Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anime. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 stycznia 2023

Nowa era

Pamiętam reklamę w telewizji. Dokładnie jeden fragment: trójka dzieciaków chowa się za skałą przed ogromnym, ziejącym ogniem stworem. W roku 2000 debiutuje nowy serial anime na Polsacie i zaczyna się szał na pokemony. Poza serialem telewizyjnym, wychodzą gry, książki, karty, naklejki, kapsle, zabawki... Gdzie nie spojrzysz pojawiają się kieszonkowe potwory. Wszyscy śledzą przygody Asha, Pikachu i reszty ekipy. 

W Polsce szał na Pokemony ucichł gdzieś koło drugiej generacji, gdy anime wyraźnie spowolniło akcję i wszystko zamarło. Na świecie pokemony miały się całkiem dobrze, ba, jakieś dwa miesiące temu swoją premierę miała ich IX generacja. Jednak sama historia Asha - dziesięciolatka  Pallet Town marzącego o ostaniu mistrzem pokemonów - stała się jedynie dodatkiem do promocji gier. Mało interesującym fillerem, a w końcu i żartem dla wielu. Coś się jednak ruszyło w anime po bardzo nudnej sadze Best Wishes. Saga Kalos prezentowała (przez większą część) znacznie wyższy poziom, a w kolejnej generacji dostaliśmy nie repetytywną historię zwieńczoną zdobyciem przez Asha upragnionego tytułu championa. I przyszła seria Journeys, w której Ash musiał zmierzyć się z najlepszymi trenerami z całego świata. I wiecie co? Wygrał. Został najlepszym trenerem na świecie.

Anime dobiegło końca. Historia Asha i Pikachu dobiegła końca. Ostatni, 136 odcinek jest pożegnaniem z bohaterami, na których przygodach wychowały się całe pokolenia. Seria od jakiegoś czasu przygotowywała fanów na zmiany i wreszcie te zmiany nadeszły. W ostatnich scenach widzimy Asha wyruszającego w kolejną, niezwykłą podróż. Staje w progu i spogląda raz jeszcze na pusty pokój. Potem mamy scenki z nowej wyprawy. Dochodzi do ponownego spotkania Asha i Butterfree, którego wypuścił w pierwszym sezonie. Jest to o tyle ważne, że motyl był pierwszym pokemonem, którego złapał bohater. I wreszcie po tylu latach otrzymaliśmy zakończenie tego wątku. 

Potem pojawiły się ogłoszenia. Po serii Journeys otrzymamy jedenastoodcinkowe anime Pocket Monsters: Aim to Be a Pokémon Master będące pożegnaniem z bohaterami (pisząc ten tekst jestem po pierwszym odcinku), a potem ruszy nowa seria z parą nowych protagonistów. O serii wiadomo tyle, że ma ona dziać się w regionie Paldea (IX generacja), a fanbaza oszalała na tle dziewczyny i teorii spiskowych jej dotyczących. 

Myślę, że dobrze się stało. Pomimo nostalgii wywołanej odejściem Asha i Pikachu fani powinni cieszyć się z jego ogromnego sukcesu i pozwolić mu odejść. Czas będzie płynął dalej, a mistrzostwo zdobyte przez Asha będzie się oddalało w czasie. Z roku zrobią się dwa lata, potem trzy, wejdzie kolejna generacja gier, a dla nowych pokoleń pokemony będą utożsamiały się z Riko i Roy'em.

 

Twórcy mają od teraz mogą zrobić co chcą, a wiem, że mogą wiele, bo od lat udowadniają to poprzez krótkie spin offy (uwielbiane przez fanów). Seria o pokemonach dzięki takiemu restartowi może zyskać na świeżości, a przy tym obrać dowolny kierunek. Poza tym cieszę się, że główną bohaterką zostanie dziewczyna. Niby trenerki zawsze były obecne w świecie pokemonów to od zawsze miałem wrażenie, że są one z boku. 

Będę oglądał nowe anime.

środa, 25 sierpnia 2021

[Wakacyjne wyzwanie] Ace Attorney

Post na temat ostatniego hasła wakacyjnego wyzwania rozpocznę i zakończę na współuczestniczce tej zabawy, Meg. A co? Kto mi zabroni? 

Przez kilka lat zadawania sobie filmowo-serialowych produkcji w ramach Wakacyjnego wyzwania trochę mogliśmy poznać nasze gusta. Mam wrażenie, że najskromniejszą część z tych propozycji stanowiły anime i właściwie... to dlaczego? Czy oboje nie interesujemy się anime? A może hasła wyzwania nam na to nie pozwalają? Wydaje mi się, że przez lata znajomości z autorką Planety Kapeluszy udało mi się choć w niewielkim stopniu poznać jej ulubione anime. Oczywiście, mam świadomość, że istnieje więcej niż Axis Power Hetalia czy Saiki Kusuo no Psi Nan, ale jednak to zapadło mi w pamięć. Są to serie dość lekkie, mocno humorystyczne. Drugim aspektem, który kojarzy mi się z Meg są kryminały - Holmes, Poirot oraz Nancy Drew. I takie zestawienie mogło kryć się za poleconym przez nią Ace Attorney.

Ace Attorney (oryg.Gyakuten Saiban: Sono "Shinjitsu", Igi Ari!) jest ekranizacją gry z gatunku visual novel o tym samym tytule. Powstałe w 2016 roku na jej podstawie anime liczyło sobie 24 odcinki.

Phoenix Wright rozpoczyna pracę adwokata. Świeżo upieczony prawnik podejmuje się obrony oskarżonego o morderstwo mężczyzny. Nie jest to przypadek, bo na ławie oskarżonych zasiada najlepszy przyjaciel Phoenixa z dzieciństwa, dzięki któremu ten postanowił zostać adwokatem. Na całe szczęście młody prawnik może liczyć na pomoc swojej szefowej i mentorki, Mii. 

Dość dramatycznie, nie? Mamy młodego bohatera i zaraz myślimy o dramacie sądowym, możliwe jakimś zakulisowym romansie z przełożoną, próbach rozdzielenia życia od spraw zawodowych, ale nic bardziej mylnego. W rzeczywistości instytucja sądu jak i "złożona" sprawa morderstwa są tylko tłem dla lekkiej komedyjki. 

Już w pierwszej scenie poznajemy tożsamość prawdziwego sprawcy, który stoi nad zwłokami i mówi "muszę kogoś wrobić". Nie wiem, na ile ta scena była intencjonalnym żartem, ale absurd mnie rozbawił. Nie żebym chociaż przez chwilę wierzył, że Larry jest winny.

 


 

Główni bohaterowie - Phoenix i Larry - mają nieadekwatne charaktery do sytuacji, a może nawet chodźmy o krok dalej, środowiska w jakim się znajdują. Po głównym bohaterze anime, które bierze się za temat sądownictwa spodziewałbym się człowieka (optymistyczny nie jest wadą, zgoda) skupionego na celu, inteligentnego i przede wszystkim dojrzałego. Spodziewałbym się kogoś w stylu Yusei'a Fudo. Tymczasem Phoenix to taki "hehe śmieszek", któremu z zachowania bliżej do czternastoletniej dziewczynki z anime. Niestety, nie jestem w stanie uwierzyć w taką postać.

Mogę zaakceptować wybór twórców, którzy chcieli stworzyć sympatyczną, jeszcze nie przeżartą "dorosłym światem" postać. Bardziej rozdrażnił mnie przebieg sprawy prowadzonej przez Phoenixa. I nie wiem, bo albo ja naoglądałem się za dużo Anny Marii, albo twórcy Ace Attorney obejrzeli o jedną za dużo powtórkę serialu o blond walkirii w playerze. Czy tak działa wymiar sprawiedliwości?

Jestem w stanie zrozumieć pośpiech prowadzenia historii. W końcu trzeba upchnąć w jednym, krótkim odcinku wszystko od przedstawienia bohaterów, przez sprawę do jej szczęśliwego finału, ale sam przebieg sprawy to już inny kaliber. Niedoświadczony prawnik bierze sprawę, o której nie ma bladego pojęcia. Naciągane dowody nie tylko pozwalają na oczyszczenie z zarzutów podejrzanego, ale i wskazać prawdziwego winnego. Żadnych sensownych pytań, zeznań, nic. Możliwe, że się czepiam i naoglądałem się za dużo Krok od domu, ale z mojego punktu widzenia sprawa kryminalna kompletnie nie trzymała się kupy. 

Jeśli chodzi o samą animację to jest bardzo średnia. Irytowały mnie plansze informujące o przejściu z jednego etapu rozprawy do drugiego, ale rozumiem zamysł twórców. Podobał mi się ending.


Czy obejrzałbym ponownie? 

Zwykle staram się podchodzić do nowych produkcji bez oczekiwań. Wiedząc, że tym razem w wyzwaniu zmierzę się z anime część mnie zapragnęła historii prostej i zabawnej (w jakimś tam stopniu to otrzymałem). Gdy okazało się, że bohaterem będzie adwokat zamarzyła mi się poważna historia. Ace Attorney nie spełniła moich oczekiwań i raczej nie prędko dam jej druga szansę. Nie, nie przekonał mnie nawet teaser kolejnego odcinka.


I tym sposobem doszliśmy do końca kolejnego Wakacyjnego wyzwania. Nie wiem, jak ty Meg, ale mi strasznie szybko zleciały te wakacje. Najlepiej będę wspominał wizytę w muzeum i młodego faraona. Nie chcąc podzielić jego losu będę uważał z jakich butelek i co piję podczas kolacji. W innym przypadku będę potrzebował pomocy prawniczej i jak już to zgłoszę się do szefowej Phoneixa z prośbą o pomoc.

