Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 maja 2024

Post o zataczaniu się i...

Historia zatoczyła koło! Dacie wiarę? Możliwe, że zrobiła przy tym ładny pirułet, wyskok, półobrót i trzasnęła o ziemię w taki sposób, że nawet jurorzy podnieśli tabliczki z punktami, a publika zaczęła bić brawa na stojąco.

Gdy Mickiewicz pisał o beefie między generacjami, albo Kombi o tym, że "każde pokolenie ma własny czas" nie bardzo rozumiałem tą całą wojnę pokoleń. To, że postrzeganie świata zmienia się było dla mnie czystą abstrakcją, no bo jak myślenie ludzi może zmienić się w zaledwie 20-30 lat? 

Kilkanaście lat wstecz pierwszy raz usłyszałem określenie boomer i z miejsca stało się ono dla mnie synonimem pijanego wujka na weselu. Pokolenie "nademną" rozumie świat inaczej, mówi inaczej, wartościuje inaczej. Młodzi nie starają się zrozumieć, ale zanegować. Dlatego postrzeganie generacji boomerów przez millenialsów sprowadzało się do zbioru  negatywnych cech i nerwowego kalkulowania w głowie, czy rocznikowo, aby na pewno łapię się do milleniallsów. Oczywiście granice pokoleniowe to nietylko liczby i roczniki. Prawdziwą granicą jest światopogląd, a millenialsowy oznaczał swobodę. Żarty z cyklu chłop przebrał się za babę i powiedzenie, że kiedyś było lelepiej odeszły wraz z boomerami na drugi plan, a my w pełni mogliśmy zachłysnąć się młodością i dorosłym życiem. W ogóle zauważyliście, że nasze pokolenie faktycznie trochę zachłysnęło się dorosłością? Ale to temat na inną rozkminę.

Sytuacja się powtarza... Moje pokolenie, do tej pory będące doskonałym staje się synonimem "starych i schorowanych ludzi, bo mamy 30+ lat". Coraz częściej widzę, że moi znajomi jak niegdyś generacja "nad nami" wspominają, że kiedyś było lepiej, a nowe pokolenie takie rozwydrzone i roszczeniowe. Z kolei zetki tak jak my kilka lat temu są przekonane, że znają przepis na doskonały świat i są nieomylni w swoich przekonaniach jak kiedyś dzisiejsi trzydziesto i czterdziestolatkowie. Niekiedy mam wrażenie, że mimo zmienijących się przykładów i sytuacji argumenty pozostają te same. Ale wiecie co? Zetki mają rację: ich przepis na świat jest doskonały. Jest zawsze doskonały dla obecnego pokolenia, bo przystosowują go do własnych potrzeb. Nie ma co się boczyć i obrażać, tak po prostu jest. Kiedyś na scenę wejdzie pokolenie alfa i będą z zażenowaniem spoglądać na pokolenie zetek jak one wcześniej na millenialsów, a milleniallsi na boomerów. 

I cały ten tekst powstał tylko dlatego, że ostatnio natykam się na instagramie na rolki, w których faceci przebierają się za baby. Chyba generację nad i pod moją coś łączy, a przynajmniej jeśli chodzi o poczucie humoru. 

sobota, 27 lutego 2021

Hipokryzja - ulubione słowo internetu

Wpis artystyczny. Wystąpienie jednak w pełni odnoszące się do rzeczywistości, której jeden komentarz pod jakimś video przelał czarę goryczy.

Oświeciło mnie jakieś trzydzieści sekund temu i z racji nagłego zapalenia się żarówki pod kopułą postanowiłem napisać kilka zdań, o nowym, kochanym przez wszystkich w internetach słowie. Słowie, które demaskuje ludzi obrzydliwych, zakłamanych, tych "gorszych od nas", bo żeby zostać jednym z tych "nich" trzeba wykazać się niską moralnością. Hipokryzja.

Czy nie brzmi ładnie? To jakby hipopotam udawał nosorożca. Jednak lepiej być nosorożcem niż hipokrytą tfu... hipopotamem. Piętnowanie w internecie to nie jest żadna nowość. Można w końcu wrzucić "hipokryzję" do jednego wora z krytyką, hejtem, moralną obłudą. Zauważyłem, że jakakolwiek granica pomiędzy tymi określeniami rozmyła się i ma to zapewne związek z częstotliwością ich używania, bo ile można razy dawać konstruktywną krytykę, a ile zwykły hejt? Jesteś hipokrytą. Bang, wystarczy. Bycie chamem, kretynem, czy kim tam chcecie nie jest tak dyskredytujące jak bycie hipokrytą. 

W raz z natłokiem kanałów commentery, czy inne ulubione słowo: "wyjaśnianiem kogoś", bo już nie chodzi o rozmowę na tematy, w których zdanie dwójki dorosłych ludzi jest z goła inne, ale o wyjaśnienie, a ja pytam czego i komu? Każdy człowiek uważający się za istotę myślącą może sam sobie wyrobić zdanie, ale dobra, wróćmy do myśli z początku zdania. Z pojawieniem się kanałów komentujących rzeczywistość, trochę takich bardziej rozbudowanych "reaction video" pojawiła się masa ludzi krytycznie odnosząca się do różnych zjawisk. Moralnie wyższa i lepsza. Jednak, aby znaleźć się po tej "właściwej stronie, czyli naszej stronie", na szali trzeba postawić tych pozbawionych moralności, gorszych - hipokrytów.

Autentycznie, rzygam już bezkarnym używaniem słowa "hipokryta". Jakim prawem internauta, przykro mi, chociaż nie, bo jestem jednym z nich, jestem jak oni wszyscy internautą, którego opinia nic nie znaczy w całym wielkim świecie, ma prawo nazywać kogoś hipokrytą? Patrzcie ludzie na własną moralność i świętojebliwość wobec własnych pojebanych autorytetów. 

Jakim prawem vlogerka zajmująca się literaturą mówi o hipokryzji pisarza, który pod płaszczykiem fikcji dissuje swoich krytyków, gdy sama gnoiła pod przykryciem krytyki internetowe opowiadanka? Dlaczego youtuber krytykuje "odważne" fotki instagramerki, bo ona daje zły przykład, gdy sam wplata na swoim profilu w akcję reklamową roznegliżowane dziewczyny? Dlaczego jakaś kobieta streszczając dramę nazywa jedną ze stron "strażnikiem youtube'a", czy to już jakiś nowy poziom ironii, a może, niestety, na pewno, jest o tym święcie przekonana.

Krytykuj, hejtuj, ale nie nadawaj sobie moralnego prawa bycia nad kimś. W internecie jesteśmy wszyscy równi. Nie jesteś lepszy lub gorszy, tylko taki sam. Nie nazywaj innych hipokrytami, bo ośmieszasz tym samego siebie. Świat jest wielki, a moralność ma te same standardy dla wszystkich. Nie, nie krytykuję nikogo za jego postępki - każdy jest tylko człowiekiem - ale zastanów się za nim staniesz się milionową osobą, która w rozmowie jako argumentu używa "hipokryzji". 

Chciałem to z siebie wyrzucić.

piątek, 29 maja 2020

O pisaniu... Tak szczerze...

Moja relacja ze stroną Wattpad jest... Powiedzmy sobie wprost to związek skomplikowany. Skomplikowany, bo... Gdybym nie napisał, że jest "skomplikowany" to dalsze część tekstu nie byłaby ciekawa, ale za to mógłbym pominąć tłumaczenia, które gdy wczoraj usiłowałem zebrać myśli wychodziły pokracznie.
Chyba każda osoba pisząca teksty ma jakiś dziwny moment w swojej pisarskiej... nie  chcę ośmieszać się i mówić "karierze", bo kariera i pisarstwo to jakiś mało zabawny oksymoron. Załużmy, że chodzi o pisarski etap w życiu. Mój zaczął się, gdy postanowiłem napisać książkę w szkole podstawowej. Kurwa, ile ja nie wiedziałem o książkach? Potem był pamiętnik, który z jakiegoś powodu przybrał postać telenoweli o mojej rodzinie i chociaż po latach stwierdzam, że dramatyzm moich wywodów był przeogromny, tak wydarzenia, PRAWDZIWE, nie czepiać się, z życia mojej familii naprawdę miały zadatki na telenowelę, może nie brazylijską, ale polską z kalibru powiedzy, wieczornego pasma telewizji polskiej.
Wraz z nowym akapitem staram się sobie przypomnieć o czym pisałem. Kolejnym etapem były nieudane fanfiction, a dalej opowiadania autorskie. Nieumiejętność pisania na całe szczęście szła z moją umiejętnością do nie wzbudzania jakiegokolwiek zainteresowania. Serio, chyba lepiej żyć z tym, że nikt nie czyta gówna, niż z tym, że każdy śmieje się z tego gówna. Po wielu próbach zacząłem podrzucać moje teksty na różne fora internetowe i chyba najlepszą rzeczą jaka mi się przytrafiła z tej prygody są wspaniali ludzie, którch poznałem po drodze i wielu z nich mogę nazwać swoimi przyjaciółmi.
Nie przepadam za składowaniem tekstów na kompie, czy o, zgrozo, na kartkach (tak, większość rzeczy piszę ręcznie), a więc zacząłem szukać miejsc, w których mógłbym zostawiać swoje teksty. Pal licho, żeby ktoś czytał, bo w sumie tak średnio mi zależy na posiadaniu czytelników. Właśnie zacząłem się zastanawiać (ten tekst powstaje właśnie w tym momencie) o co mi właściwie chodzi? Zacząłem tworzyć blogi poświęcone moim opowiadaniom i ze zdziwieniem, nawet szokiem po X latach zapomnienia odkryłem mail od czytelnika mojego fanfika z prośbą o kontynuację! Dobra, nie ciągnę dalej tego wątku, bo nie wiem, co mógłbym jeszcze napisać, ale spoko, zbliżamy się do sedna. Sedno będzie krótkie.
Potem był pewien portal, na którym usłyszałem o Wattpad. I założyłem na nim konto. Teraz można wrócić do pierwszego zdania i moich związku ze stroną. Na pierwszy rzut oka spodobała mi się. W miarę czytelna, atrakcyjna strona, z dużą bazą opowiadań. Potem, nie wiem, pogoda, czy co mi odjebało, usunąłem się z Wattpada jak od największego zła, które prezentuje niską jakość. Ostatnio powróciłem na portal, bo w sumie mogę, dlaczego by nie? Jeśli znowu mi odwali to usunę wszystko i zniknę pogłębiając się we własnej paranoi, nie? Muszę gdzieś wrzucać opowiadania. Cały czas sobie to powtarzam, ale dlaczego nie poznać trochę tekstów użytkowników tegoż portalu. Legenda Marsjanina, ciągle żywa, czyż nie?
Dzisiaj otrzymałem wiadomość od dziewczyny reklamującej swoje opowiadanie. Rozentuzjazmowana napisała, że chce dotrzeć do czytelników i takie tam, no spoko, z tym, że zirytowało mnie nieco "błaganie" o komentarze. Rozumiem chęć promocji, ale jeśli będę chciał przeczytać coś od ciebie to prędzej, czy później znajdę twój tekst. W ogóle jak mnie znalazłaś? Czytałaś któryś z moich tekstów?
Nieważne. Ważne, że dzisiaj postanowiłem zapoznać się z twórczością wattpadczyków (?) i... o mój, drogi, zielony borze. Tego nie widać, ale zamilkłem przed klawiaturą na dobre dziesięć sekund. Czy autorzy skończyli chociaż podstawówkę? Czy komentujący to trolle? Czy ktoś w kosmosie włada tym bajzlem?! Co tu się dzieje?! Dlaczego duet tamagoczi porywa 14-letnie dziewczynki?! Kurwa, co tu się dzieje?
Sam fakt, że coś złego się pisze nie znaczy, że strona nie oferuje jakiegoś dialogu pomiędzy twórcami - tak założyłem i zszedłem do sekcji komentarzy pisanych przez no właśnie nie wiem kogo. W takich warunkach o dialogu nie ma mowy. Okej, może gdzieś są dobre opowiadania i normalni ludzie nie piszący językiem emotek, ale niespecjalnie chce mi się przegrzebywać czeluście strefy 51.
Myślę, że strona nie prezentuje twórczości z jaką chciałbym być w jakiś sposób powiązany i prędzej, czy później moja relacja love-hate pchnie mnie w stronę kolejnego usunięcia konta.
A najgorsze, że jakieś bzdety wiszą w polecanych i zastanawiam się, czy strona usiłuje mnie w jakiś pasywno-agresywny sposób obrazić? :D

