Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 lipca 2021

[Wakacyjne wyzwanie] Kolacja z arszenikiem

Nie jem kolacji. Zostałem przez grzeczność. Uciekłem przed deserem.


Filmem z kategorii komedia postawionym przez Meg w ramach Wakacyjnego wyzwania była Kolacja z arszenikiem (oryg.The Last Supper) i jest to pozycja, która wywołała u mnie ogromny entuzjazm, chyba (tfu, zdecydowanie) największy jaki kiedykolwiek i cokolwiek wywołało w ramach tej zabawy. Przede wszystkim był to film, który "wisiał" na mojej liście do obejrzenia od bardzo dawna...

Komedia sama w sobie jest niezwykle wdzięcznym gatunkiem, bo potrafi odnaleźć się we współpracy w każdym, innym wytworem dziesiątej muzy. Moim poczuciem humoru jest czarna komedia, a filmy takie jak Ze śmiercią jej do twarzy (oryg. Death Becomes Her) oraz Sok z żuka (oryg. Beetle Juice) są moimi ulubionymi pozycjami. 

Kolacja z arszenikiem została wyreżyserowana i (na spółkę z mężem) napisana przez Stacy Title w 1995 roku. Film opowiada historię piątki młodych ludzi, którzy w ramach naprawy świata postanawiają truć arszenikiem gości zapraszanych na kolacje. Nie posiłkowałem się żadnym streszczeniem fabuły, a jedynie opisałem to, co udało mi się zawrzeć w pierwszej myśli, ale mimo chaosu to właśnie zasiadanie przy stole, pojenie arszenikiem i pytania o poglądy (niewłaściwe dla bohaterów) stanowi oś filmu.

W rolach gospodarzy "ostatniej wieczerzy" znaleźli się Cameron Diaz, Jonathan Penner oraz Courtney B. Vance, a wśród gości zasiedli między innymi Bill Paxton i Ron Perlman. Obsada naprawdę mocna, chociaż w wydaje mi się, że jak wiele filmów z lat 90-tych mocy dopiero nabrała po dekadzie lub dwóch.

Bardzo podobał mi się początek filmu i dla ułatwienia nazwijmy go "pierwszą kolacją". Był intrygujący początek, ciekawy dialog, humor i scena kulminacyjna zakończona śmiercią. Tak działa czarna komedia. Centrum żartu ma być makabryczna sytuacja, a co może być bardziej makabrycznego od zamordowania gościa podczas kolacji?  Za to uwielbiam czarne komedie. 

Kolacja z arszenikiem, jeszcze przed seansem, kojarzyła mi się mocno z moim ukochanym Płytkim grobem (oryg. Shallow Grave), którego hasłem przewodnim było niewinne zapytanie "czymże jest odrobina morderstwa w gronie dobrych przyjaciół"? Takie niewinne spłycenie poważnego czynu znajduje również uzasadnienie w filmie Stacy Title. Bohaterowie w obu przypadkach to aroganccy, wykształceni ludzie o hedonistycznym nastawieniu do świata i jakąś pogardą dla ludzi spoza kółka wzajemnej adoracji. 

Filmy dzieli jednak motyw działania, bo w dziele Boyle'a są nim pieniądze, zaś u Title ma być naiwna chęć naprawienia świata. Problem w tym, że założenia szybko się rozpadają, a im dalej w las, tym toporniej. Kolejne kolacje kwituje szybki temat przewodni spotkania, zgon i nowy krzaczek pomidorów. Brakuje jakichś interakcji pomiędzy bohaterami, a wątpliwości pojawiają się trochę od czapy, podobnie jak nieustępliwość. Nie do końca rozumiem wątek policjantki, który dość niespodziewanie i brutalnie zostaje zakończony. Finał filmu mógł być bardziej dynamiczny, jeśli nie poprzez akcję to chociaż przez dialog. 

Nie licząc krótkometrażowego Down on the Waterfront, Kolacja z arszenikiem stanowiła debiut reżyserski Stacy Title. Czy  był ambitny? Mam wrażenie, że miał być taki, ale nie do końca udało się łapanie kilku srok za ogon na raz.

Zastanawiam się, dlaczego Meg zaproponowała mi właśnie ten film. Nie mam pojęcia jaką wiedzę na temat reżyserki posiada Meg, ale chcę jeszcze o czymś wspomnieć. 

Na początku tego roku Stacy Title zmarła po długiej walce z chorobą. Styuacja była mi znajoma (chociaż nie kojarzyłem jej jako postaci związanej z filmem) z powodu jej męża, Jonathana, jednego z moich ulubionych zawodników reality show Survivor. Myślę, że chociaż Stacy Title nie zapisała się złotymi literami w historii kina to cieszyła się miłością męża oraz dzieci.

sobota, 25 kwietnia 2020

Absurd goni absurd

Ostatnio tylko filmy i filmy, ale dużo się dzieje i chciałbym zadbać nieco o kanał, na który nie wrzucałem materiałów przez dłuższy czas. Dlatego postanowiłem zrealizować kilka pomysłów, które chodziły za mną od dłuższego czasu.


sobota, 12 października 2019

Czekając na premierę

Kolejne dni wyzwania i kolejne filmy. W chwili obecnej zastanawiam się, czy większe wrażenie robią podjaranie Patricka Wilsona wielkim głazem leżącym po środku pola, czy drewniana Morticia Adams, która pomiędzy poszczególnymi ujęciami musiała wygrzebywać z uszu wióry?





W trakcie podróży przez Kansas rodzeństwo, Becky i Cal, robi sobie postój na szosie przecinającej polanę porośniętą wysoką trawą. Z gąszczy dobiega ich wołanie o pomoc małego chłopca. Młodzi bez zastanowienia wyruszają mu na pomoc. Szybko okazuje się, że wejście jest dużo prostsze niż wyjście z wysokiej trawy.
Produkcja Netflixa z 2019 W wysokiej trawie to bardzo skromny w środkach artystycznych i nieco bardziej zagmatwany, chociaż gmatwanina służy wyłącznie ukryciu jego wad horrorek. Za reżyserię i scenariusz odpowiedzialny był Vincenzo Natalie (Cube, Istota). Reżyser, którego przede wszystkim cechuje minimalizm, co poniekąd widać W wysokiej trawie, zabrał się za duży projekt sygnowany nazwiskiem Stephena Kinga (w nawiasie nawet nie spróbuję podawać jego dzieł). Film jest adaptacją opowiadania mistrza grozy i jego syna. Tak więc mamy pomysłowego reżysera i króla horrorów. Czy taki duet może rozczarować? Ano, może... No... Bądźmy uczciwi. Przed seansem, nie miałem pojęcia, kto stał za stworzeniem filmu (tak, ignorancja, nie skupiałem się na napisach) i film wydał mi się zwyczajnym, thrillerem z jakimiś paranormalnymi elementami. Mając jednak świadomość nazwisk jakie ukryły się w tych chaszczach zacząłem zastanawiać się, czy panów nie było stać na wiele więcej? Jaki jest ten horror? Nijaki. Widziałem wiele lepszych produkcji na Netflixie i wiele gorszych. W wysokiej trawie to historia, z którą można, ale nie trzeba się zaznajamiać.


Rodzina Addamsów 3: Spotkanie po latach było najtrudniejszym wyzwaniem. Na kolejny dzień wyzwania przypadł mi film z kultową rodzinką. Przemęczyłem się niczym wujek Fester. Chciałem obejrzeć animację o rodzince Addamsów z tego roku. Niestety premiera będzie na święte nigdy, a obejrzeć należy planowo... staram się przynajmniej. Ostatecznie postanowiłem sięgnąć po trzeci film, o zjeździe rodzinnym, czyli ten, który pamiętam najmniej. Obejrzałem w ratach. Pozostaje mi grzecznie wyczekiwać na premierę najnowszych Addamsów. Widzieliście trailer? Fajny, nie? 


Na sam koniec został horror z domieszką komedii. Szukając jakiegoś tytułu byłem zaskoczony jak wiele filmów obejrzałem. Ostatecznie skusiła mnie Szkolna zaraza z gwiazdorską obsadą. Tym razem przeciwko hordom zombie do walki stanęli nauczyciele. W tym filmie nie było niczego ciekawego, standardowa fabuła filmu o zombie z możliwie jak największą ilością idiotyzmów na zasadzie "bo tak", nieśmiesznych żartów (odniesienia do Władcy pierścieni i Piły zupełnie niepotrzebne) i słabej charakteryzacji. Największym i jedynym plusem był Rainn Wilson. Kto by pomyślał, że z początku kreowany na palanta nauczyciel wychowania fizycznego ukradnie film, dziewczynę oraz bycie bohaterem panu Frodo Bagginsowi?