Bardzo dziękuję ci za kolejny rok wspólnej zabawy. Mam nadzieję, że propozycje, które ja dla ciebie w tym roku przygotowałem też jakoś z tobą zostaną.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

czwartek, 16 kwietnia 2020

Uzuskując efekt dramatyczny poprzez środek stylistyczny. Polecam anime Vampirci...

Sięgam pamięcią do dnia, w którym ostatni raz oglądałem anime - napisał i głośno westchnąwszy pomyślał, jaką inną figurą retoryczną mógłby dodać swojej wypowiedzi większego dramatyzmu. Hiperbolo-animiza-epi-wszystko się wymieszało i nie wyszło z tego zupełnie nic.
Zastanawiam się, czy jakikolwiek dramatyzm jest na miejscu. Czy w ogóle jest potrzebny, gdy właściwie kilka lat temu moja sympatia do anime... przeminęła? Nie, nie przeminęła, bo nadal zdarza mi się oglądać pojedyncze odcinki seriali, a to wrócić do produkcji Miyazakiego. Problem w tym, że dla anime zabrakło czasu i musiało ustąpić rzeczom ważniejszym. Tu powinienem się zapaść pod ziemię myśląc o pierdołach, które nazwałem ważniejszymi.
Mimo jakiegoś oddalenia od tematyki anime, pozostały ze mną tytuły godne polecenia. I dzisiaj chciałbym przedstawić je Vampirci, która jakiś czas temu w szołcie wspominała, że chętnie obejrzałaby jakieś anime. No to siup!


Ibara no Ou / King of Thorn
czyli piękny chaos

Epidemia wyniszcza ludzkość, a jedyny plan przetrwania naszego gatunku łączy się z hibernacją grupy 160 osób na 100 lat w nadziei, że w międzyczasie odkryte zostanie lekarstwo. Wśród szczęśliwców wytypowanych do eksperymentu znaleźli się nastoletnia Kasumi, którą wirus rozdzielił z rodziną, bezczelny przestępca Owen, kilkuletni Tim uwielbiający gry komputerowe oraz młoda bizneswoman Kathrine. Bohaterowie wybudzają się ze snu odkrywając niezwykłą i niebezpieczną rzeczywistość. Ile lat przespali w rzeczywistości?
Należy pochwalić przede wszystkim motyw muzyczny oraz bardzo dynamiczny początek zwiastujący dramatyczny survival horror. Mamy tu motyw Śpiącej Królewny oraz przerażający obraz cierniowego świata. Największą wadą, która nie pozwala temu tytułowi wyjść ponad przeciętność było zakończenie, pogmatwane i usilnie wmawiające widzowi, że historia jest czymś więcej niż tylko survival horrorem, co nie jest prawdą.


Ushio to Tora
czyli pozycja dobra dla fanów InuYasha

Ushio jest synem kapłana opiekującego się świątynią, w której przed wiekami złożono włócznię przeznaczoną do walki ze złymi duchami. Pewnego dnia Ushio odkrywa tajne przejście do piwnicy, w której znajduje się zapieczętowany włócznią demon.
Podobnie jak Parasite, Ushio to Tora, jest mangą z lat 90-tych z sukcesem przeniesioną we współczesność. To shonen pełną gębą, z humorem i akcją, ale im dalej w przygodę, tym bardziej czułem klimat InuYasha.Seria liczy dwadzieścia sześć odcinków, ale nie ma mowy o dłużyźnie, bo każdy nawet śmierdzący fillerem odcinek okazywał się w końcu ważniejszym elementem fabuły, który rozwija historię bohatera lub wprowadza postać niby character of the day, a koniec konców kolejny sojusznik Ushio. Co mi się nie podobało? Ano demony, na które widocznie zabrakło pomysłu i w większości wyglądają bardzo podobnie do siebie.


Devilman: Tanjou Hen / Devilman: The Birth
czyli gore, ale z fantazją

Mam nadzieję, że nie mylę tytułów. Produkcja z 1987 jest pierwszą OAV-ką o Devilmanie. Nastoletni Akira Fudo spotyka się z dawno niewidzianym kumplem Ryou. Przyjaciel opowiada mu o demonach chcących przejąć kontrolę nad światem, zaś Akira jest tym, który będzie musiał powstrzymać je.
Nie znam nowej wersji Devilmana i nie potrafię powiedzieć, jak bardzo różnią się od siebie fabularnie. Najmocniejszą stroną tego zaledwie pięćdziesięciominutowego filmu jest strona wizualna. Twórcy idealnie potrafili wydobyć grozę z pięknych, wizualnie dopieszczonych stworów. Seria o Devilmanie należy do brutalnych oraz przygnębiających serii. Bez problemu potrafi przenieść widza z sielankowej strefy komfortu do samego piekła.


Nijuu Mensou no Musume / The Daughter of 20 Faces
czyli Królewna Śnieżka i iluśtam krasnoludków

Społeczeństwo żyje w strachu przed Nijū Mensō znanym jako Złodziej o 20 twarzach. Utalentowany przestępca budzi zainteresowanie nastoletniej Chiko, będącej dziedziczką wielkiej fotruny. Wkrótce dzieczyna zostaje "skradziona" przez Nijū jako najcenniejszy skarb swojej rodziny. Pod okiem nowego ojca uczy się złodziejskiego fachu.
Przyznam się, że nadal oglądam tę serię i mam co do niej mocno mieszane uczucia. Część rzeczy spodobała mi się, łącznie z bohaterką, ale są też elementy, które nijak mi pasują. Być może ocenię tę serie po obejrzeniu wszystkich odcinków. Na razie kierując się niejasnym przeczuciem założę, że seria sprawi więcej przyjemności tobie, Vampi, aniżeli mnie. 


W ogóle to już trzeci temat, w którym wciskam komuś jakieś rzeczy. To zasługuje na jakiś hasztag.

wtorek, 10 marca 2020

Zapomniane pokemony z pierwszej generacji

A wszystkich 150 lub więcej jest! Ja mistrzem Pokemon zostać tak bardzo chcę - śpiewam sobie korzystając z okazji, że w domu nie ma żywego ducha. Dacie wiarę, że potrafiłem wyrapować nazwy wszystkich stworków z Kanto? Pewnie takich mistrzów jak ja było na pęczki.
Articuno, Jynx, Nidorina, Beedrill, Hunter, Squirtle... W tamtym czasie zdobycie wiedzy na temat wszystkich 150 potworków było ważniejsze od jakiejś tam szkoły.
Mimo wiekiego zżycia z pierwszą generacją są pokemony, o których zapominają nawet najzagorzalsi fani. Są też takie, o których chciałby zapomnieć Game Freak, ale jak na ironię nie może, prawda, Porygon?


Dlaczego tak się dzieje, że o jednych zapominamy, a o innych nie? A oto moja teza. Niektóre pokemony po prostu są nieciekawe. I uwaga, nieciekawy nie równa się najsłabszy, bo jak inaczej wyjaśnić fenomen Magikarpia? Są jednak stworki, które ponoszą klęskę we wszyystkich aspektach począwszy od gier, poprzez mangi, a skończywszy na anime. Prezentuję kilka przykładów.


Rapidash


Ognisty koń pokemon. Dorosła forma Ponyty. Lubi rywalizaję i z przyjemnością będzie ścigał się z wszystkim, co porusza się dostatecznie szybko.
W grach pierwszej generacji jedynym sposobem na zdobycie Rapidash było ewoluowanie Ponyty, którą można było zdobyć na wyspie Cinnabar, czyli praktycznie pod koniec gry. Ponyta była na poziomie 32-36, a więc potem wystarczyło już tylko dobić do "czterdziestki" i można było cieszyć się Rapidash. W rimejkach istniała mała szansa na złapanie Rapidash na wyspach Sevii. Sam pokemon miał nieciekawe statystyki, bądźmy szczerzy, komu to się chciało trenować? GameFreak po latach przypomniał sobie o kucykach i te dostały nową, galarjańską formę. Z tym, że wszyscy mówią o Ponyta, a Rapidash nadal stoi gdzieś na uboczu.
Rapidash zadebiutowała w odcinku Wielki wyścig Pokemon, w którym to Ash i Ponyta uczestniczą w wyścigu. Przed linią mety Ponyta ewoluuje w Rapidash i wygrywa. To jej największy występ w serialu.


Tangela


Pnącza oplatające ciało Tangela chronią jego delikatne narządy. Gdy idzie, potrząsa nimi.
W grach RGB oraz rimejkach tego stworka można zdobyć na dwa sposoby - znaleźć go w trawie na drodze numer 21 lub wymienić na Venonata na wyspie Cinnabar. Fire Red i Leaf Green proponowały jeszcze znalezienie go na jednej z wysp Sevii pod koniec rozgrywki. Kolejne gry najczęściej zapominały o Tangela zmuszając nas do przesyłania go z wcześniejszych gier. Tangela pojawia się dość późno w rozgrywce, kiedy prawdopodobnie mamy w swoim zespole Bulbasaura, Bellsprouta lub Oddish osiągalne na wczesnym etapie gry. W porównaniu z innymi trawiastymi stworkami Tangela wypada dosyć baldo, pomijając nieciekawy i mało "trawiasty" wygląd, nie ma ewolucji (ewolucji doczeka się dopiero w czwartej generacji), ma słabe ataki i przeciętne statystyki.
W anime jedyny duży występ Tangela to odcinek z pierwszej serii, Pokemony w krainie zapachów, gdzie był pierwszym pokemonem liderki w walce z Ashem. Pokonał Bulbasaura i to największa rola tego stworka w anime. Podobnie w mandze Adventures, nienależy on do zespołu żadnego z dexholderów, co skazuje go na mangowy niebyt.
Tangela otrzymał swoje pięć minut sławy dzięki youtuberowi Polygon, który wyrapował nazwy wszystkich pokemonów.



