niedziela, 3 września 2017

[Wakacyjne wyzwanie] Delicatessen

Bez przedłużania, wakacje dobiegły końca i również wakacyjne wyzwanie musi się zakończyć, a na deser zostawiłem sobie Delikatesy, a właściwie Delicatessen. Jest to francuska produkcja powstała w 1991 roku, za którą twórcy Jean-Pierre Jeunet (Amelia, Obcy: Przebudzenie) oraz Marc Caro otrzymali wiele nominacji do prestiżowych nagród filmowych. Film doczekał się czterech Cezarów za scenografię, montaż, scenariusz i debiut reżyserski. Czym właściwie jest Delicatessen? O czym opowiada?
W bliżej nieokreślonej przyszłości nie dzieje się najlepiej... W zaniedbanej, francuskiej kamienicy rządy sprawuje Rzeźnik (Jean-Claude Dreyfus). Ksywka nie wzięła się znikąd, bowiem mężczyzna praktykuje kanibalizm. Pewnego dnia do kamienicy przybywa Louison (Dominique Pinon) poszukujący zatrudnienia. Sąsiedzi nie mogą się doczekać chwili, gdy będą mogli skosztować nowego sąsiada...
Przyznam się, że do filmu podchodziłem dwa razy. Za pierwszym razem odtrąciła mnie ohyda. Film otwiera scena, w której koleś próbuje uciec kanibalom. Przebrany za śmieci wskakuje do kubła i rach-ciach przechodzimy do sceny w sklepie, gdzie poporcjowane mięso trafia do klienteli. Nie, nie jestem delikatny, oglądam filmy gore, ale w tej prostocie i takim poczuciu beznadziejnej biedy było coś co zniechęciło mnie do dalszego oglądania. Za drugim podejściem brzydota przestała mnie razić, a co ważniejsze zacząłem lubić estetykę dzieła – wilgoć, brud, potworność zachować postaci. Groteska goni groteskę, ale im dłużej oglądasz, tym bardziej czujesz się oczarowany. Wszystko to ma swoje uzasadnienie. Są ciężkie czasy, nie ma jedzenia, bohaterowie handlują jedzeniem, bo ono ma najwyższą wartość w tym świecie. Kanibale nie są źle, a nastawieni na przetrwanie. Muszą sobie sami radzić i w ich nieokrzesanym sposobie bycia jest więcej prawdziwości i sensu niż w postaciach z kina gore, które zabijają dla sportu. 

Interes się kręci...
Wizualnej stronie nie mogę niczego zarzucić. Podobnie od strony dźwiękowej. Połączenie prozaicznych odgłosów codzienności (skrzypienie łóżka, trzepanie dywanu) z wiolonczelą stworzyło fajny podkład, czy późniejsza, wspólna gra Julie i Louisona. Co wygrywa w kategorii najlepsza scena? Zdecydowanie sen Julie o klaunie. Tak właśnie powinny wyglądać sny, no może nie każdy powinien być o przerażających klaunach, ale zdecydowanie spodobała mi się atmosfera podszyta niepokojem. Przy okazji napiszę, że ostatnio myślałem o stworzeniu jakiejś topki niepokojących scen z filmów, bo w internetach mało takich rzeczy i niekoniecznie odnoszą się do samego poczucia niepokoju. Ulubiona postać? Rzeźnik. Postać grana przez Jean-Claude Dreyfusa była rewelacyjna – jego brutalność, humor, wątpliwości – wszystko to składało się na postać, którą widz lubi i kibicuje, mimo że ma się świadomość, że został on obsadzony w roli czarnego charakteru i historia raczej źle się dla niego zakończy. Pozostali byli po prostu w jego cieniu, ale można wyróżnić Chick Ortega oraz Karin Viard za urodę.
Fabułę streściłem w drugim akapicie i szczerze? Nie miała dla mnie większego znaczenia i widać to w końcówce będącej jednym, wielkim chaosem. Całą robotę odwaliła estetyka Delicatessen oraz postać Rzeźnika.I myślę, że dla tych dwóch powodów warto było zapoznać się z tym filmem.