#OctoberMovieScreeningChallenge

sobota, 13 lipca 2019

[Wakacyjne wyzwanie] Powrót Don Camilla

Rzucony w wir obowiązków oraz innych zawirowań emocjonalnych wreszcie zdołałem wykaraskać się z tego całego bałaganuna tyle, aby trochę poświętować i nie, nie chodzi mi wyłącznie o urodziny, ale również o wakacyjne wyzwanie. Były powroty, celebracja z ich powodu, a także różne polityczno-religijne dysputy.
Powrót Don Camilla to włosko-francuska produkcja z 1953 roku, za której reżyserię odpowiedzialny był Julien Duvivier. Komedia jest adaptacją noweli, a w zasadzie jednego z opowiadań z cyklu o Don Camillo autorstwa Giovanniego Guareschiego. Za swoje różne "wyskoki" proboszcz z niewielkiej wioski nad rzeką Pad zostaje przeniesiony, ku początkowemu zadowoleniu wójta Peppona, do parafii położonej wysoko w górach. Szybko okazuje się, że miasteczko bez ojca Camillo to już nie to samo. Dlatego ten planuje swój wielki powrót.
Historia jest umieszczona w okresie powojennym. Tło historyczne jest akcentowane nie tyle z konieczności, co potrzeby fabularnej. Nie oznacza to, że wielkie wydarzenia przysłaniają to, co istotne - jest odwrotnie. W sielskiej krainie życie jest dalekie od wielkiej polityki. Mieszkańcy wioski cieszą się zwykłymi rozrywkami, jak walka bokserska czy przejmują się powodzią, a przy tym nie dostrzegają jakichś kulisowych przepychanek. Oczywiście, jest kilka konfliktów - spór o sprzedaż duszy, chłopcy naśladujący bezmyślnie ojców, czy syn wójta uciekający ze szkoły. Jednak najważniejszym konfliktem jest ten pomiędzy księdzem, a wójtem. Bogu oddać co boskie, a cesarzowi co cesarskie, chciałoby się powiedzieć, ale jednak nie do końca. Camillo chętnie wchodzi w dyskusję z władzą, podkreśla jej nieudolność i powiedzmy sobie szczerze, robi idiotę z Peppona, a przy tym niekiedy trochę za bardzo oddala się od interesów Boga. Bóg kilkakrotnie upomina księdza o to, że kieruje nim pycha, czy upartość. I pod tym względem najciekawsza była scenka z olejem rycynowym. Zabrakło tylko sraczki.

Najlepsza scena z filmu.

Film buduje starcie don Camillo i Peppona. Pisząc starcie nie mam na myśli koniecznie konfliktów, o którym tak dużo wspomniałem wcześniej. Oddtwórcy głównych ról - Fernandel oraz Gino Cervi - budują większą relację pomiędzy postaciami; to wzajemna rywalizacja, spór na tle filozoficznym, ale także błaha, a może wręcz przeciwnie, ogromna przyjaźń. W każdym razie jestem przekonany, że bez tego duetu aktorskiego ten film straciłby dużo. Aktorsko - z perspektywy czasu - ciężko mi ocenić. Dzisiaj komedia, kino ogółem, stawia nieco inne wymagania niż sześćdziesiąt lat temu. Ponadto mamy tu doczynienia z kinem europejskim, jest włoski ekspresjonizm, radość z życia. Chyba wystarczy?
Warto napisać też o samej religijności, bo na pierwszy rzut oka może się zdawać tj. po opisie fabuły, że to właśnie religia jest tą nadrzędną wartością, ale wcale tak nie jest. Duchowny to człowiek z krwi i kości, popełniający błędy i arogancki. Wiara w Powrocie Don Camillo jest bardzo subtelna. I tu pora wspomnieć o mojej ulubionej scenie z całego filmu czyli modlitwie w zalanym kościele. Bardzo ładnie nakręcona.
Coś o czym powinienem napisać na samym początku, ale czego nie zrobiłem, bo nie wiem, dlaczego... Już samo słowo "powrót" sugeruje, że mamy doczynienia z jakąś kontynuacją i tak, wikipedia potwierdza, że jest to już drugi film z cyklu, poprzedza go Mały światek Don Camilla. W każdym razie na początku było mi trudno się odnaleźć, bo od razu zostajemy rzuceni w wir akcji - proboszcz przybywa do nowej parafii, potem jakiś zegar, kłótnia w radzie miasta, o co właściwie chodzi? Tak, czy inaczej chyba lepiej zacząć znajomość z don Camillo od pierwszego filmu.

Czy obejrzałbym ponownie? 
Jak kiedyś wspominałem; jest niewiele filmów, na których obejrzenie decyduję się ponownie. Chyba lepiej zapytać, czy obejrzałbym kolejne filmy z tej serii. I tak i nie. Powrót Don Camilla nie należy do kina, które jest mi jakoś szczególnie bliskie, ale potrafię docenić jego walory. Jeśli kiedyś przypadkiem natknę się na Don Camillo to chętnie przystanę na moment i zobaczę, co znowu wymyślił, aby uprzykrzyć życie wójta.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Aktorzy komediowi

czyli 7 aktorów, wywołujących uśmiech na mojej twarzy

Nie łatwo jest być komikiem, ale są aktorzy posiadający ogromny talent do rozśmieszania ludzi. Ich poczucie humoru, życzliwy, naturalny śmiech, mimika, szaleństwo jakim obdarzają filmowe postacie wynikające czasem z tego jakimi są ludźmi prywatnie, a czasem z tego jak profesjonalnie podchodzą do swojej pracy. Chciałbym przedstawić siedmiu moich ulubionych aktorów komediowych.



Tyler Labine
Listę otworzy Kanadyjczyk, Tyler Labine. Nie jest on może najbardziej rozpoznawalnym aktorem w tym zestawieniu, chociaż współpracował już z Melissą McCarthy (Szefowa) oraz Jasonem Sudeikisem (Zróbmy sobie orgię). Zwykle przypadają mu w udziale role komediowe, ale nie zawsze w filmach komediowych. To facet, który wchodzi w środku dramatycznej sceny i rozładowuje napięcie. Gra postaci nieco niezdarnych, trochę nieogarniętych życiowo, ale dobrodusznych bohaterów. Najlepiej to widać w niedocenionym serialu Deadbeat, gdzie jako medium pomaga duchom w dokańczaniu ich niezałatwionych za życia spraw i zwykle wpada w jakieś tarapaty. Jednak największym sukcesem, jak dotąd, jest rola nieśmiałego Dale'a w komedio-horrorze Porąbani. Uwielbiam scenę, w której Dale próbuje przedstawić się Allison, ale przez własne zdenerwowanie wychodzi na socjopatę. Ma ogromny potencjał komediowy i zdecydowanie częściej powinien być obsadzany w rolach pierwszoplanowych.
Najlepszy film: Porąbani, 2010
Najlepsza rola komediowa: Dale (Porąbani, 2010)

  
Kristen Wiig
Żart należy opowiedzieć szybko i z trafną puentą. Nic dziwnego, że aktorzy komediowi robią wszystko, aby ich postaci były dynamiczne. Kristen Wiig to zupełnie inna para kaloszy. Jej flegmatyczne postaci często usiłują zachować powagę w najbardziej absurdalnych sytuacjach. W filmie Wpadka grała epizod, asystentkę dyrektora telewizji (nawet nie wiem, czy otrzymała imię). Jej postać ewidentnie nie lubiła głównej bohaterki, co po chwila dając jej jakieś nieprzyjemne aluzje. Innym razem gra znudzoną żonę  (Między nami bliźniakami) lub naukowca próbującego odciąć się od pokręconej przeszłości (Pogromcy duchów). Każdy jej występ daje mnóstwo zabawy.
Najlepszy film: Druhny, 2011
Najlepsza rola komediowa: Annie (Druhny, 2011)



Kate McKinnon
Przyznam się, że długi czas nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo ją lubię. Kojarzyłem twarz i projekty, w których brała udział, a przy tym zawsze będąc pod wrażeniem ogromnej pracy jaką wkłada w swoje filmowe wcielenia, ale nie miałem bladego pojęcia jak właściwie się nazywa. Kate jest bardzo często obsadzana w drugoplanowych lub trzecioplanowych rolach. Mimo to za każdym razem błyszczy w obsadzie. Przykład? Ghostbusters. Pogromcy duchów, gdzie partnerowały jej dwie wybitne aktorki komediowe, Wiig oraz McCarthy, a mimo tego to właśnie McKinnon okazała się najjaśniejszym punktem produkcji ratującym go przed klęską. Za rolę ekscentrycznej Holtzmann otrzymała nominację do Saturna. Kate była już wredną heterą i firmową służbistką. Postaci w jakie się wciela często są introwertyczne, dziwne, a przy tym dodają kolorytu ekipie. Najbardziej lubię Mary z Firmowej Gwiazdki, ale jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć ją bliżej pierwszego planu, polecam Ostrą noc.
Najlepszy film: Firmowa Gwiazdka, 2016 
Najlepsza rola komediowa: Mary (Firmowa Gwiazdka, 2016)



Jason Sudeikis
W roku 2005 zadebiutował w programie Saturday Night Live, a już dwa lata później zagrał niewielką rolę w Jak złamać dziesięć przykazań. Komedia o dekalogu nie była przełomem, nie była nawet dobra, ale otworzyła mu drogę do kolejnych filmów, aż w końcu otrzymaliśmy komedię kryminalną Szefowie wrogowie. Przede wszystkim lubię poczucie humoru i zdolności improwizacyjne Jasona. Najlepiej dowodzi tego Millerach, gdzie reżyser często dawał aktorom wolną rękę w prowadzeniu danych scen. W materiałach dodatkowych jest całe mnóstwo scen niewykorzystanych, w których Sudeikis improwizuje dialogi. Posiada naturalną charyzmę dzięki, której każda rola ma w sobie mnóstwo luzu, swobody i niewymuszonego optymizmu. Moją ulubioną rolą Jasona jest David Miller, za którą zresztą otrzymał aż cztery nominacje. Jakby ktoś miał jednak ochotę na nieco poważniejszy klimat to polecam Monster.
Najlepszy film: Szefowie wrogowie, 2011
Najlepsza rola komediowa: David Clark (Millerowie, 2013)