Golduck


Golduck może być zauważony, gdy płynie z gracją przy brzegu jeziora. Ludzie często mylą go z mitologicznych stworem, Kappą.
To wszystko wina Psyducka! Psyduck jest jednym z popularniejszych pokemonów dzięki anime. Wszyscy pokochali gapowatego kaczora, który potrafił doprowadzić swoją właścicielkę do szewskiej pasji. Psyduck Misty nigdy nie wyewoluował w Golducka i nikt nigdy nie miał z tym problemu. Golduck pojawił się w filmie Zemsta Mewtwo, ale nie odegrał w nim większej roli. Jego prawdziwy debiut w odcinku Żegnaj Psyduck i mimo epickości, mam wrażenie, że zniknął gdzieś zapomniany. Chociaż muszę uczciwie przyznać, że jako jedyny z tej listy otrzymał porządny odcinek. Potem kaczor pojawiał się jeszcze w pojedynczych odcinkach, wystawiany w walkach przeciwko Ashowi. Ostatecznie Golduck został zupełnie przyćmiony przez Psyducka. W mandze Golduck jest członkiem zespołu Blue i tyle można o nim powiedzieć.
W grach pierwszej generacji jest dostępny na wyspach Seafoam. Szansa na spotkanie go wynosi 1%, dlatego łapiemy Psyducka na 28-30 poziomie i ewoluujemy go na 33. W kolejnych grach możemy go spotkać w lesie Ilex, strefie Safarii (Hoenn) poprzez surfowanie. Jest za to całkiem pospolity w grach DPPt. Golduck nie otrzymał mega ewolucji, regionalnej wariacji czy też formy gigantamax. Jest to o tyle dziwne, że bardzo wiele pokemonów z pierwszej generacji zostało odświeżonych, a Golduck wydaje się zapomniany nawet przez swoich twórców.


Electrode


Pokedex ostrzega nas przed prowokowaniem Electrode, gdyż magazynowana w jego wnętrzu energia, może doprowadzić do jego eksplozji.
Electrode to doskonały przykład lenistwa przy projektowaniu pokemonów, bo o ile Voltorb może bronić się jakoś tak jego ewolucja nie wnosi już kompletnie nic. Wygląd przekłąda się brak zainteresowania wśród fanów, a to pośrednio skazuje go na zapomnienie. Electrode jest dostępny w praktycznie każdje grze i wiąże się z jakimś mini questem jak wyprawa do elektrowni. Jest tam zwykle kilka sztuk i samo złapanie go może stanowić jakieś wyzwanie, a jeśli nie to pozostaje nam ewolucjia Voltorba. Z tym, że kogo to obchodzi? Electrode nie jest najlepszym wyborem jeśli poszukujemy elektrycznego pokemona. Podobnie jak Golduck nie doczekał się żadnej aktualizacji i jest to o tyle ciekawe, że jego kontrpartner, Magneton dostał ewolucję.
W anime Electrode był zwykle zmarginezowany do roli przeciwnika. Jego największy odcinek przypadł na zezon drugi, Podziemna obława, odcinek fillerowy, Electrode były w nim pokmeonami pozbawionymi osobowości, czy jakiejkolwiek ciekawej historii.

Omastar


Omastar to wyższa forma Omanyte. Ten prehistoryczny pokemon nosił na grzbiecie ciężką muszlę, która uniemożliwiała mu szybkie poruszanie się.
Jedynym sposobem na zdobycie Omastara, jak wielu innych prehistrycznych pokemonów, było zdobycie skamienieliny, ożywienie jej, a potem ewolucja na poziomie 40. Skamienielinę zdobywa się stosunkowo łatwo, bo otrzymujemy ją w Górach Księżycowych. Jednak ożywić można ją dopiero na wyspie Cinnabar, czyli bliżej końca podróży. Do tego jeszcze należy wyytrenować Omanyte'a do poziomu 40. Wcześniej znajdziemy dużo lepsze wodne pokemony Squirtle, Lapras, Gyarados, co sprawia, że Omastar ląduje na liście niepotrzebnych pokemonów.
W anime zadebiutował w odcinku Atak prehistorycznych pokemonów jako jedna z przebudzonych skamienielin. Odcinek kolejno ukradli Aerodactyl, Charizard, Jigglypuff oraz tajemnicze jajko. Pojawił się jeszcze potem w Zagadka z przeszłości, gdzie podobnie jak Electrode stanowił bohatera zbiorowego, tak to się nazywa?
W mandze Omanyte o imieniu Omny należał do Yellow. Stworek ewoluował w Omastar dopiero pod koniec historii, a więc po raz kolejny nie przyzwyczaił czytelników do swojej obecności i dla wielu pozostał Omanyte.

Wygrzebałem z pamięci. Nie było to proste zadanie. Przez lata zdążyłem zapomnieć o niektórych stworkach z pierwszej generacji. I podejrzewam, że z kolejnymi generacjami, moim różnym stopniem zainteresowania, będę zapominał o kolejnych pokemonach. Ba, są stworki z najnowszych, świeżo hajpowanych edycji, o których zdążyłem już zapomnieć. A wy? Jakie pokemony pamiętacie najlepiej, a pamięć, o których zaczyna wam się zacierać?

piątek, 13 grudnia 2019

Charizard wyskakuje z lodówki, czyli o kulturowym fenomenie ognistej jaszczurki

Smoki nie lubią zimna. Smoki nie lubią zmina - powtarza uparcie, ale w wielkim przejęciu.
Miałem to szczęście, że dorastałem w czasie, gdy Nintendo wypuściło pierwszą generację pokemonów. Tak więc oglądałem pierwszy odcinek anime, gdy miał premierę na Polsacie, czytałem niezbyt udane polskie wydanie mangi Adventures, pamiętam gry na gameboya, a gdzieś w szafie zalegają tazosy. Chodzi o to, że mogłem być w fandomie, gdy ten dopiero raczkował. Marki takie jak Star Wars powstały na długo przede mną i nie mam poczucia przynależności do nich od początku, a dopiero od pewnego punktu. Tu można się spierać, bo wszystko można nadrobić, ale to chyba nie to samo.
Pierwsza generacja odcisnęła ogromne piętno na moim pokoleniu i uczciwie, ile by jej nie krytykować, to dzięki Pikachu i spółce, dzisiaj marka może wypuścić kolejną, ósmą, generację. Po pytaniu profesora Oaka, czy jesteś chłopcem, czy dziewczynką stawaliśmy przed najtrudniejszą decyzją: Bulbasaur, Charmander, Squirtle. Wielka trójca i najważniejszy wybór, który mógł mieć ogromne znaczenie w dalszej przygodzie. Znając finalne wersje starterów Bulbasaur pozostawał tym najmniej popularnym jako, że w kolejnych stadiach brzydł. Do wyboru zostawały żółw i smok. Smok dla dzieciaka wydawał się wyborem oczywistym, bo kto nie chciał ziejącej ogniem bestii? #TeamBulbasaurForEver

Ash i startery z Kanto

Charmander, a w późniejszym stadium Charizard podbił serca fanów. Lata później nadal należy do topki najpopularniejszych pokemonów i bądźmy szczerzy, zostanie w niej tak długo jak będą wydawane kolejne gry. Jego status maskotki wielokrotnie potwierdział serial. W jedenastym odcinku Chamramder - zagubiony pokemon dołączył do zespołu Asha. Kilkanaście odcinków później ewoluował i stał się nieposłusznym trenerowi pokemonem, co otwierało nam drogę do kolejnych milowych kamieni w relacji Asha i Charizarda - Panika w wulkanie, Wzgórza Charizardów oraz Płonąca ambicja Charizarda. Nawet Pikachu nie miał na tamten czas tak rozbudowanej historii, a to dopiero seria oryginalna. Charizard gościł w odcinkach kolejnych serii udowadniając, że jest najcenniejszym pokemonem Asha. Mógłbym jeszcze wspomnieć o miniserii Orgins oraz pełnometrażowej produkcji Pokemon - wybieram cię, swoją drogą to jedna z najlepszych kinówek.

Charizard Asha
Wróćmy do gier. W rimejku Gold/Silver po pokonaniu Reda możemy otrzymać jednego z kantoańskich starterów i jest to całkiem przyjemna nagroda. Startery z pierwszej generacji powracają po kilku latach, a dokładniej przy okazji premiery gier X/Y. Poza trójką z regionu Kalos na początku otrzymujemy możliwość wyboru Bulbasaura, Charmandera lub Squirtle'a. Było to o tyle fajne, że otrzymały one swoje mega ewolucje. Jedynym zgrzytem był fakt, że Charmander otrzymał je aż dwie, ekskluzywną dla wersji X i Y. W porządku. Otrzymał dwie formy. Spoko, mógł przybić piątkę z Mewtwo.
I przyszła era miecza i tarczy. Ósma generacja zaprezentowała nam możliwość gigantamaxowania (czy w ogóle takie słowo istnieje?) i ponownie grając na nostalgii Nintendo dało przywilej zmiany formy i wzrostu pokemonom z pierwszej generacji. Wśród nich pojawił się Charizard. Pierwszy raz występuje on bez swoich dwóch partnerów - Squirtla i Bulbasaura. Jest on parnterem mistrza , a po przejściu gry mamy możliwość otrzymania Charmandera.