Z dobrych informacji. Po rocznej przerwie film (h16c2) nagrał mój ulubiony youtuber.

piątek, 8 maja 2020

Czy ja o czymś nie wiem? Totalny szok część pierwsza i ostatnia

Czy ja o czymś nie wiem? Dla jasności, nie wiem o wielu rzeczach i prawdopodobnie o drugim wielu, tu przyjmuję "wielu" jako miarę wartości, wolałbym nie wiedzieć. Do wczoraj byłem przekonany, że są na tym świecie pewne rzeczy i niezmienne. Takie, które mi jako widzowi dają poczucie niechcianego komfortu w postaci kliszy. Ach, jakby ten cały american dream wyglądał paskudnie bez utartych schematów? Wyobrażacie sobie, jak to jest nie znać szczęśliwego zakończenia przed napisami końcowymi?
Filmowe klisze są bardzo wytrzymałe, bo nie da się ich przemielić przez hollywodzką maszynkę do robienia pieniędzy. Pewien porządek musi być zachowany i nie ma o co się gniewać. Czasem jednak złapię się na tym, że wyświechtana historia bawi się ze mną.
Niezapomnianym mistrzem pastiszu był Wes Craven. Jego horrory skupiały się na ogromnej ilości udziwnień i pułapek fabularnych, że aż chciałoby się rzucić tekst o niszczeniu czwartej ściany. Samą w sobie pułapkę stanowi chociażby Krzyk. W latach dziewięćdziesiątych, dawno po latach świetności slashera, Wes wyszedł z nietuzinkowym projektem będącym horrorem w horrorze. Jego wizja fabularna kilkakrotnie złamała fabularne założenia kina grozy. Zaangażowana do projektu Drew Barry Moore odegrała rolę pierwszej ofiary. I tu można powiedzieć, jak bardzo nie roztropnie było nie wykorzystać popularności aktorki, o ironio, wykorzystał twarz, która jest na plakacie reklamującym film. Craven zabawił się z nami i dał to czego nie moglibyśmy się spodziewać. Cały film jest fabularną zagadką, która bawi się z nami i nie podąża jasnymi ścieżkami. Podobnie zabawił się reżyser Korpoludków. W obsadzie tej kanibalistyczno-thrillerowo-komediowej historii przedstawił postaci dramatu Demi Moore, Eda Helmsa oraz bandę nieznanych aktorów, którzy są wyjątkowo niecharakterystyczni, mało ciekawi i tyle w temacie. Spodziewamy się jatki i szokiem jest fakt, że pierwszy głowę traci Ed Helms, dosłownie. I tyle. Nie wiem na ile rola pierwszej ofiary była mu pisana, a na ile reżyser postanowił nas zaszokować, ale tak. W historii ważniejsza jest grupa nieznanych aktorów, którzy są wyjątkowo niecharakterystyczni, mało ciekawi i tyle w temacie.

Ed i Demi

O jacie kręcę, jeszcze muszę napisać coś o Hobbicie. Jest sobie Frodo i gra w tym filmie nauczyciela i nie czarując, jest niezadowolony z życia, próbuje napisać książkę. No, archetyp bohatera. I generalnie w szkole, w której uczy jest taka nauczycielka. W ogóle to film nosi tytuł Cooties i wspominałem o nim przy okazji jakiegoś czelendżu. Nie żeby to było jakoś istotne dla mojego wywodu, ale dzieci zmieniły się w zombie po zeżarciu przeterminowanych kurczaków. Drużyna nauczycieli z Frodo na czele staje do walki. I generalnie tam jest taka nauczycielka, do której Frodo się ślini i dla utrzymania stereotypu ona jest w związku z wuefistą, ofc wstrętny, głupi i narcystyczny typek. Wiemy, że wuefista zginie, bo jest dupkiem, a Frodo zdobędzie dziewczynę. Tak musi być. Tylko, że nie... Nauczycielka wyznaje, że kocha wuefistę mimo jego wad, a ten staje się bohaterem ratującym wszystkich przed cholernymi orkami, a Frodo... nie zostaje bohaterem.
Tyle chciałem napisać. Dla utrzymania efektu szoku u czytelnika nie robię podsumowania. Kończę ten tekst bez uprzedzenia, tu i teraz.

czwartek, 19 grudnia 2019

Komentarze... czyli beka z komci

Usiłuję sobie to wyobrazić. Woah.

Dobra. Nie planowałem kolejnego odmóżdżającego tematu, ale dzisiaj odkryłem na ukochanym przez wszystkich YouTubie tworzącym znaczy nie tworzącym rewindy nową perełkę i trzeba się nią pochwalić, ale po kolei. Szykuję bardziej merytoryczny temat i chciałbym, aby to on zakończył ten rok na blogu, a nie beka z komci pisanych przez ośmiolatki.
Aby ten post nie kończył się na jednym wpisie ruszyłem na poszukiwania. Pierwszą miejscówką okazały się covery, a tam bęc:

Prawdopodobnie właścicielka kanału czując co może znaleźć się pod jej coverami postanowiła profilaktycznie wyłączyć możliwość żebrania o łapki.


Skąd się wziąłem?

Rozpocznę od pytania niemal filizoficznego, bo skąd się wziąłem. Większość z nas na ogół nie szwęda się po YouTubie z jakiegoś przypadku. Szukamy danych haseł, ulubionych twórców, klikamy w proponowane, a jak nam mało wrażeń to wchodzimy w kartę na czasie. Zdarzają się sytuacje, w których wpadamy na film dzięki nieświadomej polecance tj. słyszymy piosenkę lecącą w tle lub widzimy fragment filmiku na kanale innego twórcy i tak trafiamy na zupełnie nowe treści. Z jakiegoś powodu użytkownik czuje potrzebę poinformowania wszystkich, w jaki sposób trafił na filmik. Muszę powiedzieć, że to mój ulubiony głupi komentarz, bo ilekroć sam znajduję na platformie jakąś treść i widzę grupę osób piszącą, że trafiły tutaj poprzez jakiś znany film czuję się totalnie niemainstreamowy.


POLSKA przejmuje ten FILMIK XD

To seria najbardziej żenujących komentarzy na YouTubie. Nie przyczepiam się o to, że ktoś nie potrafi posługiwać się językiem angielskim, ale o treść. Czy trzeba naprawdę pokazywać wszystkim swoją głupotę? Kto jest z Polski?! Polska przejmuje ten film! I to wyżej. Niestety znalazło się też kilka komentarzy w stylu "Dubiel w Kenii". To przykład chełpienia się własną głupotą. Pomyślcie teraz jak odbiera nas autor filmu.


Przeżywanie kijowości YouTube Rewind 2019

To perełka, o której wspominałem na początku. Mam dla was zadanie. Poszukajcie jakiegoś filmiku podsumowującego rok 2019 lub wcześniejszych rewindów. W wyróżnionych komentarzach na pewno znajdziecie porównanie danego filmiku do kiepskiego rewinda z 2019. Nie wiem, może zwyczajnie jestem wyjątkowo zdystansowany do takich treści (czyt. mam to gdzieś), ale ludzie szukają byle okazji, aby ponarzekać na jakiś głupi filmik, który na dobrą sprawę nie ma żadnego znaczenia.