Oficjalnie przechodzimy do powerhouse'a, czyli mojego top 3


Melissa McCarthy
Są komedie zabawne i takie, które rozwalają cię na łopatki dzięki Melissie McCarthy. Uwielbiam ją. Właśnie takiej kobiety potrzebowało Hollywood. Pierwszy raz widziałem ją w serialu Kim jest Samantha?, gdzie wcieliła się w postać przyjaciółki tytułowej bohaterki z czasów szkoły. Zawsze uśmiechnięta, chociaż bardzo samotna, Dena z miejsca stała się moją ulubioną postacią. Myślę, że największym atutem McCarthy jest jej osobowość. Gra kobiety bezczelne, potrafiące rozpychać się łokciami, a przy tym zyskują one sympatię widzów. Są świetne. Nie boją się być tym kim są, ba! Są dumne z bycia outsiderkami. Przy tym zawsze śpieszą z pomocą przyjaciołom. Wystarczy przypomnieć sobie Druhny i niekonwencjonalne metody pocieszania Annie przez Megan. Melissa nie jest wyłącznie zabawna, ale ma w sobie mnóstwo ciepła i dlatego jako twardzielka policjantka zdobywa sympatię widowni.
Najlepszy film: Agentka, 2015
Najlepsza rola komediowa: Diana (Złodziej tożsamości, 2013)


Simon Pegg
Długi okres czasu Simon był moim naj, naj... Obejrzałem praktycznie każdą komedię z jego udziałem. Mimika, gesty, żarty i odniesienia do kultury popularnej. Pokochałem go za Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi, a całkowicie pochłonęły mnie produkcje reżyserowane przez E. Wrighta z serialem Spaced na czele. Simon udowadnia, że można być super bohaterem, nawet nieco pokracznym, któremu czasem wszystko spada na głowę. Ostatnio Simon mniej gra w komediach na rzecz kina bardziej obyczajowego, ale nie mam mu tego za złe. Wręcz przeciwnie, z jeszcze większym oczekiwaniem czekam na kolejne komedie, a póki co zabieram się za jego książkę.
Najlepszy film: Wysyp żywych trupów, 2003
Najlepsza rola komediowa: Dennis (Gazu mięczaku gazu, 2007)


Danny Boon 
Chociaż moją listę zdominowali Amerykanie, to miejsce pierwsze zajmuje aktor francuski. Za co lubię Daniela? Pierwsza rzecz niezwiązana z samymi rolami to jego szczery, niewymuszony śmiech. Kiedy się śmieje, śmieje się całym sobą. Poza graniem, pisze scenariusze i reżyseruje filmy. Bohaterowie, w których się wciela są dalecy od ideałów, ale podobnie jak Pegg mają szansę stać się bohaterami. Skąpcy, narcystyczni egocentrycy oraz głupole w każdym wydaniu.  Danny potrafi przedstawić negatywnych bohaterów w taki sposób, aby widz miał świadomość, że są oni nieszczęśliwi i prędzej czy później podejmą próbę zmiany wartości, a ta z kolei przyniesie mnóstwo komediowych sytuacji. Lubię też jego mimikę. Uwielbiam scenę, w której Romain wchodzi do przychodni i robi wielkie, przerażone oczy na widok poczekalni pełnej chorych.
Najlepszy film: Nic do oclenia, 2010 
Najlepsza rola komediowa: Romain Faubert (Przychodzi facet do lekarza, 2014)


Oczywiście, moja lista mogłaby być dużo dłuższa. Są jeszcze: Kevin Hart, Kristen Bell oraz Charlie Day. A wy? Macie jakichś ulubionych aktorów komediowych? Szukacie jakiejś komedii? Zapraszam do dyskusji.

czwartek, 22 marca 2018

Sequel potrzebny

czyli o 5 filmach, których kontynuacje chciałbym zobaczyć


Nocne plemię 
(Nightbreed, 1990)
Aaron Boone zostaje oskarżony o popełnienie kilkunastu brutalnych morderstw. Uciekając przed policją trafia do podziemnego miasta ze swoich snów, Midian zamieszkiwanego przez demoniczne istoty.
Zamieszczając ten tytuł na liście miałem wątpliwości. Niektóre tytuły mogą czekać na ciąg dalszy lata i nie tracą przy tym niczego. Inne, z kolei, powinno realizować się od razu i w tej kategorii, niestety, mieści się Nocne plemię. Dzieło mistrza horroru, Clive Bakera, zostawiło nas z otwartym zakończeniem. Niestety sam film mimo ogromnego potencjału nie został przyjęty ciepło przez fanów Hellraisera. Na plusy idą charakteryzacja, cmentarna scenografia i dobry scenariusz łączący przygodę z horrorem.


Hiszpański temperament
(Ocho apellidos vascos, Ocho apellidos catalanes, 2014-2015)
Baskijka Amaia właśnie rozstała się z narzeczonym. Pocieszenie znajduje w ramionach Andaluzyjczyka, Rafy. Po wspólnie spędzonej nocy dziewczyna wraca do Kraju Basków, ale w ślad za nią jedzie zakochany do szaleństwa Rafa. Sytuacja komplikuje się, gdy na nieodwołany ślub przybywa ojciec panny młodej. Amaia przedstawia andaluzyjskiego amanta jako swojego baskijskiego narzeczonego.
Hiszpański temperament znany także pod tytułem Jak zostać Baskiem, doczekał się kontynuacji, Jak zostać Katalonką. Zgoda, kontynuacja do najlepszych nie należała, ale i tak chciałbym zobaczyć kolejną część przygód Amaii, Rafy, jej ojca i Merche. Hiszpanie mają temperament i wiele różnic. Stereotyp goni stereotyp, ale koniec końców każdy potrafi dogadać się z każdym, aby tylko dopiąć swego.
Film jest reklamowany jako hiszpański Jeszcze dalej niż północ, co nie jest prawdą. Nie nastawiajcie się na komedię francuską. To zupełnie inna historia!


Hidden
(Hidden, 2015)
Od ponad trzystu dni rodzina Hewittów ukrywa się w schronie przed zagrożeniem z zewnątrz.
Hidden okazało się znacznie lepszym filmem niż tego się spodziewałem. Przede wszystkim zaoferowało duszny post apokaliptyczny dramat. Bohaterowie żyją i każdy nowy dzień jest dla nich cudem, ale coraz częściej nurtują ich pytania, co dalej? Czy tylko oni przetrwali? Ile zostało jedzenia? Co jeśli wdychacze odnajdą ich kryjówkę? Zakończenie filmu otwiera zupełnie nowy rozdział w życiu bohaterów, a przy tym uchyla rąbka tajemnicy. Wiele kwestii zostało wyjaśnionych, ale drugie tyle czeka na odpowiedź.



Vaiana: Skarb oceanu
(Moana, 2016)
Moana od urodzenia mieszka na polinezyjskiej wyspie. Chociaż stanowi ona cały jej świat, dziewczynie marzą się dalekie podróże. Okazja do takowej nadarza się, gdy na rodzinny dom spada groźba zniszczenia. Moana musi wyruszyć w niebezpieczną podróż, aby ocalić świat.
Sama historia jest nieco wtórna, ale czy to ważne? Przesycony ciepłymi kolorami świat ma ogromny potencjał i wierzę, że na wyspach i w głębi oceanu kryje się mnóstwo historii, które tylko czekają na pojawienie się Mauiego i Moany. Jestem pewien, że kontynuacja w tym wypadku to tylko kwestia czasu.


Agentka
(Spy, 2015)
 Agentka lub Gorący towar, ale znając stosunek Sandry Bullock do sequeli (Speed, Miss agent) na ten drugi raczej nie mamy co liczyć. Za to można liczyć na Melissę McCarthy, która wciela się w Susan Cooper spokojną, działającą w cieniu agenta Bradleya Fine'a analityczkę. Gdy jej partner ginie na misji, kobieta decyduje się zakończyć zadanie samodzielnie.
Film okazał się sukcesem. Nic dziwnego, bo obok zabawnej sensacyjnej historii otrzymaliśmy mnóstwo gwiazd, które świetnie czują się w swoich rolach. Pomijając już gwiazdę produkcji, jest narcystyczny Jude Law, żyjące we własnym świecie Jason Statham i Rose Byrne jako ta wredna. Susan stała się agentką z prawdziwego zdarzenia, a jej dalszą historię można pociągnąć w różne strony. Potrzeba nam więcej komedii w stylu Agentki i Bodyguarda Zawodowca.

A jakie filmy według was zasługują na kontynuacje?

poniedziałek, 13 listopada 2017

Europejskie poczucie humoru, czyli...

