 

To skomplikowane. Z jednej strony czuję, że tło serialu może przypaść do gustu Meg, jeśli tylko stanie się ono bardziej wyraziste. W innym wypadkun jest to po prostu historia, którą można podłożyć pod jakiekolwiek zdarzenia. Z drugiej są główne bohaterki, humor i akcja, które wydają się być dalekie od wszystkiego co do tej pory polecała (a przy tym dobrze się bawiła) mi Meg. 


 Ewentualnie co zamiast tego?

To właśnie Anglia stanowiła znacznie ciekawszą tragikomedię, a jeśli chodzi o Emmę Roberts i spółkę to kryminał 4...3...2...1.

sobota, 1 lipca 2023

Wakacyjne wyzwanie: Podróż w nieznane

Nie wiem czy mogę nazwać siebie fanem, ale  pewnością jestem zainteresowany każdą, kolejną edycją Survivor i Big Brothera. Nie chcąc pozostawać monotonnymi reality show często dodają do zasad ogólnych nowe twisty, które urozmaicają grę i tym "urozmaiceniem" dla nas w tegorocznym Wakacyjnym wyzwaniu jes twist autorstwa Meg. Podróż w nieznane w naszym wykonaniu jest poleceniem drugiej osobie czegoś czego sami nie znamy. Jeśli wcześniej mogliśmy zaproponować coś co nam się podobało lub istniał cień szans, że polubi to osoba przyjmująca wyzwanie tak w tym roku może zakończyć się to różnie. Wręczamy sobie bilety i trzymamy kciuki, aby wyzwanie nie zakończyło się katastrofą, bo podróżować trzeba bezpiecznie. Powodzenia!

I chociaż jeszcze do tego daleko to wspólnie z Planeta Kapeluszy myślimy, aby trochę zaktualizować zasady kolejnych wyzwań (chodzi o seriale, ale może wpadną jeszcze jakieś propozycje).


Zasady:

1. W trakcie zabawy wybieramy filmy/seriale/książki/inne dzieła kultury, z którymi musi się zapoznać drugi uczestnik wyzwania. Ma on dwa tygodnie czasu na "zrecenzowanie" poleconego dzieła na własnym blogu. 

2. Wybrane propozycje muszą luźno nawiązywać do haseł. W tym roku hasłami są kierunki świata.

3. Kolejność haseł jest dowolna.

4. Jeśli chodzi o seriale to musi to być pilot serialu. Dopuszcza się wybór odcinka "ze środka", jeśli odcinek stanowi odrębną całość, jest fillerem, nie jest kontynuacją wątku z poprzedniego odcinka.


Teksty
Kierunek świata
Oskar Gilbert Meg
Północ
Derry Girls
Cherry model 2000
Południe
 All of Us Are Dead
Ostatni Serb w
 Chorwacji
Wschód Glitch Penguin Highway
Zachód Lockwood i spółka Miasteczko Wayward Pines

Przewidywany czas zakończenia wyzwania 26.08.2023.

poniedziałek, 4 lipca 2022

Wakacyjne wyzwanie 2022

Nie myślałem, że będę jeszcze pisał coś na blogu, a jednak. Rozpoczyna się siódma edycja wakacyjnego wyzwania. W tym roku razem z Planety Kapeluszy przygotujemy dla siebie wakacyjne plany podróży. Pisząc ten wstęp znam już mój cel wycieczki, a więc pozostaje mi go zrealizować.

 Zasady wyzwania pozostają niezmienne:

1. Wybieramy książki/filmy/seriale/inne dzieła kultury, z którymi druga osoba musi się zapoznać, a następnie zrecenzować. Ma na to dwa tygodnie. 

2. Dzieła kultury mają "luźno" odpowiadać hasłom zaproponowanym do wyzwania (motyw przewodni: plan podróży).

3. Jeśli proponowane są seriale to musi być to odcinek pilotowy. Dopuszcza się wybór odcinka "ze środka", jeśli odcinek stanowi odrębną całość, jest fillerem, nie jest kontynuacją wątku z poprzedniego odcinka.

4. Nie możemy samodzielnie wybrać hasła. Kolejność haseł w danym etapie wybiera osoba zadająca.


Teksty
Plan podróży
Oskar Gilbert Meg
Cel podróży
tajna baza 
wojskowa
Star Trek:
DS9
miasteczko 
z lat 50-tych
Miasteczko 
Pleasantville
Środek lokomocji
koń
Lucky Luke
samolot
Kierunek: Noc
Nocleg
Button House
Ghosts UK
Crockett Island
Nocna msza
Towarzysz podróży
Sam
Kto zje zielone
jajka sadzone?

pani Brisby
Tajemnica IZBY

Przewidywany czas zakończenia wyzwania 28.08.2022.

poniedziałek, 9 sierpnia 2021

[Wakacyjne wyzwanie] Tutenstein

Dasz wiarę, że nie chcieli mi ulgowego sprzedać?

W konwencji tegorocznego Wakacyjnego wyzwania przyjąłem, że każdy post będę rozpoczynał od wycieczki w przeszłość i założeń, co jest przede mną, nim jeszcze w ogóle zobaczę z czym się mierzę. Przyznam otwarcie, że na hasło "horror" czekałem najmniej, ale wreszcie przyszedł film grozy straszyć mnie po nocach. 

Tym razem czekał na mnie pilotażowy odcinek serialu Tutenstein. Zabawne, ale do ostatniej chwili nie miałem pojęcia z czym to się je. Nie zwróciłem uwagi nawet na tytuł, na których schodzą się słowa Tutenchamon oraz Frankenstein, ale jestem idiotą, a więc to powinno zostać mi przebaczone. Pierwsze, jakiekolwiek skojarzenia nasunęły mi dopiero screeny z  serialu. W mojej głowie pojawiły się dwa skojarzenia - Jak polubić mumię?, czyli szesnasty tomik cyklu Szkoła przy cmentarzu oraz kreskówka Farma pełna strachów. W trackie seansu do głowy przyszły mi jeszcze Przygody Jackie Chana, ale to bardziej ze względu na muzeum i artefakty. 

Nastoletnia Cleo jest miłośniczką kultury starożytnego Egiptu. Ma to szczęście, że jej mama rozpoczyna pracę przy wystawie związanej z panowaniem faraona Tutankensetamona. Nieoczekiwanie pewnej nocy mumia młodego władcy ożywa i to właściwie tyle z opisu pierwszego odcinka. 

Serial emitowany był w latach 2003-2007 i doczekał się 39 odcinków skompletowanych w trzy sezony. 


