Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 sierpnia 2024

Flash [Wakacyjne wyzwanie]

 
 
Finałowe hasło Wakacyjnego wyzwania to "bieg" i tu pierwszy odcinek serialu Flash wydaje się być najbardziej trafną propozycją zabawy. I z racji, że to ostatni post czelendżu wspomnę, że igrzyska sportowe okazały się być wymagającym tematem wyzwania. Dziękuję Meg za wszystkie propozycje, a oto wrażenia z ostatniego etapu.

Barry Allen jest naukowcem współpracującym z policją. W wyniku wypadku... (nazywam to wypadkiem mimo ogromnego skonfliktowania, ale o tym później) zapada w śpiączkę, aby po kilku miesiącach wybudzić się z umiejętnością przemieszczania się z ogromną szybkością. Serial jest emitowany od 2014 roku przez The CW, a w Polsce przez Puls 2 oraz AXN. Serial doczekał się 9 sezonów z czego najnowszy nie został jeszcze wyemitowany w Polsce.

Meg stwierdziła, że to moje pierwsze spotkanie z arrowverse i chociaż nie do końca wiem, co dokładnie obejmuje ten termin to widziałem kilka odcinków Arrow, przypadkowo czytałem recenzję filmowego Flasha, no i w jakimś artykule na blogu Meg opisywała różnice między bohaterami uniwersum: gdzie zdolności zielonego herosa pochodziły z siły fizycznej, czerwonego z nauki, a jakiejś tam typiary z magii. Czytałem też komiks o Deadmanie, gdzie Flash pojawiał się w tle wydarzeń. Także nie jest to takie moje pierwsze spotkanie z tym uniwersum.

W przeszłości oglądałem kilka produkcji o superbohaterach. Były to filmy, a nie seriale. No chyba, że policzymy Tajemnice Smallville oraz wspomniane kilka odcinków Arrow. Filmy są konstruowane inaczej od seriali, bo o ile lista postaci (heros, dama w opałach, czarny charakter, policjant) oraz historia w obu się zgadza tak serial może pozwolić sobie na większą swobodę. Flash z jednej strony ma tę swobodę, a z drugiej, gdzieś mu ona ucieka.Serial skojarzył mi się dosyć mocno z przygodami o młodym Supermanie - młodzieniec z niezwykłą mocą, z jednej strony prowadzi normalne życie, a z drugiej musi walczyć ze złolami, w których rolę będą wcielać się zapewne meta ludzie powstali w wyniku wypadku. O Barrym mogę powiedzieć jedynie to, że jest sympatyczny i czułem, że jest to taki typowy dla serialu przygodowego chłopak. Kompletnie niczym nie zaskoczył. Zaskoczyła mnie za to obecność Danielle Panabaker w obsadzie. Chociaż zirytowało mnie jak szybko chciano wyłożyć kawę na ławę i w zasadzie w jednym zdaniu przedstawiono wszystkie konflikty Caitlin. Nie polubiłem postaci Iris. I to już nawet nie chodzi o to, że wyfriendzonowała Barry'ego z friendzone, czy to, że pali głupa przed ojcem, że spotyka się z jakimś facetem jak jakaś dwunastolatka, ale generalnie aktorsko wypadła nieco jak kłoda. 

Trochę smutno mi się zrobi ło, że czarny charakter manipulujący pogodą wystąpił tylko w roli epizodycznej, bo mógł z tego wyjść naprawdę ciekawy wątek. I tu też pojawia się mój problem: ktoś chciał pokazać bardzo dużo w bardzo krótkim czasie, bo odcinek trwał około czterdziestu minut. Mamy przeszłość Barry'ego, ten cały wypadek, jakąś relację z Iris, laboratorium, w którym się budzi, jedną scenę z Arrow (dla podjarania fandomu), czarny charakter no i narodziny Flasha, a i zapowiedź przyszłej walki z meta ludźmi, a na koniec, żeby nie zapomnieć o drugim odcinku cliffhanger. Chodzi o to, że te sceny były bardzo krótkie, szybkie (zabawnie byłoby, gdyby taka była intencja twórców, no bo Flash)... Płytkie i to mnie zabolało szczególnie przy spotkaniu Barry'ego i Iris. Facet wybudził się ze śpiączki i idzie się z nią spotkać (pomijając jej kłodowatość) nie czułem między nimi żadnej chemii, czy czegokolwiek. Myślę, że trochę za mało czasu poświęciło się na ekspozycję, a za dużo na tym, żebyśmy koniecznie dostali pierwszą walkę Flasha jako Flasha. I może przez to niektóre rzeczy wydawały mi się głupie, np. policjancie jadą we dwóch nocą na farmę, aby znaleźć groźnych przestępców. Nie znają tego miejsca, nie mają wsparcia, idą po prostu na odstrzał. I potem powtarzają tę samą sytuację . Miałem totalnie XD.

Mimo tych głupotek oglądało się całkiem okej. Nie byłem jakoś wyjątkowo zainteresowany, ale czas z Flashem minął szybko. Podobało mi się. 

Czy obejrzałbym ponownie? 

Hm... Sprawdziłem ilość sezonów nie na potrzeby tekstu, ale z powodu ewentualnej kontynuacji mojej przygody z Barrym. Niestety, dziewięć sezonów to prawdziwy maraton, na który zwyczajnie brakuje mi kondycji. Może, gdybym oglądał ten serial z premierą miałbym inne nastawienie. Na razie podziękuję.

niedziela, 27 sierpnia 2023

Gdy byłam w twoim wieku...

Moje przewidywania dotyczące ostatniego kierunku podróży czyli serialu Lockwood i spółka przypominały turystę usilnie próbującego odczytać właściwy kierunek z mapy. W pierwszym odruchu pomyślałem o serialu prawniczym, a następnie o detektywistycznym. Nikt mi nie powie, że nazwisko Lockwood nie brzmi jak pan w garniaku rozwiązujący kryminalne zagadki. I mam przed sobą plakat, który jak na złość komplikuje sprawę, bo adwokat zmienia się w łowcę potworów. Poster serialu przypomina mi Gęsią skórkę oraz Fantastyczne zwierzęta. Ciąg dalszy po seansie... 

 


Nastoletni Anthony Lockwood z pomocą asystentki Lucy prowadzi agencję zajmującą się wypędzaniem duchów z nawiedzonych miejsc. Pierwszy odcinek ośmioodcinkowej serii zaprezentował po trochu wszystkiego: jest wielkie domostwo, para młodych bohaterów, duchy oraz retrospekcje (retrospekcje w każdym filmie punktują u mnie), a wszystko to w klimacie mrocznego fantasy. 

Serialowy świat Lockwooda nie ma wiele wspólnego z naszym. Tutaj duchy oraz agencje do walki z nimi są codziennością, którą w dużej mirze rządzi biurokracja i "dorośli". Oczywiście w opozycji do nich stoi pan Lockwood. Serio, wszyscy dorośli są przedstawieni jako starzy, bezwzględni i nieszczęśliwi ludzie. Jest nawet moment, w którym Lucy nazywa matkę "martwą" i myślę, że to dobra analogia. Nie jest to żadne nowe podejście. 

Co ciekawe pierwszy odcinek nie skupiał się na samym założycielu agencji, a na Lucy Carlyle i jej początkach kariery w branży. Na początku odcinka prezentuje się jako arogancka dziewczyna, która nie szanuje starszych od siebie. W pewnym momencie akcja przenosi nas o trzy lata wstecz, które były pasmem rozczarowań Lucy światem od trudnych relacji z matką, poprzez szkolenie w elitarnej agencji, aż po dramatyczny finał. 

Bardzo mi się podobało intro serialu, które stoi na wysokim poziomie wizualnie i muzycznie. Nie można też nie wspomnieć o realizacji - duchy przypominają nieco nowych Ghostbusters, ale nie rozpatruję tegow kategorii dobre czy złe, po prostu tak jest. Mocną stroną są dobrze rozpisane dialogi. 

Co mi nie zagrało? Niestety główni bohaterowie. Dorośli, o których wspominałem są po prostu źli, Lucy mimo wszystko nie wzbudza sympatii, a samym Lockwoodzie niewiele mona powiedzieć. 