Badacze statystyk

To odmiana żebractwa o łapki w górę. Z tą różnicą, że komentujący pragnie przeprowadzić badanie na jakiś ważny temat socjologiczny. Tutaj łapka w górę oznacza "TAK", zaś komentarz "NIE". Strach pomyśleć, że bezmyślnie bierzemy udział w takich testach, których wyniki mogą być prezentowane w jakichś instytutach naukowych sprawdzających czy już przeobraziliśmy się w maszynki kopiuj/wklej/polajkuj. Także, no... panie naukowcu, proszę nas nieoszukiwać, bo wiem, że wcale nie chodzi o film.


Ukrzyżować krytyków

Mam jeszcze jeden przykład głupiego komentarza, który był popularny kilka lat temu i skupiał się na obśmianiu osób wystawiających pod filmikiem negatywną ocenę. Odnosząc się do treści filmu należało napisać X osób (w miejsce X wstaw ilość łapek w dół) nie zrozumiały przekazu. Sam czasem wkurzam się, gdy ludzie minusują fajne filmy, ale nie wyzywajmy, nawet w tak niewinny osób, tych, którzy mają inną opinię. Na tym polega świat. Można prosić o łapki w górę, ale można też nie czepiać się stawiających łapki w dół.


Nie spinajmy się. Alleluja i do przodu.

sobota, 14 grudnia 2019

Komentarze...

Czy ludzkość zatraciła umiejętność myślenia? Nie. Nie jest to pytanie retoryczne. Internet jest o tyle fajnym miejscem, że daje nam możliwość dzielenia się ze światem własnymi myślami. Czytając komentarze pod filmikami na platformie Youtube odnoszę wrażenie, iż coraz bardziej zatracamy potrzebę wyrażania własnych myśli na rzecz kopiuj wklej. I to naprawdę bolesnego: "kopiuj/wklej/wyjeb mózg". Jasne, bycie głupim nie jest zabronione. Dzielenie się głupotą też nie, niestety. O ile zdążyłem przyzwyczaić się do wielu idiotyzmów wesoło skaczących po internetach tak umysłowa sraczka prezentowana przez subskrybentów jest dla mnie już czymś trudnym do przetrawienia.
Lata katowano nas głupimi treściami, a teraz kolejne pokolenie przyjęło już tę postawę jako... Nie wiem, jako normę? Na potwierdzenie lista komentarzy z Youtube, które uważam za najgorsze. Nie będą to wyszczególnione komentarze, czy jakieś kontrowersyjne (ile dałbym, aby kontrowersje wśród komentarzy były naszym jedynym zmartwieniem), ale coś na kształt mody, która wylewa się z zapełnionego wiadra bezdennej głupoty dwunastolatków usiłujących napisać cokolwiek byle tylko zostawić ślad po sobie.
I mam nadzieję, że nie muszę wspominać o tym, że tekst jest pisany dla beki. I generalnie uwielbiam, lubię, nie mam nic do społeczności internetowej.

Kto pierwszy ten lepszy, czyli "Pierwszy"

Z jakiegoś powodu masa ludzi czuje wewnętrzną potrzebę zaznaczenia, że to właśnie ICH komentarz był tym pierwszym. O, zobaczcie, kurwa, nie mam życia i tylko siedzę na Youtube i odświeżam stronę w oczekiwaniu na nowy filmik. Tylko po co? Nic mądrzejszego nie przyszło ci do głowy? Obejrzałeś filmik, czy tylko napisałeś, że pierwszy go skomentowałeś. Cieszy mnie to. Informacja o tym, że jesteś "pierwszy" zmieniła moje życie.

Żebractwo, czyli daj mi lajka/serduszko

Dinozaury i niestarzejący się jak ja zapewne pamiętają dawny system oceniania filmików, gdzie mogłeś przyznawać gwiazdki. Po latach zostało to zastąpione przez uproszczony system "kciuka". Poza filmami możemy również ocenić w ten sposób inne komentarze. Te najczęściej lajkowane dostają się na "szczyt strony". Czyli bardziej merytoryczne wypowiedzi będą widoczne. Ano nie. Niektórzy po prostu żebrają o kciuki w górę, bo chcą ich mieć więcej Dlatego rzucają bzdury typu "kto się zgadza łapka w górę" lub "kto jest za X daje like, kto nie lubi pisze kom" i tysiąc innych osób podbija komentarz.

Nieśmiertelne hity z satelity

Nazwałem ten typ komci "hity z satelity", aby popisać się archaicznym poczuciem humoru i kijową ortografią (za pierwszym razem napisałem słowo to drugie "H", zagadka dla czytelników, które). Komentarze te zwykle pojawiają się przy teledyskach sprzed kilku lat i w zasadzie służą temu (przynajmniej chcę tak myśleć), aby podkreślić nieprzemijającą sympatię dla utworu. Ktoś słucha utworu sprzed dwóch lat w 2019 roku. W głowie się nie mieści!

Didaskalia


Tutaj przede wszystkim chodzi o konstrukcję komentarza. O ile sama treść nie jest jakoś mózgojebna tak natłok stylizowanych na didaskalia komentarzy trochę mnie drażni. Konstrukcja jest banalna. Zaczynasz od zaznaczenia osoby (postać z filmu, cały Youtube itp), a po dwukropku piszesz co mówi lub myśli na temat danego filmiku. W drugiej linijce dajesz odpowiedź od siebie zapisaną w ten sam sposób.
Mój pies: o czym piszesz
Ja: o komentarzach na Youtube
Mój pies: ...
Ja: mój pies pisze


Dobra, więcej mi się nie chce pisać. Nie głupiejmy. Jeśli już chcemy coś napisać pod filmikiem to niech to będzie coś, czego nie będziemy musieli się kiedyś tam wstydzić. Bądźmy uczestnikami dyskusji, a nie bezosobowymi botami piszącymi bzdury dla samej bzdury. A w ogóle to czy ja muszę naprawdę pisać, że ten post powstał dla totalnej beki?
Zapragnąłem znowu napisać o ulubionych youtuberach, zwłaszcza, że ci z poprzedniej listy są już bardziej nieaktywni, niż aktywni.

piątek, 13 grudnia 2019

Charizard wyskakuje z lodówki, czyli o kulturowym fenomenie ognistej jaszczurki

Smoki nie lubią zimna. Smoki nie lubią zmina - powtarza uparcie, ale w wielkim przejęciu.
Miałem to szczęście, że dorastałem w czasie, gdy Nintendo wypuściło pierwszą generację pokemonów. Tak więc oglądałem pierwszy odcinek anime, gdy miał premierę na Polsacie, czytałem niezbyt udane polskie wydanie mangi Adventures, pamiętam gry na gameboya, a gdzieś w szafie zalegają tazosy. Chodzi o to, że mogłem być w fandomie, gdy ten dopiero raczkował. Marki takie jak Star Wars powstały na długo przede mną i nie mam poczucia przynależności do nich od początku, a dopiero od pewnego punktu. Tu można się spierać, bo wszystko można nadrobić, ale to chyba nie to samo.
Pierwsza generacja odcisnęła ogromne piętno na moim pokoleniu i uczciwie, ile by jej nie krytykować, to dzięki Pikachu i spółce, dzisiaj marka może wypuścić kolejną, ósmą, generację. Po pytaniu profesora Oaka, czy jesteś chłopcem, czy dziewczynką stawaliśmy przed najtrudniejszą decyzją: Bulbasaur, Charmander, Squirtle. Wielka trójca i najważniejszy wybór, który mógł mieć ogromne znaczenie w dalszej przygodzie. Znając finalne wersje starterów Bulbasaur pozostawał tym najmniej popularnym jako, że w kolejnych stadiach brzydł. Do wyboru zostawały żółw i smok. Smok dla dzieciaka wydawał się wyborem oczywistym, bo kto nie chciał ziejącej ogniem bestii? #TeamBulbasaurForEver

Ash i startery z Kanto

Charmander, a w późniejszym stadium Charizard podbił serca fanów. Lata później nadal należy do topki najpopularniejszych pokemonów i bądźmy szczerzy, zostanie w niej tak długo jak będą wydawane kolejne gry. Jego status maskotki wielokrotnie potwierdział serial. W jedenastym odcinku Chamramder - zagubiony pokemon dołączył do zespołu Asha. Kilkanaście odcinków później ewoluował i stał się nieposłusznym trenerowi pokemonem, co otwierało nam drogę do kolejnych milowych kamieni w relacji Asha i Charizarda - Panika w wulkanie, Wzgórza Charizardów oraz Płonąca ambicja Charizarda. Nawet Pikachu nie miał na tamten czas tak rozbudowanej historii, a to dopiero seria oryginalna. Charizard gościł w odcinkach kolejnych serii udowadniając, że jest najcenniejszym pokemonem Asha. Mógłbym jeszcze wspomnieć o miniserii Orgins oraz pełnometrażowej produkcji Pokemon - wybieram cię, swoją drogą to jedna z najlepszych kinówek.

Charizard Asha
Wróćmy do gier. W rimejku Gold/Silver po pokonaniu Reda możemy otrzymać jednego z kantoańskich starterów i jest to całkiem przyjemna nagroda. Startery z pierwszej generacji powracają po kilku latach, a dokładniej przy okazji premiery gier X/Y. Poza trójką z regionu Kalos na początku otrzymujemy możliwość wyboru Bulbasaura, Charmandera lub Squirtle'a. Było to o tyle fajne, że otrzymały one swoje mega ewolucje. Jedynym zgrzytem był fakt, że Charmander otrzymał je aż dwie, ekskluzywną dla wersji X i Y. W porządku. Otrzymał dwie formy. Spoko, mógł przybić piątkę z Mewtwo.
I przyszła era miecza i tarczy. Ósma generacja zaprezentowała nam możliwość gigantamaxowania (czy w ogóle takie słowo istnieje?) i ponownie grając na nostalgii Nintendo dało przywilej zmiany formy i wzrostu pokemonom z pierwszej generacji. Wśród nich pojawił się Charizard. Pierwszy raz występuje on bez swoich dwóch partnerów - Squirtla i Bulbasaura. Jest on parnterem mistrza , a po przejściu gry mamy możliwość otrzymania Charmandera.