Mega Charizard X

Szczerze powiedziawszy nie wiem, jak się z tym czuję. Okej, rozumiem hajp na ognistą jaszczurkę, sam nie używałbym w tych grach ani Squirtla, ani Bulbasaura, a więc ich brak nie robi mi różnicy, ale boli mnie pewnego rodzaju odrętwienie twórców. Można bawić się pierwszą generacją, można uderzać w nostalgię fanów, ale dlaczego muszą na tym tracić fantastyczne stworki z kolejnych generacji? Czy nie lepiej byłoby zamiast dorysowywania kolejnych płomieni na grzbiecie Charizarda i tym samym dodawania mu kolejnych form zaprezentować pokemony z kolejnych generacji? Na ten moment mamy około 700... nie... wróć... 800... 890? Dobra, prawie 900 różnych pokemonów, z których całkiem spora część czeka na swoje pięć minut. Mega ewolucje, regionalne formy, a może inne magiczne zdolności.
Charizard zimna nie lubi, a więc mam nadzieję, że nie przeziębi się od ciągłęgo wyskakiwania z lodówki. 

niedziela, 8 grudnia 2019

Kici kici, kotku

O niesłabnącej sympatii Game Freak do pierwszej generacji pokemonów wiemy nie od dziś, a o czym przekonujemy się podczas eventów oraz wysypów kantoańskich stworków w kolejnych edycjach gier. Ogromną popularnością cieszą się oryginalne startery, partner Asha, a także Eevee, który do tej pory otrzymał osiem możliwości ewolucyjnych. I tu chcę nadmienić, że Game Freak to nieczułe monstra, gdyż w zespole możesz mieć tylko sześć pokemonów, czyli dwóm formą liska musisz powiedzieć stanowcze, nie. Why?

Kocham Jolteona (akurat nie obecny na screenie ;p)

Ku zaskoczeniu nową, a może po prostu niedostrzeganą do tej pory miłością Game Freak zapałał do Meowtha. Kojarzycie gadającego kota z Zespołu R?
Meowth, to fakt - mówił, a ja chciałbym przedstawić moje top 5 Meowthów (borze zielony, co ja robię z życiem) z uniwersum pokemonów. Tak, jest ich na tyle dużo, że kocur może otrzymać własną topkę, co prawda dopiero piątkę, ale jesteśmy na dobrej drodze do podbicia tej liczby. I dla przykładu żółty szczurek mógłby mieć trzy razy dłuższą topkę. Na mojej liście pojawią się koty zarówno z anime jak i gier. Te z anime bardziej za charakter i niepowtarzalność, zaś te z gier to wariacje (formy, odmiany) na temat stworka.




czyli moi koci ulubieńcy z uniwersum kieszonkowych stworów

5
 Shiny Meowth
 (Pokemon Leaf Green)

Zacznę od najbardziej personalnego wyboru, czyli Shiny Meowth. Pokemony Shiny to unikalne stworki, które losowo możemy odnaleźć w grach z cyklu. Należą one do rzadkości, a od zwyczajnych stworków różnią się kolorem. Znalezienie błyszczącego pokemona to trochę jak trafienie w szóstki w totka albo piątki... piątki też nigdy nie trafiłem. W całej swojej karierze gracza udało mi się "wpaść" na kilka takich niezwykłych pokemonów i jak po złości było to zwykle pod koniec gry, gdy już zwyczajnie nie opłacało mi się dorzucać takiego stworka do zespołu. Ostatnio złapałem Shiny Meowtha na poziomie 43. Różowy Meowth? Spoko.

4
Kot w butach
(Advanced Generation)
A teraz zmieńmy klimat. Seria Advanced Generation skierowała oryginalne anime o pokemonach na nowe, chociaż monotematyczne tory. Podczas finałów ligii o tytuł mistrza regionu Hoenn Ash poznaje nowego rywala Tysona oraz jego Meowtha. Wyglądem kocur przypomina bajkowego kota w butach. W ćwierćfinałach walczy z Pikachu. Meowth blokuje ataki Pikachu za pomocą Thunderbolt. Ostatecznie pokonuje oponenta i tym samym zagwarantowuje Tysonowi występ w półfinale.

3
Meowth (Galar)
(Sword&Shield)
W grach Sun/Moon wprowadzono lokalne wersje pokemonów i tak poza spasionym Raticate oraz owłosionym Dugtrio otrzymaliśmy alolańskiego Meowtha. Ten trend został podtrzymany w grach Sword i Shield, gdzie otrzymaliśmy wysyp galariańskich form, a w tym także Meowtha. Z początku nie wiedzieliśmy dużo o samym kocurze poza jakimiś plotkami. Osobiście przeczuwałem, że otrzymamy "baby form" jako, że GF po części zdecydował się wrócić do pokemonów odrzuconych wcześniej. Zamiast pre-ewolucji dostaliśmy formę stalową. O nowym kocurze wiadomo mi niewiele poza tym, że ma obłędny design. Po tych wszystkich nijakich kotach wreszcie pojawił się charakterny kocur. 

2
Meowth Gigantamax
(Sword&Shield)
Nowa generacja kieszonkowych stworków zaprezentowała formy Dynamax i Gigantamax. Dynamax to stworki powiększone do rozmiarów Godzilli, zaś Gigantamaxy poza rozmiarem zmieniają także swój wygląd. Wśród specjalnych eventwoych potworków znajdą się Pikachu, Eevee i Meowth. Dwa pierwsze są do zdobycia dla posiadaczy gier Let's Go, zaś gigantyczny Meowth jest ograniczony czasowo. Może otrzymać go każdy gracz do któregoś tam stycznia. I przyznam się, że to jedyny i najważniejszy powód dla którego rozkminiam kupno nowej gry. Tym razem twórcy postanowili wykorzystać kocie zdolności do rozciągania swojego tułowia. W pierwszej chwili skojarzył mi się z tytanami z Ataku tytanów. Podsiada też ciekawy atak G-Max Gold Rush - oszałamia przeciwników i daje bonus pieniężny. 

1
Meowth (Team Rocket)
(Pokemon Oryginal Series)
Ktoś jest zaskoczony numerem jeden? Mam nadzieję, że nie. Meowth z Zespołu R jest obok Pikachu główną maskotką serii. Jego debiut też był ogromny, bo pierwszy raz zapoznano nas z pokemonem znającym ludzką mowę. Przez lata istnienia anime poznaliśmy jego charakter, a także historię, swoją drogą Go West, Young Meowth to jeden z najlepszych odcinków anime. Meowtha można lubić, można nie lubić, ale niezaprzeczalnie stał się ogromną częścią serialu.

Dobra, Meowthy omówione. Oczywiście jest ich więcej, Meowth z gier, mangi, epizodyczne koty z anime, Meowzie, alolański Meowth...

piątek, 24 maja 2019

Najlepsze! Najbardziej emocjonujące odcinki anime Pokemon

Robię kolejną listę ze świata pokemonów i tak, ma to wiele wspólnego ze zbliżającą się premierą Detektywa Pikachu gier ósmej generacji. Kogo ja oszukuję? Na film również czekam! I w tych oczekiwaniach na moim blogu czas umili moja lista dziesięciu najlepszych odcinków anime.
Na przestrzeni dwudziestu lat powstało ponad 15 sezonów i setki odcinków. Samo anime zmieniało się graficznie, chociaż fabularnie stało w miejscu, a dla tych, którzy mogą czepiać się długości serii wspomnę tylko, że poksy nie są nawet w topce najdłuższych animców! Ha, zatkało was hejterzy? Sam nie oglądałem wszystkich odcinków, ale na tyle dużo, aby wyrobić sobie jakieś zdanie. Zapraszam.


10
Can’t Beat the Heat! / Nie da się pokonać żaru!
(Pokemon: Master Quest, odcinek 61)
Ash i Gary. Rywale. Starcie zupełnie różnych filozofii. Pod koniec oryginalnej serii nie mogło zabraknąć starcia pomiędzy tą dwójką. Drogi chłopców z Pallet Town wielokrotnie przecinały się, ale dopiero po ponad dwustu tfu... prawie trzystu odcinkach miała rozegrać się pomiędzy nimi walka podczas zawodów Srebnej Ligii. Jednego reprezentuje Blastoise, a drugiego Charizard. Jest zupełnie jak w grach. Myślę, że odcinek stanowił świetne zamknięcie wątku ich rywalizacji. 


9
Pikachu Re-volts / Zbuntowany Pikachu
(Pokemon: The Adventures in the Orange Islands, odcinek 3)
Fani jakoś nie przepadają za sezonem drugim, a dla mnie był on kopalnią szalonych pomysłów. Jasne, były fillery, ale uczciwie, która seria ich nie posiadała? W trakcie podróży po Archipelagu Wsyp Pomarańczowych bohaterowie docierają na Wyspę Mandarynek, na której pokemony wykazują agresję wobec ludzi. Pikachu, Togepi i Meowth uciekają, a oficer Jenny z pomocą dzieciaków rozpoczyna dochodzenie. Za wszystkim stoją przedstawiciele Zespołu R, Butch i Cassidy. W czasie trwania serii Jessie i James przestali być straszni, a ich rywale/współpracownicy fajnie wypełnili lukę tych złych.


8
The Legend of Thunder!
(Pokemon Chronicles, odcinki 1-3)
A teraz drobne zamieszanie. Legenda błyskawicy była filmem specjalnym, ale została podzielona na trzy części i dołączona do serii Pokemon Chronicles. W odcinkach poznajemy trójkę zupełnie nowych bohaterów; Jimmy'ego, Marinę i Vincenta z New Bark Town, którzy jakiś czas temu opuścili rodzinne miasteczko, aby stać się trenerami kieszonkowych potworów. Wkrótce staną do walki z Zespołem R planującym schwytanie legendarnej bestii, Raikou. Historia o Raikou i trenerach z New Bark Town właściwie niewiele różni się od odcinków z głównej serii, spotkanie bohaterów, problem pokemona, czarne charaktery. Z tą różnicą, że The Legend of Thunder jest mocniej akcentowane; zagrożenie ze strony zespołu jest poważniejsze, gagi zabawniejsze, walka trudniejsza.