Czy polecam serial Meg?

 Tak. Myślę, że ten serial posiada wiele elementów, które tobie przypadną do gustu od głównej bohaterki po sam świat przedstawiony.

 Ewentualnie co do tego? 

Najnowszy Ghostbusters.

 

Na razie to, a we wtorek szarpnę się na jakieś podsumowanie wyzwania.

sobota, 29 lipca 2023

Przesolony kurczak

Moja druga podróż w ramach Wakacyjnego wyzwania odbyła się do Korei Południowej i tuż przed spakowaniem bagaży zaryzykuję stwierdzenie, że to będzie udana wycieczka.Południowokoreańskie produkcje zwykle prezentują co najmniej dobry poziom, a oto moje wrażenia z pilotażowego odcinka serialu All of Us Are Dead.

Tytuł i plakat właściwie mówią wszystko. Oczywistym skojarzeniem jest inny film produkcji południowokoreańskiej o zombie, Train to Busan (oryg.Busanhaeng), ale sam plakat przypomina mi School Live! (oryg.Gakkō Gurashi!). W obu chodziło o klasyczny survival z truposzami. I tu przyznam, że byłem zaskoczony, gdy okazało się, że produkcja jest serialem (z jakiegoś powodu wbiłem sobie do łba, że jest to film).

Serial All of Us Are Dead to dwunastoodcinkowa produkcja z 2022 roku. W liceum wybucha epidemia wirusa, który przemienia zainfekowanych w zombie. Uczniowie i nauczyciele zostają zmuszeni do walki o przetrwanie. Proste? No to zaczynajmy...

Serial czerpie garściami inspirację z Train to Busan. Tutaj, tak samo jak w filmie z 2016 roku, poświęcono cały pierwszy akt na budowanie historii i poznawanie sporej grupy głównych bohaterów. Umarlaki są zwinne, szybkie i krwiożercze. Mam wrażenie, że nawet scena z zainfekowaną pielęgniarką jest tworzona na modłę tej z konduktorem. Nie są to wady produkcji, ale z pewnością detale, które zauważy osoba mająca styczność z Zombie express

Najbardziej w tym serialu podoba mi się strona wizualna. Już pierwsza scena mimo sporej dozy brutalności była bardzo klimatyczna i totalnie przyciągnęła moją uwagę. Twórcy wykazują ogromne wyczucie czasu i nawet jeśli mam świadomość tego co za moment się wydarzy to daję się "złapać" i czekam, aż zombiak wyskoczy. Żywe trupy prezentują się fajnie, chociaż nie są szczególnie oryginalne czy przerażające. Pochwalić należy efekty gore, wśród których moim absolutnym faworytem była scena, w której pielęgniarka pożera twarz jednego z uczniów.

Jeśli chodzi o bohaterów to nie pamiętam ich imion, ale każdy wzbudził moją sympatię, a jeśli nie, to przynajmniej zaciekawił mnie swoim wątkiem. I to było fajne, że każda osoba z wielkiej grupy ma jakąś historię i nie czułem się nawet zirytowany wątkiem miłosnym (czworokąt, w którym każdy kocha kogoś innego bez wzajemności ;p). Obok pozytywnych bohaterów są jeszcze czarne charaktery. I kurde, nie wiem, ale w produkcjach azjatyckich nie potrafią pisać ról antagonistów tak, aby byli wiarygodni. Zamiast tego dostajemy przedramatyzowanych łobuzów. O ile mogę liczyć, że nauczyciel biologii okaże się jakimś antybohaterem tak uczniowie, którzy znęcają się nad kolegami są po prostu wycięci z szablonu.

 Z takich rzeczy, które nie miały większego znaczenia warto wspomnieć o symbolach religijnych, które wystrzeliły znikąd (neonowy krzyż, buddyjski znak miłości, biblia).


Czy polecam serial Meg?

Tak. Serial ma dobre tempo i ciekawych ciekawie zapowiadających się bohaterów. Jeśli ten serial utrzymuje poziom to jest warty obejrzenia w całości. 


Ewentualnie co do tego? 

A jak się spodoba to warto sprawdzić Train to Busan.

niedziela, 16 lipca 2023

Porozmawiajmy o telenowelach

To nie jest żaden "świeży" temat. Nie było tak, że dzisiaj rano się obudziłem i postanowiłem wrzucić post o telenowelach. Ten pomysł kołatał się w mojej głowie od bardzo dawna, ale jakoś nie miałem ochoty i konceptu. Niespodzianka, bo konceptu brakuje nadal. Dzisiaj chciałbym przedstawić wam listę moich ulubionych brazylijskich, meksykańskich i argentyńskich seriali. Dla jakiegoś porządku w tytułach telenowel będę podawał również linki do czołówek.

Wydaje mi się, że taki prawdziwy renesans telenowel przypadł na końcówkę lat 90-tych, gdy każdy z głównych kanałów telewizyjnych miał przynajmniej jeden serial latynoamerykański w swojej ramówce. Telenowele były poniekąd "orientalnymi" wersjami seriali takich jak Dynastia i Moda na sukces. Główna bohaterka była usposobieniem dobra, pojawiał się bogaty i przystojny facet, wredna sucza, a wokół często snuła się tajemnica sprzed lat. Trochę jak Kopciuszek lub Śnieżka. Nie da się ukryć, że były to dość tanie i przedramatyzowane spektakle, w których dobro tryumfuje, a zło zawsze ponosi surową karę. Taki... Harlequin w około stu rozdziałach.

 

Zła siostra bliźniaczka

Uważam, że prawdziwym uderzeniem był serial Paulina (oryg.La Usurpadora). Opowiadał historię dwóch sióstr bliźniaczek rozdzielonych w dzieciństwie. Paulina była dobra i skromna, wychowana przez babkę w biedzie i szacunku do pracy. Z kolei Paula była bezwzględną żoną bogacza, która bez zastanowienia niszczyła wszystko i wszystkich wokół siebie. Podobało mi się, że i tak zarysowane grubą krechą charaktery kobiet dodatkowo podkreślano przez ich ubiór: Paulina oczywiście chadzała w bieli, zaś Paula w czerwieni. W rolę obu wcieliła się Gabriela Spanic, która została heroiną dla wielu dziewczyn. Pamiętam, że moja kuzynka poszła do fryzjera i poprosiła o fryzurę "na Paulinę" :) Serial był kiepski, ale zyskał miano kultowego i chyba obok Esmeraldy oraz Zbuntowanego anioła jest jedną z najczęściej przywoływanych w pamięci widzów telenowelą.

 

 Tleniony, Staruszek i Żyrafa

Wiele telenowel odpychało tanią otoczką. W serialu Rosalinda umierająca kobieta wyznaje mężowi, że jedna z ich córek została w tajemnicy przed nim "adoptowana", a facetowi zaczyna z tego powodu odwalać. W Porywach serca bohaterka w odwecie za zdradę narzeczonego postanawia wziąć ślub z dziadem, którego nienawidzi. Tanią otoczkę posiadał również Zbuntowany anioł (oryg.Cambio Dolor), ale w przeciwieństwie do wielu klasycznych telenowel argentyńska produkcja wybijała się humorem. Główna bohaterka, Milagros, stała w opozycji do płaczliwych i dobrych dziewcząt. Wychowanka domu dziecka nie rozumiała różnic klasowych pomiędzy dobrodusznymi służącymi i wyrachowanymi pracodawcami. Gdy ktoś ją wkurzał mówiła o tym otwarcie, a zamiast emanować delikatnością okazywała arogancję i bezczelność. Oczywiście, serial był tandetny, ale mimo wszystko oglądało go się dla głównej bohaterki. Natalia Oreiro zyskała dzięki niemu ogromną popularność.