... komedie godne polecenia. Uparłem się. Temat powstawał od dłuższego czasu. Najpierw w moim łbie, potem na papierze, a gdy puściłem nieco farby to jest wyznałem, że desperacko poszukuję polskiej komedii z ostatnich lat, wszystko stało się jasne. Ponoć nie istnieje dobra polska komedia z ostatnich lat. Powiedzmy, że poruszałem się w latach 2006-2016, 2017 zostawiam w spokoju, bo jednak nie dobiegł jeszcze końca. Nie będzie to ranking ani nawet lista, bo te zacząłem wypuszczać z prędkością Watchmojo, a przecież nie o to chodzi, prawda? To luźny temat o humorze Europejczyków; humorze nie wyłudzanym (w większości) przez Hollywood, łatwym, ale często podejmującym trudne tematy. I z racji, że to wstęp, a wstęp ma prawo być długi i nudny to dodam (UWAGA, spoiler!) znalazłem polską komedię! No to siup.
Krew, flaki, zombie i najlepsi kumple, czyli Doghouse.
Zaskoczyli mnie Brytyjczycy. O nich słyszy się wyłącznie w kategoriach czarnego humoru lub epitetu "specyficzny". Kurde, jak słyszę specyficzny to mam wrażenie, że można zbliżać się do tego jedynie z kijem w ręku. Mój wujek ma specyficzny humor i nie jest to komplement. Dla mnie angielski humor oraz obyczajowość najlepiej reprezentowały komedie BBC: Czarna Żmija oraz Hotel Zacisze. Kojarzycie? Bohaterowie tych krótkich seriali byli na wskroś brytyjscy. Zachowaniem demaskowali największe przywary prostego człowieka: chciwość, tchórzostwo, fałsz. Określanie ich specyficznym przypomina mi nieudaną próbę nazwania czegoś, co łączy groteskową akcję oraz groteskowy dowcip. No, pomyślcie o Shaun of the Dead. Walka Shauna z zombie i walka Hiacynty o moralność to dwa różne rodzaje wrażliwości. Wielka Brytania zaskoczyła mnie małym wyborem komedii - okej, komedii jest sporo (w tym nawet miniserial o młodej Hiacyncie), ale brakuje pokręconych dzieł na miarę Shaun of the Dead. Nawet mój ulubiony aktor, Simon Pegg, przerzucił się ostatnio z komedii na kino obyczajowo-startrekowo-dynamiczne (właśnie wymyśliłem nowy gatunek). Z pewnością warto obejrzeć Doghouse. Historia kręci się wokół podłamanego rozstaniem z żoną Vince'a. Kumple postanawiają zabrać nieszczęśnika za miasto i tam wspólnie schlać się. W tym samym czasie, jak na złość, wiejskie baby zamieniają się w zombie i zaczynają ganiać za facetami. Jest szaro, jest gore, jest Danny Dyer (Malice in Wonderland) i są zombie, Czego chcieć więcej?
Ksiądz i kioskarz rozpoczynają badania rynku.
Ano można chcieć komedii z Chorwacji i już śpieszę z pomocą. Powstała w 2013 roku komedia Ojciec Szpiler to wspólne dzieło Chorwacji, Serbii i Czarnogóry. Fabuła skupia się na losach młodego księdza, który ma przejąć parafię po lubianym przez wszystkich proboszczu. Pewnego dnia na spowiedź do księdza Fabiana przychodzi miejscowy kioskarz i od słowa do słowa, panowie postanawiają zwiększyć liczbę narodzin w parafii poprzez dziurawienie prezerwatyw. Akcja przybiera nieoczekiwany obrót.. Główny bohater bardzo się różni od księży z naszych rodzimych komedii. Nie jest dla nikogo autorytetem, ale bardzo pragnie stać się bliski dla parafian. Jest człowiekiem wrażliwym i dobrym. Jego decyzje wpływają na życie innych przez co on sam źle się czuje. Ba, odniosłem wrażenie, że jest jedyną tragiczną postacią na tle komicznych charakterów.  Nie jest to produkcja, która rozbawi widza do łez. Przeciwnie... naszym zadaniem jest samodzielne wyszukiwanie kuriozalnych sytuacji i refleksja nad nimi.
Z niemieckiego jestem noga i to od stołu. Lekcje niemieckiego wspominam jako najmroczniejszy okres mojego jestestwa. Mimo nie najlepszych (hahaha) umiejętności językowych stwierdzam, że Fack ju Göhte nie oznacza Szkolnej imprezki, no ale pod takim tytułem trafiła do nas komedia z 2013 roku. Historia koncentruje się na losach przestępcy, który postanawia odzyskać ukryty przed odsiadką łup. Niestety... w miejscu zakopania hajsu ktoś postawił szkołę. Zeki decyduje się wrócić do placówki edukacyjnej jako pedagog i potajemnie odzyskać pieniądze. Szkoła to kopalnia dowcipu. Relacje pomiędzy uczniami i nauczycielami, niekiedy mocno przerysowane, bawią nas od wielu dekad i nadal potrafią zaskakiwać. Wystarczy wspomnieć chociażby tytuły z ostatnich lat: Zła kobieta, Ustawka, THE DUFF oraz Łatwa dziewczyna. To produkcje z USA, ale dążę do tego, że Szkolna imprezka jest na wskroś amerykańska. Fabuła bardzo schematyczna, ale jakiej innej się spodziewać? Komedia musi mieć szczęśliwe zakończenie, a obibok dostać drugą szansę. Ponadto mamy interesujący kontrast pomiędzy przestępcą zdobywającym sympatię nieokrzesanej młodzieży, a pełną zapału nauczycielką, której żaden rozwydrzony bachor nie traktuje poważnie. Udane zestawienie i godna polecenia pozycja.
O takim kompanie podróży jak Śmierć chyba nie każdy marzy.
Przejdę do kraju, który przyniósł mi najwięcej bólu... Przymierzając się do tekstu postawiłem sobie jeden cel; na liście musi pojawić się nasz rodak. Uparłem się, że znajdę dobrą polską komedię, która ma nie więcej niż dziesięć lat. Tak, wiem, co jakiś czas do kina trafiają komedie, słusznie, miażdżone przez krytyków i widzów. Co ciekawe, Polacy potrafią tworzyć dobre kino; trudne i sprzeczne historie, niejednoznaczne dylematy szarego człowieka wychodzą nam doskonale. Znalazłem jedną komedię, która... może nie tyle jest godna polecenia, co starała się unikać sztuczności i żartowania na siłę. Bobry są amatorszczyzną i jeśli zwrócimy uwagę na poziom realizacji, stwierdzimy, że jest to chała. Aktorstwo, zdjęcia, reżyseria... chała i tak wymieniać można bez końca. Film ratuje absurdalny scenariusz. Głównym bohaterem jest były lider zespołu rockowego Bobry, Marcin. Przegrany życiowo decyduje się popełnić samobójstwo, ale w przypływie nagłego szaleństwa postanawia reaktywować Bobry i zdobyć szczyt. Jego decyzja nie podoba się Śmierci, która od tej pory towarzyszy mu w jego podróży. To film o pasji w otoczce absurdalnego poczucia humoru. Pozycja nie dla każdego. A jak ktoś szuka czegoś bardziej uniwersalnego, mogę polecić Panią z przedszkola jako komedię obyczajową.
Młodzi Hiszpanie zawsze mogą liczyć na pomoc rodziców
Dobra, po tych absurdach czas przejść do komedii, które dały mi najwięcej. Każdy lubi inne poczucie humoru, tym stwierdzeniem prochu nie odkryję, mi wystarczy komedia o prostej fabule i odrobinie szaleństwa i tu na przód wysuwają się Hiszpanie. O komedii z kraju Almodóvara miałem mgliste pojęcie. Na początek obejrzałem Do diabła z brzydalami, całkiem udana produkcja z 2010 roku, w której najlepsze wrażenie wywarła aktorka Carmen Machi. Dzięki niej sięgnąłem po Hiszpański temperament, opcjonalnie film można znaleźć pod tytułem Jak zostać Baskiem. Jest to komedia romantyczna, no... nie tylko. Tak naprawdę mamy tu do czynienia z zabawą stereotypami dzisiejszych Hiszpan oraz różnicami na tle geograficznym. Pyskata baskijka, Amaia spędza noc z lalusiowantym Andaluzyjczykiem Rafą. A po nocy przychodzi dzień - jak mówią słowa piosenki, a wraz z tym wracają niechęci baskijsko-andaluzyjskie. Tymczasem w odwiedziny do Amaii przypływa jej ojciec, Koldo, oj... on to dopiero nie znosi Andaluzyjczyków. To niby komedia romantyczna, ale najważniejszym akcentem jest wyśmiewanie "terytorialnych przywar". Przede wszystkim Hiszpanie nie są jednolitą masą, są to ludzie różni, temperamentni i gotowi walczyć za swoją suwerenność. Polecam. Film doczekał się nawet kontynuacji Jak zostać Katalonką, ale nie jest ona już tak zabawny jak część pierwsza.
Zostając w Hiszpanii, tematyce miłości oraz podobnej obsadzie (aktorzy z Hiszpańskiego temperamentu) chciałbym wspomnieć o piekle, a właściwie komedii związanej z przygotowaniem ślubu. Alex i Eva postanawiają powiedzieć sobie sakramentalne "tak". Będzie idealnie, ona przygotowuje wesele w Anglii, on ma dojechać z Hiszpanii. Teraz albo nigdy, mimo udziału D. Rovira i C. Lago jest zupełnie inny od wyżej wspomnianej przeze mnie komedii. Jest bardzo amerykański, ale nadal godny obejrzenia. Mamy tutaj wszystko, co zwiastuje ślubną tragedię. Zaginiona sukienka ślubna, irytująca teściowa, wieczór panieński, który wymywa się spod kontroli i pan młody nie mogący dotrzeć na uroczystość. Wszystko podpada pod amerykański schemat z komedii romantycznej, ale mimo to w hiszpańskim wydaniu znajduje odrobinkę świeżości.
Ruben vs Mathias czyli Nic do oclenia
Zbliżając się do finału odczuwam ulgę. Humor humorem, a nie wszystkie dowcipy bawią w równym stopniu, ale jest rodzaj komizmu, który zawsze do mnie trafia. Ten oparty o charakter. Lubię, gdy komedia przedstawia jakąś ciekawą postać. Nie jest to żaden rycerz na białym koniu czy inna kruszynka wytrzaśnięta spod ogona macochy, ale  postać o trudnym charakterze, która na własne życzenie komplikuje sobie życie. I tu na pierwszy plan wychodzą Francuzi i Dany Boon. Polecić jedną produkcję z udziałem tego pana jest nieporozumieniem, bo ma ich całkiem sporo. Przede wszystkim chciałbym wspomnieć o Dusigroszu. Historia: François Gauthier prowadzi życie w taki sposób, aby nic nie wydawać. Oszczędza na każdym kroku. Jego skąpstwo sprawia, że jest powszechnie nie lubiany. Sam bohater nie dba o wrażenie i żyje sobie samotnie, aż do momentu dwóch ważnych wydarzeń. Pojawienia się nastoletniej córki... tak, użycie taniej prezerwatywy ma swoje konsekwencje oraz skrzypaczki, która z jakiegoś powodu lubi sknerę.
Charakter jest kluczem i to on napędza akcję. Dany Boon wypada rewelacyjnie, a absurdy piętrzą się jeden na drugim.
Jeśli ten film się spodobał to warto sięgnąć po inną perełkę produkcji francusko-belgijskiej. W rolach głównych występują Dany Boon i rewelacyjny Benoît Poelvoorde (Człowiek pogryzł psa). Coś czuję, że w tym roku temat o najlepszych filmach zdominuje kino europejskie ;) Nic do oclenia opowiada o perypetiach celników z granicy belgijsko-francuskiej. Ich wzajemnej niechęci i próbie pojednania w obliczu nieuniknionego, Unii Europejskiej. Wszystko się mota, kręci, a całość napędza postać Rubena nienawidzącego francuskich sąsiadów.
Komedie są różne jak widzowie. Chcąc jednak od czasu do czasu odetchnąć od komedii pokroju American Pie lub Kac Vegas, warto dać szansę Europejczykom.