Czy obejrzałbym ponownie?
Nie jest to film, który można nadużywać, ale z pewnością broni się i myślę, że kiedyś mogę chcieć sobie go przypomnieć. 

Z mojej strony wakacyjne wyzwanie dobiegło końca. Dziękuję Tat i Hienowi za propozycje filmów i seriali. Nie nudziłem się i przy okazji trafiłem na propozycje, po które pewnie sam nie sięgnąłbym i mam nadzieję, że moje propozycje również wam się podobały. Do kolejnego wyzwania, hej!

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

[Wakacyjne wyzwanie] Inferno Cop

Komiks? Superbohaterowie? Zombie? Przemoc? Sporo nawiązań do popkultury? Czy to wystarczy, aby stworzyć dobrą i nietuzinkową serię? Na dobrą sprawę to nie mam pojęcia jak rozpocząć ten post, ale takie ryzyko zawsze istnieje, gdy ktoś poleca mi jakąś rzecz, o której potem piszę na blogu i tak też było z trzecim wakacyjnym wyzwaniem, Inferno Cop. Nie, nie jest to najdziwniejsza rzecz z jaką miałem do czynienia, ale z pewnością jest to twór interesujący, o którym można powiedzieć wiele i nic. Także jedziem z tym śledziem.
Inferno Cop to krótkometrażowa seria anime, powstała w 2013 roku, autorstwa duetu Akira Amemiya i Hiroyuki Imaishi. Serial liczy sobie trzynaście odcinków, a każdy z nich trwa około trzech minut. Tytułowy bohater to brutalny gliniarz z Jack Knife Edge Town. O ile miejsce akcji nie ma większego znaczenia, to już o wyglądzie stróża prawa warto napisać, bo do złudzenia przypomina on postać Ghost Ridera z uniwersum Marvela. Pierwszy raz piekielnego policjanta poznajemy, gdy ratuje z opresji ciężarną kobietę. I tu właściwie zaczynają się jego kłopoty z złowrogą organizacją. 

Czyż nie przypomina wam kogoś?
Wielkiej fabuły to tu nie ma. Inferno Cop nadaje się doskonale jako zabijacz czasu, przy czym dostarcza widzom brutalnej, odmóżdżającej rozrywki. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że nie każdy pokocha taki rodzaj humoru. Okej, przyznaję, podobał mi się odcinek z wyścigiem. Niby takie nic, a cieszy :) Z Inferno Cop toczyłem prawdziwy bój. Po pierwszym odcinku seria odrzuciła mnie od siebie, bo co to niby jest? Potem przyzwyczaiłem się do prezentowanej "awangardy", aby pod koniec zacząć odczuwać delikatne znużenie.
Seria jest o tyle specyficzna, że nie mamy animacji. Ta, jeśli ktoś pomyśli o animacjach z kraju kwitnącej wiśni, wyobraża sobie duże oczy, kolorowe i wymyślne fryzury oraz smukłe sylwetki. Inferno Cop proponuje nieruchome plansze i dubbing. Zapomnijmy o ruchu. Tutaj otrzymujemy wyłącznie klimat komiksu. Warto zaznaczyć, że nie takiego z mangi, ale krwistego komiksu amerykańskiego. Kreska przywodzi na myśl historie o superbohaterach i w zasadzie jedyną rzeczą, która odróżnia serial od wersji czytanej jest brak dymków z dialogami. Oto cały koncept. Co mi się podobało? Muzyka. Po każdym odcinku z chęcią zostawałem na napisać końcowych, aby posłuchać sobie endingu.
 Przy tego rodzaju produkcjach zawsze zastanawiam się, czy coś przegapiłem? Czy taka surrealistyczna seria kryje w sobie coś więcej? Może parodia ma służyć jakimś wyższym celom, których głupi ja nie rozumiem? Forma nieważna, liczy się przekaz, ale jaki właściwie jest ten przekaz? Z tym pytaniem pozostawiam czytelników, sami oceńcie Inferno Cop. 