 

Brzydkie kaczątko

Nie tylko Milagros łamała stereotyp pięknej i nieskazitelnej kukły czekającej na księcia z bajki, bo była jeszcze Brzydula (oryg.Yo soy Betty, la fea). Betty to młoda, wykształcona kobieta z klasy średniej, która z pewnością zawojowałaby świat, gdyby nie jej wygląd. Świadoma własnych "niedoskonałości" dostaje swoją szansę i rozpoczyna pracę w domu mody. Serial ma wiele stereotypowych, ale przez to zabawnych postaci i tak naprawdę trudno się nudzić. Koniec końców otrzymujemy morał o tym, że piękne stroje i modelki pozujące do zdjęć nie odpowiadają prawdzie, a EcoModa (chyba tak nazywała się ta firma) szyje ubrania dla prawdziwych kobiet. Brzydula doczekała się mnóstwa zagranicznych rebotów, a w tym także polskiego Brzydula i strasznie denerwowało mnie to, że nasza rodzina Ula była ładna i większość serialu na siłę wmawiano widzowi, że jest inaczej. 


Być jak Rubi

Chyba rzadko się zdarza, aby w Polsce telenowela była bardziej znana z oryginalnego tytułu niż naszego tłumaczenia, ale tak było z Ceną marzeń (oryg.Rubí). Historia była bardzo zwyczajna, gdyby nie tytułowa... heroina. Rubi wzbudzała ogromne emocje. Pierwszy raz meksykański tasiemiec przedstawiał historię z perspektywy czarnego charakteru. Główna bohaterka wywodziła się z klasy robotniczej czego bardzo się wstydziła.Za wszelką cenę usiłowała zdobyć pieniądze i luksu. Gdy na drodze pojawiło się dwóch mężczyzn Rubi musi dokonać wyboru pomiędzy prawdziwą miłością, a bogactwem. I oczywiście wybiera to drugie. Mimo wielu szans na zmianę Rubi ślepo podąża za marzeniami o bogactwie i ma gdzieś ile osób po drodze zrani swoim zachowaniem. Fajna odmiana po tuzinach dobrych, pracowitych dziewojach.

 

A wy macie jakieś ulubione telenowele? 

czwartek, 13 lipca 2023

Tu nic nie ma sensu, Erin...

Pierwszy etap wyzwania i pierwsza podróż w nieznane zabrała mnie do Północnej Islandii do malowniczej miejscowości Londonderry. A oto moje wrażenia z pierwszego odcinak serialu Derry Girls.

Plakat serialu skojarzył mi się poniekąd z filmem Wild Child. Poniekąd, bo jest zupełnie inny, ale gdzieś między wierszami widziałem serial o grupie zbuntowanych nastolatek, do których prawdopodobnie dołącza nowa koleżanka z wielkiego miasta i tak jak Emma Roberts przeżywa pewien kulturowy szok. Postanowiłem nie czytać streszczenia fabuły przed seansem, a więc moje wyobrażenia pozostawały na chwilę jedynym pewnym i nieomylnym źródłem na temat Derry Girls.

Sitcom powstał w 2018 roku dla telewizji Channel 4 i doczekał się trzech sezonów. Za stworzenie Derry Girls odpowiedzialna jest Lisa McGee, która inspirowała się własną młodością w miasteczku Derry.

Lata 90-te. Dla Północnej Irlandii jest to czas konfliktów politycznych, które mają stanowić tło dla perypetii Erin i jej koleżanek uczących się w żeńskiej szkole prowadzonej prze siostry zakonne.

Bohaterek jest pięć i w sumie to tyle mogę o nich powiedzieć. Narratorką historii jest Erin, ale najbardziej wyróżniającą się z grupy jest głośna Michelle, która przypominała mi nieco Nikki Pollard. Pozostałe trzy postacie nie wyróżniają się kompletnie niczym pozytywnym.

Głównym atutem sitcomu powinien być humor, a ten napędzają postaci i dialogi. Derry Girls bardzo balansują pomiędzy byciem zabawnym, a byciem kiczowatym. Część postaci i droga jaką obrali nimi scenarzyści wydaje się być dobra. Fantastyczna była scena w autobusie, gdzie Michelle usiłowała wymusić na pierwszoklasistce miejsce, a później jej niepewna rozmowa ze szkolnym lizodupem. Te momenty działały i czułem, że oglądam czarną komedię. Niestety po drugiej stronie były momenty z głodówką czy brakiem ubikacji koedukacyjnej.

Jak pozłości jedna z ostatnich scen (bez spoilerów chodzi mi o zakonnicę w kozie) zdawała się nadawać jakiś rytm historii, ale zamiast zakończyć odcinek dramatycznym wejściem dyrektorki do klasy dostajemy jeszcze gabinet dyrektorki i kolejno pojawiających się na scenie rodziców. Robi się chaotycznie i jak stwierdziła Erin "tu nic nie ma sensu" co jest dobrym podsumowaniem.  

Nie chcę być zbyt surowy dla Derry Girls. Niekiedy sitcom potrzebuje czasu, aby opowiedzieć swój dowcip. Bohaterowie muszą otrzymać własne wątki, aby widz mógł ich polubić lub znienawidzić. Jeden odcinek to za mało na wystawienie rzetelnej opinii, no, ale...


Czy polecam serial Meg? 

To skomplikowane. Z jednej strony czuję, że tło serialu może przypaść do gustu Meg, jeśli tylko stanie się ono bardziej wyraziste. W innym wypadkun jest to po prostu historia, którą można podłożyć pod jakiekolwiek zdarzenia. Z drugiej są główne bohaterki, humor i akcja, które wydają się być dalekie od wszystkiego co do tej pory polecała (a przy tym dobrze się bawiła) mi Meg. 


 Ewentualnie co zamiast tego?

To właśnie Anglia stanowiła znacznie ciekawszą tragikomedię, a jeśli chodzi o Emmę Roberts i spółkę to kryminał 4...3...2...1.

niedziela, 28 sierpnia 2022

Ghosts UK

Meg cztery miesiące temu: 

dzisiaj nadrobiłam "Duchy" i zdałam sobie sprawę z tego, że Thomas jest bardzo przystojny. A on ma loczki i pumpy.

Finałowe hasło Wakacyjnego wyzwania to nocleg i tu przypadła mi wiekowa posiadłość, bo hotelem to ona jeszcze nie jest. Ma być, podejrzewam, takim z duszą.



Serial Ghosts został wyprodukowany dla BBC One w 2019 roku. Liczy trzy sezony po sześć odcinków każdy. Pobieżnie przejrzałem listę jego twórców i przyznam się, że żadnego z nich nie kojarzę. Dwa lata później serial doczekał się również amerykańskiej wersji, którą Meg zaproponowała mi jako alternatywę. Wybrałem oryginał z racji tego, że bardziej odnajduję się w brytyjskich produkcjach.

Młode małżeństwo dziedziczy ogromny dom, z którego w przyszłości planuje zrobić hotel. Pomysł ten nie podoba się jego obecnym mieszkańcom - duchom, które na przestrzeni wieków umierały w nim stając się częścią miejsca. Żywych należy wypłoszyć. I to w zasadzie streszczenie pierwszego odcinka. 

Zauważyłem, że często rozmyślam o czym jest dany serial lub film nim go jeszcze obejrzę. Szukając porównań w Ghost, chciałem widzieć genialną komedię Co robimy w ukryciu? ze względu na dekoracje oraz zetknięcie postaci z przeszłości z teraźniejszością, której te nie rozumieją. Z kolei pierwsza scena pilotowego odcinka przywiodła mi na myśl niemal od razu Deadbeat i tu chyba chodzi mi o podejście do tematu zaświatów. Dalej rzucały mi się różne skojarzenia głównie z horrorami jak Inni czy Nawiedzony. Jednak nie o skojarzeniach chcę pisać. 

 

Tworzenie tego posta zajęło mi sporo czasu, bo postanowiłem obejrzeć więcej odcinków. Pilot serialu pozostawił we mnie mieszane uczucia i dlatego zdecydowałem się sprawdzić, co Duchy mają do zaoferowania jeszcze. Najbardziej interesowało mnie jak i czy w ogóle pojawią się interakcje żywych z umarłymi. 