Mega Charizard X

Szczerze powiedziawszy nie wiem, jak się z tym czuję. Okej, rozumiem hajp na ognistą jaszczurkę, sam nie używałbym w tych grach ani Squirtla, ani Bulbasaura, a więc ich brak nie robi mi różnicy, ale boli mnie pewnego rodzaju odrętwienie twórców. Można bawić się pierwszą generacją, można uderzać w nostalgię fanów, ale dlaczego muszą na tym tracić fantastyczne stworki z kolejnych generacji? Czy nie lepiej byłoby zamiast dorysowywania kolejnych płomieni na grzbiecie Charizarda i tym samym dodawania mu kolejnych form zaprezentować pokemony z kolejnych generacji? Na ten moment mamy około 700... nie... wróć... 800... 890? Dobra, prawie 900 różnych pokemonów, z których całkiem spora część czeka na swoje pięć minut. Mega ewolucje, regionalne formy, a może inne magiczne zdolności.
Charizard zimna nie lubi, a więc mam nadzieję, że nie przeziębi się od ciągłęgo wyskakiwania z lodówki. 

piątek, 12 kwietnia 2019

Puda

Puda, czyli dawna, rosyjska jednostka masy równa około 16,5 kg. Tajemnicze z początku słowo wpadło mi w oko w opowiadaniu Zagroda Matriony rosyjskiego laureata Literackiej Nagrody Nobla, A. Sołżenicyna.
Niewiele wiem o jednostkach masy. Na ogół używam pojęcia kilogram, tona i malutki gram. O "dawnych" w połączeniu z "rosyjskimi" moja wątpliwa wiedza spada do zera. Ale kto wie? Może w przyszłości pogłębię wiedzę wraz z kolejnymi "niematematycznym" książkami.
Chodzi mi o to, że do zdobywania wiedzy należy dążyć. Nic nie spada z nieba samo. To znaczy, fajnie byłoby obudzić się pewnego dnia i posiadać odpowiedzi na wszystkie pytania. Tak jak w Autostopem przez Galaktykę, ale to tak nie działa.
W moim życiu nadszedł czas zmian. Zmian, do których przez długi czas dorastałem. Chcąc zamknąć pewien etap życia i zacząć nowy, miejmy nadzieję, lepszy będę musiał zdobywać nową wiedzę. Niestety, samo bycie pracowitym i uczciwym to często za mało. Szkoda. Zmiany zawsze mnie przerażały, ale zdobyłem się na odwagę i wykonałem pierwszy krok w ich kierunku. Gdy odwaga znika należy ją zastąpić wytrwałością. Od razu nie będzie super. Pewnie potrwa za nim wszystko będzie faktycznie lepsze. Tym razem będę nieustępliwy i waleczny. W nowym etapie czeka mnie jeszcze wiele "jednostek masy" do przyswojenia. Będę popełniał błędy, ale i uczył się nowych rzeczy.

niedziela, 10 marca 2019

Skrupulatny

Jakiś czas temu obejrzałem serial Nawiedzony dom na wzgórzu. Okazał się na tyle fantastyczny, że skłonił mnie do sięgnięcia po opowiadanie Shirley Jackson o tym samym tytule. Jak się szybko okazało serial i opowiadanie to zupełnie różne historie. Pod względem fabuły i tak ogólnie. W książce doktor Montague został opisany jako człowiek skrupulatny czyli dokładny, drobiazgowy.
To bardzo ładne słowo. Często używam jego zamienników. Myślę, że do wielu czynności, przynajmniej zawodowych, podchodzę bardzo starannie. Jestem człowiekiem skrupulatnym. Teraz, wyobraziłem sobie siebie jako człowieka skrupulatnego - postać chibi w garniturku z małym neseserkiem. Głupie, nie? W każdym razie muszę częściej używać słowa "skrupulatny". No bo przecież jestem skrupulatny, a do tego śmiertelnie poważny zupełnie jak doktor Montague. Mógłbym z pełną skrupulatnością wypisać wszystkie różnice pomiędzy serialem, a książką. Ba, mógłbym dołączyć do tego porównania również film z Catherine Zeta-Jones. Zrobiłbym tabelkę i opisał wszystko, jak w tych starych ściągach (pamięta może ktoś wydawnictwo Greg i jego pomoce naukowe?) z datami, wytłuszczonymi imionami bohaterów i cechami ich charakteru. Może nawet dorobiłbym się własnego podręcznika dotyczącego Nawedzonego domu na wzgórzu? Autor, doktor Skrupulatny.
Jutro poniedziałek... Jak te weekendy szybko mijają. Do zobaczenia i przyjemnej niedzieli.

niedziela, 10 lutego 2019

Obrzydliwy

Ostatnio skończyłem czytać drugi zbiór opowiadań H.P. Lovecrafta, Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści. W opisach niestworzonych zgróz, potworów i miejsc, autor nader często operował słowami fetor, ohyda, no i właśnie obrzydliwy. Które to było opowiadanie? Nie ma większego znaczenia. Co ma znaczenie to jego częstość, która wryła mi się w banię.
Obrzydliwy. Niby tylko słowo, a jednak opisuje wszystkie nieprzyjemne odczucia. Co znaczy, że coś jest obrzydliwe? Wyobrażam sobie paskudztwo. Wstaję od laptopa. Idę do kuchni i otwieram lodówkę. Widzę produkt pozostawiony na półce X czasu temu. Nie wiem czy też tak macie, że zaczęte produkty spożywcze po jakimś czasie, zaznaczam, że dalej mieszczące się w swoim terminie ważności, odrzucają was od siebie? Do czego dążę? Ano, do błahego wniosku - człowiek kupuje mnóstwo jedzenia, a potem nie ma z tym co robić. Zapomina o serze, czy kawałku szynki do obkładu, no bo został na przykład jeden czy dwa plasterki. Czasem z głowy wyleci, że jakiś jogurt lub konserwa leży za ścianą nowego jedzenia. Szkoda, że nie potrafię racjonować jedzenia w sposób rozsądny. I tu wychodzi na jaw, że piszę ten tekst bez zastanowienia, bo co znaczy rozsądny? Wydaje mi się, że taki sposób, w który jedzenie kupuje się na bieżąco i zżera od razu. Tylko jak to zaplanować dla całej rodziny? Jutro czeka nas sprzątanie kuchni. Pewnie coś się wyrzuci. Z kociego jedzenia - za szafkę wpadła stara kocia karma. Od razu poszła do śmieci. No i tyle z rzeczy obrzydliwych.

czwartek, 10 stycznia 2019

Myślopląs

Znalazłem takie fajne słowo w książce Chmielewskiej, Zbrodnia w efekcie, dokładniej. "Myślopląs", co to w ogóle znaczy? Że myśli pląsają i ciężko je zebrać, czy może są poplątane?  Jak to pierwsze to chyba znaczy, tyle że człowiekowi ciężko jest się skupić.Zdarza mi się, ale wypracowałem sobie świetny mechanizm obronny - podzielność uwagi. Słucham, przytakuję jakoś bez entuzjazmu, a myślami jestem zupełnie gdzieindziej. Gdzie?  W sumie nie ma znaczenia, ale pewnie tam, gdzie wolałbym się znajodwać w danej chwili. Opcja druga - myśli poplątane - jest ciekawsza. Jak są poplątane, to czy można je jakoś posegregować? Segregowanie myśli za pomocą jakiegoś fantastycznego urządzenia byłoby wspaniałe. Wracasz do domu po całym dniu stresów, siadasz wygodnie w fotelu i uruchamiasz sobie taką myśloodpląsarkę. Trzydzieści, góra, czterdzieści minut i myśli masz posegregowane, a ty jesteś zrelaksowany. Fajna byłaby myśloodpląsarka. Póki co pozostają metody zwyczajniejsze jak aspiryna na ból głowy. Myślopląs, czymkolwiek by nie był chyba przydarza się każdemu. To dobrze. Znaczy, że używasz od czasu do czasu rozumu. Ot co, takie tam, moje przemyślenia.

niedziela, 9 grudnia 2018

Święte wzgórze i adaptacje Przedwiecznych

czyli dlaczego filmowcy nie biorą się za twórczość H.P. Lovecrafta?

Jestem zdania, że cała ironia polega na na tym, że adaptacje dzieł H.P. Lovecrafta w ogóle nie są nam potrzebne. W 2016 lub rok później Guillermo Del Toro (Labirnyt Fauna, Kształt wody) ogłosił wielkie plany związane z przeniesieniem na ekrany kin mini powieści Lovecrafta, W górach szaleństwa. Reakcja miłośników kina grozy, a zwłaszcza części zaznajomionej z lekturami pisarza była co najmniej entuzjastyczna. Kto mógłby lepiej oddać lovecraftowską brzydotę, fetor i całą grozę kosmiczną od Del Toro? Film miał mieć premierę w 2018 i... nie powstał. Pomysł na ekranizację W górach szaleństwa, spoczął wiecznym snem niczym Cthulhu. Pytanie, dlaczego? 
Lovecraft recenzuje książkę, kadr z filmu Ghostland
Z dziełami samotnika z Providence wiążą się różne problemy. Od scenariuszowych, poprzez rzemieśnicze, aż po działania czysto marketingowe, przez które to nie uświadczamy głośnych premier jak jest to zwykle z królem horroru. Kim był ten cały Lovecraft? Amerykański pisarz o niezwykłej wyobraźni, jeden z czołowych autorów weird fiction, twórca mitologii Cthulhu. Chociaż za życia niedoceniony należycie, po śmierci zdobył rzesze czytelników i kontynuatorów historii o kosmicznej grozie.
Pierwsza rzecz jaka rzuca się w oczy podczas lektury jest mocno archaiczny styl.  I nie jest to wyłacznie spostrzeżenie osoby czytającej jego opowiadania dzisiaj. Lovecraft nawet jak na swoje czasy był trudny w odbiorze. Budował długie zdania, unikał dialogów, wtrącał archaizmy, a także nawiązania do twórczości pisarzy, których on sam uważał za mistrzów.
Lovecraft wykreował w swoich opowiadaniach wyjątkowo ponury świat, gdzie mimo braku dosadnych obrazów przemocy (Nadprzyrodzona groza w literaturze) na wyobraźnię czytelników działały obłęd  i strach przed pierwotnym światem pozbawionym bezpieczeństwa i poczucia jakiegokolwiek komfortu. Każdy opis jest przesycony pięknem grozy;