Czy obejrzałbym serial ponownie? 
Myślę, że nie, ale dziękuję Hienowi za polecenie, bo mimo wszystko Inferno Cop zapamiętam.

niedziela, 13 sierpnia 2017

[Wakacyjne wyzwanie] Kontrolerzy

Za wprowadzenie do wyzwania posłuży mi tym razem historia, której byłem świadkiem ostatnio (jakieś dwa tygodnie temu) w drodze do pracy. Wsiadłem do autobusu, zająłem miejsca na samym końcu dla siebie oraz jednego takiego, który dosiada się do mnie na późniejszym przystanku, ale to akurat bez znaczenia. W środkach komunikacji miejskiej zawsze natrafiasz na "znajomych-nieznajomych" oraz wariatów, ale o tym za chwilę... Naprzeciw mnie usiadł kanar! On siedzi z obojętnym wyrazem twarzy, a ja w ogromnym stresie. Kiedy rozpocznie cholerną kontrolę biletów? Zwykle czytam, piszę, słucham muzyki lub zasypiam i nie lubię, gdy ktoś mi przerywa. Czekam, czekam, przystanki mijają, a we mnie rośnie swego rodzaju irytacja. Co ten dziad sobie myśli? Już chcę wstać i sam okazać mu swój bilet, gdy wreszcie rozpoczyna się kontrola. Aha, złapali kogoś bez biletu. Zaczyna się scena z wariatką w roli głównej. Nie, nie ma biletu, spisać się nie da, bo nie ma dokumentów i ona musi wysiąść teraz, a oni jak chcą to mogą z nią, inaczej zadzwoni na policję, a domaga się wstawiennictwa innych pasażerów. W końcu wysiedli, a ona im zaczęła spierdalać.
Nie łatwa jest praca kontrolera zdaje się potwierdzać węgierska produkcja Kontroll z 2003 roku w reżyserii Nimród Antal. Było to dla mnie o tyle nowe doświadczenie, że nie znam wielu filmów produkcji węgierskiej i byłem ciekawy efektu.
Bohaterem historii jest Bulcsú, młody kontroler z budapeszteńskiego metra. Wraz z czwórką kolegów po fachu przekonywał mnie jak bardzo niewdzięczna jest praca kanara, a w dużej mierze polega ona na ciągłym użeraniu się z chamskimi pasażerami. Przedstawione sytuacje są komiczne, a argumenty padające po obydwu stronach wywołują uśmiech na twarzy. Nie jest jednak tylko zabawnie, bo pojawiają się także kłopoty. Bulcsú bardzo chce opuścić podziemia, ale cały czas hamuje go jakiś nieuzasadniony lęk przed światem zewnętrznym. Pomijając niechęć oraz wstyd, praca generuje stres, stres prowadzi do niebezpiecznych sytuacji, a te z kolei rodzą strach. Wszystko tworzy nieprzerwany ciąg. Kontrola, pasażerowie, kłótnia, jakaś szarpanina i tak dalej. Moim pierwszym skojarzeniem była syzyfowa praca, bo czy ona ma jakiś sens? Czy dokądś prowadzi? Żadnej chęci, rezultatów, czy pochwał. Praca w metrze jest jak kara, której bohater poddał się dobrowolnie.


Dziewczyna miś nie kupuje biletu. Nigdy!

Poza Bulcsú jest cała masa innych postaci. Jest dziewczyna w stroju misia, która uparcie podróżuje bez biletu, szef wszystkich szefów, motorniczy, kapturnik oraz utykający K. Zainteresowała mnie większość, dlatego żałuję, że nie poświęcono im więcej uwagi i tak naprawdę wszyscy są tylko tłem dla głównego bohatera. I na przykład,  ważnym wątkiem wydają się tajemnicze samobójstwa pasażerów. Ludzie dobrowolnie skaczą pod pociągi, czy może ktoś im pomaga? Gdzieś tam pojawiają się postaci podejrzanego faceta  oraz groźnego szefa próbującego dojść do prawdy. Nie będę spoilerował, ale rozwiązanie sprawy bardzo mnie rozczarowało. 
Sam film stara się balansować pomiędzy dramatem, a komedią. Z jednej strony daje porządną rozrywkę. (sceny rozmów z psychologiem prześwietne, współczuję doktorkowi), ale z drugiej próbuje realizować ważny temat. O ile jeszcze rozumiem zamysł twórców, tak ostatnie sceny filmu i próby nadania mu symbolicznego znaczenia kompletnie do mnie nie przemawiają. 
Kontrolerzy potrafią wywołać uśmiech na twarzy, ale w żadnym wypadku nie należy ich traktować jako czarnej komedii. Jest to trudna historia próbująca nakłonić widza do myślenia. Pozycja warta zapoznania się.