Na tym właśnie polega żart w Ghosts: są duchy, mówią coś, a główna bohaterka usiłuje żonglować pomiędzy głupotami wygadywanymi przez martwych, a żywymi. Pytanie, czy ten dowcip jest dla mnie zabawny - nie, nie jest. Zresztą tak samo jak rutynowe wyskakiwanie przez okno lady Button czy próby wystraszenia mieszkańców. Wszystko to brzmiało jak powtórka z AHS: Hotel i to w jeszcze gorszym stylu, niż zafundował R.Murphy. Zwykle nie przeszkadzają mi schematy, ale w tej produkcji męczyły mnie bardzo.

Jeśli chodzi o bohaterów to jest ich wielu. Dwójka żywych oraz cała gromada duchów. Postaciom brakuje charyzmy, czy jakiegoś mocnego ukierunkowania przez co niespecjalnie czekałem, aż się pojawią na ekranie. I zastanawiam się, czy jest to wina ilości, czy jakości, bo zdecydowanie coś tu się nie zgrało. Cała ta zgraja jest głośna, denerwująca i nieśmieszna do tego stopnia, że czułem ogromny dyskomfort w trakcie seansu (najwięcej przysłużył się polityk i jego dziwaczne grymasy podczas prób przesuwania przedmiotów).

Pozytywnie wypadł duch harcerza, ale chyba tylko dlatego, że jako jedyny dostał odcinek o sobie (Harry'ego Hendersona  i wydzierania się do księżyca nie będę liczył, bo to był moment, który mnie złamał ostatecznie) i wyróżniał się wyglądem na tle tej masy. O tym jak irytowało mnie ględzenie duchów nie chcę wspominać.

Aktorsko też nikt mnie nie powalił. Najlepiej wypadł zdecydowanie Jim Howick wcielający się w harcerza, a dalej Lolly Adefope, która potrafiła byc zabawna, a przy tym nienachalna. Miłą niespodzianką był gościnny występ Steve'a Orama (Mroczna pieśń, Turyści). Najgorzej wypadł Kiell Smith-Bynoe grający męża i trochę to szokujące, bo powinien być głównym bohaterem (obok Allison), a jest tłem.

Dla sprawiedliwości ma "jakieś tam momenty" jak oglądanie Przyjaciół i stwierdzenie któregoś z nich: "co jest zabawnego w oglądaniu ludzi na kanapie", czy aktor usiłujący zrobić wrażenie na Alison. Niestety to zdecydowanie za mało, aby mówić o produkcji, która mi się przypadła do gustu.

Serial poległ, bo nie miał aktora, który potrafiłby udźwignąć ciężar historii na swoich barkach. Teoretycznie mogła być to Kitty, ale jakoś pan scenarzysta z reżyserem nie chcą dać jej szansy. Każdy chce być tym herosem, który podniesie odcinek, ale nic z tego. Duchy gadają bzdury, do których w ogóle nie warto przywiązywać uwagi. Po pewnym czasie ten jazgot o niczym stawał się nie do zniesienia.


Czy obejrzałbym ponownie?

Nie.

niedziela, 17 lipca 2022

[Wakacyjne wyzwanie] Star Trek: DS9 s04e07

Meg, wybrałaś wspaniałe miejsce na podróż – jakaś izolatka w bazie wojskowej, bardzo mi miło, dziękuję.

Meg kiedyś:

"Ciekawe jest też to, co powiedziałeś: że spodziewałeś się, że będzie to bardziej jajcarskie sci-fii".

A było inaczej? A jest inaczej? Czy będzie inaczej?

 


Wakacyjne wyzwanie każdorazowo przynosi niespodzianki. Dzięki niemu sięgamy dalej, po więcej, odkrywając zupełnie nowe dla nas twory kultury. Mam wrażenie, że gdzieś już coś w tym stylu słyszałem, anyway... W tym roku w ramach wyzwania kolejny raz mierzę się z ikoną sci-fi, Star Trekiem. 

Nie jest to do końca nowość dla mnie, bo dzięki Planecie Kapeluszy miałem styczność z Star Trek: TOS oraz  Star Trek: Enterprise, a sam od siebie lata temu sprawdziłem film kinowy J.J Abramsa. Mimo wszystko trudno jest mi cokolwiek powiedzieć na temat samej serii i jej bohaterów i to jest uwaga ogólna na temat startrekowego uniwersum jako całości.

Dzisiaj albo wczoraj (w zależności kiedy opublikuję ten post) obejrzałem siódmy odcinek StarTrek: Deep Space 9 pod tytułem „Little Green Men”.

W centrum akcji są Ferengi - rasa dość przedsiębiorczych kosmitów, którzy właśnie wybierają się na Ziemię.Nie wszystko idzie do końca po ich myśli i ostatecznie cofają się do przeszłości oddalonej o czterysta lat, czyli mniej więcej „naszych czasów”. Najważniejszym elementem w układance jest fakt, że kosmici czyli „zielone ludki” są dla ludzi sporym szokiem. Na szczęście społeczeństwo nie musi się o to martwić, bo niezapowiedzianych gości przechwytują bardzo męscy, bohaterscy i amerykańscy żołnierze. I tu nie stało się nic zaskakującego. Ludzie jak to ludzie z natury obawiają się tego, co nieznane i usiłują najpierw zrozumieć, a potem atakować, z kolei goście z innej planety jak na wzorowych Januszy biznesu przystało usiłują kręcić własne lody.

 

Pozostaje pytanie jak częstym motywem dla serii jest to, że zamiast kosmicznych przygód w stylu Star Warsów, bohaterowie cofają się w przeszłość. Przejrzałem recapy odcinków na Planecie Kapeluszy i zgaduję, że to często powtarzająca się fabuła.

Dla mnie jako osoby, która nie jest wciągnięta w Star Trek, czy samą tematykę przygód w kosmosie całość jest mało przyciągająca. Podejrzewam, że nawet epizodyczność (zakładam, że tak jest w przypadku Deep Space 9) nie pomogła, bo nie wiedziałem kim są poszczególne postaci, jakie są ich relacje, co i dlaczego się dzieje. Dlatego w pełni skupiłem się na warstwie komediowej, która na bezczelnego sunie pomiędzy dialogami. I myślę, że gdyby uwypuklić motywy komediowe oglądałbym odcinek z większym zaciekawieniem. Ci dwaj bracia byli niczym Pinki i Mózg, dzieciak, który liczy, że będzie zarywał do ziemianek czy tak bardzo amerykańscy żołnierze usiłujący podkreślać własną amerykańskość papierosami i cygarami XD

Na koniec warto ustalić ranking historii. Najbardziej z moich startrekowych przygód przypadł mi do gustu odcinek horrorowy (nie, nie dlatego, że był horrorowy), ale miał ciekawszą akcję, szło się połapać jeśli chodzi o postaci (tu chodzi mi o ich liczbę), TOS z kolei wydał się nieszablonowy (no sorry, wykorzystał podróż w czasie szybciej niż DS9) i przez to ciekawy.  Z zestawienia najgorzej wypada, niestety, Deep Space 9.

I tu wracając do niespodzianek i odkrywania nowych rzeczy. Myślę, że poza odkryciami chodzi też o odkrywanie nowych opinii. Jak dla ciekawe jest czytanie opinii Meg na temat filmów, których ni gdyby nie obejrzała, gdyby nie nasz czelendż tak i ona pewnie ma satysfakcję z moich usilnych prób ogarnięcia kosmicznych przygód.


Czy obejrzałbym ponownie?

Jest wiadomość dobra i jest wiadomość zła. Zła jest taka, że nie. Dobra jest taka, że wolałbym obejrzeć ponownie TOS. Czyli zmieniam odpowiedź poprzedniej edycji wyzwania.

sobota, 23 stycznia 2021

Co znalazłem fajnego w 2020

W jednej takiej książce znalazłem krótką tezę (cytatu nie podam, bo nie chce mi się go teraz szukać, a więc żyjcie z tym) o długości słów i potrzebach ludzkich. Motyw był taki, że najkrótsze słowa wyrażają czynności najpilniejsze - jeść, pić, żyć, a im dłuższe słowa tym mniej potrzebne są człowiekowi jak człowieczeństwo. 