Pierwszy odcinek przedstawia kilka postaci, ale akcja skupia się wyłącznie na trzech z nich. Najważniejsza pomimo wszystko wydała mi się Cleo zafascynowana kulturą starożytnego Egiptu. Jak się domyślam będzie ona narratorką historii. W dużej mierze to jej komentarze przeprowadzają widza przez całą akcję. Obok pojawia się gadający kot dziewczyny, a zarazem oddany sługa tytułowej mumii. I tu trzeba zaznaczyć, że każda produkcja, w której pojawia się gadający kot winduje w moim rankingu nieco do góry. Ostatnim z głównych bohaterów jest młody faraon. Jest nieco odklejony od rzeczywistości, ale trudno mu się dziwić. Żałuję, że twórcy nie zaakcentowali mocniej, choćby poprzez komizm, przebudzenia Tuta, bo wszystko sprawia wrażenie takiego, "aha, okej". Postacie mimo wszystko są w porządku i w porównaniu do Ostatnich dzieciaków na Ziemi, bohaterów Tutensteina nie miałem ochoty udusić, a to jak najbardziej na plus.

Humor kompletnie do mnie nie trafia. Podobnie jest z akcją. Cały czas coś się dzieje, ale nie jest to historia, której udało się jakoś specjalnie mnie zaangażować. Nie oznacza to, że źle się bawiłem. W tegorocznym wyzwaniu, jak na razie to najlepsza rzecz jaką poleciła mi Meg.

Czy obejrzałbym ponownie?

Czy obejrzałbym kolejne odcinki? I tak i nie. Sama historia nie sprawiła, że będę myślał o dalszych losach młodego faraona, ale gdy w telewizji lata temu nadawano pasmo dla dzieci - Bajkowe kino i Tutenstein wtedy pojawiłby się w ramówce z pewnością oglądałbym z zaciekawieniem i dzisiaj wspominał tak jak wspominam Farmę pełną strachów. Myślę, że Tutenstein, podobnie jak wiele innych kreskówek jest historią, z której się wyrasta i w dorosłym życiu myśli się o niej przez pryzmat nostalgii.

niedziela, 25 lipca 2021

[Wakacyjne wyzwanie] Kolacja z arszenikiem

Nie jem kolacji. Zostałem przez grzeczność. Uciekłem przed deserem.


Filmem z kategorii komedia postawionym przez Meg w ramach Wakacyjnego wyzwania była Kolacja z arszenikiem (oryg.The Last Supper) i jest to pozycja, która wywołała u mnie ogromny entuzjazm, chyba (tfu, zdecydowanie) największy jaki kiedykolwiek i cokolwiek wywołało w ramach tej zabawy. Przede wszystkim był to film, który "wisiał" na mojej liście do obejrzenia od bardzo dawna...

Komedia sama w sobie jest niezwykle wdzięcznym gatunkiem, bo potrafi odnaleźć się we współpracy w każdym, innym wytworem dziesiątej muzy. Moim poczuciem humoru jest czarna komedia, a filmy takie jak Ze śmiercią jej do twarzy (oryg. Death Becomes Her) oraz Sok z żuka (oryg. Beetle Juice) są moimi ulubionymi pozycjami. 

Kolacja z arszenikiem została wyreżyserowana i (na spółkę z mężem) napisana przez Stacy Title w 1995 roku. Film opowiada historię piątki młodych ludzi, którzy w ramach naprawy świata postanawiają truć arszenikiem gości zapraszanych na kolacje. Nie posiłkowałem się żadnym streszczeniem fabuły, a jedynie opisałem to, co udało mi się zawrzeć w pierwszej myśli, ale mimo chaosu to właśnie zasiadanie przy stole, pojenie arszenikiem i pytania o poglądy (niewłaściwe dla bohaterów) stanowi oś filmu.

W rolach gospodarzy "ostatniej wieczerzy" znaleźli się Cameron Diaz, Jonathan Penner oraz Courtney B. Vance, a wśród gości zasiedli między innymi Bill Paxton i Ron Perlman. Obsada naprawdę mocna, chociaż w wydaje mi się, że jak wiele filmów z lat 90-tych mocy dopiero nabrała po dekadzie lub dwóch.

Bardzo podobał mi się początek filmu i dla ułatwienia nazwijmy go "pierwszą kolacją". Był intrygujący początek, ciekawy dialog, humor i scena kulminacyjna zakończona śmiercią. Tak działa czarna komedia. Centrum żartu ma być makabryczna sytuacja, a co może być bardziej makabrycznego od zamordowania gościa podczas kolacji?  Za to uwielbiam czarne komedie. 

Kolacja z arszenikiem, jeszcze przed seansem, kojarzyła mi się mocno z moim ukochanym Płytkim grobem (oryg. Shallow Grave), którego hasłem przewodnim było niewinne zapytanie "czymże jest odrobina morderstwa w gronie dobrych przyjaciół"? Takie niewinne spłycenie poważnego czynu znajduje również uzasadnienie w filmie Stacy Title. Bohaterowie w obu przypadkach to aroganccy, wykształceni ludzie o hedonistycznym nastawieniu do świata i jakąś pogardą dla ludzi spoza kółka wzajemnej adoracji. 

Filmy dzieli jednak motyw działania, bo w dziele Boyle'a są nim pieniądze, zaś u Title ma być naiwna chęć naprawienia świata. Problem w tym, że założenia szybko się rozpadają, a im dalej w las, tym toporniej. Kolejne kolacje kwituje szybki temat przewodni spotkania, zgon i nowy krzaczek pomidorów. Brakuje jakichś interakcji pomiędzy bohaterami, a wątpliwości pojawiają się trochę od czapy, podobnie jak nieustępliwość. Nie do końca rozumiem wątek policjantki, który dość niespodziewanie i brutalnie zostaje zakończony. Finał filmu mógł być bardziej dynamiczny, jeśli nie poprzez akcję to chociaż przez dialog. 

Nie licząc krótkometrażowego Down on the Waterfront, Kolacja z arszenikiem stanowiła debiut reżyserski Stacy Title. Czy  był ambitny? Mam wrażenie, że miał być taki, ale nie do końca udało się łapanie kilku srok za ogon na raz.

Zastanawiam się, dlaczego Meg zaproponowała mi właśnie ten film. Nie mam pojęcia jaką wiedzę na temat reżyserki posiada Meg, ale chcę jeszcze o czymś wspomnieć. 