Czy obejrzałbym ponownie? 
Obejrzałem, ale drugi raz po ten film nie sięgnę.

środa, 2 sierpnia 2017

Dlaczego Survivor 35 wygra Healers?

O tym, że reality show lubi szufladkować mógł się przekonać każdy, kto chociaż liznął temat programów rozrywkowych. Posługując się pewnymi wzorami prościej jest przekazać cały emocjonalny ładunek widzom śledzącym telewizyjną grę. Czarny charakter przegrywa przez zarozumiałość, ładna blondynka jest urocza i pusta, a nieprzystosowany do gry introwertyk musi odnaleźć w sobie siłę i dokonać imponującej przemiany.
Od kilku lat Survivor stawia na mocno zarysowane różnice społeczne - wiek, płeć, zawód, a co za tym idzie sposób bycia oraz wartości. Kiedyś plemię X walczyło z plemieniem Y. Dzisiaj plemiona X, Y i Z opisywane są poprzez jakąś dominującą cechę. Kolejny, trzydziesty piąty już, sezon Survivor zaprezentuje starcie trzech plemion nazwanych: "Heroes", "Healers", "Hustlers".
Plemię "Healersów", czyli uzdrowicieli mają tworzyć osoby zajmujące się leczeniem ciała i ducha. W tej grupie pojawią się zawody związane z medycyną. Lekarze, pielęgniarki, instruktorzy jogi. Kim są? Jak sobie poradzą w społecznym eksperymencie? Od razu postawię swoją tezę - poradzą sobie bardzo dobrze. W historii reality show pojawiło się już kilku "uzdrowicieli", którzy potrafili rozegrać grę strategicznie, emocjonalnie i/lub fizycznie. Przykłady? Pielęgniarka Cirie Fields, terapeutka Denise Stampley, instruktor jogi  Aras Baskauskas. Ich zawody łączy jeden wspólny mianownik - pracują z ludźmi. Ich zawody wymagają zaufania pacjentów, a ich najważniejszą cechą jest troska o drugiego człowieka, a co za tym idzie bardzo dobra gra społeczna. Cirie nigdy nie wygrała indywidualnego immunitetu. Swoją grę opierała na budowaniu więzi z innymi graczami i odrobinie strategii. W tym połączeniu stawała się wielkim, chociaż dla wielu zawodników niezauważalnym zagrożeniem. Podobnie zresztą sprawy miały się z Nicole Franzel, zwyciężczynią Big Brother. Tak, wiem, Big Brother to nie Survivor, ale ze względu na kilka podobieństw pomiędzy formatami pozwolę sobie umieścić i ten przykład. Nicole potrafiła zdobywać sympatię odpowiednich osób, a przy tym dokonywać ruchów za kulisami.

Cirie Fields, Survivor: Exile Island
Denise Stampley należała do wyjątkowo pechowego plemienia. Plemię Matsing przegrywało każdy konkurs, tym samym pojawiając się na każdej radzie. Jak myślicie, ile głosów, łącznie, do odejścia otrzymała Denise? Matsing liczyło sześć osób, a w swoim krótkim żywocie musieli przejść przez proces eliminacji cztery razy. Zero głosów. W przeciwieństwie do Cirie, Denise nie była zawodnikiem "mocno strategicznym". W pierwszych odcinkach pokazywano nam jak rozmawia z ludźmi, poznaje ich, daje się polubić i chociaż w późniejszych etapach gry przestała być postrzegana jako lubiana osoba, wygrała Survivor: Philippines dzięki temu, że przeszła grę bezkolizyjnie. 
Można obstawiać, że ludzi z plemienia Soko (oficjalna nazwa Healers) będzie charakteryzować bezkonfliktowość, cierpliwość oraz empatia. Będą stawiali na urodę zewnętrzną i wewnętrzną. Pozostałe plemiona mogą nie widzieć zagrożenia wśród medyków, a ci, niepostrzegani jako zagrożenia, będą mogli dokonywać bezlitosnych ruchów, które być może zagwarantują jednemu z nich tytuł Sole Survivor.
Co będzie dla nich najtrudniejsze? Myślę, że element fizyczny, a co za tym idzie etap pre-merge. Walka o immunitety jest wyczerpująca, a konkurować będą z Herosami (plemię omówię za jakiś czas). Dopiero dotarcie do jakiegoś bezpiecznego punktu (przemieszanie, połączenie) zagwarantuje ludziom z Soko stabilniejszą pozycję.