Rok 2020 przeżyłem na funkcji totalnego oszczędzania baterii przez większość czasu tracąc słowa długie na rzecz tych krótkich. Na całe szczęście było jedno umiarkowanie długie słowo: poznawanie. Poniżej przedstawiam listę kilku fajnych rzeczy i twórców, którzy umilali mi czas przez ostatnie 12 miesięcy.

 

Pokemon Twilight Wings

Krótkometrażowa seria od studia Studio Colorido to pozycja absolutnie fenomenalna. Licząca zaledwie siedem odcinków seria (osiem, jeśli liczyć specjalny) zabiera nas w podróż po regionie Galar, gdzie poznajemy małego chłopca o imieniu John marzącego o obejrzeniu na żywo mistrzostw ligowych. Pokemon jest na tyle rozbudowaną serią, że twórcy niejednokrotnie pozwolili sobie na różne eksperymenty względem anime. Seria Twilight Wings jest ciepła i ujmująca. To nie pozycja wyłącznie dla miłośników pokemonów. Zaryzykuję stwierdzenie, że każdy, nawet niezaznajomiony z kieszonkowymi stworami będzie mógł w niej odnaleźć coś dla siebie.


 Nowator

Nowator, a właściwie Paweł Lipski to muzyk, raper, autor tekstów, a także członek formacji TeOeR. Z muzyką Nowatora zetknąłem się przez jakiś przypadek pod koniec tego roku i jest to o tyle dziwne, że twórca jest obecny na polskiej scenie od wielu lat tworząc wraz z TeOeR i równolegle prowadząc karierę solową. Utwory Nowatora łączą stylistykę rapu z bardziej popowymi brzmieniami. To nie jest żadna wyszukana muzyka, a przyjemna rozrywka, przy której chce się bawić.

 

Kasia Gandor

Kanał Kasi znalazłem gdzieś tak w marcu kwietniu, kiedy dopiero covidowa impreza rozkręcała się. Kasia odpowiadała na pytania związane z wirusem, gdzieś tam starała się uspokoić nas i ostrzec. Na kanale znajdziemy treści edukacyjne zaczynając od zagadnień z biologii, aż po gospodarkę. Dla mnie najfantastyczniejszym elementem kanału Kasi jest poziom wizualny materiałów. Widać, że poza treściami merytorycznymi dla autorki ważny jest także ciekawy sposób przekazywania informacji. Jest jedyną osobą na polskim youtubie, której nie udało się niczym mnie zirytować. Tak trzymaj, Kasia!

 

Hot16Challenge2

Akcja Hot16Challenge powstała w 2014 roku z inicjatywy Solara. Jej druga edycja przypadła na koniec kwietnia 2020 roku. Wyzwanie polegało na nagraniu krótkiego (16 wersów) utworu, a następnie nominowaniu kolejnych trzech artystów. Każdy z biorących udział umieszczał w opisie swojego filmu link do zbiórki na wsparcie personelu medycznego w walce z koronawirusem. Hot16 stało się fenomenem internetowym, który zaczął się od raperów, ale szybko przeszedł na muzyków, aktorów, polityków, wszelkiej maści celebrytów. Chcę wierzyć, że wszyscy nagrywali utwory w dobrych intencjach, bo pomaganie, bo propagowanie jest dobre, bo fajnie jest posłuchać fajnej muzyki.

 

Przybysze

Norweski serial kryminalny Przybysze (Fremvandrerne) skradł moje serce na kilku poziomach. Początkowo historia koncentruje się na tajemniczych zdarzeniach mających miejsce na całym świecie - z wody wyławiani są ludzie pochodzący z różnych czasów. Po tym wstępie akcja przenosi się kilka lat do przodu. "Przybysze z przeszłości" nie dziwią już nikogo, a oni sami z większym lub mniejszym powodzeniem starają się asymilować z mieszkańcami teraźniejszości. Główny bohater, detektyw Lars Haaland otrzymuje odgórnie nową partnerkę, Alfhildr, pochodzącą z ery Wikingów. Kobieta jest pierwszą policjantką-przybyszem, co wśród współpracowników budzi mieszane uczucia. Dla jej szefostwa to okazja, aby poprawić sobie notowania wśród społeczeństwa, a dla niej powód do dumy. Alfhildr i Lars zostają oddelegowani do wypadku nad morzem -  utonięcia nowo przybyłej. Sprawa, która początkowo wydaje się zwykłym wypadkiem zaczyna mnożyć pytania i niejasności. Serial liczy sześć odcinków, w których zachowuje doskonałe tempo, buduje charaktery i uderza w kulminacyjnym momencie.


Tak wygląda moja lista odkryć z 2020 roku. Zapraszam was do zapoznania się z nimi. Naprawdę warto.

piątek, 27 grudnia 2019

7 cudów świata, czyli moje odkrycia w 2019 roku

Pokemon Red
Gra z gatunku RPG wyprodukowana przez Game Freak w 1996 roku na konsolę Game Boy. W grze wcielamy się w postać trenera pokemonów, którego zadaniem jest łapanie kieszonkowych stworków oraz walki z innymi trenerami, którzy stoją nam na drodze do tytułu mistrza.


Moją przygodę z serią gier Pokemon rozpocząłem od edycji Silver/Gold, czyli bardziej dopieszczonej wersji Red/Green/Blue. O pierwszych grach mówi się w kontekście błędów oraz upierdliwej mechaniki, zaś Lavender Town obrosło w legendy. Nigdy nie czułem ani chęci, ani potrzeby do cofania się w odległą przeszłość Game Boya, a szansą na rewizytę w Kanto były gry Leaf Green i Fire Red będące remake'ami oryginałów. W tym roku zmobilizowałem się i rozpocząłem Red. Gra sama w sobie jest całkiem przyjemna, a przy tym wprowadza niedokońca znane mi poczucie nostalgii. Od Red do Sword/Shield nastąpił ogromny przeskok. Nie chodzi wyłącznie o grafikę i mechanikę, ale także aspekt kulturowy. Pokemony łączą pokolenia.


Overboard
Komedia romantyczna z 2018 roku w reżyserii Roba Greenberga będąca w pewnym stopniu sequlem/ rebotem filmu Dama za burtą (1987) z Kurtem Russellem i Goldie Hawn. W obsadzie znaleźli się Anna Faris, Eugenio Derbez oraz Eva Longoria. Wypadek i tymczasowa amnezja splatają, jak tu już w komediach romantycznych bywa, losy miliardera Leonarda i samotnej matki Kate. 


Nie ma co się roztrząsać. Overboard (I że ci nie odpuszczę) to zwyczajna komedia romantyczna z banalnym pytaniem - miłość, czy pieniądze, ale czy właśnie banały nie są najlepsze? Chociaż znamy odpowiedź od pierwszej chwili to sama historia jest niezwykle sympatyczna dzięki parze głównych bohaterów. Farris i Derbez, którego lubię za Instrukcji nie załączono wykonali kawał dobrej roboty. Oglądałem już niezliczoną ilość razy.


Usagi Yojimbo
Ukazująca się od 1987 roku amerykańska seria komiksowa autorstwa Stana Sakai. Bohaterem historii jest Usagi, królik-ronin, samotnie przemierzający szesnastowieczną Japonię. Komiks dzieli się na niezależne opowiadania zainspirowane japońskim folklorem i legendami. Postaci to antropomorficzne zwierzęta.


To nie pierwsze wydanie Usagiego w Polsce. Przed kilkoma laty wychodziły zeszyty wydawnictwa Mandragora, a potem Egmont. W tym roku wydawnictwo Egmont zdecydowało się na nowe wydanie historii o roninie. Od poprzednich zeszytów różni się ono przede wszystkim objętością. W jednej księdze mamy kilkanaście historii o Usagim utrzymanych w barwnym wachlarzu emocji - mamy crossover z Żółwiami Ninja, komedię, horror, romans, a także kryminał. Wyczynem byłoby przeczytać komiks i nie znaleźć w nim przynajmniej jednej historii, która człowieka nie wciągnie całkowicie i bez reszty.