poniedziałek, 24 października 2016

Kim jest Zielony Złośliwiec?

Pytanie zasadnicze, kto ukrywa się za maską Zielonego Złośliwca? Kto jest mordercą? Dobra, od początku dla niewtajemniczonych. Zielony Złośliwiec to seryjny morderca i czarny charakter drugiego sezonu Królowych Krzyku. Tutaj królują śmierć, humor i przesada. Drugi sezon jest znacznie lepszy od pierwszego, ale podobnie jak przy okazji poprzednika największym znakiem zapytania jest tożsamość mordercy. Także zapraszam do obserwacji poczynionych po czterech pierwszych odcinkach drugiego sezonu.

Nowi... Uwaga, im ufać niewolno!
Akcja serii przeniosła się z kampusu do szpitala. Do znanej z pierwszej serii ekipy dołączyli nowi bohaterowie. Większość widzów uważa, że mordercą lub mordercami będzie któraś z nowych postaci. Prolog wspomniał rok 1985 i śmierć pacjenta z winy lekarzy. Pierwszą podejrzaną osobą mogłaby być żona zmarłego. Nikomu nie trzeba przypominać, że kobieta spodziewała się dziecka, a chcąc być bardziej precyzyjnym - syna. Historia z ciążą i zemstą jest bardzo podobna do tej, która rozegrała się w poprzedniej serii. I teraz również mordercami mogliby być dziecko oraz żona zmarłego pacjenta. Działo się to w roku 1985, a więc dzisiaj "żądny zemsty syn ofiary" miałby 30 lat. Na mordercę doskonale pasowałby Cassidy Cascade. Taka ciekawostka, która jest moją osobistą nadinterpretacją (szaleństwem, które dziedziczę rodzinnie). Rolę Cassidy'ego gra Taylor Launter, który wcześniej zasłynął z roli Jacoba w sadze Zmierzch. Jacob był synem niejakiego Billy'ego Blacka. Zbiegiem okoliczności ojciec nienarodzonego dziecka nazywał się Bill. ALE... Morderca pierwszy raz zaatakował szpital w 1986 roku. Nie mogło to być dziecko. Istnieje możliwość, że morderców jest dwóch z przeszłości i obecny. Kim był morderca z 1986 roku?
Mogła to być matka. Kolejną nową bohaterką jest niesympatyczna piguła - Ingrid Marie Hoffel. Nie lubi Chanelek, ale poza tym nie widzę innego motywu. Oczywiście, możliwe, że będzie kimś w rodzaju nauczyciela/opiekuna mordercy, jak było to w przypadku diabelskich dzieci z wanny.
Jest jeszcze gwiazda szpitala, doktor Brock Holt. Facet ma wiele na sumieniu: ręka seryjnego mordercy, konflikt z Chadem oraz brak sensownego alibi na czas ślubu, kiedy to zginął ukochany Chanel. Trudno jest go ocenić, bo wszystko przemawia przeciwko niemu. Czyżby był bratem zmarłego przed laty pacjenta? A może czuje jakiś żal do lekarzy o wykonany przeszczep dłoni? Jest bardzo dużo niewiadomych. Możliwe jest też, że wykorzystał fakt, iż na wolności grasuje morderca i pozbył się wyłącznie konkurenta.
Jest jeszcze Chamberlain Jackson, któremu w udziale przypadła rola ciamajdowatego grubaska obecnego w pobliżu Zayday. Podobna relacja w poprzednim sezonie istniała pomiędzy Grace, a Petem. Mało o nim wiemy i z tej racji trudno jest go podejrzewać. Był obecny przy atakach Zielonego Złośliwca na dziekan, a potem pacjentkę, a więc mamy pewność, że przynajmniej w tych dwóch przypadkach to nie był on. Co z pozostałymi incydentami? Znak zapytania.

Winny jak diabli złośliwiec
W moim gronie najbardziej podejrzanych znajdują się trzy kobiety. Dwie z nich podejrzewałem o bycie mordercą już w sezonie pierwszym i jedna rzeczywiście okazała się Czerwonym Diabłem.
Całkiem możliwe, że pojawienie się nowego mordercy jest jakąś większą intrygą zawiązaną przez Hester. Dziewczyna uważa, że wie, kto jest sprawcą. Być może serial stara się sparodiować Milczenie owiec i genialnego Hannibala usiłującego manipulować policją, a być może jest w tym szaleństwie jakiś plan? Hester mogłaby sterować z więzienia wspólnikiem, a przy okazji zyskując alibi. Zielony Złośliwiec zabija Denise dopiero, gdy ta zgadza się uwolnić Hester. Jest to o tyle ważne, że nikt poza agentką specjalną nie miał pojęcia o wypuszczeniu wariatki. Czy do tego dążyła? A może historię szpitala usłyszała w zakładzie psychiatrycznym i zwyczajnie użyła jej do odwrócenia uwagi personelu od siebie?
Nie mogę nie wspomnieć o dziekan Munsch. Warto przypomnieć, że postać grana przez Jamie Lee Curtis już zamordowała w pierwszym sezonie, uniknęła odpowiedzialności i od tego czasu wiodła życie jak w bajce. Mam wiele wątpliwości. Co z jej nieuleczalną chorobą? Dlaczego do pracy w szpitalu zaprosiła Chanelki oraz Zayday? Początkowo myślałem, że zależało jej na wyprowadzeniu dziewczyn na ludzi, bo one jedyne okazały się plamami na jej olśniewającej karierze. Ciekawostką jest spadek, który otrzymała od Chada. Oddał jej swoje pieniądze i został zamordowany. Podobnie jak doktor Holt nie posiada alibi na czas śmierci Radwella. Możliwe, że się mylę, ale to właśnie ona mogła otruć imprezowiczów w czwartym odcinku. Po morderstwach pacjentów szpital potrzebował jakichś plusów, a uratowanie dużej liczby osób z pewnością postawi placówkę w korzystniejszym świetle. Oczywiście, takie postępowanie uniewinniałoby ją od pozostałych zbrodni. Przyznam, że byłbym smutny, gdyby Munsch okazała się mordercą lub została zamordowana, bo mimo wszystko to fenomenalna postać, zdolna do zła, ale przydatna jako sojusznik w potyczkach z czarnym charakterem.
Obok Hester w pierwszym sezonie bardzo podejrzana wydawała się Chanel #5. Pomiędzy nią, a Chanel rysował się bardzo wyraźny konflikt, a ich "przyjaźń" polegała wyłącznie na wzajemnych korzyściach. W tym sezonie ich relacje nie zmieniły się, a nawet, mam wrażenie, znacząco się pogorszyły. Piątka jest nerwowa, a pozostałe Chanelki wyraźnie okazują swoją niechęć do niej. Czy jest możliwe, że tym razem pozostałe dziewczyny przesadziły, a wzbierająca w Chanel#5 złość pchnęła ją do zabójstwa? Nie jestem przekonany w 100%. Piątka już dwa razy stanęła oko w oko z Zielonym Złośliwcem. Za pierwszym razem nic jej nie zrobił, za drugim poważnie ją zranił. Do trzech razy sztuka? Ano nie do końca. Podobnie było z Czerwonym Diabłem. Ilość osób ukrywająca się pod maską diabła umożliwiała manipulowaniem alibi mordercy, zaś atak mógł być ustawiony jak w sezonie pierwszym.