Grafika wujek Google.

wtorek, 25 lipca 2017

[Wakacyjne wyzwanie] Artyści

Z niewielkim opóźnieniem (wielkim, bo założyłem sobie, że ten post wstawię tydzień z hakiem temu) przystępuję do wakacyjnego wyzwania i pierwszej propozycji z listy – serialu Artyści – zaproponowanego przez Hiena. Zacznę od tego, że lubię teatr i sam zastanawiałem się nad zaproponowaniem do wyzwania spektaklu, ale w ostatniej chwili spasowałem.
Ośmioodcinkowy serial Artyści został zrealizowany przez Monikę Strzępkę i Pawła Demirskiego we współpracy z Telewizją Polską. Postacią, wokół której koncentruje się historia jest Marcin Konieczny (Marcin Czarnik). Młody reżyser z prowincji przeprowadza się wraz z rodziną do Warszawy, aby objąć tam stanowisko dyrektora Teatru Popularnego po tym, jak jego poprzednik popełnia samobójstwo. Z początku Marcin wydaje się postacią trochę bujającą w obłokach. Wrażliwy, pełen ideałów artysta, który na pierwszym spotkaniu w teatrze śmiało ogłasza swoje plany na sezon. Jego spojrzenie na sprawy szybko ulega zmianie. Nowe obowiązki przysparzają mu mnóstwa stresów. Jest biurokracja, jakiś budżet, niby życzliwi urzędnicy chcący wbić nóż w plecy, złośliwa prasa, wrogo nastawieni aktorzy, a w domu baba nie do końca zadowolona z posady męża. Każdy czegoś chce i jak tu nie zwariować?
Poza Marcinem pojawia się masa innych postaci. Są aktorzy niepogodzeni ze śmiercią poprzedniego dyrektora, sympatyczny portier, sprzątaczka rozmawiająca z duchami, uciekająca księgowa, kierownik techniczny, asystent lizus i wielu innych. Wątki tych postaci rozgrywają się na drugim planie, Mimo to potrafią angażować widza w pełni, ale przy tym nie przysłaniają głównego wątku. Jednak moim absolutnym faworytem po pierwszym odcinku został Jaskuła (Michał Majnicz).

Marcin spóźnia się już pierwszego dnia.
Jeśli chodzi o aspekty techniczne to jestem zauroczony chłodną scenografią, poszczególnymi kadrami, grą świateł, które wprowadzają pewnego rodzaju niepokój. Na całe szczęście "posępną atmosferę" rozładowują różnego rodzaju humorystyczne akcenty i tu ukłon do wspomnianego wyżej Jaskuły. Celowo nie wspominam o muzyce, która najzwyczajniej w świecie nie wpadła mi w ucho. Oczywiście, pasuje do serialu, ale nie koniecznie mi odpowiada.
Przed obejrzeniem Artystów postanowiłem przejrzeć profil serialu na portalu  filmowym i pomimo ciepłych recenzji, określeń "najlepszy serial wyprodukowany przez TVP" z przykrością, że nie cieszy się on dużą popularnością. Nie dziwię się. Premiera przeszła bez większego echa, a sam serial był emitowany późnym wieczorem w TVP2. Szkoda, że tak świetny serial, wyróżniający się na tle innych polskich produkcji został potraktowany po macoszemu. Pozostaje mi jedynie zachęcić czytelników do zapoznania się z Artystami.
I teraz zastanawiam się, czy ludzi interesuje teatr? Jakie mają wyobrażenie spektaklu? Wydaje mi się, że dla przeciętnego Kowalskiego teatr przypomina spektakl Natrętów, których fragment mogliśmy obejrzeć w pierwszym odcinku serialu. Byłoby fajnie, gdyby dzięki temu serialowi przeciętny Kowalski zdecydował się wybrać do teatru.