Jazzforacat
Ukraiński duet akustyczny złożony z Sergieja Asafatova i Sergieja Jaciury, a wcześniej Dmitriego Koshelnika. Założony w Winnicy i działający od 2016 roku. Panowie brali międzyinnymi udział w ukraińskiej wersji programu X Factor, a także Mam Talent. Ich debiutancki album nosi tytuł Ważne szczegóły (Важливі деталі).


Zagrał jazzowy kawałek i tym kupił uwagę swojego kota. Tak ponoć powstała nazwa dla grupy. Tworząc listę zastanawiałem się, czy nie wpisać po prostu Asafatova, za którego sprawą polubiłem duet. Poza fantastycznym wokalem Sergiej jest również utalentowanym multiinstrumentalistą, a przeglądając teledyski można zwariować od ilości instrumentów, na których artysta potrafi grać. Wcześniej był on liderem rockowej grupy Martovi Orchestra, a po jej rozpadzie założył Jazzforacat. Chociaż stylistycznie to dwa różne światy to dla jego głosu warto przesłuchać płytę. Moje ulubione utwory to Jesteśmy (Ми Є), Od wiosny do wiosny (Від весни до весни), a z Martovi Orchestra Ty i ja (Ти і Я). I spokojnie, w tym roku poświęcę trochę uwagi muzyce, a więc Sergiej jeszcze pojawi się na blogu.


American Horror Story: 1984
Akcja dziewiątego sezonu antologii stworzonej przez duet Murphy i Falchuk skupia się na obozie Redwood, na którym w latach 70-tych doszło do krwawej masakry. Jednya ocalała uczestniczka tamtych wydarzeń, Margaret Booth, postanawia ponownie otworzyć obóz z pomocą grupy młodych osób. W międzyczasie z zakładu dla obłąkanych ucieka sprawca masakry w Redwood.


Tym razem AHS skoncentrował się wokół slasherów, które niepodzielnie królowały w latach 80-tych. Twórcy przemycili do swojego dziewięcioodcinkowego dzieła atmosferę tamtych czasów, a także wiele nawiązań do ukochanych przez widownię slasherowych morderców. Pierwszy raz od bardzo dawna bohaterem sezonu była historia, a nie postać. Cieszy mnie nieobecność weteranów serii, bo nowa obsada daje radę, a każde z nich jest równie ważnym elementem pracującym na sukces AHS. Były zwroty akcji, emocje i czego można życzyć sobie więcej? American Horror Story 1984 był jak pierwszy powiew wiosennego wiatru po długiej, nieprzyjemnej zimie.


Metro 2033
Powieść postapokaliptyczna powieść autorstwa rosyjskiego pisarza Dmitrija Głuchowskiego. Wydana w Rosji w 2005 roku, a w Polsce w 2010 poprzez wydwawnictwo Insignis. Metro 2033 jest pierwszą częścią trylogii przedstawiającej losy ludzi, którzy po wybuchu wojny nuklearnej są zmuszeni do zamieszkania w podziemiach moskiewskiego metra.


Autor wykreował rzeczywistość obcą, niebezpieczną i toksyczną, a jednak tak dobrze znaną nam. Po wybuchu wojny nuklearnej świat znędzniał, ale ludzie pozostali bez zmian. Metro jest nieco satyryczną kalką naszej rzeczywistości. Stacje metra przeobrażają się w małe państewka z odrębnymi prawami i systemami wartości, a czytelnik wraz z głównym bohaterem (obaj w równym stopniu nieobyci z tym światem) podróżują od stacji do stacji. O ile bardzo przyjemnie podróżowało mi się z Artemem, przeżywając różne wydarzenia na równi z nim, tak finał nieco mnie rozczarował. Mimo to w przyszłym roku chciałbym sięgnąć po inne książki Głuchowskiego.


Chanel Zero: No-end House
Drugi sezon antologii opierającej się na miejskich legendach serwowany przez kanał Sy-Fy. Sześcioodcinkowa seria przedstawia historię upiornego domu pojawiającego się w przypadkowych lokacjach. Katie z grupą znajomych postanawia odwiedzić tą niezwykłą atrakcję turystyczną. O ile wejście do domu jest proste, tak opuszczenie go sprawia sporo trudności. 


Spacer po No-end House potrafi przyprawić o dreszcze. Tajemnicze postaci, ciemne zakamarki i chłód bijący zewsząd sprawiał, że ten nietypowy dom strachu utrzymywał poczucie niepokoju. I tu moim zdecydowanym faworytem był pokój numer pięć. Twórcy No-end House bardzo chcieli stworzyć dobry serial z wciągającą historią, mroczną atmosferą i postaciami, którymi będzie można kibicować (akurat to ostatnie średnio wyszło). Nie mam wątpliwości, że jest to jeden z ciekawszych seriali grozy.

Mam nadzieję, że spodobało wam się moje siedem odkryć, których dokonałem w 2019. Może spotkaliście się z którymś wcześniej? A może zapoznacie się z nimi w nadchodzącym roku?
I przy tej okazji życzę wszystkim szampańskiej zabawy sylwestrowej i pełnego fajnych wrażeń roku 2020!

sobota, 27 lipca 2019

[Wakacyjne wyzwanie] Star Terk: TOS s01e28

Wakacyjne wyzwanie zabierało mnie w podróże w najdalsze zakątki kultury popularnej i mniej popularnej. Chociaż mając na uwadze tematykę tegorocznej edycji powinienem chyba wspomnieć o różnych gustach muzycznych. Jedni lubią hip hop, a inni country. Dla jednych fajny jest bekowy horrorek, a innych bawi kino sci-fi. W każdym razie poznałem filmy, seriale i czytadła, po które nie sięgnąłbym sam z siebie albo przez kompletną nieświadomość ich istnienia, albo brak zainteresowania danym tematem.
Rozpoczynając ten post towarzyszy mi pustka niczym czerń wszechświata, której niestety nie rozświetla mi żadna gwiazda. I tam gdzieś po tej bezkresnej ciemności, czy jak polski dystrybutor nas uraczył - w ciemność - jest serial Star Trek. Serial, który dał początek kultowej serii o załodze statku kosmicznego Enterprise. Zanim jednak napiszę coś więcej na temat odcinka 28 z pierwszego sezonu jestem winny wyłożyć kawę na ławę, czyli pochwalić się całą moją wiedzą na temat załogi Kirka, bo chyba już nie warto mówić o znajomości odcinka, sezonu, ale o Star Treku jako całości.
Znany jest mi serial z lat 90-tych. Raczej nie oglądałem z zapartym tchem. 


Star Trek: TNG
Ze względu na Simona Pegga obejrzałem Star Trek z 2009 roku.


Jako Scotty

No i w serialu Spaced, nomen omen, postać grana właśnie przez Pegga, wspomniała, że parzyste filmy z uniwersum Star Treka są kiepskie. Także z całą tą wiedzą wyruszam na seans odcinka The City on the Edge of Forever. Czuję, że to będzie bardzo wyczerpująca podróż..
Star Trek The Oryginal Series to serial produkcji NBC emitowany w latach 1966-1969. Akcja przenosi nas do lat 60-tych XXIII wieku. Załoga statku Enterprise pod dowództwem kapitana Kirka przemierza kosmos realizując, jak doczytałem już na wiki,różne zadania naukowe oraz dyplomatyczne.
Zacznę od tego, że sam odcinek mimo późnej numeracji (28!) można obejrzeć bez znajomości wcześniejszych epizodów, gdyż jest to zamknięta historia, w której poza hecą ze zmianą czasu. Ze względu na problemy techniczno-personalne (tak, personalnymi określam zdarzenia ze strzykawką) załoga Enterprise ląduje na planecie zamieszkałej przez Strażnika Wieczności. Sam strażnik skojarzył mi się z dwiema rzeczami i przez to na moment powstał fandomowy bigos w mojej głowie, pierwszą była seria Gwiezdne wrota i chodzi mi tu o wygląd czy raczej design strażnika, a drugą Autostopem przez Galaktykę, gdzie doświadczaliśmy równie absurdalnej rozmowy. W każdym razie ze względu na odpały doktorka po wstrzyknięciu sobie nieodpowiedniego środka Kirk i Spock są zmuszeniu odbyć podróż w czasie do lat 30-tych XX wieku i zapobiec ogromnej zmianie.