Na początku tego roku Stacy Title zmarła po długiej walce z chorobą. Styuacja była mi znajoma (chociaż nie kojarzyłem jej jako postaci związanej z filmem) z powodu jej męża, Jonathana, jednego z moich ulubionych zawodników reality show Survivor. Myślę, że chociaż Stacy Title nie zapisała się złotymi literami w historii kina to cieszyła się miłością męża oraz dzieci.

czwartek, 1 lipca 2021

Wakacyjne wyzwanie: Blockbuster Challenge

Szósta edycja? Szósta. Po roku przerwy wraca wakacyjne wyzwanie, czyli zabawę, którą organizuję z autorką Planety Kapeluszy. Meg wyszła z inicjatywą tegorocznego tematu związanego z blockbusterami. Jestem bardzo ciekawy efektów wyzwania, zwłaszcza, że hasła odnoszące się do gatunków dają dużą dowolność (w obrębie własnego gatunku, ale i to spróbuję przeskoczyć). Liczę na ciekawe propozycje. 

Zasady:

1. W trakcie zabawy wybieramy filmy/seriale/książki/inne dzieła kultury, z którymi musi się zapoznać drugi uczestnik wyzwania. Ma on dwa tygodnie czasu na "zrecenzowanie" poleconego dzieła na własnym blogu.

2. Jeśli chodzi o seriale to musi to być pilot serialu. Dopuszcza się wybór odcinka "ze środka", jeśli odcinek stanowi odrębną całość, jest fillerem, nie jest kontynuacją wątku z poprzedniego odcinka.

3. Kolejność haseł jest dowolna.


Teksty
Repertuar Oskar Gilbert Meg
Letni horror
Tutenstein Nawiedzony dom 
na wzgórzu
Film przygodowy
Ostatnie dzieciaki 
na Ziemi
Siedem minut 
po północy
Wakacyjna komedia
Kolacja z
 arszenikiem
Najlepsze 
najgorsze wakacje
Wakacyjna animacja
Ace Attorney
Tower of God

Przewidywany czas zakończenia wyzwania 25.08.2021.

piątek, 1 maja 2020

Powrót 13 miesięcy grozy

Po orzerwie powraca 13 miesięcy grozy. Wyzwanie, w którym co miesiąc będę prezentował cztery warte uwagi lub nie horrory, które są powiązane tematyką.


wtorek, 1 października 2019

October Movie Screening Challenge 2019

Zawsze chciałem wziąć udział w tym wyzwaniu, ale jakoś się nie zbiegało. W tym roku wreszcie, bez wymówek zabieram się za propozycję HorrorHound, czyli October Movie Screening Challenge 2019. Zabawa polega na oglądaniu horrorów, ale żeby nie było tak łatwo na każdy dzień wyznaczono jakąś kategorię, którą należy kierować się przy wyborze filmu.
Szczegóły zabawy znajdziecie tutaj. Jeśli ktoś ma ochotę przyłączyć się do zabawy serdecznie zapraszam.


niedziela, 25 sierpnia 2019

[Wakacyjne wyzwanie] Śmierć na Nilu

Raporty z Wakacyjnego wyzwania Meg zaczyna zwykle od krótkiego wprowadzenia, w którym określa temat, jego dopasowanie do do hasła oraz jakiś funfact na temat mojej osoby typu, że z moją znajomością/zainteresowaniem daną rzeczą nie jest dla niej zaskoczeniem wybór tego, a nie innego filmu. Szlag by trafił! Na szczęście zemsta jest słodka niczym plan jednej z bohaterek Śmierci na Nilu, ale o tym za chwilę. Tym razem to ja napiszę, iż znając upodobania Meg do kryminałów wyczekiwałem adaptacji Agathy Christie. Ba, więcej, wiedziałem, że z jej bogatego dorobku będzie to Herkules Poirot.
Tym razem rozbiło się od adaptację powieści Śmierć na Nilu (Death on the Nile) po raz pierwszy wydaną w 1937 roku. W 1978 roku film o tym samym tytule wyreżyserował John Guillermin. I tutaj dałem się zaskoczyć, bo z postacią belgijskiego detektywa kojarzę przede wszystkim (celowo nie piszę wyłącznie) Davida Sucheta, zaś w filmie w postać wciela się Peter Ustinov.

Nie mogłem przyzwyczaić się do tego Poirota.

Film rozpoczyna się od przedstawienia nam trójki głównych bohaterów wrednej i bogatej Linnet Ridgeway, jej przyjaciółki Jacqueline, granej przed wspaniałą Mię Farrow oraz szczurkowatego narzeczonego Jacqueline, Simona. Młodzi planują ślub i podróż do Egiptu. Wkrótce ponownie spotykamy całą trójkę, ale tym razem już w tle są pustynia i piramidy. Zmieniła się także panna młoda. Simon poślubia wredną i bogatą Linnet Ridgeway, zaś Jacqueline występuje w roli stalkera pary!
Na wycieczkowcu płynącym po Nilu poznajemy pozostałych bohaterów: Poirota, jego znajomego, jakieś stare raszple, adwokata wrednej i bogatej zołzy oraz kilka innych osób. Następne sceny mają na celu pokazanie nam stosunków między Linnet, a pozostałymi. Szybko okazuje się, że kobieta nie ma wielu przyjaciół, a nawet gorzej jest osobą, której współpasażerowie, z różnych przyczyn, życzą śmierci. To chyba żaden spoiler, ale to właśnie o zagadkę zabójstwa bogatej i wrednej zołzy będzie usiłował rozwiązać Poirot. I tu nachodzi mnie refleksja odnośnie ofiar u Christie. Wcześniej oglądałem Morderstwo w Orient Expressie (2017), gdzie ofiarą zbrodni padł okropny Ratchett grany przez Johnny'ego Deppa. Oboje budzili we mnie negatywne emocje i zastanawiam się, czy chodziło wyłącznie o dobitne pokazanie różnych możliwości motywu dokonanej zbrodni, czy po prostu jako odbiorca mam nie współczuć ofierze?
I tym delikatnym akcentem przejdę do samych postaci. Nie pamiętam nazwisk, ale zróżnicowana grupa miała jedną wspólną cechę - niechęć do Linnet. Mimo wszystko nie potrafiłem przekonać się do żadnej z nich, co dla mnie jest kluczowym w filmie! Musi być postać, której z drżeniem serducha chcę kibicować (i nie jest ona śledczym) z nadzieją, że to nie ona jest tym czarnym charakterem.
Na sam koniec zostawiłem sobie postać detektywa. I nie wiem, czy jest to brak obiektywizmu wywołany moją znajomością serii telewizyjnej z Suchetem, ale John Guillermin nie wzbudzał mojej sympatii. Po prostu prowadził śledztwo i tyle. Może to jak z odtwórcami roli Bonda. Mamy ich wielu, ale w roli agenta 007 każdy z nas ma jednego ulubieńca, z którym znajduje jakąś więź i jest on dla nas Bondem, gdy zaś pozostali po prostu są odtwórcami roli.
W ogóle wyczytałem w ciekawostkach, że do ról w filmie brani byli pod uwagę również Albert Finney jako Poirot oraz Cybill Shepherd jako bogata i wredna zołza. Trochę szkoda, że nie pojawili się na ekranie, bo może inny odbiór tych postaci. 
Na plus zasługują widoki. Byłem oczarowany scenerią. Co ważniejsze miałem poczucie, że w scenkach mających zarysować konflikt charakterów reżyser starał się też pokazać Egipt. Nie było to tylko miejsce akcji, ale także ciekawy pejzaż i fajnie. Cieszę się, że mogłem po raz kolejny odwiedzić filmowy rocznik, po który nie sięgam zbyt często.