Czy obejrzałbym serial? 
Już zacząłem trzeci odcinek, a więc tak.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Do trzech razy sztuka? Wakacyjne wyzwanie!

Pogoda za oknem niespecjalnie wakacyjna, ale nie powinna ona zniechęcać do działań twórczych i w ten bardzo oszczędny sposób zapraszam na trzecie wakacyjne wyzwanie. W tym roku towarzyszą mi Zwierz Hienisty oraz Tatanka. I przyznam się, że nie mam pojęcia, czego się spodziewać w tym roku ;)
Wakacyjne wyzwanie polega na wzajemnym polecaniu sobie filmów/seriali/książek/komiksów/innych tworów, które powiązane są z hasłami wyzwania. W tym roku są to:  turysta, bilet, sierpień i basen. Powiązania z nimi mogą być bardzo dalekie, np. bilet - kasa - pieniądze - bank.
Uczestnik, któremu polecona zostanie dana rzecz musi się z nią zapoznać i zrecenzować. Nie musi to być żaden referat na osiem stron, wystarczy kilka zdań, aby poinformować pozostałych uczestników, że poleconą rzecz ma się już za sobą. Można napisać cztery teksty lub jeden tekst po zakończeniu wyzwania. Gdzie zamieszczać teksty? Na własnym blogu, na forum. Wybór pozostawiam uczestnikom. Potem wystarczy zamieścić link do tekstu w temacie o wyzwaniu, tutaj.
Jeśli uczestnik zna zaproponowany mu utwór to należy poinformować o tym zadającego, aby ten mógł zmienić daną rzecz na inną. Czas realizacji to miesiące letnie - lipiec i sierpień i jest to jedyna rama czasowa. Każdy uczestnik będzie miał przed sobą cztery propozycje i tylko od niego zależy sposób oraz czas ich realizacji.
Teraz o zmianach w wyzwaniu. Seriale. W ubiegłych latach polecaliśmy jeden odcinek - pilotażowy lub wybrany przez nas. Podejrzewam, że Hien będzie proponował anime, a odcinki animców zwykle są krótsze od seriali fabularnych. W przypadku krótkich odcinków można polecić więcej niż jeden epizod.
I druga, ważniejsza zmiana. Nieważne, jakie hasło wybierzemy. Ważne, aby wybrać po dwie propozycje od każdego uczestnika wyzwania, czyli ja przyjmuję po dwie propozycje od Hiena i dwie od Tatanka. Wybrane hasła mogą się powtarzać, tj. mogę wybrać obie "polecaniki" do hasła turysta (jedną przygotowaną przez Hiena, a drugą przez Tat), ale w tym wypadku nikt inny nie może sięgnąć po propozycję z tej kategorii, aby nie dublować. W razie czego, pytajcie.


Teksty
Hasło O.G. Zwierz Hienisty Tatanka
turysta Artyści
(Hien)
Nowy początek
(O.G.)

Donnie Darko (Tat)
bilet Kontrolerzy
(Tat)
         Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii 
(O.G.)
Wolf's Rain 
(Hien)
sierpień Inferno Cop (Hien)
Stranger Things 
(O.G.)
Delikatessen
(Tat)
basen
AHS:Asylum (O.G.) Tatuś Muminka 
i morze 
(Hien)
Vidocq 
(Tat)