7
Trouble's Brewing / Kłopoty wiszą w powietrzu
(Pokemon: Johto League Champions, odcinek 26)
Ten odcinek pojawia się tylko dlatego, że uwielbiam postać Sakury. Właścicielka, najpierw Eevee, a potem Espeona, jest jedną z pięciu sióstr z Ecruteak City. Dziewczyna nie do końca odnajduje się w roli "kimono girl" marząc o karierze trenerskiej. Odcinek tematycznie podobny do walczących braci Eevee z pierwszego sezonu, ale znacznie ciekawiej opowiedziany. Misty proponuje Sakurze dołączenie do ich paczki doskonale rozumiejąc jak czuje się dziewczynka będąc najmłodszą z sióstr. Ostatecznie Sakura postanawia wyruszyć w podróż sama i wielka szkoda, bo byłaby fenomenalnym kompatem podróży.


6
Go West, Young Meowth! / Idź na zachód, Meowth
(Pokemon: Indigo League, odcinek 70)
Meowth z Zespołu R jest jedną z najciekawszych serialowych postaci. W odcinku Idź na zachód, Meowth poznajemy historię gadającego kocura. Dowiadujemy się, skąd pochodzi i dlaczego poprzez mowę i chód na dwóch łapach starał się upodobnić do człowieka. W międzyczasie, gdy Ash i spółka goszczą na premierze kinowej w Hoolywood, Meowth spaceruje uliczkami miasta wspominając przeszłość. To wyjątkowo ciekawy odcinek wypełniony melancholią i mrocznym klimatem w stylu noir.


5
Gotta Catch Ya Later! / Złapię Cię później!
(Pokemon: Master Quest, odcinek 64)
Przedostatni odcinek oryginalnej serii, a także ostatni raz gdy banda Asha podróżuje w takim, a nie innym składzie. Bohaterowie wracają z mistrzostw Srebrnej Ligii do domu, gdy okazuje się, że Misty musi objąć stanowisko lidera w Cerulean City, zaś Brocka wzywają ważne sprawy w rodzinnym Pewter City. To oficjalny koniec ich wspólnej przygody. Ten ocinek obejrzałem wiele lat później, a to ze względu na serię Johto Journeys, która odrzuciła mnie od tematu pokemonów na wiele lat. Powróciłem do kieszonkowych stworków podpiero pomiędzy trzecią, a czwartą generacją i od razu obejrzałem odcinek pożegnalny. Spoiler: Ash odkupił rower Misty.


4
Kalos, Where Dreams and Adventures Begin! / Przygoda i marzenia rodzą się w Kalos! 
(Pokemon XY, odcinek 1)
Po serii Black&White anime uznałem za martwe. No... nie da się. Koniec. I wtedy pojawił się piewszy trailer XY. Uderzyła mnie piękna grafika, Ash wyglądający na nastolatka, mega ewolucje i tajemniczy super bohater, a potem jeszcze Serena jako przyjaciółka z dzieciństwa Asha I tak było, pierwszy odcinek z Kalos był fenomenalny. Przede wszystkim to powiew świeżości i obietnica, że otrzymamy całkiem solidną serię. I otrzymujemy, oczywiście pojawiają się zgrzyty, ale pierwszy odcinke bez wątpienia jest mega.


3
Pokémon, I Choose You! / Pokémon, wybieram cię!
(Pokemon: Indigo League, odcinek 1)
Przez lata pokemony traciły i zyskiwały fanów. Trudno jednak dzisiaj nie znaleźć osoby, która nie oglądała pierwszego odcinka oryginalnej serii. Poznajemy pokemony, zależności między nimi i ludźmi. Na plan pierwszy wychodzą bohaterowie; Ash, Pikachu oraz Misty. Był humor oraz dramatyzm, odpowiednia ilość akcji i dialogów. Ten odcinek sprawił, że pokochałem serię i codziennie wyczekiwałem na nowe odcinki, a przy okazji fajnie, że Pokemon, wybieram cię! został zrimejkowany w postaci kinówki.


2
One Journey Ends, Another Begins... / Gdy jedna podróż się kończy, następna się zaczyna...
 (Pokemon: Sun & Moon, odcinek 21)
Pokemony przyzwyczaiły nas do tego, że wszystko jest cukierkowe i zabawne. Nieinaczej jest z serią Sun & Moon, która bez ściemy postawiła na humor. Dlatego zaskoczeniem był fakt, że to właśnie ona poruszyła temat śmierci. Bohaterem historii jest kot, Litten. Pokemon mieszka razem ze starym Stoutlandem sprawującym nad nim opiekę. Stoutland ma coraz mniej sił, a mimo to próbuje przekazać swoją wiedzę młodemu. Podotba mi się to, że ani razu nie pada słowo "śmierć", a wszystko jest przekazywane za pomocą niedomówień. Symbolem przemijania jest stare drzewo rosnące obok kryjówki pokemonów. Wraz z ostatnim liściem umiera Stoutland.


1
Bye, Bye Butterfree / Żegnaj, Butterfree
(Pokemon Indigo League, odcinek 21)
Pierwsze i chyba najdotkliwsze rozstanie z pokemonem w całej serii, tak samo dla Asha jak i dla widzów. Ash i spółka docierają na skarpę, gdzie trenerzy wypuszczają swoje Butterfree, aby te mogły znaleźć partnerów i wyruszyć za ocean założyć rodzinę. Przez cały odcinek oglądamy starania Butterfree w zdobyciu różowej samiczki. Pokemon zdobywa ukochaną, a do nas dociera, że jest to pożegnanie. Do tej pory nikt nie miał świadomości, że tak działa ten świat - łapiesz pokemona, on dorasta, a potem przychodzi moment, że trener i jego podopieczny muszą ruszyć własnymi drogami.



Dużo odcinków z Błękintej Ligii, prawda? Fakt, z jednej strony doskonale znam serię pierwszą, ale właśnie pierwsza dawała nam mnóstwo odstępstw od normy. Późniejsze serie są mocno dyktowane pod gry, a we wcześniejszych mogliśmy spodziewać się wszystkiego.

poniedziałek, 11 marca 2019

Ulubione openingi z animców

Dzisiaj chciałbym pochwalić się ulubionymi openingami animców. Początkowo miała to być topka, ale dochodząc do miejsca pierwszego stwierdziłem, że dupa, nie da się. Także openingi nie są uszeregowane w żadnej kolejności, po prostu te, które lubię, więc to dobry temat na linkowanie do swoich ulubionych openingów.
Nie koniecznie są to też piosenki z kraju kwitnącej wiśni, co znaczy, że czasem wersja zachodnia zmiotła oryginał. I nie każde z tych anime oglądałem. Także no... do dzieła. Jeśli dotrzymacie do końca, to w nagrodę, na końcu posta umieściłem link do nagrody.

ULUBIONE OPENINGI Z ANIME


Neon Genesis Evangelion


NGE to produkcja, która urosła to rangi kultowego anime. Sam opening mocno się postarzał i sam w sobie nie wnosi jakichś ogromnych emocji, ot, co przedstawia bohaterów. Dlaczego w takim razie o nim wspominam? Ano ze względu na muzykę. Piosenka otwierająca serial jest z pewnością jedną z moich najulubieńszych.
Opis: Przyszłość. Nastoletni Shinji Ikari zostaje pilotem ogromnego mecha, EVA 01, którego zadaniem jest walka z potworami.

 Higurashi no Naku Koro ni


Jeżeli chodzi o serię Higurashi no Naku Koro ni czy jak kto woli, When They Cry to miałem spory problem z wyborem pomiędzy Higurashi, a jego spin offem Umineko, które bardziej przypasowało mi muzycznie. Opening Higurashi no Naku Koro ni jest... delikatny, co poniekąd stoi w opozycji z tematyką serii. Prezentowani są bohaterowie serii, a co jakiś czas dostajemy przerywnik w postaci kolorowych kwiatów. Całość przypomina jakiś surrealistyczny sen. Fajne, nie?
Opis: Keiichi wraz z rodziną przeprowadza się do małej wioski Hinamizawa. Na miejscu wpada na trop mrocznego sekretu, z którym wiążą się jego nowe koleżanki ze szkoły.

Pokemon: Orange Islands



Openingów w swojej długiej żywotności seria Pokemon miała mnóstwo. Za najlepszy uznaje się ten pierwszy, i trudno się dziwić. Moim ulubionym jest ten z sezonu drugiego. Ile emocji budzi? Muzyka i scenki są niezwykle dynamiczne. Pojawiają się rywale Asha z poprzedniego sezonu, mnóstwo pokemonów, a przy tym trochę spoilerów. Zdecydowanie mój ulubiony, chociaż nie tak kultowy, opening serii. Po prostu wow.
Opis: Po udziale w mistrzostwach Błękitnej Ligii, Ash i Misty rozpoczynają podróż po Archipelagu Oranżowych Wysp.

Soul Eater


Co tu właściwie się dzieje? Opening rozpoczyna się od dynamicznego kopa w mordę. Szybko przemieszczamy się uliczkami jakiegoś miasta mijając bohaterów, z których każdy następny wygląda oryginalniej od poprzedniego. Poza fantastyczną muzyką, anime ma także niezwykłą kreskę. Genialna kompozycja.
Opis: Grupa uczniów ze szkoły Shibusen prowadzonej przez Boga Śmierci walczy  z potworami. Generalnie jest śmiesznie, bo są cycki. 