Do wtóru trzcinowych piszczałek, których echo niosło się nad torfowiskiem, pląsał w milczący i nieziemski sposób rozkołysany, mieszany tłum postaci;
(Księżycowe moczary, H.P. Lovecraft)

Jedynym normalnym, zdrowym kolorem była zieleń trawy i listowia; poza tym wszystko mieniło się roztęczem najobłędniejszych odcieni jakiejś schorzałej barwy pierwotnej; 
(Kolor z innego wszechświata, H.P. Lovecraft)

Wyobrażenie lovcrawtowskiej natury, bez różnicy czy ziemskiej, czy spatrzonej przez zło wymaga ogromnej wrażliwości plastycznej reżysera. To ważne, bo właśnie opisy zamków, przyrody oraz zjawisk nadporzyrodzonych dają "kopa" czytelnikowi. Niestety częstym błędem jaki popełniają twórcy jest złe rozłożenie akcentów. Z jedenj strony ma być groza, a z drugiej mroczne zamczyska, szumiące na wietrze drzewa i wrzosowiska. Utrzymanie kontrastu między klimatycznym horrorem, a piękną scenografią bardzo łatwo zachwiać (Szepty w mroku, Wzgórze Crimson Peak). I tu wydaje mi się, że Guillermo Del Toro na stołku reżyserskim był strzałem w dziesiątkę. Podobnym wyczuciem na literackie dzieła samotnika z Providence wykazywał się John Carpenter, w ogóle W paszczy szaleństwa jest jednym wielkim ukłonem w stronę pisarza. Z tym, że czasy Carpentera przypadają na lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. Tak naprawdę wśród dzisiejszych reżyserów nie widzę nazwiska, który stworzyłby dobrą adaptację.
Kult przetrzymuje grupę ludzi, kadr z filmu Pustka
A co ze scenariuszem? Opowiadania Lovecrafta mają podobną do siebie budowę; narrator, a zarazem główny bohater opowiada o mrocznych wydarzeniach z przeszłości, wszystko podpiera rozmyślaniami, dokumentami, listami, wycinkami z gazet, a także mitami zasłyszanymi od miejscowych. Finał stanowi przewrotne wnioski zostawiające czytelników w niepewności. Powracam tu do stylu autora. Aby zrealizować adaptację należałoby napisać scenariusz od podstaw. Rozpisać wszystkie "dowody" na sceny i dialogi, powołać do życia bohaterów, wykreować ich zachowania, relacje. Kim są? Jacy są? Proza Lovecrafta stanowi ogromne wyzwanie dla potencjalnych scenarzystów.
Jeśli przejść przez kilka opowiadań autora zapamiętamy, Cthulhu, Necronomicon oraz miasto Arkham. To stałe motywy jego literatury. Powtarzalność działa na niekorzyść, bo jak różne studia mogłyby sięgać po temat Przedwiecznych? King jest dużo bardziej uniwersalny, a tematyka jego powieści jest dość rozległa: wampiry, wilkołaki, opętania. Ta rozległość sprawia, że po Kinga praktycznie, co roku sięgają kolejni twórcy, a plakaty opatrzone jego nazwiskiem są połową sukcesu. Ekranizacja Lovecrafta jest większym ryzykiem. Nawet jeśli otrzymamy dobry film to brakuje mu reklamy jaką jest King dla swoich ekranizacji.
W paszczy szaleństwa hołduje pisarzowi
Ostatecznie ekranizacje opowiadań H.P. Lovecrafta są wymagające. Potrzeba między innymi  reżysera rozumiejącego pisarza oraz przemyślanego scenariusza, a potem kto wie? Można byłoby stworzyć całe uniwersum mackowatych potworów, ale czy okazałoby się ono sukcesem?  O wiele prościej jest sięgnąć po niskobudżetowy teenage horror, który nawet jeśli nie przyniesie jego twórcom spektakularnego sukcestu to ściągnie do kina widzów i jakoś się obroni. Czy Lovecraft nie mógłby być niskobudżetowym i niewymagającym projektem? Na to pytanie możecie odopowiedzieć sami oglądając krótkometrażowy horror Zew Cthulhu w reżyserii A. Lemana. Polecam. 

czwartek, 29 listopada 2018

Nadchodzi Apokalipsa...

Get inside and lock your doors. Close your windows. There's something in the fog!

Do tego przygotowałem jeszcze kilka zupek w proszku oraz papierową torbę na głowę. Jeśli nadchodzi coś złego warto byłoby się wspomóc ludźmi, którzy wiedzą jak przetrwać, gdy w obliczu zguby. Dlatego dzisiaj przygotowałem zestawienie postaci z seriali grozy, które chciałbym mieć w swojej drużynie postapokaliptycznej.

Mój team na horrorową Apokalipsę
👻

Buffy Summers
serial: Buffy the Vampire Slayer
umiejętności: siła fizyczna, potrafi wjebać wampirowi kołek w serce
Nie, wcale nie chcę się podlizywać Miryoku. Jest to jedyna osoba na tej liście, z którą, tak myślę, mógłbym się z miejsca polubić. Buffy za dnia jest typową nastolatką uczęszczającą do Sunnydale High School, a nocą staje się pogromczynią wampirów i demonów Jej mocną stroną są umiejętności walki i determinacja. Potrafi działać w grupie i co ważniejsze jest gotowa na poświęcenia dla ekipy. Poza tym odtwórczyni głównej roli, Sarah Michelle Gellar, porzuciła aktorstwo na rzecz branży restauracyjnej. Wydaje książki kucharskie, a więc czy jest ważniejszy członek ekipy od kucharza?


Victor Frankenstein
serial: Penny Dreadful
umiejętności: znajomość medycyny, hobbistyczne zdolności krawieckie
Doktor Frankenstein miał wiele ekranowych wcieleń, ale mi chodzi o tego z Domu grozy. Victor mimo młodego wieku ma na swoim koncie duże, no może nie do końca moralne, osiągnięcie w postaci Potwora. Nieco neurotyczny naukowiec posiada ogromną wiedzę z zakresu medycyny oraz ciekawość, a ta jak wiadomo w różne miejsca człowieka doprowadzi. Wybrałem go przede wszystkim ze względu na profesję, bo pomijając niezdrowe zainteresowania śmiercią, i w Domu Grozy jako lekarz jest wyjątkowo cennym członkiem zespołu.



Madison Montgomery
serial: American Horror Story
umiejętności: magia, talent aktorski
Dobra, skoro mam na mojej liście dwie osoby o bardziej fizycznych atrybutach to czas na osobę, która wspomoże drużynę w sposób magiczny. Madison Montgomery, celebrytka, aktorka i czarownica. Posiada mnóstwo zdolności magicznych, między innymi przywracanie do życia (no z takim czymś jesteśmy nie do zagięcia) oraz temperament. Myślę, że jej niesubordynacja i cięty język niejednokrotnie mogłaby wprowadzić wszystkich w tarapaty, ale ostatecznie dzięki magii wszystko można nareperować, ya? *uwaga na samochód*


Tomas Ortega
serial: The Exorcist
umiejętności: kontakt z demonami, potrafi egzorcyzmować (osobiście wątpię)
Ojciec Tomas Ortega w serialu Egzorcysta stawia dopiero pierwsze kroki w walce z demonami. Mimo wszystko szybko odkrywa w sobie niezwykłe talenty; wizje naprowadzające go na trop demonów oraz umiejętność przenikania do umysłu egzorcyzmowanej osoby. W pewnym momencie pada nawet porównanie Tomasa do bomby, gdy inni egzorcyści są zaledwie nożami. Nie przepadam za jego osobą, ale muszę mu oddać jedno, aby ratować człowieka jest gotowy poświęcić własne życie. Bezinteresowność to jego największa zaleta.


Theodora "Theo" Crain
serial: Haunting of Hill House
umiejętności: instynkt, podobieństwo do Angeliny Jolie
Niezbędną umiejętnością do przetrwania post apokaliptycznym świecie jest instynkt, sam nie wiem, dlaczego właśnie tak ją nazwałem. Theo od najmłodszych lat wolała stać na uboczu. W dorosłym życiu nie potrafi przywiązywać się do ludzi. Cechuje ją zdrowy rozsądek i pewnego rodzaju dar - poprzez dotyk potrafi przywołać wspomnienia, wizje, jakieś odczucia. Wyjątkowo inteligentna, potrafi czytać intencje innych. Gdybyśmy bawili się w survival horror jestem przekonany, że Theo przetrwałaby do samego końca.


Jim Hopper
serial: Stranger Things
umiejętności: posługiwanie się bronią, mocna głowa
Czym byłby post apokaliptyczny horror bez policjanta? Myślę, że najlepiej do tej roli pasuje stróż prawa z małego miasteczka Hawkins. Postać Hoppera jest dość popularna wśród fanów serii, a on sam doskonale wypada w roli gliniarza herosa. Pod maską cynicznego twardziela ukrywa się człowiek opiekuńczy i bezinteresowny. Jim mimo własnego balastu jakim okazuje się przeszłość, stara się zapanować nad teraźniejszością. Ponadto jako policjant ma głowę na karku i potrafi posługiwać się bronią. Czy można wymarzyć sobie lepszego kandydata do post apokaliptycznej rodzinki?