Przewidywany czas zakończenia wyzwania 31.08.2017

poniedziałek, 15 maja 2017

Idol 5. Wielki finał

Wielkimi krokami zbliża się finał, długo wyczekiwanej przeze mnie, piątej edycji Idola. Już w środę poznamy zwycięzcę i z tej okazji warto przyjrzeć się pozostałej na placu boju trójce. Jak radzili sobie w kolejnych etapach programu? Co mówili o nich jurorzy? Jakie piosenki wybierali? Kim są finaliści piątej edycji Idola? No to siup!
W zeszłym tygodniu po dogrywce, trzecim i ostatnim finalistą Idola został Kuba Krystyan. Ma dwadzieścia trzy lata, pochodzi z Bestwiny, ale mieszka i pracuje w Krakowie jako trener personalny. Na castingu wykonał piosenkę Stinga. Program Idol nie jest jego pierwszą przygodą z talent show. Wcześniej wystąpił w programie The Voice of Poland, gdzie nie przekonał do siebie żadnego z trenerów.
Jakub Krystyan, koncert
Jurorzy Idola przede wszystkim docenili jego charakterystyczną barwę głosu i zdaje się, że do dzisiaj jest ona jego największym atutem, pomagającym przebrnąć mu każdy kolejny etap konkursu. Udział Kuby w programie stanął pod znakiem zapytania w etapie teatralnym, gdzie zapomniał słów piosenki, czym rozczarował jurorów. Ostatecznie ci postanowili dać mu szansę i przepuścić go do kolejnego etapu. Podczas koncertów na żywo Elżbieta Zapendowska niejednokrotnie podkreślała swoje zainteresowanie jego wokalem. Pozostali również zdają się trzymać kciuki za Jakuba, ale zaznaczając, że ten ma dużo szczęścia trafiając na właściwe piosenki. Sporo w tym prawdy, Krystyan wykonuje utwory, które w większości mu leżą, pozostali uczestnicy nie zawsze mają takie szczęście, ale nawet z tym fartem jego występy mają bardzo różny poziom - potrafią być bardzo dobre i bardzo złe. Sam Kuba budzi w widzach skrajne emocje. Słuchaczy można podzielić na dwa obozy, tych, którzy kochają jego głos i tych, którzy mają go dość. Osobiście, bliżej mi do obozu drugiego. Sama barwa głosu jest mi obojętna, ale z koncertu na koncert coraz bardziej irytują mnie opinie jurorów pod adresem Kuby. Ci niechętnie mówią o jakichkolwiek niedociągnięciach, często podkreślając ogólne plusy, lub schodząc na jakieś poboczne tematy.
Podobnie jak Kuba, Mariusz Dyba nie debiutuje w Idolu. Wcześniej mogliśmy usłyszeć go w programach The Voice of Poland oraz Must Be The Music. Pochodzący z Ornety, Mariusz, ma dwadzieścia osiem lat i jest najstarszym finalistą tej edycji Idola. Na castingu zaśpiewał Hold Back The River, czym zasłużył sobie na uznanie jurorów, Ewa była nim tak zachwycona, że poprosiła o ponowne wykonanie piosenki, tym razem wspólnie.
Mariusz Dyba, etap teatralny.
W etapie teatralnym Wojtek określił Mariusza jako "najbardziej męski głos tej edycji" i trudno zaprzeczyć, gdy przyszło do porównań ósemki uczestników. W etapie klubowym o ostatnie miejsce w finale walczył z Agatą Karczewską, jedną z faworytek do zwycięstwa. Ewa Farna ze łzami w oczach ogłaszała decyzję mówiąc, że dwie najlepsze osoby walczą o jedno miejsce. Ten bój wygrał Dyba. W koncertach radzi sobie bardzo dobrze, do samego finału unikał dogrywki oraz nieprzychylnych opinii. Największym zarzutem wobec niego "brak flaków na scenie". Za pierwszym razem przyznałem Wojtkowi rację, Mariusz jest bardzo spokojny, ale teraz myślę, że na tym polega jego urok. Nie musi biegać po scenie, aby przekazywać emocje, bo robi to na swój sposób. W finałowej czwórce wykonał dwie piosenki, Iris oraz Take Me To Church, udowadniając, że jest poważnym kandydatem do zwycięstwa. Dyba może wydawać się ponury, ale odpowiada, że to z racji, że jest skoncentrowany na występach i do każdego podchodzi jak do egzaminu. To też pokazuje jego pełny profesjonalizm i gotowość do zostania Idolem.
I na sam koniec została Karolina Artymowicz. Tegoroczną maturzystkę z Charbowa poznaliśmy na castingu w pierwszym odcinku. Pojawiła się ze swoim przyjacielem, Maćkiem. Oboje zainteresowali jurorów oraz widzów (filmik Karoliny z castingu jest jednym z najchętniej oglądanych na kanale Idola). Nie ma w tym nic dziwnego, śpiewa znakomicie.
Karolina Artymowicz, etap klubowy
Urok osobisty oraz głos sprawiły, że szybko stała się liderem programu. Przełomem okazał się etap klubowy, w którym drobna dziewczynka z ukulele przeobraziła się w sceniczną diwę. Chyba już wtedy nikt nie wątpił, że Karolina awansuje do wielkiego finału i co ważniejsze, że wygra? Pierwszy koncert nie rozpoczął się dla niej dobrze. Jurorzy określili występ jako jej najsłabszy i trudno się z tym nie zgodzić. Kolejne występy, chociaż chroniły ją przed dogrywką nie zaskarbiły sobie ogromnej sympatii jurorów. Niewielkim przełomem okazał się cover Give Me Love, po którym Wojtek Łuszczykiewicz stwierdził, że wróciła Karolina z castingu. Od początku jest jedną z faworytek do wygranej. Trochę straciła w koncertach na żywo, ale ludzie dalej kochają ją za występy we wcześniejszych etapach. Czy wygra? Okaże się w najbliższą środę.