Poza podejrzeniem...
To nie znaczy niewinni, ale postaram się przebrnąć przez ten fragment bardzo szybko. Mam problem z Chanel #3. Cały czas pozostaje stojącym z boku świadkiem wydarzeń. Nie wiadomo, co myśli, a jej relacja z doktorem Cascade wydaje się być jedynie wypełniaczem odcinka. Nie wierzę, że twórcy zrobiliby morderczynię z Chanel Obrelin. Postać grana przez Emmę Roberts w AHS: Coven była powodem, dla którego powołane do życia zostały Królowe krzyku. Po prostu nie wyobrażam sobie, aby miał zmienić się status jej postaci z wyrachowanej księżniczki na wariatkę pokroju Hester. No i jest jeszcze Zayday, która w tym sezonie przejęła rolę "final girl" po Grace. Skupia się na pomocy pacjentom i nauce, a przy okazji próbuje rozwikłać zagadkę Zielonego Złośliwca. Za pierwszym razem morderca jej nie zaatakował. Dlaczego? Kolejny zakochany? Wydaje mi się, że podobnie jak Grace i Czerwony Diabeł, tak teraz Zayday i Zielony Złośliwiec mogą być powiązani jakąś tajemnicą. Pytanie, jaką?

Nieobecni ciałem, a być może duchem?
Pytanie, które nasunęło mi się po pierwszym odcinku. Gdzie są Grace i Wes? Okej, nie znaleźli się w obsadzie nowego sezonu, ale dlaczego nawet o nich nie wspomniano? Oboje stanowili bardzo ważny element historii Czerwonego Diabła i brak jakiegokolwiek wspomnienia o nich jest zastanawiający. I tu wracam do Hester. Czy możliwe jest, że za maską Zielonego Złośliwca kryje się jej ojciec? Mógłby w ten sposób próbować pomóc szurniętej córce. Jest w tym jakiś sens... Może... Był też w związku z dziekan Munsch. Rozstali się, ale dlaczego, nie wiadomo. Innym motywem mogłaby być chęć zemsty na byłej dziewczynie i próba zniszczenia jej szpitala.
Kto jeszcze został? A tak przy okazji... Dlaczego kostium Zielonego Złośliwca zostawia te dziwne szlamo-ślady? Po tym jak trzydzieści lat temu został wyrzucony do bagien nie daje się doprać, czy jak? Trochę to sprawia wrażenie, jakby nie był to kostium tylko prawdziwy potwór z bagien. Bill powstał z grobu i morduje jako potwór z bagien. Nie, to nie ten film.


Kto jest Zielonym Złośliwcem? Macie swoje typy? Zapraszam do dyskusji.

środa, 16 grudnia 2015

Dziennik Bridget Jones

Zbliża się koniec roku i warto byłoby pouzupełniać tematy, za które zabrałem się wcześniej, a jedynym z nich był cykl o ulubionych filmach, który się wleeeeecze niemal od początku istnienia bloga. Także pora na kolejną cegiełkę i tym razem o filmie Dziennik Bridget Jones.

 Ku zdziwieniu kultura popularna jest bardziej elitarna od tej elitarnej. Nie jakoś mocno, ale rządzi się swoimi prawami i chociaż zaprasza do siebie wszystko i wszystkich to tylko nieliczni mogą stać się jej ikonami. I tak się stało z panną Jones. W 2001 roku na ekrany kin weszła ekranizacja powieści Dziennik Bridget Jones autorstwa Helen Fielding o tym samym tytule. Pamiętam, że filmowi towarzyszyło spore zainteresowanie, które wtedy mało mnie, bo umówmy się - co mnie wtedy obchodziły jakieś brytyjskie komedie romantyczne? Z Bridget było mi dane poznać się dopiero kilka lat później, gdy przypadkowo wpadłem na film w świątecznej ramówce telewizyjnej. I ku mojemu zaskoczeniu oczarowała mnie sobą od pierwszych minut. Oto jest Bridget Jones nieco chaotyczna trzydziestodwuletnia singielka - za ciężka o kilka kilogramów, pali, pije, nie lubi własnej pracy i szuka księcia z bajki. 
Wraz z nowym rokiem Bridget postanawia zacząć pisać pamiętnik. Jako narratorka Bridget jest boleśnie szczera i zabawna. To właśnie dzięki jej ogromnemu dystansowi do rzeczywistości film nabrał charakteru. Oczywiście nic nie bierze się z niczego. W tytułowej roli doskonale spisała się pochodząca z Teksasu Renée Zellweger. Mogę sobie tylko wyobrazić jaką złość wśród czytelników powieści wywołał fakt, że ich ukochaną Brytyjkę zagra niedoszła ofiara Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną 4.Jednak obsadzenie Zellweger w roli panny Jones okazało się strzałem w dziesiątkę. Na potrzeby filmu aktorka nauczyła się brytyjskiego akcentu i przytyła. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie inną aktorkę w roli Jones. Zellweger partnerują Hugh Grant (Był sobie chłopiec) oraz Colin Firth (Jak zostać królem). Pierwszy z nich gra przełożonego głównej bohaterki. Daniel Cliver jest flirciarzem, podrywaczem i arogantem, którego z główną bohaterką połączy romans. Nie przepadam za Gratnem jako aktorem, bo za każdym razem widzę ten sam sztywny sposób bycia i nie, nie jest to spowodowane rolą, a jego grą aktorską. I tutaj muszę przyznać, że w roli kochanka Bridget wypadł fantastycznie. Był bardzo swobodny, zabawny i budził swego rodzaju sympatię (nawet w momentach, w których wychodził na ostatniego dupka, a tych też było kilka). Co jednak najważniejsze pomiędzy nim a Zellweger czuć chemię. Z kolei Colin Firth gra sztywnego adwokata, którego od pierwszych minut trwania filmu z Bridget łączy wzajemna niechęć. Jest jeszcze mnóstwo innych postaci, ale to właśnie ta trójka stanowi szkielet filmu.
Dziennik Bridget Jones nie skupia się jednak wyłącznie na głównej bohaterce i jej perypetiach miłosnych, ale ma również czas na rozwijanie wątków pobocznych. I to ogromna zaleta, bo jako widz nie miałem wrażenia, że historia po prostu brnie od punktu a do punktu b, a ze spokojem pokazuje świat w jakim funkcjonują zakochani. I tak mamy tutaj rodziców Bridget, jej sukcesy i porażki zawodowe, liczne przemyślenia na temat przyjaciół oraz rodziny.
Muzyka jest rewelacyjna. To znaczy... Nie są to utwory, których na co dzień słucham, a wręcz przeciwnie - kompletnie nie moja bajka, ale nie można docenić jak dobrze zostały dobrane. All By Myself, It's Raining Men, albo Ain't No Mountain High Enough rewelacyjnie komponują się z nastrojami bohaterów. Ten film czaruje i chyba nie tylko kobiety, a przynajmniej mam nadzieję, że nie jestem jedynym facetem lubiącym Dziennik Bridget Jones. Pozostaje pytać - skąd fenomen Bridget? Myślę, że przede wszystkim z jej normalności i otwartości. Amerykańska komedia romantyczna serwuje schematyczną bohaterkę - zadowoloną z pracy, szczupłą, atrakcyjną singielkę, która bywa lub nie zabawna. Bridget łamie mit i jawi się jako ciągle walcząca z nadwagą, papierosami trzydziestka, która marzy o wielkiej miłości. Dziennik Brigdet Jones jest świetnym filmem i na święta i na walentynki i bez okazji. Obok produkcji takich jak Ja cię kocham a ty śpisz oraz To właśnie miłość jest przykładem rasowej komedii romantycznej, a przy okazji jest perłą w dorobku reżysera, scenarzysty i producenta - Richarda Curtisa. Świetnie wyważone wątki romansu oraz komedii zaskarbiły sobie miejsce wśród moich ulubionych filmów.
 
Informacje
Tytuł pl. Dziennik Bridget Jones
oryg. Bridget Jones's Diary
Reżyser Sharon Maguire
Gatunek Komedia romantyczna
Rok produkcji 2001
Kraj produkcji Wielka Brytania, Francja, Irlandia
Ulubiony bohater Bridget Jones (Renée Zellweger)
Ulubiony cytat Mark Darcy przedstawia Bridget: Bir
Bridget pracuje w wydawnictwie i
kiedyś bawiła się nago w moim baseniku.
Ulubiona scena Walka Darcy vs Cliver
Zwiastun Klik

sobota, 18 lipca 2015

[Wakacyjne wyzwanie] Stare lwy

Sprawdzam czas... Za moment telewizja wyemituje Wakacje Waltera, film, o którym  przez ostatni tydzień pisałem, a pisałem, bo został mi polecony przez Meg w ramach wakacyjnego wyzwania. Nie było łatwo, bo kino familijne jest mi dalekie, a moja wiedza o nim kończy się na kilku sztandarowych tytułach.
Stare lwy, zgodnie ze wskazówką Meg, odnalazłem pod tytułem Wakacje Waltera i z tej nazwy będę korzystał w tekście. Film powstał w 2003, a za jego reżyserię odpowiedzialny był Tim McCanlies, którego nazwisko niewiele mi mówiło, ale po sprawdzeniu okazało się, że jest to scenarzysta rewelacyjnego Stalowego giganta.
Historia koncentruje się na  nastoletnim Walterze (w tej roli Haley Joel Osment). Jest to spokojny i nieco zastraszony chłopiec, którego samotnie wychowuje matka. Chociaż wychowuje to raczej za duże słowo, bo kobieta raczej niespecjalnie interesuje się synem. W kolejne wakacje decyduje się porzucić go do domu ekscentrycznych wujów. Wakacje na wsi powinny kojarzyć się przede wszystkim dobrze, ale dla Waltera znaczą nieco więcej, bo są lekcją (i to dość mocno zaznacza się w filmie) bycia mężczyzną. Chłopak uczy się pracy, odpowiedzialności, a także otwiera się na ludzi. Tu nie ma miejsca na szaleństwo, dynamikę i zwroty akcji. Kino familijne, którego Wakacje Waltera są doskonałym przykładem oferuje przede wszystkim spokój oraz luźnych przemyśleń o życiu. Oczywiście pojawiają się też wątki komediowe, ale podobnie jak film są w bardzo delikatne jak lwica Jasmine mieszkająca na polu kukurydzy, albo... Dobra, o tym zaraz. 