Kevin Copeland
serial: The Mist
umiejętności: zdolności przywódcze
Kevin jest dziennikarzem czyli dość typową personą dla twórczości Kinga. Poznajemy go jako kochającego męża i ojca. Wraz z pojawieniem się mgły zostaje rozdzielony z rodziną i od tej pory jego celem jest odnalezienie żony Eve i córki Alex. Niepozorna postać pana Copelanda jest niestety jedynym bohaterem serialu wzbudzającym sympatię i co gorsza jedynym, który kreuje wiarygodną postać. Z czasem staje się nieformalnym liderem grupy uciekinierów. Myśli o pozostałych, ale w razie niebezpieczeństwa nie cofnie się przed niczym.


A wy jak wyobrażacie sobie swój team na koniec świata?

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Teleiwizja dla gówniarzy w latach 90-tych

Ech, czas biegnie - pomyślał stetryczały autor bloga zaczynając kolejny post.
Najpierw dam to:

Na dowód, że nie zmyślam.

Każde pokolenie ma swoje coś za czym może tęsknić. Miałem szczęście wychowywać się w mitycznych latach 90-tych, które wspominane są przez moje pokolenie jako najwspanialszy okres, ba, istną utopię w jakiej człowiek mógł dorastać i generalnie, my dziadki, współczujemy dzisiejszej młodzieży, że żyje teraz, a nie wtedy :-) Trzymają mnie się żarty, bo nie chciałbym, aby ten wpis był zbyt nostalgiczny, a jedynie przypomniał, a może zapoznał czytelników z kilkoma młodzieżowymi produkcjami z lat 90-tych.


Szkoła złamanych serc (Heartbreak High, 1994-1999)
Kochałem ten serial. I niejednokrotnie widziałem siebie jako jednego z uczniów szkoły, który udziela się w szalonych zadaniach domowych, chodzi do knajpy Ruby i przeżywa problemy przyjaciół. To głupie, bo większość z niego nie docierała do mnie za pierwszym razem i najbardziej zapamiętałem częste zmiany w obsadzie. Dopiero powtórka serii pomogła mi zrozumieć świat nastolatków ze szkoły: wielokulturowość, ich emocje, racje. Pamiętam przedsiębiorczego Cona, piegowatą Danielle, utalentowaną Jodi i oczywiście królową serii, Kathrine. Chyba największą popularność zyskały "środkowe"sezony z Drazickiem, Ryanem i Anitą. I w sumie nie wiem, dlaczego. Sam uwielbiałem oryginalną obsadę.
Drugie intro (niestety, już bez mamy Nicka)


Clarissa wyjaśni wszystko (Clarissa Explains It All, 1991-1994)
Melissę Joan Hart kojarzy pewnie każdy z rolą nastoletniej czarownicy Sabriny i dla wielu było to pewnie pierwsze zetknięcie z tą aktorką. Przed tym serialem był jednak inny... Nadawany przez TVP3. Kurde, wyobrażacie sobie TVP3 i serial komediowy dla nastolatków? Ha, kiedyś ten kanał miał poranne pasmo dla młodszej widowni i dawał całkiem przyzwoite produkcje, a jedną z nich był serial Clarissa wyjaśni wszystko. W każdym odcinku czternastoletnia bohaterka opowiadała o jakimś problemie i sposobach poradzenia sobie z nim. Poza Clarrissą (lub Klarysą, polisz translejt) w serialu pojawiali się także jej rodzice, irytujący brat Ferguson i przyjaciel z sąsiedztwa, który wbijał do jej pokoju zwykle przez okno.
Intro na na na

Dolina Jurajska (Land of the Lost, 1991-1992)
Od tego zaczęła się moja obsesja na punkcie dinozaurów, a przynajmniej tak mi się zdaje. Opowiadał on o losach trzyosobowej rodziny Porterów, która niefortunnym zbiegiem okoliczności trafia do Doliny Jurajskiej zamieszkałej przez dinozaury i nie tylko... To była interesująca przygoda i chociaż po latach straciła swój blask to w porównaniu z filmem Willa Farrella o tym samym tytule nadal daje radę. I bardzo mi się podobała piosenka z czołówki.
Livin' in the Land of Lost

Tajemnica Sagali (1996)
Swego czasu telewizja polska namiętnie tworzyła przygodowe seriale dla dzieci. Były WOW, Słoneczna włócznia oraz Tajemnica Sagali. Krótki serial opowiadał o przygodach dwóch braci, którzy z pomocą Jarpena poszukiwali odłamków magicznego kamienia Sagala w różnych epokach i światach. Po jaką cholerę? Nie pamiętam, ale mogło to mieć jakiś związek z odmłodzoną mamą ;) Czuło się rozmach tej produkcji. Niesamowite dekoracje, kostiumy... Czego tam nie było? Walka dobra ze złem, poszukiwanie magicznych artefaktów, czarodzieje i całkiem niezła obsada. Poniekąd była to mieszanka Goonies i Powrotu do przyszłości w rodzimych barwach.
Krótka historia magicznego kamienia Sagala


Eerie Indiana, czyli Dziwne Miasteczko (Eerie, Indiana, 1991-1992)
Na koniec zostawiłem sobie opowieść z dreszczykiem. W latach 90-tych było mnóstwo seriali i książek młodzieżowych z wątkami fantastyczno-horrorowymi. Była Gęskia skórka, Buffy - postrach wampirów, Czy boisz się ciemności? I pewnie miało to związek z przygodami dzieciaków, bo poniekąd było się jak taki bohater Goonies, który szukał przygód z dreszczykiem w upiornych domach. I taki też jest mieszkający w miasteczku Eerie, Marshall. Tylko po części... Już tłumaczę: Marshall mieszka w "dziwnym miasteczku" od niedawna, ale na tyle długo, aby zwrócić uwagę na tajemnicze zjawiska występujące tu i ówdzie.Wraz ze szkolnym kolegą postanawiają relacjonować wszystko co niewytłumaczalne w Eerie. Przy tym Marshall jest osobą rozsądną, twardo stąpającą po ziemi, co trochę dziwne, bo mając naście lat z radością bralibyśmy udział w tak niezwykłych przygodach. Myślę, że Marshall również czerpał przyjemność z tych przygód chociaż nie okazywał tego. Minus: brak mocnego zakończenia.
Nazywam się Marshall Teller (jest też po polsku, ale dubbing mnie drażni)

Jakie produkcje najlepiej wspominacie ze swojego dzieciństwa?

czwartek, 13 kwietnia 2017

O kulturze prywatności w reality show. Prawo mówienia o sobie

Długo zastanawiałem się nad właściwym tytułem postu, bo o czym właściwie chcę pisać i dlaczego? Kiedyś był taki program There's Something About Miriam (Wszystko o Miriam). Reality show budziło spore zastrzeżenia ze względu na tytułową bohaterkę będącą osobą transseksualną. Program okazał się pretekstem do debaty na temat tego, co telewizja może. Czy można mówić głośno o czyimś życiu? Zaznaczam, życiu niecodziennym i budzącym duże kontrowersje? Miriam zgodziła się pokazać swoje życie, uświadomić nas, że osoby takie jak ona są w społeczeństwie i jak każdy z nas szukają przyjaźni, miłości i akceptacji, ale co gdy tej zgody nie ma? I tu przechodzę do sprawy, która wywoła... prawdopodobnie już wywołuje sporo kontrowersji.
Najnowszy odcinek Survivor: Game Changers (s34e07; What Happened on Exile, Stays on Exile) przejdzie do historii programu. To pewne. Na przestrzeni siedemnastu lat trwania reality show zdarzały się mniejsze i większe skandale, które przesuwały granicę "bestialstwa socjalnego" o kolejne cale od komfortu do dyskomfortu. I tu przyszedł czas na odcinek opisany:

"Emotions run high when the game begins to take a toll on one tribe"

Oczywiście odcinek nie był wyczekiwany w niewiedzy, bo już przed sezonem pojawiły się plotki i w końcu przyszedł czas na ich potwierdzenie.
Siedmiu zawodników pojawiło się na radzie plemienia. Głosowanie miało przebiec sprawnie, sześć do jednego. Varner (osoba znajdująca się na straconej pozycji) postanowiła wyjawić pozostałym sekret ich współplemieńca mający świadczyć o jego nieuczciwości. Padają słowa: "Zeke jest osobą transseksualną" i rozpętało się piekło. Uczestnicy zareagowali płaczem, złością i krzykiem. Bez wahania stanęli po stronie kolegi ukrywającego bycie osobą transseksualną. Transgender sam w sobie nie wzbudził szoku. Zeke również nie jest pierwszą osobą transseksualną pojawiającą się w programie reality (wspomniałem o Miriam, a jakiś rok z hakiem w Big Brother wystąpiła Audrey). Różnica między nimi polega na sposobie upublicznienia tej informacji. Decyzja o ujawnieniu tajemnicy została podjęta bez zgody Zeke'a. Opowiedział o niej inny gracz na forum grupy. Dopiero po chwili Varner uświadomił sobie jak krzywdzącą rzecz uczynił. Powiedział to w programie rozrywkowym, nie przed piątką innych graczy i prowadzącym, ale także całym światem. Poinformował o tym ludzi, którzy znają Zeke'a, przyjaźnią się z nim, pracują, ale być może nie mają pojęcia o tym, że przeszedł on operację zmiany płci.
Nuku; Andrea, Ozzy, Tai, Varner, Sarah, Zeke i Debbie
A co z samym Zeke'em? Przyjął to bardzo spokojnie, a przynajmniej takie wrażenie sprawiał. Tłumaczył, że chce być postrzegany jak każdy inny rozbitek, a nie jako osoba transseksualna. I ma sporo racji, że być może gdzieś tam jest jakiś fan Survivor, który również zmaga się z takimi problemami i jego przymusowy "outcoming" pomoże komuś. Nie zgodzę się z Jeffem Probstem podsumowującym radę plemienia jako piękną, chociaż może taka była  ze względu na słupki oglądalności i producentów. Mi wydała się interesująca, nieco przykra i refleksyjna, ale z pewnością nie nazwałbym jej piękną. Cóż.. Prowadzący program po raz kolejny może się pochwalić jedyną w swoim rodzaju radą plemienia. Tym bardziej, że nie do końca wierzę w samodzielne działanie Varnera.
Pozostaje pytanie o komfort uczestników. Czy chcąc bawić się, zarobić pieniądze lub przeżyć coś niezwykłego muszą liczyć się z całkowitym odkryciem się przed kamerami? Kilka sezonów wcześniej Shirin (Survivor: Worlds Apart) została sprowokowana do opowiedzenia przykrej historii rodzinnej, teraz inny zawodnik musiał przyznać się do zmiany płci. Szczerość wobec producentów to jedno, ale wyjawienie czasem wstydliwych rzeczy przed całym światem to zupełnie inna para butów. Reality show to trochę taka wizyta u psychiatry. Przychodzisz z problemem i nie ma opcji, aby go przemilczeć, a czy go rozwiążesz? Zależy tylko od ciebie.