Death Parade


Death Parade to przykład anime, które mogło aspirować na znacznie lepszą produkcję. Najmocniejszą stroną serii jest z pewnością jego opening. Z jednej strony jest utrzymany w chłodnym klimacie tajemniczego miejsca akcji - mamy ponurych bohaterów, jakieś gry, mroczny wystrój, a z drugiej groteskowego kiczu, a wszystko w towarzystwie genialnej muzyki i tańca. Po tym openingu trudno przewidzieć, co nas czeka.
Opis: Chiyuki trafia do tajemniczego baru Quindecim, gdzie zostaje asystentką małomównego barmana Decima. Praca jest o tyle wyjątkowa, że jej szef poprzez gry proponowane gościom podejmuje decyzje o tym, czy pójdą oni do piekła, czy do nieba.

Paranoia Agent



Dla mnie Paranoia Agent już samo w sobie było niezwykłą produkcją. To było moje pierwsze poważne anime, ale mniejsza o to. Uwielbiam dziwność tego openingu. Po kolei otrzymujemy sylwetki bohaterów na tle miasta. Postaci stoją i śmieją się do rozpuku. Całość wygląda ja jakiś narkotyczny sen. Uwielbiam za charakter.
Opis: Detektyw Ikari prowadzi śledztwo w sprawie brutalnego ataku na młodą rysowniczkę. Wkrótce dochodzi do kolejnych ataków...

Skoro przetrwaliście do końca, należy wam się nagroda w postaci najlepszego openingu w polskiej wersji językowej.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

[Wakacyjne wyzwanie] Inferno Cop

Komiks? Superbohaterowie? Zombie? Przemoc? Sporo nawiązań do popkultury? Czy to wystarczy, aby stworzyć dobrą i nietuzinkową serię? Na dobrą sprawę to nie mam pojęcia jak rozpocząć ten post, ale takie ryzyko zawsze istnieje, gdy ktoś poleca mi jakąś rzecz, o której potem piszę na blogu i tak też było z trzecim wakacyjnym wyzwaniem, Inferno Cop. Nie, nie jest to najdziwniejsza rzecz z jaką miałem do czynienia, ale z pewnością jest to twór interesujący, o którym można powiedzieć wiele i nic. Także jedziem z tym śledziem.
Inferno Cop to krótkometrażowa seria anime, powstała w 2013 roku, autorstwa duetu Akira Amemiya i Hiroyuki Imaishi. Serial liczy sobie trzynaście odcinków, a każdy z nich trwa około trzech minut. Tytułowy bohater to brutalny gliniarz z Jack Knife Edge Town. O ile miejsce akcji nie ma większego znaczenia, to już o wyglądzie stróża prawa warto napisać, bo do złudzenia przypomina on postać Ghost Ridera z uniwersum Marvela. Pierwszy raz piekielnego policjanta poznajemy, gdy ratuje z opresji ciężarną kobietę. I tu właściwie zaczynają się jego kłopoty z złowrogą organizacją. 

Czyż nie przypomina wam kogoś?
Wielkiej fabuły to tu nie ma. Inferno Cop nadaje się doskonale jako zabijacz czasu, przy czym dostarcza widzom brutalnej, odmóżdżającej rozrywki. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że nie każdy pokocha taki rodzaj humoru. Okej, przyznaję, podobał mi się odcinek z wyścigiem. Niby takie nic, a cieszy :) Z Inferno Cop toczyłem prawdziwy bój. Po pierwszym odcinku seria odrzuciła mnie od siebie, bo co to niby jest? Potem przyzwyczaiłem się do prezentowanej "awangardy", aby pod koniec zacząć odczuwać delikatne znużenie.
Seria jest o tyle specyficzna, że nie mamy animacji. Ta, jeśli ktoś pomyśli o animacjach z kraju kwitnącej wiśni, wyobraża sobie duże oczy, kolorowe i wymyślne fryzury oraz smukłe sylwetki. Inferno Cop proponuje nieruchome plansze i dubbing. Zapomnijmy o ruchu. Tutaj otrzymujemy wyłącznie klimat komiksu. Warto zaznaczyć, że nie takiego z mangi, ale krwistego komiksu amerykańskiego. Kreska przywodzi na myśl historie o superbohaterach i w zasadzie jedyną rzeczą, która odróżnia serial od wersji czytanej jest brak dymków z dialogami. Oto cały koncept. Co mi się podobało? Muzyka. Po każdym odcinku z chęcią zostawałem na napisać końcowych, aby posłuchać sobie endingu.
 Przy tego rodzaju produkcjach zawsze zastanawiam się, czy coś przegapiłem? Czy taka surrealistyczna seria kryje w sobie coś więcej? Może parodia ma służyć jakimś wyższym celom, których głupi ja nie rozumiem? Forma nieważna, liczy się przekaz, ale jaki właściwie jest ten przekaz? Z tym pytaniem pozostawiam czytelników, sami oceńcie Inferno Cop

Czy obejrzałbym serial ponownie? 
Myślę, że nie, ale dziękuję Hienowi za polecenie, bo mimo wszystko Inferno Cop zapamiętam.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Coś kupiłem...

Na dzisiaj nie planowałem żadnego wpisu na blogu, noale... Przyszła do mnie przesyłka i postanowiłem się pochwalić. Serio, w tym miesiącu troszeczkę... Może troszkę większą troszeczkę przesadziłem z zakupami i to są efekty (chociaż nie całe, bo w dalszym ciągu czekam na jeszcze dwa tomiki, plus jedno... dobra dwa filmy dvd).

 


Puella Magi Madoka Magica (t.1,2) - oglądałem anime, w miarę mi się podobało, to dlaczego nie spróbować z mangą? Ponadto jestem ciekawy jak przedstawią czarownice na papierze? W anime ich "wygląd" był rewelacyjny. Okładka mega różowa, a więc będę miał respekt na dzielni u dzieciaków.
Neon Genesis Evangelion (t.3) - podobnie, oglądałem anime i... teraz czytam mangę. To znaczy będę czytać, bo "kolekcjonowanie" tego tytułu jest bardziej z dupy. Najpierw kupiłem tom 5, potem 2, czekam za przesyłką tomu 7, kupiłem 1, bo wcześniej w sklepie nie było. W każdym razie planuję skompletować serię do końca roku.
Haganai (t.1) - nawet nie wiem co to jest i jak się znalazło w mojej przesyłce. Niby dostałem w bonusie za długi czas oczekiwania, ale czy naprawdę był taki długi? Nie, ale skoro dali to ok. Opchnę na allegro albo urządzę konkurs na blogu (zawsze o tym marzyłem ;D)
Hasło brzmi: Sailor V (t.2) - ostatnio pisałem o mangowych rozczarowaniach, wśród których znalazła się Sailor Moon. Mimo chcę dać szansę Venus, nie nastawiam się na nic wybitnego, a poza tym jestem ciekawy prequela popularnej czarodziejki.


I filmowo w ramach wyzwania:
Szefowie wrogowie - dla sprostowania, płyta kupiona jeszcze przed wyzwaniem. Świetna komedia z rewelacyjną obsadą. Pozostaje czekać na "trójkę".
Millerowie - najnowszy nabytek. 
Sypiając z innymi - natknąłem się na ten film przez zupełny przypadek.



I na koniec kubek. Już jakiś czas tremu wspominałem o zamówieniu sobie kubka z Porąbanymi i dzisiaj wreszcie doszedł. Humor poprawiony. Teraz jeszcze muszę złapać jakąś fajną koszulkę z filmu.

czwartek, 28 stycznia 2016

Toradora!

Anime, którym można przypisać zestaw następujących haseł - szkoła, romans, studenci, okruchy życia - staram się omijać szerokim łukiem. Być może trafiam na niewłaściwe tytuły, które zwykle poza mdłą otoczką i naiwnością nie potrafią przemówić do mnie jako widza, a może zwyczajnie pieprzę od rzeczy, aby usprawiedliwić swoją niechęć do takich historyjek. Dlatego do Toradora! podchodziłem z umiarkowanym entuzjazmem, mając świadomość pewnego przerażającego zestawu haseł, które gwarantują "cudowne love story" pary głównych bohaterów, ale ku własnemu zaskoczeniu polubiłem anime.
Toradora! powstało na podstawie light novel autorstwa Yuyuko Takemiya. Tytuł odnosi się do imion głównych bohaterów Taigi i Ryuuji. Anime składa się z 25 odcinków plus jakichś epizodów specjalnych, którym i tak nie poświęcę czasu. Ryuuji Takasu zwany też Smokiem jest niezwykle łagodnym i uczynnym nastolatkiem. Niestety ze względu na wygląd uważany jest za łobuza i większość rówieśników trzyma się od niego na dystans (to tak jak ja w stosunku do anime o przerażającym zestawie haseł).
Tu zakradnie się mała dygresja: uważam, że Ryuuji wygląda zwyczajnie, a cały ten strach przed nim pojawia się wyłącznie, gdy jest to na rękę scenariuszowi ;) Dobra, koniec tego tematu.
Jest jeszcze Taiga zwana też Małym Tygrysem. Głośna, trochę naburmuszona, ale sympatyczna dziewczyna skradła moje serce, gdy tylko wpada na korytarzu na Takasu. Właśnie dzięki jej postaci serial jest zabawny i urokliwy.
Fabuła wygląda tak: Smok kocha się w przyjaciółce Tygrysa, Tygrys kocha się w przyjacielu Smoka. Razem decydują się połączyć siły i zjednać sobie ukochanych. Prawa komedii romantycznej mówią jasno, że prędzej czy później oboje zrozumieją, że tak naprawdę kochają siebie i będą razem i nie ma, że boli. Obawiałem się tej przewidywalności oraz natrętnego sugerowania, że para bohaterów jest sobie przeznaczona. Na całe szczęście okazało się inaczej. Jasne, to dalej komedia romantyczna nastawiona na miłosne perypetie bohaterów i w którymś momencie nastąpi ich połączenie, ale na szczęście anime nie okazało się przy tym monotonne.