Jasmine - najsympatyczniejsza bohaterka filmu.






















Co jakiś czas wiejską sielankę przerywają opowieści o młodości Gartha i Hubba, które są niczym wyjęte z filmu o Indianie Jonesie. Chociaż stoją w zupełnej opozycji do płynącego swoim rytmem życia w Teksasie to są mocną stroną filmu. Przede wszystkim stanowią dobry przerywnik dla wszystkich widzów, których nuży strzelanie do akwizytorów. Historia o miłości Hubba i Jasmine (księżniczki, nie lwicy, jakby ktoś miał wątpliwości) brzmi niezwykle bajkowo. Jasne, trudno w nią uwierzyć, ale podobnie jak Walter musimy przyjąć ją za prawdę. I to bardzo fajny zabieg. Twórcy w ten sposób próbują bawić się z widzem i w prowokują go do pytania: "Czy to prawda, czy tylko upiększenie"? Coś jak historie opowiadane w Małej księżniczce oraz Dużej rybie.
Film radzi sobie również aktorsko. Co do odtwórcy roli Waltera to nie jestem fanem Osmenta, ale muszę przyznać, że wypadł dobrze. Miło było zobaczyć Michaela Caine'a, którego ostatni raz na ekranie widziałem w Batmanie Nolana. Najlepiej wypadł jednak Robert Duvall w roli twardziela Huba. Spisała się też obsada z drugiego planu dzięki czemu aktorsko film działa bez zarzutów.
Odbiór całości, niestety psuje końcówka filmu. Myślę, że wystarczyłaby scena powrotu Waltera do miejsca, gdzie spędził dzieciństwo, ale happy end, w którym chłopak decyduje się zostać z wujkami. Jednak twórcy pokusili się o rozwiązanie "wątku bajkowego". Trochę szkoda, bo zamiast pozostawienia młodości Huba w tajemnicy zdecydowali się potwierdzić historię. Lądujący w ogródku helikopter, szejk, który potwierdza prawdziwość słów wujków... Zbędna końcówka. 
Wakacje Waltera to pewnego rodzaju sentymentalna podróż do czasów dzieciństwa, wizyt na wsi. Film w zasadzie niczym mnie nie oczarował, ale był przyjemny w odbiorze i zgadzam się z jego przesłaniem, że nie warto bać się czasu, jeśli żyje się "pełną piersią".

Czy obejrzałbym ponownie?
Ponownie oglądam jedynie filmy, które lubię bardzo. Mam okazję obejrzeć dzisiaj. Zaraz. W telewizji, ale chyba odpuszczę sobie. Tak, czy inaczej jestem wdzięczny Meg za polecankę, bo sam raczej nigdy nie sięgnąłbym po Wakacje Waltera, a przecież fajnie jest poszerzyć swoją wiedzę filmową o kolejny tytuł.

piątek, 3 lipca 2015

La Linea

Ostatnio w internecie natrafiłem na włoską produkcję z lat siedemdziesiątych, którą pewnie w Polsce głównie kojarzy się z reklamą Plusa (w tym momencie Plus powinien wypłacić mi fortunę za reklamę), ale jeśli dobrze pamiętam to samo "La Linea" emitowano w polskiej telewizji jeszcze w erze dinozaurów, gdy życie było proste i nikt nie doszukiwał się podtekstów w filmach animowanych. Czym jest La Linea? Idzie sobie ludzik i tyle z historii. Bezsensu tłumaczyć. Lepiej pokazać:


Jasne? Jasne. Twórcą kultowej animacji był Osvaldo Cavandoli. Każdy odcinek serii miał około trzech minut, a odcinków było... Nie wiem, ale to akurat większego znaczenia nie ma. Każdy epizod rozpoczynał się od narysowania, czy stworzenia przez rękę linii, która zmieniała się w bohatera. "Mr.Line" (ta, w internetach spotkałem się z taką nazwą) jest stereotypowym Włochem: wesoły, sympatyczny, ale i łatwo wpadający w złość. Lubi samochody, kobiety oraz zwierzęta. Ta komiczna postać co jakiś czas w swojej podróży "po linii prostej" napotyka różne przedmioty, czy postaci, które dorysowuje mu ręka. Warto dodać, że ręka jest drugim bohaterem "La Linea". Jej rolą jest bycie twórcą, a może nawet Bogiem, który decyduje o losie człowieczka; rozpoczyna jego życie, a w finale odcinka kończy. W każdym razie sympatyczny serial.