Czy obejrzałbym ponownie?
Kurde, to pytanie przy filmach faburalnych staje się dość podchwytliwe. Sama tajemnica nie stanowi już żadnej zagadki, a więc nie widzę powodu,aby wracać do tego tytułu. No, ale Oskar... są jeszcze inne filmy z tego cyklu - mówi ciotka Wiki. Jak wspomniałem wyżej, o wiele bardziej cenię Davida Sucheta i wolałbym film z jego udziałem. Znalazłem informację o tym, że w 2020 ma zostać powołana do życia kolejna adaptacja Śmierci na Nilu. Mogę mieć tylko nadzieję, że potraktują ją lepiej od Morderstwa w Orient Expressie.

niedziela, 11 sierpnia 2019

[Wakacyjne wyzwanie] Amistad

W kinie mamy różne pułapy zaawansowania sztuki, bo dziesiąta muza inaczej, niż jej siostry, ma szerszą dystrybucję i znacznie częściej podlega ocenie masowego odbiorcy. A ocenia się wartość artystyczną oraz merytoryczną. I o ile ta pierwsza może przynieść sporo uciechy widzowi - bez względu na jakość - kochamy filmy piękne i kochamy nienawidzić filmy kiepskie. Ta druga wartość, emocjonalna, sprawia nieco więcej kłopotów, bo nie każdy reżyser chce mówić o sprawach ważnych i nie każdy widz chce słuchać, a potem, o zgrozo, rozmawiać, o rzeczach ważnych. Oczywiście, nie ma w tym nic złego. Mimo wszystko, wartość emocjonalna jest tym, co sprawia, że film ma nieco więcej do zaoferowania.
I tu przeskoczę do postaci Stevena Spielberga, który opanował łączenie warstwy merytorycznej z artystyczną do perfekcji. Spielberg ma w swojej filmografii dzieła, które są doskonałymi przykładami kina mającego nieco więcej do powiedzenia, ale i czysto rozrywkowego, a w połączeniu z dbałością o detale powstają warte uwagi obrazy.
I tu płynnie lub nie przechodzę do tematu wyzwania, filmu, Amistad wyreżyserowanego przez Spielberga w 1997 roku. Zacznę od tego, że nie jest to jego sztandarowe dzieło, bo myśląc Steven przychodzą nam do głowy Park Jurajski, Indiana Jones, Szeregowiec Rayan, Lista Schindlera. Amistad niknie gdzieś w natłoku rewelacyjnych filmów, ale nie dlatego, że jest gorszy, ale wyłącznie dlatego, że Spielberg ma wiele do zaoferowania widowni.
Wiek XIX. Transportowana z Afryki statkiem La Amistad grupa niewolników uwalnia się, a następnie zabija załogę. Niedługo po tym wydarzeniu statek dobija do brzegu USA. Czarnoskórzy niewolnicy zostają pojmani, a ich przyszłe losy mają rozstrzygnąć się przed sądem.

Baldwin i Cinque

Amistad po dynamicznym i brutalnym początku przemienia się w dramat sądowy. Mamy wielu ludzi, którzy roszczą sobie prawa do "ładunku", o ironio, ludzie oskarżani o krwawe morderstwo są określani jako rzeczy. Kolejną interesującą rzeczą jest zawiłość działania prawa. Dla Cinque (Djimon Hounsou, w ogóle Meg, czy pamiętasz, że moim pierwszym czelendżem w wakacyjnym był właśnie film z tym facetem, taki fun fact) jest to nie zupełnie nie do zrozumienia, że jednego dnia zostają uniewinnieni, a następnego muszą znowu wrócić do więzienia, bo "prawie" wygrali. Mimo tej rozpaczy Cinque podejmuje rękawice i stara się zrozumieć otaczający świat. Bardzo podobała mi się scena z pytaniami do prezydenta o umowy międzynarodowe. Cała scena, w której posłaniec biega w tę i z powrotem pytając prezydenta (Hopkins) o kolejne rzeczy, na które ten odpowiada zdawkowo: "nie", "bo tak mówię" itp. wprowadza element komiczny, ale też daje lepszy obraz Cinque, który nie jest już krzyczącym w obcym języku Afrykaninem, ale człowiekiem walczącym o wolność według zasad narzuconych mu przez cywilizację. Inną fajną sceną była droga do sądu na ogłoszenie wyroku. Po tym jak jeden z więźniów przeglądał Biblię i ilustrację z ukrzyżowania Chrystusa, mijają w porcie statek z trzema masztami wyglądającymi jak krzyże. Ostatnia ze scen, które zapamiętam to zeznania Cinque z podróży. Po sekwencji uprowadzenia, tortur i śmierci na sali sądowej zapada cisza.
Sam finał jest słodko-gorzki. Z jednej strony mamy Hopkinsa, którego mowa obronna mimo jakiejś tam błahości trafia w sedno i możemy cieszyć się tryumfem sprawiedliwości, ale z drugiej ostatnie słowa narratora o dalszym losie wioski Cindque przypominają o niesprawiedliwości, która nie przejmuje się sądami oraz ideami, a po prostu się dzieje.
Od strony technicznej film prezentuje wysoki poziom. Jest nie tylko atrakcyjny wizualnie i muzycznie, ale również dba o naturalność, a przy tym nie nudzi o co zadbała obsada, w której znaleźli się Hopkins, Freeman, McConaughey oraz Skarsgård.