Moje przewidywania:
1. Karolina Artymowicz
2. Mariusz Dyba
3. Jakub Krystyan

Wymarzone zakończenie:
1. Mariusz Dyba
2. Karolina Artymowicz
3. Jakub Krystyan

Jako bonus:

Lista wykonywanych piosenek
Odcinek Etap Motyw Jakub KrystyanMariusz Dyba Karolina Artymowicz
1 Casting Dowolne piosenki
Hold Back The River
 (James Bay)
Little Talks 
(Of Monsters and Men)
2 Englishman In New York 
(Sting)

6 Teatr Human 
(Rag'n'Bone Man)
Use Somebody
 (Kings Of Leon)
Jolene 
(Dolly Parton)
Runda grupowa Za szkłem
 (Bracia)
Za szkłem
 (Bracia)
Wrecking Ball 
(Miley Cyrus)
7 Solo Against All Odds 
(Phil Collins)
Pride 
(U2)
Rather Be 
(Clean Bandit)
8 Klub Brak Please Forgive Me
 (Bryan Adams)
I Can't Stop Thinking About You (Sting)Fields of Gold 
(Sting)
9 Top 8 Ich Idole Dance Me 
(Leonard Cohen)
Wicked Game
(Chris Isaak)
Nieznajomy
(Dawid Podsiadło)
10 Top 7 Królowie muzyki Fly Me To the Moon
(Frank Sinatra)
Layla
(Eric Clapton)
Your Song 
(Elton John)
11 Top 6 Muzyka taneczna You're the First, the Last, My Everything 
(Barry White)
Love Me Again 
(John Newman)
Don't Stop the Music (Rihanna)
12 Top 5 Piosenki o miłości Always On My Mind 
(Elvis Presley)
One (U2) Give Me Love
(Ed Sheeran)
13 Top 4 Muzyka filmowa Oh, Pretty Woman
 (Roy Orbison)
Iris (Goo Goo Dolls) The Shoop Shoop Song (Cher)
Wybór jurorów Human 
(Rag'n'Bone Man)
Take Me To Church
 (Hozier)
Pocałuj noc 
(Varius Manx)
Dogrywka Jestem sam (Pudelsi)
14 Finał Casting Englishman In New York 
(Sting)
Hold Back The River
 (James Bay)
Little Talks 
(Of Monsters and Men)
Ulubiona piosenka Ślady 
(Fisz Emade Towarzystwo)
Creep (Radiohead) All I Want 
(Kodaline)
Piosenka z dedykacją List do M. (Dżem) Pocztówka z kosmosu (Kortez) Zanim pójdę (Happysad)