Doczekałem się! Po długich oczekiwaniach wreszcie trafiła do mnie paczka z komiksami. W większości były to moje kolekcjonerskie fanaberie, ale był też jeden tytuł, z którym wcześniej nie miałem styczności - "Cześć, Michael". Pierwszy raz usłyszałem o nim w rozmowie o "Ilustrowanym pamiętniku Mikana", a teraz pojawiła się okazja i kupiłem Michaela. Jest to pierwsza publikacja wydana przez Waneko, a także moje pierwsze spotkanie z tym wydawnictwem. Jest to kieszonkowe wydanie. Poniekąd przypomina mi dostępne kiedyś w
kiosku ruchu książeczki z dowcipami. Przeczytałem z miejsca i z tego samego miejsca stwierdzam: jestem zadowolony. Za naprawdę niską cenę poznałem fajny komiks. Myślę, że wkrótce zamówię pozostałe tomiki Michaela.
Jeśli już jestem w kocim temacie... Wcześniej pisałem o spuszczanych ze smyczy psach i kotku, którego znalazłem. Myślałem, że znajdzie mu się jakiś nowy dom. W końcu mam psa i tak naprawdę nie wiem jak reaguje on na koty. Szukanie domu wydłużyło się, a niewygoda trzymania zwierząt w osobnych pomieszczeniach przeważyła i... doszło do spotkania małej Marii Antoniny i Berniego ze mną w roli mediatora. Na szczęście moje obawy okazały się przesadzone. Zwierzaki czasem potrafią dogadywać lepiej niż ludzie.
Lato dobiega końca, a wszystkie książki, które warto było (z mojej perspektywy) przeczytać zostały już przeczytane. W poszukiwaniu jakiejś ciekawej lektury trafiłem do księgarni, gdzie moją uwagę przykuła okładka przedstawiająca słomiany kapelusz - "Hawajskie alibi" autorstwa Carol Snow. To chyba będzie następna książka po jaką sięgnę.
czwartek, 21 sierpnia 2014
niedziela, 3 sierpnia 2014
Ulubione dziewczyny z anime
Zupełnie spontanicznie postanowiłem stworzyć listę ulubionych postaci żeńskich z anime. Jedyny warunek, jaki sobie postawiłem był taki, że będą to wyłącznie kobiety z seriali, a z racji, że oglądam mało serii to lista jest skromna, co nie znaczy kiepska (mam nadzieję), bo znalazły się na niej dziewczyny, które z różnych powodów na długo utkwiły mi w pamięci.
Dragon Ball to niezwykle długa saga opowiadająca o grupie wojowników walczących ze złem. Tak można w wielkim skrócie opowiedzieć fabułę dzieła Toriyamy. Jedną z głównych postaci serii o smoczych kulach była Bulma Briefs. To połączenie genialnego naukowca i młodej, ładnej dziewczyny z dobrego domu. Bulma była królową serii, jedną z jej wizytówek. Nieraz pomagała wydostać się Goku z opresji. To właściwie ona rozpoczęła przygodę ze smoczymi kulami, kiedy to jedną z nich znalazła u siebie na strychu.
Usagi Tsukino
(Czarodziejka z księżyca)
Ta postać pojawia się nieprzypadkowo jako pierwsza. "Czarodziejka z księżyca" była jednym z pierwszych anime z jakim miałem styczność. Główna bohaterka ma na imię Usagi, a w wersji angielskiej Bunny. Usagi była świetną postacią, z którą mogło utożsamiać się wiele dziewczyn - wrażliwa, mająca swoje humory, marząca o romantycznej miłości i borykająca się z codziennością. Usagi. To świetnie zbudowana postać - ma swoje humory, bywa leniwa, uparta, ale i wrażliwa oraz dobra. W tym roku światło ujrzała nowa wersja anime i z czystej ciekawości postanowiłem obejrzeć. "Czarodziejkę z księżyca" w nowym wydaniu i, nie oceniając już całej historii, a samą postać, nie umywa się do Usagi, którą pamiętam do dzisiaj.