piątek, 17 marca 2017

ERB - najlepsze bitwy

Jak wiadomo, najlepszym sposobem rozwiązywania sporów jest muzyka i dzisiaj chciałbym poświecić post Epic Rap Battle of History w skrócie ERB. Dla tych, którzy jakimś cudem nie wiedzą, czym zajmuje się ERB śpieszę z wyjaśnieniem. Jest to muzyczno-komediowy kanał na Youtube. Filmiki są bitwami rapowymi, w których biorą udział różne postacie znane z historii i popkultury. Swego czasu każdemu mógł obić się o uszy pojedynek Hitlera i Darth Vadera. Kojarzycie? To właśnie ERB! Jeśli ktoś nie zna to powinien się zapoznać. Dzisiaj przedstawiam mój ranking najlepszych bitew z sezonów 1-3. Kolejny, z późniejszych, pojawi się po zakończeniu szóstej serii, która jak na razie czeka na swoją premierę. Zachęcam też do zapoznania się z kanałami twórców i uczestników bitew. Linki do ich kanałów znajdują się na końcu każdej bitwy. Z kolei w tytułach podaję linki do omawianych bitew.


Najlepsze bitwy ERB (sezony 1-3)

11
To moja ulubiona walka, w której spotykają się kobiety. Przede wszystkim pojedynek jest trochę niedoceniany przez widzów, którzy za najlepszą damską bitwę uważają Marilyn Monroe vs Cleopatra. Rozpoczyna Miley i od razu całość nabiera imprezowego klimatu w stylu teledysku We Can't Stop. Wokalistka przedstawia siebie jako silną i odważną dziewczynę. Podoba mi się także, że nie traktuje tego pojedynku na serio. Bawi się tym jak dzieciak i wszelkie uwagi traktuje z przymrużeniem oka. Joanna rozpoczyna od prośby do Boga o wybaczenie za słowa jakimi będzie musiała posłużyć się w starciu z Hannah Montana. Na porównanie Miley do Britney sama nazywa siebie nazywa Katniss Everdeen. Dla mnie bezapelacyjną zwyciężczynią była Joanna d'Arc. Pojedynek umieszczam na jedenastym miejscu ze względu na brak jakiegoś BUM w postaci większego szaleństwa ze strony Miley.

10
Zacznę od pochwalenia Alex Farnhama wcielającego się w postać Justina Biebera. Bieber irytuje swoim głosem, tańcem, śmiechem i kolejnymi docinkami kierowanymi w stronę Beethovena. Gwiazdor muzyki pop porównuje się do Michaela Jacksona i stwierdza, że dzisiaj nikt nie słucha klasyki. Co ciekawe podkład stanowi Dla Elizy Beethovena. W odpowiedzi Beethoven  przypomina mu, że kompozycje jego autorstwa przetrwały wieki i słuchają ich miliony ludzi na całym świecie, ale to dopiero początek. Justin nie posiada żadnych sensownych argumentów, z którymi nie poradziłby sobie niemiecki kompozytor. Jeśli ktoś nie zna ERB to polecałbym rozpocząć znajomość z kanałem właśnie od tego filmiku. Dlaczego? Bo doskonale prezentuje to, co najlepsze w Epic Rap Battle of History - humor, muzykę, ciekawe postacie.

9
John Lennon vs Bill O'Reilly (sezon 1)
Pierwsza potyczka. Od tego zaczęło się wszystko. Na przeciw sobie stanęli John Lennon i Bill O'Reilly. Przyznam, że umiejscowienie tej bitwy w rankingu sprawiło mi wiele kłopotów, bo bardzo chciałem, aby znalazła miejsce na tej liście. Jednak cały czas widziałem ogromną przepaść pomiędzy nią, a kolejnymi. Jednak im dłużej oglądałem bitwę tym bardziej zacząłem się do niej przekonywać i w tym momencie po prostu ją uwielbiam. Pierwsza bitwa rapowa obrazuje różnice realizacyjne jakie zaszły w produkcji kolejnych odcinków. Jest świeża, skromna, nie ma fajerwerków i nie czuć profesjonalizmu, który niestety (sezon 5) czasami psuje całość. Dla mnie zwycięzcą bezapelacyjnie został John Lennon.

8
Od czego zacząć? Bitwę otwiera Shakespeare, w którego role wciela się George Watsky (drugi najszybszy raper świata, pierwszy jest nasz rodak, hehehe). Ciśnie milczącemu przeciwnikowi, ile się da i mamy zmianę. Dr Seuss nie odzywa się w tej bitwie ani słowem. Po prostu bierze do ręki pędzel i przywołuje postać ze swojej książki - Kota Prota. I od tej pory w jego imieniu bój toczy kot w kapeluszu. Wszystko staje się kolorowe, pokręcone i wesołe. Angielski dramaturg z racji, że wybija wszelkie postacie nie może przywołać nikogo, a więc podkręca tempo i zaczyna rapować szybciej. Tymczasem przeciwnik przywołuje do pomocy Rzecz 1 i Rzecz 2. Najbardziej w tej bitwie podobały mi się ujęcia na twarze pisarzy, Kot Prot oraz George Watsky. Ostatecznie wygrał dla mnie Shakespeare, ale tylko dlatego, że nie do końca podobała mi się druga runda w wykonaniu Rzeczy.
7
Czym byłby jakikolwiek ranking bez odcinka świątecznego? Z dwóch (jeśli dobrze liczę) świątecznych epizodów ERB wybrałem starcie Mikołaja z Mojżeszem. Największym zaskoczeniem i frajdą dla wielu fanów rapu był gościnny udział Snoop Dogga w roli Mojżesza. Ich pojedynek to w dużej mierze starcie świąt komercyjnych z wartościami reprezentowanymi przez święta religijne. Mikołaj mówi o sprawianiu radości i zabawie, a przy tym krytykuje poważne podejście przeciwnika. Z kolei Snoop Dogg wyśmiewa tradycję komercyjną i zarzuca Mikołajowi - you took Christ outta Christmass and just added more mass. Jest to jeden z najlepszych teksów w całej historii bitew. Tę walkę wygrał Snoop Dogg, ale trzeba też pogratulować Peterowi fenomenalnej roli.

6
Starcie gliniarza z post apokaliptycznego świata z nauczycielem produkującym metamfetaminę należy do moich ulubionych. Postaci pochodzą z dwóch seriali - The Walking Dead oraz Breaking Bad - które szturmem zdobyły serca widzów na całym świecie (mojego tylko się nie udało). Poziom bitwy jest bardzo wyrównany i trudno stwierdzić, kto jest jej zwycięzcą. Lloyd wypada doskonale jako Walter, jest pewny siebie, złośliwy i dowcipny. Z kolei Peter po prostu jest Rickiem - każdy jego wers jest prawdziwy i zbolały, a tekst Grimesa - I kill zombie that are better men than you before breakfast - jest moim ulubionym wersem ze wszystkich bitew. Pewnie, gdybym był wierniejszym fanem obu seriali potrafiłbym czerpać jeszcze większą przyjemność z tej walki.

5
Za pierwszym razem walka mistrzów horroru nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Uznałem ją za fajną, ale niewybitną. Potem obejrzałem ją raz jeszcze i co ciekawe z każdym kolejnym razem była lepsza i lepsza. George Watsky jako Poe robi to, co potrafi najlepiej, czyli podkręca tempo, ale gwiazdą pojedynku był Zach Sherwin. I tu muszę napisać, że jakiejkolwiek postaci nie zagrałby Zach, to zawsze wypada fenomenalnie. Poza tym okazjonalnie pisze teksty do ERB. King w jego wykonaniu ma w sobie coś niepokojącego i mrocznego. Mógłbym jeszcze wspomnieć o całej atmosferze bitwy, ale po co? To trzeba obejrzeć samemu.

4
Adam vs Ewa (sezon 2)
Postaci pierwszych ludzi na ziemi nie trzeba przedstawiać nikomu, prawda? Przede wszystkim podobało mi się połączenie motywów biblijnych ze współczesnymi. Mamy mnóstwo nawiązań do Biblii, pojawia się wąż, żebro, owoc z zakazanego drzewa oraz rajskie otoczenie, a z drugiej strony dyskusja Adama i Ewy przywodzi na myśl kłótnie dzisiejszych par. Dziewczyna zarzuca swojemu chłopakowi, że sama ciężko pracuje, gdy ten się obija, z kolei on krytykuje jej brak zdecydowania i gadulstwo. Pojedynek obrazuje stereotyp kobiety i mężczyzny, których mają utożsamiać Adam i Ewa.