Czy obejrzałbym ponownie?
To ulubiony film Meg. Nie jestem zdziwiony, bo to bardzo dobry obraz. Jestem pewien, że sama oglądała go wielokrotnie. Sam nie przepadam za robieniem sobie "powtórek", ale z pewnością sięgnę po jakieś inne, nie rzucające się w oczy filmy wyreżyserowane przez Spielberga.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Wakacyjne wyzwanie: Muzycznie

Afrykańskie upały, ogólne rozleniwienie i wakacyjne wyzwanie. Świetny mix, bo w tym roku po raz kolejny ja i autorka bloga Planeta Kapeluszy organizujemy Wakacyjne Wyzwanie. Zasady nie ulegają zmianom; raz na dwa tygodnie polecamy sobie dowolną rzecz z kategorii; film, serial, książka, komiks, inne, na której zrecenzowanie mamy dwa tygodnie czasu. Oczywiście dana "polecanka" musi zostać podpięta pod jedno z wakacyjnych haseł i tu pojawia się zwrot akcji, bo w tym roku hasła stanowią wakacyjne przeboje i wbrew pozorom wcale nie jest łatwiej, a przynajmniej dla mnie. 
No to start!


Teksty
WykonawcaUtwór Oskar GilbertMeg
Fun FactoryCelebration Powrót Don
Camilla
Dark
Las Ketchup The Ketchup 
Song (Aserejé)
Star Trek:
Szmaragdowy 
gród
Shakira Waka Waka 
(This Time 
for Africa)
AmistadSlasher:
Guilty party
Luis Fonsi,
Daddy Yankee
DespacitoŚmierć na Nilu Channel Zero:
No end house


niedziela, 24 marca 2019

Czy płynie z nami siostra Joy?

Przygodo trwaj! Kolejna relacja z klasycznej retro-wyprawy do świata Pokemon Red. Dzisiaj, w drodze po trzecią odznakę, czeka mnie kilka mniejszych zadań. Zaczynam od podróży w ślepy zaułek czyli dróg dwadzieścia cztery i dwadzieścia pięć. Na końcu znajduje się chatka Billa. Do tego wrócimy potem. Najpierw porozmawiajmy o Abra.
Występujący w tej okolicy Abra na poziomach 8-10 zna jeden atak - teleportację, czyli inaczej spierdala z pola walki. Jakie to piękne w swojej bezużyteczności. Prowokuje walkę i natychmiast ucieka XD
Strategia na złapanie: rzucaj ballem i miej nadzieję, że się nie uwolni ze środka. Oczywiście, uwolnił się. Pokeballe ssą. Niestety w tej generacji nie ma dużego wyboru. Jedyne dostępne miotacze to zwykły, wspaniały, ultra i mistrzowski. Na tym etapie gry mamy dostępny wyłącznie pokeball. Wygląda na to, że będę musiał odżałować Abrę.
Dalej, trafiam do domku Billa. Pechowy naukowiec znowu... (ech, ile razy przechodziłem ten scenariusz?) w wyniku nieudolnego eksperymentu zmienił się w pokemona. Zadaniem gracza, niezbyt ambitnym, jest uruchomienie maszyny, gdy nasz nieszczęśnik będzie siedział wewnątrz. Cały motyw wymieszania genów człowieka z pokemonem to nawiązanie do filmu Mucha, ale ze szczęśliwszym zakończeniem, niż w wersji z Jeffem Goldblumem. W tym momencie zapragnąłem stworzyć jakiś ranking motywów nawiązujących do horrorów.

Ładnie za pozowaliśmy, nie?

I prosto do Vermilion City. Droga do areny jest zablokowana, a więc korzystam z opcji statek świętej Anny. Moim celem jest zdobycie HM Cut. HM, podobnie do TM, są atakami, których możemy nauczyć pokemony. W przeciwieństwie do tych drugich, HMów nie możemy zastąpić innymi atakami. Nie są też wyjątkowo silne, ale dość użyteczne w pokonywaniu różnych przeszkód. Potem, żeby pozbyć się takiego ataku muszę skorzystać z usługi move deletera, czyli wszystko jest zwyczajnie upierdliwe, ale Cut to jedyna opcja, żeby dostać się do lidera. 
Na statku walczę z mnóstwem  trenerów i sraczki dostaję dopiero przy rywalu, czyli ostatnim przeciwniku na statku. W przeciwieństwie do FR/LG w Red nie ma na statku medyka. Przez moment zastanawiałem się, czy może pochrzaniłem korytarze lub pokoje i zwyczajnie nie mogę natrafić na siostrę Joy, ale nie... Kobiecina zwyczajnie nie zabrała się na statek, bo po co? Wśród pasażerów są przecież wyłącznie trenerzy, którzy na pewno nie będą chcieli walczyć między sobą. Gary'ego niszczę w podejściu numer dwa. Ciekawostka: to ostatni raz, gdy rywal używa do walki Raticate'a. Według teorii fanowskich szczur zostaje uśmiercony podczas tej walki. Dlatego w późniejszym etapie gry spotykamy rywala w Lavender Town, gdzie chciał uhonorować swojego pokemona.

To wszystko twoja wina, Joy.

Po otrzymaniu HM Cut ruszam na dodatkowe misje - najpierw jaskinia Diglettów, zdobywam HM Flash, Old Amber i jakieś popierdółki. Potem załatwiam sobie rower i dokonuję pierwszej wymiany Spearow na Farfetch'd. 
Trzeci lider może być też najbardziej wkurzającym etapem gry. Chcąc się dostać do sierżanta Surge'a należy wcisnąć przełączniki ukryte w dwóch z szesnastu koszach. Jeśli nie wykonam tej czynności w dwóch posunięciach, jestem w tyłku. BANG! Nie wiem, czy jestem pod szczęśliwą gwiazdą urodzony, ale udaje mi się ta sztuczka za pierwszym razem. Fajnie byłoby stworzyć topkę najtrudniejszych puzzli w pokemonach, albo liderów stanowiących wyzwanie. Surge nie jest wyzwaniem, ale trochę pokpiłem sprawę. Zakładałem użycie wyłącznie pokemonów, które na stałe znajdą się w moim teamie, a z rozpędu pokonałem Pikacze i Raichu z pomocą Digletta. Odpukutuję to innym razem. 



Mój zespół: 


Wnioski. W następnym etapie dodam do drużyny nowego pokemona. Hura! Teraz mam pomysł na nowe topki do pokemonów. Trzeba będzie zabrać się za posty. Marzec sprzyja blogowaniu.