Sam odcinek mogę podzielić na dwie części. Pierwsza jest bardzo w klimacie sci-fi. Zawiązuje się akcja, mamy podróż na obcą planetę, spotkanie z jej jedynym mieszkańcem. Druga i w zasadzie ta ważniejsza część to podróż do Ameryki lat 30-tych. Kirk poznaje Eddith (graną zresztą przez cudowną Joan Collins, ja pierdu, co się stało z tobą Joan, że teraz przyjmujesz role starej wiedźmy w AHS?!) i od tej pory mamy delikatny romans z domieszką nieznaczącego wiele sci-fi. Mam wrażenie, że odcinek skradła Collins. Jej postać opowiada o nadziejach, wierze w lepsze jutro. Jej humanistyczna postawa stoi w opozycji do drętwych, wycofanych gości z przyszłości.
Nie potrafię ocenić charakteru tej produkcji, a przynajmniej nie po tym odcinku. Pierwsze sceny zapowiadały niezłą bekę. Miałem wrażenie, że to będzie kino przygodowe z przymrożeniem oka - trochę takie nieporadne, ale na tyle głupie, że można przy tym się pośmiać. Potem na plan pierwszy wchodzi wątek Edith Keeler. No okej, tyle że nie jest to jakoś specjalnie ciekawe i raczej czekałem na finał, który swoją drogą również pozostawia wiele do życzenia... Serio, nie można było wycisnąć większej dramaturgii w scenie śmierci kobiety, którą rzekomo, och-ach, facet kocha? Tam jest potrzebna kontynuacja, czy cokolwiek innego!
Trudno jest mi ocenić serial, który z jednej strony ma ogromną historię, bo ilość serii, spin offów oraz filmów kinowych świadczy sama, jeśli nie o jakości produkcji, to o oddaniu wiernych fanów. Z drugiej strony nie mogę na siłę słodzić i zmyślać zalet, których zwyczajnie nie dostrzegam.

Czy obejrzałbym ponownie?
Jeśli Strażnik Wieczności przewidział jakiś odcinek TOS z Simonem Peggiem... W innym wypadku nie.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Czy ja nadal nie lubię seriali? Polecam seriale Preity...

Jakoś nigdy nie przepadałem za serialami - autor bloga napisał pierwsze zdanie, a potem głęboko westchnął i zastanowił się nad odpowiednią argumentacją. Właściwie, dlaczego nie lubię seriali?  Czy nadal nie lubię seriali? Pamiętam, jak bardzo nie lubiłem oglądać seriali. Zawsze nadchodził ten moment, w którym akcja stopowała i wchodziły napisy końcowe, a ty człowieku, musiałeś czekać cały tydzień, aby poznać dalsze losy bohaterów. Jak wkurzający jest clifhanger na koniec odcinka (o takim na koniec sezonu nawet nie śmiem wspominać)? Doskonale pamiętam moment meksykańskiej albo argentyńskiej telenoweli, gdy zła bliźniaczka zostaje zdemaskowana przez inną bohaterkę.
Kamera najeżdża na wredną oszustkę łapiąc jej zmieszanie, po czym szybko leci złapać przerażenie na twarzy dobrej bohaterki. Co teraz?! No i leci dżingielek, "la usurpadora", koniec odcinka. Następny kiedy indziej. Dzisiaj dzięki opcji online mogę oglądać seriale bez uzależnienia od programu telewizyjnego. I to jest fajne, bo mogę wybierać nie tylko temat serialu, ale i ilość.
W świat seriali wkroczyłem niedawno i nieśmiało, ale mimo to zdążyłem obejrzeć kilka ciekawych produkcji i kilka z nich chciałbym polecić mojej koleżance, wojowniczce dzierżącej szydełko w dłoni, władczyni Marsa i autorce bloga Wody Marsa, a przy okazji chciałbym napisać o kilku moich spostrzeżeniach dotyczących odbioru seriali.

Hyperdrive
czyli brytole podbijają kosmos


Wybór jest niełatwy, ale zacznę od produkcji, za którą mnie zabije. Zabije, bo nie znalazłem tego serialu w polskiej wersji językowej. Czyli jak ma mnie zabić to niech zrobi od razu i po sprawie, ale wspomnieć o Hyperdrive muszę. Ten dwunasto odcinkowy sitcom powstał na zlecenie telewizji BBC. Serial stał się parodią kina sci-fi, bo oto mamy brytyjską załogę statku kosmicznego przemierzająca bezkresną galaktykę i to w zasadzie tyle.
Brytyjski humor przez wiele dekad ewoluował i zmieniał się. Dzisiaj jest bardziej nastawiony na globalnego odbiorcę -  nie boi się przekleństw i pieprznych dowcipów, ale dla oddania mu sprawiedliwości nadal przemyca ironiczny uśmieszek. Gdy zaś ten dobrze znany humor brytyjski z seriali takich jak 'Allo 'Allo!, o którym dało się rozprawy i eseje pisać był jak ładnie opakowana bombonierka ze smakowitymi czekoladkami w stylu "Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać". Dzisiaj łatwiej jest znaleźć dobry serial dramatyczny od smakowitej bombonierki... i Hyperdrive to potwierdza. Nie jest to żadna pozycja obowiązkowa, ale warto wiedzieć, że gdzieś we wszechświecie istnieje Hyperdrive.


Z Larkrise do Candelford
czyli o nieubłaganych zmianach


Teraz coś z zupełnie innej szafki; komedia, obyczaj, a czasem romans. Inna produkcja BBC to składający się z czterech sezonów serial Z Larkrise do Candelford przenosi nas na XIX-wieczną angielską prowincję do miasteczka Candelford i sąsiadującej z nim wioski Larkrise. To tutaj poznajemy główną bohaterkę, Laurę, która zostaje wysłana do pracy w urzędzie pocztowym. Razem z Laurą poznawałem pracowników poczty, ich rodziny i przyjaciół. Przede wszystkim jest to produkcja z wieloma barwnymi, kobiecymi postaciami - Dorcas Lane i jej największe słabostki, głupiutka Minnie, wścibskie siostry Pratt, bojaźliwa córka pastora i wiele innych, przy których, o ironio, blado wypada sama Laura.
Akcja serialu płynie nieśpiesznie. Nie ma tutaj rozbudowanych intryg. Czarnych charakterów na miarę bohaterek brazylijskich telenoweli. To serial o życiu małej społeczności; przekonaniach, miłostkach, a czasem trudnych wyborach. Gdzieś w tle pojawiają się wielkie zmiany i z końcem czwartego (przyznam, że najgorszego) sezonu głośno pukają do drzwi. Chociaż chętnie obejrzałbym dalsze perypetie mieszkańców Larkrise i Candelford to obawiam się, że kolejne sezony brutalnie mogłyby zniszczyć obraz sielanki, w której czas stanął w miejscu.


Flash Forward. Przebłysk jutra
czyli ano właśnie...


Cały świat traci przytomność na dwie minuty i siedemnaście sekund. W trakcie "zaćmienia" ludzie otrzymują tajemnicze wizje wydarzeń, które mają nastąpić dopiero za sześć miesięcy. Sprawa wstrząsa światem. Jak do tego doszło? Kto jest odpowiedzialny za tę sytuację? I najważniejsze, czy w przyszłości mogą wystąpić kolejne przebłyski? Do wyjaśnienia sprawy zostaje powołany agent Mark Benford, który w swojej wizji "otrzymał" najwięcej tropów dotyczących sprawy. Różni ludzie reagują w różnoraki sposób na swoje wizje. Interpretują je jako znaki od Boga, uważają za fatum, którego nie da się uniknąć lub wręcz odwrotnie usilnie starają się uniknąć przeznaczenia. Jedno jest pewne: wizje przyszłości rzutują na bohaterów i każdy kolejny ruch.
Bohaterów jest bardzo wielu. Większość da się polubić i z przejęciem śledzić ich losy. No może poza Olivią Benford i upierdliwym naukowcem, który łazi za nią jak cień. Trudno się dziwić, bo sama obsada to perełki takie jak Ralph Fiennes (AHS: Asylum), Dominic Monaghan (Lost) oraz John Cho (Egzorcysta). Flash Forward. Przebłysk jutra doczekał się dwóch sezonów po czym został anulowany. Na najważniejsze pytania odpowiedział, także nie czuję się jakoś specjalnie zawiedziony finałem. Mimo wszystko ostatni odcinek pobudził apetyt na więcej i pozostawił kilka otwartych kwestii. Czy warto zabierać się za ten serial? Tak. Zaryzykuję stwierdzenie, że z tej czwórki ten spodoba ci się najbardziej.