Historia od pierwszych odcinków stawia głównie na humor i szkolną przyjaźń. Twórcy nie pchają głównych bohaterów w ramiona w towarzystwie niezręcznych scenek, a przynajmniej nie miałem odczucia, że tworzą sztuczne sytuacje, aby ich tylko do siebie zbliżyć. Nic z tych rzeczy. Taiga i Ryuuji od początku, przez większość serii, sprawiali wrażenie dobrze dogadującej się pary przyjaciół, a może nawet czubiącego się rodzeństwa. Anime nie opiera się wyłącznie na tej dwójce. Poza Smokiem i Tygrysem są także energiczna Minori, ułożony Kitamura oraz Ami. I to właśnie ta piątka pracuje na fajność tego tytułu. Ich kłótnie, problemy oraz marzenia budują obraz zgranej grupy przyjaciół.
Kreska jest ładna, ale bez szaleństw. Całość jest utrzymana w ciepłych, stonowanych barwach. Warto wspomnieć o openingach. W serialu pojawiają się dwa: "Pre-Parade" oraz "silky heart". Muszę przyznać, że zwykle nie zwracam uwagi na czołówki anime i najzwyczajniej w świecie przewijam je, ale tym razem z wielką przyjemnością słuchałem openingu w każdym odcinku. I gdybym tworzył jakąś listę ulubionych openingów to "silky heart" znalazłoby się na niej z pewnością.
Trochę się na och-achowałem nad serią i mógłbym skończyć moją wypowiedź właśnie w tym momencie i wierzcie mi, skończyłbym ją, gdyby nie końcówka serii. Zacznę od tego, że w pewnym momencie anime straciło swój urok. Kiedy? Jak? Dlaczego?
Oglądanie Toradora! rozłożyłem na dwie raty. Za pierwszym razem (jeszcze w starym roku) obejrzałem około 20 odcinków. Oglądałem hurtowo, bo każdy następny odcinek sprawiał, że chciałem jeszcze więcej i więcej. W pewnym momencie odcinki stały się znacznie cięższe, aż wreszcie serial zupełnie zgubił moje zainteresowanie (to było gdzieś w pobliżu klasowego wyjazdu w góry). Dopiero jakiś czas temu postanowiłem wrócić do Toradora! i rozliczyć się z anime do końca. 
Twórcy postanowili zastąpić lekki humor męczącą atmosferą żalu, smutku, przesadyzmu i jakichś dziwnych problemów, a wszystko w duchu usilnego tworzenia ze Smoka i Tygrysa pary. Trochę to wyglądało, jakby twórca przypomniał sobie, że to komedia romantyczna i bata nie ma - główni bohaterowie parą być muszą. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby (w tym miejscu poprawiam literówkę ze słowa "pszeciwko", a ty czytelniku masz szansę dowiedzieć się o spoilerze, a więc nie czytaj dalej jeśli przeszkadza ci spoiler) Taiga zniknęła z takim fajnym przesłaniem, że "dam z siebie wszystko" - co zresztą fajnie wyjaśnia Minori. Coś jak zakończenie filmu Słodki listopad, albo Podróż przedślubna. Twórcy poszli kawałek dalej... Postanowili pokazać zakończenie roku szkolnego i powiedzieć coś o dalszych planach bohaterów. Podobał mi się sam zamysł sceny, w której Ryuuji idzie do pustej sali, bo wydawało mu się, że widział Taigę. I to też byłoby fajne, subtelne zakończenie, ale twórcy ponownie poszli kawałek dalej... Za daleko. Bohaterowie spotykają się i w ostatnich sekundach finałowego odcinka wyznają sobie miłość, bo tak zakłada komedia romantyczna i tyle. Koniec spoilera i koniec serialu. 
Toradora! to dobre anime z rozczarowującym zakończeniem. Za jakiś czas sięgnę po mangę, ale dopiero wtedy, gdy zatęsknię za Małym Tygrysem, a że zatęsknię to pewne!


A wy? Oglądaliście Toradora? A może czytaliście? Pochwalcie się! Zapraszam do dyskusji. 

poniedziałek, 21 września 2015

Czarne charaktey z Sailor Moon

Ten temat chciałem stworzyć już jakiś czas temu (dokładnie ze startem drugiej części serii Sailor Moon Crystal), ale przymierzałem się, przymierzałem i nic z tego nie wyszło, a temat dość ciekawy, bo podparty 200-odcinkową serią anime powstałą w oparciu o mangę Naoko Takeuchi. Wszystko zaczęło się od porównania anime do mojego wyobrażenia mangi. Chodziło o czarne charaktery, które jak później się okazało były rewelacyjnie rozbudowane w serialu z lat 90-tych. Bogate osobowościowo, rozwinięte, czasami przynoszące sporą dawkę humoru, a czasami jakąś historię, która rozsadzała głowę.

Kaolinite i Hotaru
Nie jest to lista. Nie jest to ranking, a jedynie wspomnienie ulubionych czarnych charakterów z Sailor Moon. Nie będę też oznaczał tematu jako SPOILER, bo raczej nic odkrywczego w temacie nie  napiszę i nawet osoba, która nie zna Czarodziejki z księżyca powinna zdawać sobie sprawę, że dobro zawsze zwycięża, zło zostaje unicestwione i tego typu historie. Każda z pięciu serii anime posiadała innego przecinka zgodnie ze schematem: jedna wredna królowa plus grupa (najczęściej czterech) pomagierów odpowiadających "kolorami" protagonistkom. Najeźdźcy z kosmosu za każdym razem poszukiwali na ziemi czegoś innego - czystych serc, gwiezdnych ziaren, tęczowych kryształów - a wszystko to tworzyły odcinki-zapychacze, dzięki którym można było polubić przeciwników sailorek.
Jeśli miałbym wyróżnić jakiś czarny charakter to z pewnością byłaby to asystentka doktora Tomoe, członkini Bractwa Śmierci. Kaolinite była niezwykle piękną oraz wyniosłą kobietą, niekiedy przykrą do Hotaru, ale i kochającą się w swoim pracodawcy. Jeśli pamięć mnie nie myli jest także jedyną osobą z Bractwa Śmierci, która została wskrzeszona i powróciła do serii. Ponadto nie można zapomnieć o jej długich włosach, których używała do atakowania przeciwniczek - to było genialne. Jestem nawet w stanie założyć się, że Kaolinite była jedną z silniejszych postaci, z którymi przyszło się zmierzyć czarodziejkom.

Profesor Tomoe przy pracy
I skoro już jestem przy Bractwie Śmierci to wypada wspomnieć o jego założycielu, doktorze Tomoe. Ojciec Hotaru od zawsze wydawał się specyficzną postacią, która jak na głównego jednego z ważniejszych przeciwników serii S była dość komiczna. Kurde, facet był tym co można uznać za definicję "szalonego naukowca". Przez pierwszą połowę sezonu twórcy nie pokazywali jego twarzy, a jedynie zaciemnioną postać tworzącą nowe Daimony. Tomoe w dużej mierze rysował się jako postać komiczna, co było dobrą odskocznią od poważnej Beryl, albo księcia Dimanda.
Petz, albo Prisma należała do Klanu Czarego Księżyca i była najstarszą z czterech sióstr, a także główną przeciwniczką Sailor Jupiter. Najczęściej atakowała w duecie z młodszą siostrą - Calaveras, z którą ciągle i o wszystko potrafiła kłócić się. Petz była niezwykle charyzmatyczna oraz zawzięta. Jej dominujący charakter i pycha stanowiły ogromną wadę, gdyż z łatwością dała się wykorzystać Rubeusowi (może nie do tego stopnia co Koan, ale jednak XD). W ostateczności Petz potrafiła wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i
poświęcić się dla ratowania Ziemi, sióstr oraz czarodziejek. Po jakimś czasie Petz pojawia się ponownie. Wtedy dowiadujemy się, że jest zakochana w Saphirze i wtedy poznajemy jej wrażliwą stronę. Petz była jedną z tych postaci, które, albo się kocha, albo nienawidzi. Jej charakter okazał się barwniejszy niż można było przypuszczać na początku.

Petz
 Faceci w Sailor Moon byli rzadkością, tj. większość przeciwników stanowiły piękne kobiety ubrane w fikuśne stroje, ale tu za wyjątek może posłużyć seria Classic, w której pierwszymi antagonistami są generałowie. Ich wątek został poprowadzony zupełnie inaczej, niż w mandze, co nie znaczy, że gorzej (jestem przeciwnikiem mangi, jakby ktoś pytał). W anime każdy z generałów miał własną historię i jakieś atrybuty, które dodawały mu wyjątkowości, ale to Nephrite był największym zaskoczeniem serii, a także przyczynił się do powstania jednej z najbardziej wzruszających scen w anime (to już subiektywna opinia). Nephrite otrzymał zadanie znalezienia czarnego kryształu potrzebnego Królestwu Ciemności do odszukania tęczowych kryształów. Mniejsza o to... W tym celu Nephrite zaczyna zbliżać się do Naru (najlepsza przyjaciółka Sailor Moon), aby z jej pomocą pozyskać wspomniany kryształ. Sytuacja komplikuje się, gdy generał zaczyna odczuwać sympatię do dziewczyny i ostatecznie postanawia zwrócić się przeciwko Królestwu Ciemności. Śmierć generała i Naru bezsilnie próbująca ocalić ukochanego są zdecydowanie najlepszym momentem serii Classic. Nieszczęśliwa historia  nie kończy się na tym, bo w kolejnych odcinkach widzimy jak Naru próbuje uporać się ze śmiercią Nephrite.