Raticate Gary'ego.

poniedziałek, 18 marca 2019

Wild Zubat appeared! Znowu

Pierwszą wygraną odznakę należy jakoś uczcić. W końcu za pokonanie Brocka dostałem, aż 13 poke-dolarów. Ten, kto nie zna tych gier pomyśli, ale o co ci chodzi? Hajs to hajs. Tylko za pokonanie pierwszego lepszego leszcza dostaję od 50 do 100$. Najtańsza rzecz do kupienia w sklepie kosztuje jakieś 200 poke-dolarów. W ogóle zawsze zastanawiałem się nad walutą w uniwersum pokemon. Co to takiego? W anime nie mówi się o pieniądzach wcale, a w mandze Adventures były to, jak dobrze pamiętam, jeny. Trochę to rozczarowujące, że wielkie rozbudowane uniwersum nie posiada jakiejś swojej wyjątkowej waluty. Dobra, koniec tematu.
Po pokonaniu Brocka muszę się przygotować do dalszej podróży. Przede mną Góry Księżycowe, a więc kupuję pokeballe, potiony i... chciałem zaopatrzyć się w repele, ale te są najwidoczniej niedostępne na tym etapie gry, co trochę mnie przeraża. Gdyby nie była to podróż komputerowa prawdopodobnie do listy dodałbym też kanapki.
Na drodze pomiędzy Pewter City, a górami mam okazję stoczyć pojedynki z kilkoma trenerami. Dzięki temu doprowadzam do ewolucji Metapoda i Weedle'a w ich finalne formy. Nidoran nauczył się posunięcia Horn Attack, tym samym stając się prawdziwym badassem. W centrum pokemon kupuję Magikarpia. Kupiłem, bo była okazja.


Także ja, Bulbasaur, Nidoran i Magikarp ruszyliśmy w głąb mrocznych Gór Księżycowych. Po chwili na ekranie pojawił się komunikat: Wild Zubat appeared! Raz, dwa i Zubat złapany. Po kilku krokach pojawia się kolejny komunikat: Wild Zubat appeared! Nie potrzebuję dubli, a więc uciekam. I nagle: Wild Zubat appeared! I znowu i znowu. To jak w tej piosence o Zubatach.


Grając w Fire Red/Leaf Green zdarzało mi się przyłączać nietoperka do zespołu. W Red tego nie zrobię z trzech powodów:
1. Mam w zespole reprezentanta typu toksycznego i jest nim fenomenalny Nidoran.
2. W grach z pierwszej generacji nie istniał jeszcze Crobat, co nas przenosi do trzeciego powodu...
3. Musiałbym mieć Golbata, a ten w R/G/B wygląda koszmarnie.
Nie żartuję. Niektóre spritey pokemonów w pierwszej generacji przypominają koszmarki: dysproporcjonalne i dziwaczne.
Po jakimś czasie udaje mi się złapać także Geodude'a oraz Clefairy. Ciekawostka, kiedyś słyszałem, że inną opcją od Pikachu na partnera Asha był Clefairy. Od teraz postaram się nie pisać o każdym złapanym pokemonie, a jedynie o tych, które trafiają do mojej drużyny, ewentualnie wiążą się z jakąś idiotyczną sytuacją. Nidoran ewoluuje w Nidorino.



Po chwili znajduję kamień księżycowy i...


Na chwilę chcę zatrzymać się przy "królu". Nidoking jest jednym z najlepszych pokemonów pierwszej generacji. Grając w FR/LG zawsze trafia do mojego składu. Jestem ciekawy, jak bardzo różni się Nidoking z pierwszej generacji od tego z trzeciej. Mam nadzieję, że nie zawiedzie mnie.
Po opuszczeniu Gór Księżycowych jestem w Cerulean City. Tutaj na pojedynek wyzywam drugiego lidera, Misty. Po pokonaniu jej pomocników Bulbasaur ewoluuje w Ivysaura. W tej formie pokemony Misty - Staryu oraz Starmie nie stanowią dla mnie żadnego wyzwania. Ten etap gry okazał się całkiem łatwy, nie licząc braku repeli. Znalazłem kamień księżycowy oraz pierwszą skamienielinę, jeśli się nie mylę będzie to Kabuto. Tyle z dzisiaj.


Mój zespół:

 

Wnioski. Jestem ciekawy, jak wyglądałoby anime z Clefairy zamiast Pikachu.

No dalej! Zamieńcie się!

czwartek, 14 marca 2019

Na lata przed Keen Eye

W gry z serii Pokemon grałem setki razy. Moja przygoda z serią zaczęła się od edycji Gold, po niej przyszedł czas na Nintendo DS, czyli generacje IV, a w międzyczasie nadrobienie gier wcześniejszych, a w tym remakeów oryginalnych gier - Red, Green, Blue. W Pokemon Leaf Green i Fire Red grałem wiele razy, ale nigdy nie miałem okazji zagrać w oryginały. No... aż do wczoraj...


Postawiłem przed sobą wyzwanie, przejść grę Pokemon Red i na blogu dzielić się swoimi wrażeniami z postępów po każdym etapie. Za koniec etapu uznam pokonanie bossa czyli lidera. Liderów jest ośmiu plus elitarna czwórka. Przy tym łapiąc wszystko, co spotkam na swojej drodze. O oryginalnych grach z serii słyszałem wiele. Najczęściej w odniesieniu do gier R/G/B mówi się o masie błędów. Także, sprawdzę to sam. Gram w Pokemon Red na emulatorze Basic Boy.
I tak oto cofam się do czasów sprzed żartobliwego pytania Oaka o to, czy jestem chłopcem, czy dziewczynką. Do czasów odległych od polityki gender, gdzie złe zespoły łobuzowały dla komercyjnego zdobywania hajsu i nie w głowie im było niszczenie świata. Trafiam do Pokemon Red.
Zaczynam w Pallet Town. Wszystko jest inne, a jednak znajome. Trochę się bałem sięgać po tę grę, ale podoba mi się klimat. Jedyną zabawną rzeczą, na którą zwróciłem uwagę to rozmowy. Podczas rozmowy z kimkolwiek tj. pojawienia się dymków z dialogami, wszystkie awatary znikają na moment rozmowy znikają. Poznajemy Gary'ego oraz dziadka Oaka. Na startera wybrałem oczywiście swojego ulubieńca Bulbasaura i szybko spuszczam wpierdol Charmanderowi Gary'ego i ruszam na północ do Viridian City.

Bulbasaur zadał dwa krytyczne ciosy na dzień dobry <3
Po drodze złapałem pierwsze dwa pokemony; Pidgeya oraz Ratatta. Wiedzieliście, że po japońsku Pidgey nazywa się Poppo? I to pierwszy moment, w którym tak naprawdę odczułem, że nie gram w Pokemon Fire Red. Do walki z Pidgeyem Gary'ego używam Pidgeya, który posiada dwa ataki Gust i Sand-Attack. Ten pierwszy to mało efektywny atak, ale jedyny sensowny, gdyż Pidgey posiada zdolność Keen Eye, która uniemożliwia używanie Sand-Attack. Oczywiście, mądry ja, nie pomyślałem, że umiejętności pojawiają się od generacji III. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy palant sypnął mi piaskiem w oczy. Plusy tego etapu? Ku mojemu zaskoczeniu znalazłem w pobliżu miasta Nidorana! Jest to o tyle ważne, że mam zamiar trenować drania, a w remakeach był on dostępny, jeśli w ogóle był, w okolicach Gór Księżycowych. Drugim znalezionym w okolicy pokemonem był Spearow, którego również trenuję w Fire Red, tym razem odpuszczam.
I wreszcie jestem w lesie Viridian. Łapię Caterpie oraz Weedla. Gdzieś powinien być też Pikachu, ale nie chce mi się szukać. Zresztą, na jaką cholerę komu? I kuźwa... liczyłem na trochę punktów doświadczenia przed walką z Brockiem, ale jak się okazuje las jest pusty. Spotkałem dwóch trenerów z jakimiś robalami, którzy po przegranej powinni zacząć zastanawiać się, czy stanie w lesie i filowanie na trenerów z Pallet Town jest celem ich życia.