Rosa Ushiromiya
(Umineko no Naku Koro ni)
Przyznam, że chociaż mam problem z oceną samego serialu to postać najmłodszej córki Kinzo Ushiromiya - Rosa niemal od razu stała się moją ulubioną z całej osiemnastki. Na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie różna od trójki rodzeństwa - cicha, bezkonfliktowa. Samotnie wychowuje dziesięcioletnią córkę - Marię. To właśnie relacja pomiędzy matką i córką sprawiła, że Rosa znalazła się na mojej liście. W stosunku do córki Rosa jest potworem - oziębła, agresywna, przykra. Z jednej strony Rosa prezentuje miłość, a z drugiej nienawiść.
Izumi Akazawa
Zacznę od tego, że Akazawa z anime różni się o 180 stopni od swojej mangowej odpowiedniczki. Pomimo różnic obie są świetnie przedstawione. Izumi jako przewodnicząca klasy 3C podchodzi do swoich obowiązków niezwykle poważnie. Za wszelką cenę chce chronić swoich kolegów przed klasową klątwą. Podoba jej się Kouchi, chociaż nigdy nie mówi tego wprost. Pomimo swej szorstkości jest jedną z budzących największą sympatię postaci w "Another".
Misato Katsuragi
(Neon Genesis Evangelion)
Zacznę od tego, że jestem umiarkowanym fanem mechów. Niekoniecznie jest to coś, co potrafi przykuć moją uwagę. NGE obejrzałem ze względu na dwie fenomenalne rzeczy: muzykę oraz postać Misato. Lubię jej energiczność oraz niedojrzałość. Wprowadzała humor, ale i potrafiła odnaleźć się jako postać dramatyczna.
Bulma Briefs
(Dragon Ball)

Misty
(Pokemon)
Ostatnia z moich ulubionych postaci, a także ta, która ma w moim sercu specjalne miejsce. Misty towarzyszyła Ashowi w podróży pokemon przez pięć serii anime, a także pięć filmów pełnometrażowych. Potem pojawiła się jeszcze kilka razy gościnnie w serii Advanced. Poza kolorem włosów wyróżniała ją miłość do wodnych pokemonów. Mimo bycia chłopczycą była wrażliwa i prostolinijna. Cechowała ją serdeczność (mimo wielu kłótni) i troska, którymi obdarzała Asha. Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że żadnej z późniejszych towarzyszek głównego bohatera nie wspominam tak miło jak Misty.
sobota, 2 sierpnia 2014
O kulturze posiadania czworonoga, czyli o wyjściu z psem i niemiłych przygodach
Miał być wpis o czymś innym, ale od kilku dni ten temat do mnie wraca i co chwila uderza coraz większą siłą. Jak odpowiedzialnym trzeba być, aby stać się właścicielem psa, kota, albo chociaż złotej rybki? Co do ostatniego z pewnością regularne karmienie i wymiana wody w akwarium. Jeśli zaś chodzi o psa i kota to sprawa wydaje się nieco bardziej skomplikowana. Wydaje, bo nie jest. Jak się okazuje wcale nie trzeba być odpowiedzialnym. Zastanawiam się, jak głęboko trzeba mieć głowę we własnej dupie, aby być dumnym właścicielem psa?
Ludzie chcą widzieć w psie wiernego kompana. Wychodzą z nim, mają do niego zaufanie. Gdy widzę na ulicy psa bez smyczy, spokojnie stąpającego za właścicielem mówię sobie: "też chciałbym, aby mój pies tak za mną chodził". Fajnie, że właściciel ma tyle zaufania do swojego psa, że pozwala mu iść bez smyczy, bo jak zakładam ten krzywdy nikomu nie zrobi. Jednak ostatnio będąc na spacerze z moim psem spotkała nas niemiła sytuacja. Znikąd wyskoczył na nas pies i rzucił się na Berniego. No kurwa. Niby mały piesek, ale zajadły i szybki. Skakał wkoło nas szczekał, warczał i kąsał. Tymczasem mój pies próbując zawsze stać do niego przodem okręcał mi się wokoło nóg. Tymczasem właścicielka stała jak osłupiała i nie wiedziała, co ma robić. Jej syn na zmianę krzyczał: "złapię go! złapię go!" "mama złap go", "gdzie smycz". Po kilkudziesięciu sekundach właścicielka psa odważyła się podbiec i zabrać zajadłego kundelka, który nawet na jej rękach nie przestawał warczeć. Po tej akcji spoglądając na mnie z wyrazem jak ciele w namalowane wrota odeszła. Nie wiem, miałem ją przepraszać? Jeśli wie, że jej pies jest agresywny w stosunku do innych czworonogów to po jaką cholerę spuszcza go ze smyczy? Bo jest mały? Bo wydaje jej się, że pies jest posłuszny?