sobota, 29 listopada 2014

The Big White

Do kalendarzowej zimy zostało jeszcze kilka... naście dni, ale to dobry czas, aby pochwalić się kolejnym z moich ulubionych filmów, którego akcja dzieje się w miasteczku przysypanym śniegiem. Co prawda za oknem śniegu jeszcze brakuje, ale mimo wszystko można wyczuć zbliżającą się zimę.
"The Big White" bardziej znany pod polskim tytułem "Ciało za milion" (w tym momencie muszę przyznać, że to jeden z tych filmów, których wolę posługiwać się oryginalnym tytułem, czego raczej nie robię często) powstał w 2005 roku, a jego reżyserem został Mark Mylod, którego wcześniej nie kojarzyłem z żadnym filmem.
Akcja filmu rozgrywa się w małym miasteczku gdzieś na Alasce. Zasypana puszystym śniegiem mieścina posiada kilka lokalizacji; biuro podróży, sąsiadujące z nim budynki, kilka domów oraz wysoki biurowiec, w którym poznaje się dwójka głównych bohaterów, to ubezpieczalnia. Otóż po zaginięciu przed pięciu laty brata zadłużony po uszy Paul Barnell (Robin Williams) postanawia wyciągnąć pieniądze z polisy. Nie jest to łatwe, bo ciała brata nie odnaleziono, a więc teoretycznie żyje. I w taki sposób pieniądze przepadają.
- Ale jest nam bardzo przykro - mówi naczelny dyrektor. - Prawda, Ted?
- Oczywiście - odpowiada Ted, któremu nie jest przykro, bo niby z jakiego powodu?
Tymczasem pod biurem turystycznym prowadzonym przez Paula pojawiają się dwaj nierozgarnięci gangsterzy, którzy postanowili pozbyć się ciała jakiegoś nieszczęśnika, tym samym otwierając panu Barnellowi drogę do pieniędzy z polisy brata. Paul pozoruje najpierw powrót brata, a potem jego śmierć. Wszystko komplikuje uparty agent ubezpieczeniowy, Ted Waters (Giovanni Ribisi) oraz nieoczekiwany powrót żywego i dobrze mającego się brata Paula, Raymonda (Woody Harrelson).
Wszystkie elementy filmu są na właściwych miejscach. Rzadko zdarza mi się, aby jakiś film tak bardzo spełniał moje oczekiwania. Zawsze pozostaje jakaś niedomknięta furtka, czy rzecz, którą powinno się zmienić, ale nie w tym wypadku. Tu było wszystko perfekcyjne. Pierwszą rzeczą, która mnie zachwyciła, i o której wstyd nie powiedzieć była muzyka. Piosenki po prostu wpadają w ucho. Nie ma melodii nie pasujących do tego, co dzieje się na ekranie. Chociażby początkowy motyw "Last Stop: This Town", czy "I Want To Protect You" w wykonaniu The Eels lub "Getting Away With It" (All Messed Up). 
Czarna komedia to gatunek, który cenię za przewrotność. Każde działanie bohatera niesie za sobą skutki, które są trudne do przewidzenia. Czasem opłaca się podjąć ryzyko, a czasem nie. Kłaniają się chociażby postaci z filmów takich jak "Płytki grób", "Zgon na pogrzebie", czy "Jak wykończyć panią T.?", gdzie ze spokojem możemy stwierdzić, że decyzje bohaterów zawsze odbijają się na losie po tysiąc razy komplikując go.
Obsada, eh... Każdy z aktorów pasuje do swojej roli idealnie; charakter, wygląd, gesty, mowa. Żadna z postaci nie jest kreowana na ideał, nikt nie jest ponad resztą. To trochę tak jakby powrócić na "Przystanek Alaska", gdzie kochasz bohaterów za to jacy są i jak potrafią dążyć do szczęśliwego zakończenia. Ludzie są uroczy i trudno jest nie polubić ich za osobowość. Paul Barnell jest ciepły, uprzejmy i gotowy do poświęceń dla żony. Pod względem barwnej osobowości na głowę bije go Holly Hunter grająca jego żonę. Niesforna wariatka o uśmiechu dziecka żyjąca w nieświadomości (a może tylko udająca nieświadomość) wydarzeń rozgrywających się wokoło niej. Nie można zapomnieć o Teddym, który od początku daje się poznać jako bezwzględny urzędnik, a przy okazji nie potrafiący przystosować się do życia na Alasce. Nawet postaci drugoplanowe jak dziewczyna Teda, Raymond lub para pechowych gangsterów pozostawiają trwały odcisk w filmie. Przez trudno mi wyobrazić sobie brak jakiejkolwiek z tych postaci w filmie, nawet jeżeli ich wątki to tylko historie poboczne.
Mimo moich zachwytów, achów i ochów to w miasteczku jest coś, co sprawia, że ludzie chcą je opuścić. I chyba to coś więcej niż wyłącznie niska temperatura. Raymond wyjeżdża stamtąd na pięć długich lat, Paul myśli o ucieczce od problemów, która ma pomóc zarówno jemu jak i jego żonie, samą Margaret Barnell poznajemy w momencie, gdy w piżamie biegnie po śniegu w stronę granicy miasta, zaś jedyną rzeczą, która trzyma tam Teda jest praca i chęć awansu. Wielka biel, nic, pustka - tyle oferuje miejsce akcji.
Bardzo podobały mi się relacje Barnellów oraz Tedda i Tiffany. Ich związki pokazują, że każda miłość wymaga innego traktowania. Są mężczyźni, którzy bardzo kochają kobiety i są panie, które... Nie są do końca szczęśliwe. Dlaczego? Bo ich partnerzy poniekąd rozmijają się z ich oczekiwaniami.
Ciekawym motywem jest również zachowanie pani Barnell. Co tak naprawdę dolega Margaret? Choruje na zespół Touretta, czy buntuje się przeciwko normalności? Sama teoria jej choroby jest kilkakrotnie podważana, a to przez Gary'ego (Tim Blake Nelson), wątpliwości Paula lub pismo lekarza. W takim razie czym zostało wywołane zachowanie Margaret? Myślę, że po części wina leży po stronie jej męża. Paul kocha żonę, ale jedynie w sferze emocjonalnej. Nie widać, aby pragnął jej jako kobiety, a bardziej jest dla niej ojcem, opiekunem. Być może tajemnicza choroba bierze się właśnie z braku fizycznej bliskości? Raymond kpi z brata, że nie mają dzieci, sama Margaret w swoich "tikach" często wykrzykuje słowa kojarzące się z seksem, a widząc za oknem młodego renifera pyta: "Gdzie jest twoja mamusia, malutki?".
W związku młodych sytuacja jest odwrotna. Ted i Tiffany wyglądają razem jak na obrazku: dwie niemal dziecięce buzie, których lepiej nie można było dobrać. Bliskość fizyczna nie jest problemem, ale gdzie jest duchowość na jaką nalega dziewczyna? Ted jest realistą, nie wierzy w bajki, komedie romantyczne i czułe wyznania, a wspólne spędzanie czasu sprowadza się do łóżka, gry w golfa i jedzenia pizzy. Ted nie potrafi rozmawiać z Tiffany uczuciach, czy rozwiązywać testów z cyklu: "Jak udany związek tworzycie" z kolorowych czasopism. Ona wierzy w szczęśliwe zakończenia i podręcznikowe związki. Jako telefoniczna wróżka bez przerwy mówi o tym swoim klientom i pomimo sarkazmu chłopaka, jego obojętności walczy i kocha go, bo to "miłość jej życia".
Bohaterowie udowadniają, że dobro można znaleźć wszędzie. Nawet na nieskazitelnej, zimnej bieli. Gary nie jest porywaczem, a zwyczajnym facetem jakich spotykasz na ulicy, Raymond potrafi być dobrym bratem, Tiffany (Alison Lohman) nie jest naiwna, a zakochana i w końcu Ted nie jest podły, a zagubiony w nieżyczliwym dla siebie świecie. Mam nadzieję, że po napisach końcowych wszystko się ułoży. Wycieczka państwa Barnell będzie na tyle udana, że przypomną im się wspaniałe czasy, zaś Ted przyznaje, że powoli zaczyna przyzwyczajać się do Alaski, a jego spacer z Tiffany w stronę słońca musi być znakiem, że będą żyć długo i szczęśliwie. I ja mam taką nadzieję.


The Big White
Reżyser:  Mark Mylod 
Gatunek: Czarna komedia  
Informacje
Tytuł pl. Ciało za milion
oryg. The Big White
Reżyser Mark Mylod
Gatunek Czarna komedia
Rok produkcji 2005
Kraj produkcji Kanada, Niemcy, USA, Nowa Zelandia
Ulubiony bohater Margaret Barnell (Holly Hunter)
Ulubiony cytat Rozmowa Teda i Tiffany:
- Dlaczego powinnam pójść z tobą?
- Bo jeżeli nie pójdziesz to ja też zostanę i będę na siebie zły,
a potem zerwiemy na dobre. Jakkolwiek moje życie jest złe
w tym momencie, to sprawi, że będzie milion razy gorsze.
Ulubiona scena Bieg po śniegu. To zagadkowa scena z początku filmu. 
Pierwszy raz pojawia się Margaret. Dokąd biegnie? 
Dlaczego? Ucieka przed kimś?
Zwiastun Klik

sobota, 27 września 2014

Jumpin Jack Flash

Ostatnio doszedłem do wniosku, że komedia i horror jako gatunki filmowe mają dzisiaj bardzo trudne zadanie. Widzowie wymagają od nich, aby wzbudzały konkretne emocje: komedia ma nas bawić do łez, a horror zjeżyć włosy na głowie. Pozostałe rzeczy nie są tak istotne. Muszę przyznać, że bardzo rzadko zdarza mi się śmiać na komediach. Oczywiście nie znaczy to, że źle się bawię podczas oglądania komedii. Uśmiech na mojej twarzy potrafią wywołać role Simona Pegga, Hiacynta Żakie... Bukiet oraz bohaterka pewnej komedii sensacyjnej, o której chciałbym poświęcić ten post.
Lata 80-te były czasem ogromnych monitorów, muzyki syntezatorowej, a także komedii sensacyjnych takich jak "Gliniarz z Beverly Hills". W roku 1986 powstaje komedia sensacyjna "Jumpin Jack Flash", która jakiś czas temu została przetłumaczona jako "Błysk pajaca". Zgaduję, że polskie tłumaczenie ma odnosić się w jakiś sposób do pozy głównej bohaterki z plakatu. Tym dziwniejsze jest to, że tytuł owego filmu jest tytułem piosenki zespołu The Rolling Stones, ale mniejsza o to. "Jumpin Jack Flash" jest jednym z tych tytułów, którymi wolę posługiwać się w języku angielskim.
Wszystko zaczyna się od młodej pracowniczki banku, Terry (Whoopi Goldberg). Pewnego dnia kobieta nawiązuje przez internet kontakt z osobą ukrywającą się pod pseudonimem Jumpin' Jack Flash (tak, kolejny powód, dla którego tytuł powinien zostać niezmieniony). Jej rozmówca okazuje się być brytyjskim agentem uwięzionym gdzieś w Rosji. I zrządzeniem losu  Terry staje się jego jedyną deską ratunku. W taki sposób kobieta wplątuje się w międzynarodową aferę. Dlaczego ryzykuje? Na mecie czeka na nią nagroda w postaci tajemniczego Jacka, którego głos słyszymy podczas internetowych rozmów z Terry.
Fabuła rysuje nam przeciętną komedię sensacyjną, która oddaje klimat lat 80-tych. Dlaczego w takim razie jest to mój ulubieniec? Przede wszystkim ze względu na Whoopi Goldberg, która potrafi wykreować postać pełną energii i humoru. Taka właśnie jest Terry. Szalona pracowniczka biurowa spoufala się z każdym i zawsze, bez względu na grożące jej niebezpieczeństwo. Chodzi w "workowych' ciuchach, biurko ma zawalone zabawkami, kochają ją koledzy z pracy, nienawidzi szefostwo, ale co z tego/ Terry jest chłopczycą, która w niczym nie przypomina bohaterek kina sensacyjnego; ładnych, zadbanych i kroczących w cieniu przystojnego bohatera. Jest jak facet i to właśnie jej imię początkowo myli Jacka, który jest przekonany, że czatuje z mężczyzną. Co jednak najważniejsze zawsze spada na cztery łapy i za to ją uwielbiam. Jest to bardzo dobry rozweselacz na chłodne wieczory - takie jak dzisiaj.
I przy okazji roli Goldberg zacząłem zastanawiać się nad rolami komediowymi. Zauważyliście, że kobiety znacznie rzadziej wcielają się w wyraziste, komediowe role niż mężczyźni? Nie mówię, że nie ma aktorek grających w komediach, bo są i to całkiem niezłe, ale jest ich znacznie mniej. Trochę szkoda.

Informacje
Tytuł pl. Błysk pajaca
oryg. Jumpin Jack Flash
Reżyser Penny Marshall
Gatunek Komedia kryminalna
Rok produkcji 1986
Kraj produkcji USA
Ulubiony bohater Terry Doolittle (Whoopi Goldberg)
Ulubiony cytat Terry po powrocie z imprezy:
Nie wierzę, że wkręciłam się na bal, a jakiś  
palant pomyślał, że jestem transwestytą.
Ulubiona scena Budka telefoniczna. Esencja Whoopi w Whoopie.
Zwiastun Klik