Najbardziej przeraża ta ciemność za drzewami - tam nie ma gry.
Po opuszczeniu lasu trafiam do Pewter City. Caterpie, jak pan Bóg przykazał, ewoluował w Metapoda na poziomie siódmym... Tylko dlaczego, kurwa, nie nauczył się ataku Harden? I tu wracam do wcześniejszego motywu z Keen Eye. Inną różnicą jest leczenie pokemonów. W grach późniejszych wysłany do rezerwy pokemon zostaje wyleczony i gdy przykładowo zabieramy go do składu jest już w pełni sił. Tutaj trzeba go najpierw wyleczyć. Nieświadom tego naciąłem się podczas walki z jakimś leszczem. Do czego dążę? Sama gra nie jest trudna, ale trzeba uważać. Największe wyzwanie stanowi dla mnie przyzwyczajenie do gier późniejszych - inne obrażenia, nauka ataków, czasem występowanie danego stworka.
Nie tracąc czasu idę do lidera. Jedynym zaskoczeniem na arenie był przydupas Brocka. Lider specjalizuje się w kamiennych pokemonach, z kolei przydupas posiadał dwa stworki typu ziemnego, Digletta i Sandshrewa. Sam Brock nie stanowił problemu. Lech Seed Bulbasaura vs bezużyteczność Onixa i antytalent do walk Brocka zagwarantował mi pierwszą odznakę.


Złapałem osiem (liczę ewolucję Caterpie) pokemonów. I wygrałem pierwszą odznakę. W przyszłych częściach będę wklejał screena z postępem, tym razem się zgapiłem. W ogóle wiecie, ile dostałem za pokonanie Brocka? 13 poke-dolców. Zostawiam bez komentarza.

Mój zespół:



Wnioski ogólne. Amerykanie powinni zostawić Pidgeya jako pana Poppo. Zastanawiam się nad dołączeniem Ratatty do zespołu. I do cholery, dlaczego Metapod nie nauczył się Harden na poziomie siódmym?!

czwartek, 29 listopada 2018

Nadchodzi Apokalipsa...

Get inside and lock your doors. Close your windows. There's something in the fog!

Do tego przygotowałem jeszcze kilka zupek w proszku oraz papierową torbę na głowę. Jeśli nadchodzi coś złego warto byłoby się wspomóc ludźmi, którzy wiedzą jak przetrwać, gdy w obliczu zguby. Dlatego dzisiaj przygotowałem zestawienie postaci z seriali grozy, które chciałbym mieć w swojej drużynie postapokaliptycznej.

Mój team na horrorową Apokalipsę
👻

Buffy Summers
serial: Buffy the Vampire Slayer
umiejętności: siła fizyczna, potrafi wjebać wampirowi kołek w serce
Nie, wcale nie chcę się podlizywać Miryoku. Jest to jedyna osoba na tej liście, z którą, tak myślę, mógłbym się z miejsca polubić. Buffy za dnia jest typową nastolatką uczęszczającą do Sunnydale High School, a nocą staje się pogromczynią wampirów i demonów Jej mocną stroną są umiejętności walki i determinacja. Potrafi działać w grupie i co ważniejsze jest gotowa na poświęcenia dla ekipy. Poza tym odtwórczyni głównej roli, Sarah Michelle Gellar, porzuciła aktorstwo na rzecz branży restauracyjnej. Wydaje książki kucharskie, a więc czy jest ważniejszy członek ekipy od kucharza?


Victor Frankenstein
serial: Penny Dreadful
umiejętności: znajomość medycyny, hobbistyczne zdolności krawieckie
Doktor Frankenstein miał wiele ekranowych wcieleń, ale mi chodzi o tego z Domu grozy. Victor mimo młodego wieku ma na swoim koncie duże, no może nie do końca moralne, osiągnięcie w postaci Potwora. Nieco neurotyczny naukowiec posiada ogromną wiedzę z zakresu medycyny oraz ciekawość, a ta jak wiadomo w różne miejsca człowieka doprowadzi. Wybrałem go przede wszystkim ze względu na profesję, bo pomijając niezdrowe zainteresowania śmiercią, i w Domu Grozy jako lekarz jest wyjątkowo cennym członkiem zespołu.



Madison Montgomery
serial: American Horror Story
umiejętności: magia, talent aktorski
Dobra, skoro mam na mojej liście dwie osoby o bardziej fizycznych atrybutach to czas na osobę, która wspomoże drużynę w sposób magiczny. Madison Montgomery, celebrytka, aktorka i czarownica. Posiada mnóstwo zdolności magicznych, między innymi przywracanie do życia (no z takim czymś jesteśmy nie do zagięcia) oraz temperament. Myślę, że jej niesubordynacja i cięty język niejednokrotnie mogłaby wprowadzić wszystkich w tarapaty, ale ostatecznie dzięki magii wszystko można nareperować, ya? *uwaga na samochód*


Tomas Ortega
serial: The Exorcist
umiejętności: kontakt z demonami, potrafi egzorcyzmować (osobiście wątpię)
Ojciec Tomas Ortega w serialu Egzorcysta stawia dopiero pierwsze kroki w walce z demonami. Mimo wszystko szybko odkrywa w sobie niezwykłe talenty; wizje naprowadzające go na trop demonów oraz umiejętność przenikania do umysłu egzorcyzmowanej osoby. W pewnym momencie pada nawet porównanie Tomasa do bomby, gdy inni egzorcyści są zaledwie nożami. Nie przepadam za jego osobą, ale muszę mu oddać jedno, aby ratować człowieka jest gotowy poświęcić własne życie. Bezinteresowność to jego największa zaleta.