Nawiedzony dom na wzgórzu
czyli przewrotne zakończenie


Przewrotne, bo Preity nie lubi horrorów, ale spokojnie, wiedząc to, nie poleciłbym ci nic potwornego. Dziesięcioodcinkowa produkcja Netfliksa to delikatne ghost story konfrontujące przeszłość z teraźniejszością. Historia koncentruje się na siedmioosobowej rodzinie Crainów, która przyjeżdża do tajemniczego domu na wzgórzu. Niezwykła posiadłość stopniowo odkrywa swoje sekrety przed nowymi mieszkańcami, a także widzami. Akcja serialu jest rozłożona na dwie linie czasowe; przeszłość i teraźniejszość. Tragiczne i owiane tajemnicą wydarzenia z przeszłości pozostają zagadką dla nas do samego końca, a jedynym pewnikiem jest to, że właśnie dom na wzgórzu uformował dorosłych bohaterów. Dzieci, ktore razem dorastały, jako ludzie dorośli nie mają ze sobą nic wspólnego. Segmentem, który poruszył mnie najbardziej jest historia Luke'a.
Nawiedzony dom na wzgórzu to bardzo stylowe ghost story. Duchy są złowrogimi istotami o nie do końca sprecyzowanych intencjach. Czy dążą do zrobienia komuś krzywdy, a może są jedynie urojonymi demonami? Zamiast emanować brutalnością, czy przekonywać nas do potwornej historii domostwa autorzy postawili na wyobraźnię widza. Dla mnie największe wrażenie zrobiła opisowość sytuacji, która zmusza nas, jako widzów, do ożywiania w wyobraźni danych obrazów.


Nawiedzony dom na wzgórzu stał się moim ulubionym serialem i gdybym miał teraz odpowiedzieć na pytanie: "czy nadal nie lubię seriali?" Odpowiedziałbym: "jest kilka seriali, które lubię". Mam nadzieję, że Preity wybierze sobie coś z tej listy. 

czwartek, 7 marca 2019

Serialowe baby, które mnie irytują

Właśnie zakończyłem maraton z serialem Flash Forward. Przebłysk jutra. W odcinku finałowym, który nieuchronnie brnął do 29 kwietnia i zdarzeń, których bohaterowie starali się za wszelką cenę uniknąć lub nie, wydarzyło się sporo szalonych rzeczy. Pewnym jest, że Olivia trafia na listę serialowych bohaterek, których nie lubię.

ps. Postaram się bez spoilerów.

Serialowe baby, które mnie irytują
temat przypadkowo pojawia się w okolicy Dnia Kobiet


Susan Mayer
serial: Desperate Housewives
typ: wieczna nastolatka
Jakie są bohaterki komedii romantycznych? Wieczne singielki marzące o rycerzu na białym koniu, który usypie ich życie różami? W ten schemat wydaje mi się od zawsze wpadała Susan. W założeniu miała być tą zabawną, zwykle nieogarniętą gospodynią z Wisteria Lane. Każdy kojarzy taki typ: chce zachowywać się w porządku, być tą naj, a przy tym ma ciągłego pecha. Wszystko to ma sprawiać, że widz chętniej jej kibicuje, ale bzdura. Ta jedna wielka opera mydlana z nią i tym chłopem w roli głównej ciągnąca się jak wikol w tubce... Susan to postać wkurzająca, a jej postępowanie często jest głupie. No, serio dorosła baba, a rozum jedenastolatki.
 

Eve Copeland
serial: The Mist
typ: groźna mamuśka
W serialu The Mist kobiety po prostu miały talent do wkurzania. Ostatecznie wybrałem postać graną przez Alyssę Sutherland, gdyż Frances Conroy darzę sympatią. Eve jest żoną Kevina i matką Alex. Razem z córką i grupą ludzi trafia do centrum handlowego w momencie pojawienia się mgły. Z jednej strony prezentuje się jak lwica, a z drugiej brakuje jej matczynego ciepła i nie wiem, czy to wina scenariusza, czy umiejętności aktorskich. Jednak nie brak wiarygodności jest powodem, dla którego trafiła na listę. Eve przede wszystkim żyje dla córki. Każda jej decyzja dyktowana jest dobrem dziecka, oczywiście w jej mniemaniu. Nie obchodzi jej zdanie kogokolwiek, czy poszanowanie sytuacji w jakiej się znaleźli, bo przecież Alex musi być bezpieczna. Najgorsze jest to, że jej działaniom często brakuje konkretnego uzasadnienia.


Olivia Benford
serial: Flash Forward
typ: nie chcę, ale muszę
I wracamy do osoby, dzięki której ten temat powstał, Olivii. Ta babka daje się poznać jako oddana pracy lekarka i ciesząca się swoim życiem żona agenta FBI, Marka Benforda i matka sześcioletniej Charlie. Wszystko zmienia moment przebłysku. W swojej wizji przyszłości Olivia jest w bliskiej relacji z jakimś dziadem (nie, nie jest nim mąż). Początkowo stara się uniknąć przeznaczenia. Jednak z jakichś powodów ciągnie ją do najbardziej nudnej, irytującej postaci w całym Flash Forward, co jest cholernie wkurzające. Przez cały serial czułem, że miłość Marka i Olivii jest prawdziwa, nie jedno razem przetrwali i jakaś mglista wizja nie powinna przekreślać całego ich życia. Najbardziej wkurzające jest to, że o jej wyborze zadecydowały wyłącznie przebłysk i Lloyd.

 
Sally McKenna
serial: American Horror Story
typ: szalona eks
Chyba nie myśleliście, że na tej liście zabraknie Paulsonowej? Długo wahałem się nad wyborem tego najbardziej irytującego wcielenia. Na początku myślałem o Sally ze względu na jej bezcelowość, ale zdałem sobie sprawę, że w sezonie 5 nic nie miało sensu i stwierdziłem, że bardziej irytuje mnie aktoreczka z My Roanoke Nightmare. Ostatecznie szalę przeważył zmarnowany potencjał Sally. Oto, mamy ducha narkomanki uwięzionego w Hotelu Cortez. Sally to rozchwiana emocjonalnie wariatka i to tyle. Jej postać nie wnosi do akcji niczego poza tym, że jest i na przemian albo wrzeszczy, albo płacze. I można się pokusić o stwierdzenie - Sally to postać destrukcyjna - a co za tym idzie wyczekiwać wielkiego finału z jej udziałem, ale nie. Gdy serial dobiega końca histeryczka milknie.


Amma Crellin
serial: Sharp Objects
typ: lalka
Ach... I ech... Należy pochwalić Sharp Objects za wyraziste, żeńskie postaci. Chociaż Adorę, Ammę i Camille łączą więzy krwi to są zupełnie różne. I zapewniam, że ciężko jest z nimi sympatyzować. Z tej rodzinki najbardziej wkurzającą postacią jest młodsza córka Adory. Amma jest kameleonem. Przed matką udaje bezwładną, porcelanową laleczkę. Z kolei siostrze daje się poznać jako wulgarna imprezowiczka. Sam koncept tej postaci bardzo mi się podoba. Nie podoba mi się charakter dziewczyny. Amma potrafi być zazdrosna i wyrachowana. To zepsute dziecko, które wymaga uwagi dorosłych.