3
Tej walki po prostu nie mogło zabraknąć na liście. Jestem pewien, że nawet jeśli nie kojarzycie Epic Rap Battle of History to każdemu kiedyś obiło się o uszy starcie Hitlera z Darth Vaderem. To właśnie dzięki tej walce kanał ERB zyskał ogromną popularność. Pojedynek dwóch sił zła doczekał się swoich kontynuacji w kolejnych sezonach tworząc fenomenalną trylogię pełna muzyki i humoru. Co ciekawe w starciach Hitlera i Vadera gościły również postaci z innych bitew jak chociażby Stephen Hawking. Kto wygrał ten pojedynek? Zdecydowanie Darth Vader, ale trzeba sprawiedliwie oddać, że Adolf stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w całym ERB.

2
Czy można zakończyć pierwszy sezon w bardziej epicki sposób? Nie. Do finałowej walki naprzeciw siebie stają twórcy kanału, Peter i Lloyd. Chłopaki kolejno wymieniają swoje zasługi w budowie ERB, a przy tym cisnął po swoim oponencie. W tle pojawiają się wszystkie postacie z wcześniejszych odcinków. Gdy zdaje się, że ich spór doprowadzi do zakończenia działalności kanału pojawia się Kassem G i godzi skłóconych przyjaciół, a także zapowiada, że kolejny sezon rapowych walk będzie większy i lepszy.

1
Najlepsza bitwa trzech pierwszych sezonów. To przede wszystkim spotkanie dwóch różnych światów; amerykańskiego DJ zajmującego się dubstepem oraz wiedeńskiego kompozytora muzyki poważnej. Skrillex przenosi nas na głośną i oszałamiającą imprezę klubową. Wszystko jest intensywne i pełne diabolicznej (lepszego słowa nie znalazłem) energii. Mozart zdaje się na wiedzę, doświadczenie, a także trwałość swoich kompozycji w przeciwieństwie do muzyki elektronicznej. Poza wielkimi osobowościami walczących dużą rolę odegrał świetny podkład. Słowa zwyczajnie płyną po nim. Fenomenalny pojedynek.

Pierwsze trzy sezony to w sumie 45 różnych pojedynków i wybór jedenastu sprawił mi sporo problemów. Zachęcam także do zapoznania się z bitwami z poza mojej listy. Podobają ci się utwory, które wybrałem? Masz swoich zwycięzców?
A jeżeli znacie ERB to, czy macie ulubione walki? Ulubione postaci?

środa, 17 lutego 2016

Koty, dzień kota i takie tam różne

Siedzę sobie przed komputerem i raz po raz spoglądam na fotel. Stąd widać tylko kawałek oparcia, po którym wije się długa, niezadowolona kita. Gdzieś tam znajduje się jej koci właściciel, równie niezadowolony jak wspomniana kita. Coś go rozzłościło? Nie wiem... On chyba już ma taki charakter - myślę sobie. Koty humory swoje mają i własne ścieżki i życie. Nawet jeżeli zgadzają się na opiekę człowieka to w pełni czują się niezależne i nikomu niepodległe, tym różnią się od psów.
Kot Tip-Top uosabia życie bumelanta
Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy jestem psem, czy kotem. Uspokajam, nie zamierzam wchodzić pod stół i szczekać. I już śpieszę z wyjaśnieniami. Na jakimś portalu znalazłem ciekawy temat: "Pies czy kot"? W którymś momencie rozmowa przeszła na osobowość człowieka i jego podobieństwa do wyżej wymienionych czworonogów. Zastanowiłem się wtedy, przysięgam, że takim samym nietrudnym trudem, jak robię to teraz i stwierdzam, że bardziej pasowałbym na kota.
Koty mają ogromny wkład w historię. W mitologii egipskiej wierzono w boginię Bastet, którą utożsamiano z kotami, z kolei w średniowieczu czarne koty uważane były za wcielenie zła. Tak uderzając jeszcze do czarownic w formie delikatnej dygresji, czy zastanawialiście się dlaczego czarownice hodują koty czarne, a nie rude, szare, albo białe? Bo wydaje mi się, że robiły to głównie ze względów praktyczno-estetycznych! Czarownice ubierały się na czarno, a koty mają to do siebie, że zdarza im się linieć. Wyobrażacie sobie, gdyby wiedźmie ubrania pokrywała biała sierść? Czarnych kłaków przynajmniej nie widać, ale to tylko moje przypuszczenia... Wracając do roli kotów w historii; pojawiały się one w filmach, literaturze, komiksach, sztuce, a nawet polityce. Krąży nawet legenda, iż wraz ze wrzuceniem na portal społecznościowy pierwszej kociej fotografii, powstały memy internetowe.
Catzilla - kot rodem z piekła
W filmach familijnych koty wielokrotnie przestawiane są jako czarne charaktery. Z jakiegoś powodu wyrósł stereotyp kota jako istoty złej. I chociaż nie podoba mi się takie jednotorowe przedstawianie kota, to muszę przyznać, że z kotów są całkiem barwni antagoniści. Z jednej strony mogą to być zwierzęta udomowione, dbające o swoją pozycję u boku człowieka i reagujące zazdrością na każdego innego sierściucha wkradającego się w łaski ich pana. Zazdrosna i upokorzona kotka z filmu Babe - świnka z klasą była postacią epizodyczną, ale swoim krótkim występem i ogromną niechęcią do świni pasterskiej udowodniła, że jest poważnym czarnym charakterem. Trochę inaczej było ze Śnieżkiem, który na zmianę, a to próbował pozbyć się z swojego domu Malutkich, a to utrzymać w tajemnicy, obecność Stuarta, przed swoimi dachowymi kumplami. Zazdrość w filmie familijnym musi być tępiona i chyba ciężko jest sobie wyobrazić stworzenie bardziej wyniosłe i przywiązane do terytorium, a więc siłą rzeczy koty domowe mogą łatwo zostać zaadaptowane na czarny charakter.
Inaczej musi być z dachowcami. Tutaj zazdrość ustępuje ich dzikości. W ostatniej chwili przed napisaniem tego fragmentu do głowy przyszła mi Catzilla z Polowania na mysz. Imię będące nawiązaniem do japońskiego potwora nie jest przypadkowe, bo ów kociak jest mysim predatorem i uosobieniem niepohamowanej drapieżności. Większym opanowaniem oraz inteligencją, a przy tym diabolicznością wykazał się antagonista Amerykańskiej opowieści. Warren T. Rat wykorzystywał swoją umiejętność kamuflażu do zarobkowania. Bandzior potrafił bez trudu zdobyć zaufanie myszy i dzięki temu wyrobić sobie pozycję prawdziwego króla ulicy. Ze wszystkich kocich postaci jakie są mi znane Warren wylądowałby trójce najinteligentniejszych kotów.
Jeśli jednak miałbym wybrać ulubiony koci czarny charakter to sięgnąłbym do animacji Disneya Zakochany kundel i dwóch niegrzecznych kotów syjamskich. Niby animacja dla dzieci, ale jednak zło, czy ich raczej zawadiackość i psoty są w pełni groźne. Ponadto Piosenka syjamskich kotów, skomponowana i wykonana przez Peggy Lee jest jedną z najlepszych z disnejowskiej stajni.
Fritz nie stroni od imprez i seksu
Bardzo łatwo jest recytować kolejne przykłady kotów złych. Pewnie ma to związek z bardziej prawdziwym i neutralnym spojrzeniem na kota, który chodzi własnymi ścieżkami.
Stworzony w latach 60-tych przez amerykańskiego rysownika, Roberta Crumba, kot Fritz stał się uosobieniem wolnej duszy. Popularność komiksu sprawiła, że Fritz doczekał się dwóch filmów: Kot Fritz (1972) i Dziewięć żywotów kota Fritza (1974). Film o antropomorficznym kocie jest prawdopodobnie jedyną animacją dla dorosłych jaką lubię. Co ciekawe, Crumbowi, film nie spodobał się do tego stopnia, że postanowił uśmiercić postać na łamach komiksu. Fritz podobnie jak gang Tip Topa prowadził życie wolne, wbrew zakazom.
Wolność kocia, czasem jest wyborem, a czasem przymusem. W odcinku anime Pokemon - Go West Young Meowth - poznajemy historię dwóch kotowatych pokemonów Meowtha i Meowzie. Cały odcinek jest pełen retrospekcji Meowtha, który wyrusza w długą podróż w poszukiwaniu szczęśliwego miejsca. W filmie Oko kota, będącego ekranizacją opowiadań Stephena Kinga, poznajemy trzy historyjki, w które wpleciony zostaje koci obserwator. Kot (kurwa, ciągle przestawiam "o" z "t") to tajemnicza postać, która przemierza kraj w nie do końca jasnym dla widza celu, a przy okazji staje się cichym bohaterem ekranu. 
Orangey był ponoć kapryśną gwiazdą
Kot bardzo dobrze wpasowuje się w klimat grozy i niebezpieczeństwa. Jego mroczna i drapieżna natura doskonale wpasowują się w ramy horrorów. Smętarz dla zwierzaków, Ludzie-koty, Lunatycy i tak pewnie wymieniać można jeszcze długo. Może nie jestem do końca obiektywny, ale najlepszą kocią rolą w horrorze jest zdecydowanie Jonsey z filmu Obcy - ósmy pasażer Nostromo. Cały dramatyzm tej sceny: pojawiający się za plecami bohatera obcy, ciemna i odpychająca scenografia oraz przerażony Jonsey. To właśnie pupil Ripley tonuje napięcie. Nawet jeśli koty nie grają pierwszych skrzypiec w filmie to ich sam obecność w pewnie sposób ozdabia historię i nie muszą to być horrory. Na przykład w kulminacyjnej scenie w Śniadanie u Tiffany'ego, gdzie przy romantycznym pocałunku bohaterom towarzyszy rudy kot. 
Co dalej z kotami? W fikcyjnym, czy prawdziwym życiu, koty pozostaną sobą. Cichymi, subtelnymi stworzeniami, które pomimo więzi z człowiekiem pozostaną wolnymi indywidualistami.

I na koniec zdjęcie mojego starego przyjaciela, którego wspominam serdecznie do dzisiaj:

Mały 23.07.96 -11.10.02