Naru i Nephrite
Jest jeszcze wiele czarnych charakterów, o których mógłbym jeszcze wspomnieć - Galaxia, Oko Ryby, Para Para - jednak zatrzymam się na tych czterech. Przeciwnicy w Sailor Moon bywali różni. Tak samo jak różna była ich rola w historii. Niekiedy irytowały (cześć Ali i An), a niekiedy wzbudzały sympatię. Ich różnorodność i oryginalność sprawiały, że nie można było przejść obok nich obojętnie.

Znacie Salior Moon? Lubicie przeciwników czarodziejek? Pochwalcie się!                                            

czwartek, 6 sierpnia 2015

Ranking moich ulubionych pokemonów

Pokemony to marka rozpoznawana na całym świecie. Ostatni raz na temat ulubionego pokemona wypowiadałem się, gdy na horyzoncie nieśmiało wyłaniała się czwarta generacja. Dzisiaj jesteśmy po szóstej "porcji" z dokładką w postaci megaewolucji. Myślę, że z tego powodu warto odkurzyć temat i przypomnieć sobie ulubione kieszonkowe stwory. Wybór trudny, bo inaczej prezentują się one w grach, inaczej w anime i inaczej w mandze. I wszystko zależy od tego, co w danym momencie interesuje cię najmocniej plus ogólny poziom zajebistości. Moimi głównymi kryteriami są przydatność w grach, sentyment, wygląd, a czasem historia pokemona (tyczy się to głównie mangi i anime).

11
Braviary
To prawdopodobnie jedyny pokemon latający, który znalazł się na tej liście. Piszę prawdopodobnie, bo cały ranking powstaje spontanicznie. Latające pokemony nie są moimi ulubionymi, ale przydają się, dlatego traktując je jak zło konieczne włączałem jednego Pidgeya lub Fearowa do składu. Piąta generacja miała szansę zmienić moje nastawienie. Jak źle nie myślałbym o "piątce" to muszę uczciwie przyznać, że Brivary wygląda po prostu zajebiście. To orzeł, a nie jakiś jastrząb, przerośnięty wróbel czy jakaś przetrącona  glapa. Zajebistość wylewa się z niego na każdym kroku, ale hej, to piąta generacja i trzeba jakoś upierdolić życie jego fanom - preewolka pojawia się na drodze numer 10, czyli po zdobyciu siódmej odznaki na poziomie 11, a w Brivary ewoluuje na 50.

10
Venonat
To trochę nieoczywisty wybór. Gdybym miał wyjaśnić, dlaczego lubię Venonata, miałbym spory problem. Kilkakrotnie dołączałem go do drużyny w grach (nigdy nie ewoluowałem), ale nie był specjalnie przydatny i jego rola ograniczała się do bycia maskotką. Bardzo lubię anime, w których pojawia się Venonat. Pierwszy raz w odcinku The Ninja Poké-Showdown, gdzie równo strollował Asha i spółkę. Potem dołączył do "stałej obsady" jako pokemon Tracy'ego. Wtedy dał się poznać jako doskonały obserwator. A poza tym zawsze bawił mnie dźwięk, jaki z siebie wydawał - klakson!

9
Snubbull
Snubbull był jednym z pierwszych pokemonów drugiej generacji, które zostały przedstawione widzom. Jego debiut miał miejsce w odcinku specjalnym "Wakacje Pikachu". Jeszcze wtedy prezentował się niezwykle tajemniczo. Poza nazwą nie było o nim żadnych konkretnych informacji. Później Snubbull pojawił się kilkakrotnie w serialu. Serialowy pokemon uciekł swojej właścicielce, gdyż miał dość życia "w złotej klatce", a jego (w sumie jej) celem stało się podążanie za Zespołem R. Zaś samo imię jak i wyraz twarzy stworka otrzymała pewna postać z mojego fika.
8
Sharpedo
Pokemon-rekin zadebiutował w generacji trzeciej, która przyniosła wiele fajnych i świeżych pomysłów.W grach dodatkowym atutem Sharpedo jest jego umiejętność "Rough Skin" polegająca na zadaniu niewielkich obrażeń za każdym razem, gdy przeciwnik zaatakuje atakiem fizycznym. Ponadto pokemon stał się znakiem rozpoznawczym Archiego... no i moim, rzecz jasna. Jego nazwa pochodzi od słów "rekin" i "torpeda", co wiąże się z jego wyglądem. Wygląd to niestety najsłabszy element pokemona, gdyż przypominający torpedę rekin nie ma ogona. Niestety tego błędu nie poprawiła nawet jego megaewolucja. Tak czy inaczej bardzo lubię Sharpedo.

7
Zigzagoon
Pierwszy raz grając w Emerald (moja pierwsza gra z trzeciej geny) natknąłem się na tego urokliwego szopa i postanowiłem złapać jako alternatywę dla Rattata. Dzięki jego umiejętności Pickup znalazłem mnóstwo przedmiotów, a w tym również Rare Candy. Potem Zigzagoon szybko stał się moim numerem jeden w zespole, a z czasem ewoluował. Poza tym jest to jeden z najładniejszych pokemonów.

6
Tyrunt
Skamienieliny pojawiają się od pierwszej generacji i naprawdę dziwię się, że dopiero w szóstej generacji ktoś wpadł na pomysł, aby stworzyć poke-tyranozaura, który przy okazji będzie łączył w sobie typy kamienny i smoczy. Ma świetny, prosty wygląd (bardzo cenię to w pokemonach), a także uczy się ataków takich jak Crunch oraz Dragon Tail dzięki czemu jest bardzo wartościowym członkiem drużyny. Nie oglądam nowego anime, ale miałem okazję oglądać walkę Tyrunta z zabawkami Asha i chociaż wynik walki był dla mnie oczywisty od pierwszej chwili to miło się oglądało, jak dinozaur pokonuje pokemony protagonisty.

5
Cubone
Tak, mój numer jeden. Cubone to tylko i wyłącznie czysty sentyment. Nie pamiętam jego występu w mandze, w anime pojawiał się w rolach epizodycznych, zaś w grze nigdy nie włączałem go do podstawowego składu. Jeśli jednak dobrze poszukać w pamięci to Cubone był pierwszym pokemonem, który mnie zainteresował. Z wyglądu był fajny i nieprzekombinowany. Posiadał atrybuty z kości w postaci hełmu i maczugi, które dodawały mu powagi. Sam pokemon posiada smutną historię, wokół której fani mnożą spekulacje, co sprawia, że Cubone wydaje mi się jeszcze ciekawszy niż kiedyś.

4
Golbat
Jak wspomniałem wyżej, nie przepadam za typem latającym, ale mimo wszystko zawsze warto posiadać jednego uskrzydlonego pokemona w drużynie. Przypadek sprawił, że kiedyś złapałem Zubata (ogólnie o tym nietoperku pieśni piszą) i bardzo się męczyłem z jego Supersonic i Leech Life, ale opłaciło się, bo ewoluował w Golbata. Czułem ogromną satysfakcję, gdy słaby Zubat ewoluował w Golbata i co ważniejsze wysiłek się opłacił, bo zyskałem świetnego pokemona. Odtąd Golbat zawsze towarzyszy mi w grach D/P/Pt, a czasem nawet w LG. Ponadto Golbat należący do Kogi został ciekawie przedstawiony w mandze. Początkowo chciałem wpisać tu Crobata, ale wizualnie bardziej przemawia do mnie Golbat.

3
Raticate
Mam wrażenie, że Raticate to pokemon, którego potencjał mało kto dostrzega i większość graczy używa go wyłącznie do noszenia śmieciowych aczkolwiek potrzebnych ataków. Tymczasem Raticate potrafi nauczyć się wielu świetnych ataków i warto mieć go w zespole. Z tym pokemonem wiąże się też historia. Pierwszą grą pokemon, z którą się zmierzyłem był Gold, a pierwszym złapanym wtedy pokemonem był Rattata, który później ewoluował w Raticate. Dopiero się uczyłem zasad i mój Raticate nie był najsilniejszy, ale razem z nim przeszedłem ligę - w końcu był moim pierwszym złapanym pokemonem. 

2
Nidoking
Uwielbiam. Wogóle jestem fanem całej rodziny Nidoranów i gdyby moja lista miała 20 pozycji to na kolejnych znalazłby się Nidorany oraz Nidorino. Jednak bez wątpienia numerem jeden jest Nidoking. Uczy się obłędnych ataków: Earthquake, Flamethrower, Thunderbolt, Ice Beam... Swoją siłą oraz groźnym wyglądem zapracował sobie na miejsce w tym rankingu. Szkoda, że w anime i mandze nigdy nie otrzymał większej roli.

1
Bulbasaur
Wybór startera nigdy nie stanowił dla mnie większego problemu. Jeśli gram w LG to wybieram Bulbasaura. Gdy gram w Y, wybieram Bulbasaura (ta, mam dwa trawiaste z Gogoatem w składzie) - to oczywisty pokemon i przyznam, że dużo lepiej korzysta mi się z niego niż pozostałych dwóch starterów Kanto. Od zawsze szczególną sympatią darzyłem pokemony rośliny, a Bulbasaur był dla mnie ich najważniejszym przedstawicielem. Od razu spodobał mi się cały koncept stworka, który był połączeniem zwierzęcia i rośliny. Z jeden strony było w nim coś łobuzerskiego, a z drugiej bulwa, która dodawała mu delikatności. Nie licząc Pikachu, Bulbasaur był najdłużej towarzyszącym Ashowi pokemonem, bo był z nim przez praktycznie całą Orginal Series, a potem pojawiał się jeszcze w epizodach w kolejnych sezonach.

Tyle ode mnie. Stworzenie listy było trudne i wiele pokemonów musiało z niej wypaść jak chociażby Elekid, Quilava, Roselia oraz Buizel. Jeśli macie własny ranking to zapraszam do pochwalenia się.