Theodora "Theo" Crain
serial: Haunting of Hill House
umiejętności: instynkt, podobieństwo do Angeliny Jolie
Niezbędną umiejętnością do przetrwania post apokaliptycznym świecie jest instynkt, sam nie wiem, dlaczego właśnie tak ją nazwałem. Theo od najmłodszych lat wolała stać na uboczu. W dorosłym życiu nie potrafi przywiązywać się do ludzi. Cechuje ją zdrowy rozsądek i pewnego rodzaju dar - poprzez dotyk potrafi przywołać wspomnienia, wizje, jakieś odczucia. Wyjątkowo inteligentna, potrafi czytać intencje innych. Gdybyśmy bawili się w survival horror jestem przekonany, że Theo przetrwałaby do samego końca.


Jim Hopper
serial: Stranger Things
umiejętności: posługiwanie się bronią, mocna głowa
Czym byłby post apokaliptyczny horror bez policjanta? Myślę, że najlepiej do tej roli pasuje stróż prawa z małego miasteczka Hawkins. Postać Hoppera jest dość popularna wśród fanów serii, a on sam doskonale wypada w roli gliniarza herosa. Pod maską cynicznego twardziela ukrywa się człowiek opiekuńczy i bezinteresowny. Jim mimo własnego balastu jakim okazuje się przeszłość, stara się zapanować nad teraźniejszością. Ponadto jako policjant ma głowę na karku i potrafi posługiwać się bronią. Czy można wymarzyć sobie lepszego kandydata do post apokaliptycznej rodzinki?


Kevin Copeland
serial: The Mist
umiejętności: zdolności przywódcze
Kevin jest dziennikarzem czyli dość typową personą dla twórczości Kinga. Poznajemy go jako kochającego męża i ojca. Wraz z pojawieniem się mgły zostaje rozdzielony z rodziną i od tej pory jego celem jest odnalezienie żony Eve i córki Alex. Niepozorna postać pana Copelanda jest niestety jedynym bohaterem serialu wzbudzającym sympatię i co gorsza jedynym, który kreuje wiarygodną postać. Z czasem staje się nieformalnym liderem grupy uciekinierów. Myśli o pozostałych, ale w razie niebezpieczeństwa nie cofnie się przed niczym.


A wy jak wyobrażacie sobie swój team na koniec świata?

środa, 5 września 2018

13 miesięcy grozy. Prawdziwe oblicze strachu

Co takiego mają w sobie omówione w materiale horrory?



Jeśli ktoś zagląda, prośba, podsuńcie mi jakieś tematy na dwa ostatnie miesiące grozy.

piątek, 24 sierpnia 2018

[Wakacyjne wyzwanie] Walt Before Mickey

Jak to zleciało? Dopiero co rozpoczynaliśmy Wakacyjne wyzwanie, a teraz piszę post o czwartej, ostatniej, wyprawie, tym razem do Los Angeles, krainy wielkich marzeń i sukcesu wpisanego w jej rodowód. Poniżej będzie o reżyserze, próbach tworzenia kina...
Walt Before Mickey lub też The Dreamer (sam tytuł prosi się o małą dygresję, bo o ile pierwszy mówi o filmie wszystko, tak drugi kompletnie nic) to biografia legendy świata animacji zanim to jeszcze powołał do życia największą mysz świata. Nic więc dziwnego, że ktoś pokusił się o stworzenie filmu biograficznego, człowieka, na którego filmach wychowały się całe pokolenia, ba, filmach, które łączyły ze sobą pokolenia.
Pracownicy Disneya
Wyreżyserowana przez Khoa Le w 2015 roku biografia Walta Disneya opowiada historię "before Mickey" czyli okres młodości i pierwsze próby "przebicia się". Sam reżyser póki co posiada bardzo skromny dorobek i można powiedzieć, że Walt Before Mickey jest jego debiutem. I tu pojawia się pierwsze pytanie (drugie nasunęło mi się po seansie, wrócimy do niego), czy jakiś mało doświadczony reżyser będzie potrafił przestawić historię legendy świata popkultury? Nie ukrywam, to film, do którego można mieć wielkie oczekiwania. Wielkim oczekiwaniom trudno sprostać, zwłaszcza, gdy nie posiada się doświadczenia. Jednak nie na samym warsztacie reżyseria stoi, co udowodnił chociażby Neill Blomkamp; liczą się jeszcze młodzieńczy zapał oraz pomysły. W każdym razie film Le mógł okazać się bardzo dobrą biografią albo jego własną wizją, która znajdzie fanów i zapewni mu rozgłos. Niestety, film nie był ani jednym ani drugim. Całość trzyma się sztywnych "ram" narzuconych przez gatunek i stara się z nich nie wypaść. Dzięki temu otrzymujemy bardzo poprawnie wyreżyserowaną historię o marzeniach, walce z przeciwnościami losu i ogromnym sukcesie. Podobnie jest z resztą elementów; aktorsko film stoi na dość przeciętnym poziomie. W rolę Walta Disneya wcielił się Thomas Ian Nicholas i teoretycznie to na jego barkach spoczywa ciężar filmu. Wykreowana przez niego postać po prostu jest; nie budzi ani sympatii, ani niechęci - po prostu hołduje ciężkiej pracy.
Znacznie ciekawiej wypadł Jon Heder, czyli filmowy Roy Disney. W obsadzie znaleźli się jeszcze David Henrie (o, ironio króluje on na Disney Channel), Armando Gutierrez oraz Taylor Gray jako pracownicy Disneya. Z czego ten ostatni może w przyszłości jeszcze nas czymś zaskoczyć na ekranie.
I tu warto zadać drugie pytanie, co jest największym problemem Walt Before Mickey? Wydaje mi się, że wszystko sprowadza się do braku charyzmy. W starciu z ogromnym kolosem, reżyser zadecydował iść bezpiecznym szlakiem i stworzyć dzieło, o którym i tak po seansie zapomnimy.
Nie chciałbym jęczeć i wyłącznie jęczeń i krytykować, a więc wspomnę o narodzinach Myszki Mickey. Ostatnie kilka scen, w których grupa zaczęła pracować nad projektami gryzonia nieco dodało pazura filmowi, no szkoda tylko, że był to już praktycznie koniec filmu.
Pozostaje mieć nadzieję, że reżyser uczy się na błędach i kolejne produkcje będą odważniejsze, a on sam jak Walt nie podda się po pierwszych niepowodzeniach.

Czy obejrzałbym ponownie? 
Film miał potencjał. Musiał mieć. Niestety nie wniósł nic ciekawego i chociaż nie żałuję seansu to na następny z pewnością się nie piszę.

Z mojej strony to już wszystko w tej edycji Wakacyjnego wyzwania. Dziękuję Meg za udział, ciekawe propozycje oraz spory wkład zakulisowy. No to wymiksowuję się na dzisiaj, nara!