Wczoraj byłem świadkiem, jak po ulicy biegał sobie owczarek niemiecki. Zwykle widuję go za ogrodzeniem, ale tym razem najprawdopodobniej postanowił wybrać się na spacer. Pies widząc rowerzystkę jak pojebany rzucił się w jej stronę. Na całe szczęście kobieta zdążyła zeskoczyć z roweru i stanąć za nim. Pies odbiegł od niej. Po chwili zauważyłem jego właścicielkę wołającą swojego pupila zza ogrodzenia.
Nie tylko psów dotyczy ten wpis. Od kilku dni w moim domu stołuje się mały kotek. Nie byłoby w tym nic dziwnego - w końcu koty zwykle chodzą, gdzie chcą, ten jednak został porzucony i to na moich oczach: dwie panie idące przede mną zatrzymały się na drodze, zostawiły coś pod drzewem i szybko ruszyły przed siebie chichocząc. Tak, zabawne. Po chwili na szosę wyszedł mały, rudy kotek. Wróciłem w to miejsce po południu. Kot nadal tam był. Takie sytuacje zdarzają się częściej. Na przystanku autobusowym od kilku dni wisi ogłoszenie, którego treść brzmi mniej więcej tak: "W godzinach nocnych znalazłam psa przywiązanego pod sklepem. Proszę o kontakt z właścicielem".
Takich historyjek pewnie znalazłoby się i więcej. Wystarczy przejrzeć stronę jakiegoś schroniska dla zwierząt, do których ludzie bardzo chętnie podrzucają niechciane psy i koty.
Temat o kulturze, bo posiadanie psa, czy kota wymaga stosowania się do pewnych reguł. Mamy żywą istotę, za którą odpowiadamy. Zupełnie jak dziecko, którego nie możemy spuścić i powiedzieć, rób co chcesz, a mi głowy nie zawracaj. Banały, ale po ostatnich psowato-kotowatych wydarzeniach musiałem o tym napisać.
Ludzie chcą widzieć w psie wiernego kompana. Wychodzą z nim, mają do niego zaufanie. Gdy widzę na ulicy psa bez smyczy, spokojnie stąpającego za właścicielem mówię sobie: "też chciałbym, aby mój pies tak za mną chodził". Fajnie, że właściciel ma tyle zaufania do swojego psa, że pozwala mu iść bez smyczy, bo jak zakładam ten krzywdy nikomu nie zrobi. Jednak ostatnio będąc na spacerze z moim psem spotkała nas niemiła sytuacja. Znikąd wyskoczył na nas pies i rzucił się na Berniego. No kurwa. Niby mały piesek, ale zajadły i szybki. Skakał wkoło nas szczekał, warczał i kąsał. Tymczasem mój pies próbując zawsze stać do niego przodem okręcał mi się wokoło nóg. Tymczasem właścicielka stała jak osłupiała i nie wiedziała, co ma robić. Jej syn na zmianę krzyczał: "złapię go! złapię go!" "mama złap go", "gdzie smycz". Po kilkudziesięciu sekundach właścicielka psa odważyła się podbiec i zabrać zajadłego kundelka, który nawet na jej rękach nie przestawał warczeć. Po tej akcji spoglądając na mnie z wyrazem jak ciele w namalowane wrota odeszła. Nie wiem, miałem ją przepraszać? Jeśli wie, że jej pies jest agresywny w stosunku do innych czworonogów to po jaką cholerę spuszcza go ze smyczy? Bo jest mały? Bo wydaje jej się, że pies jest posłuszny?
Wczoraj byłem świadkiem, jak po ulicy biegał sobie owczarek niemiecki. Zwykle widuję go za ogrodzeniem, ale tym razem najprawdopodobniej postanowił wybrać się na spacer. Pies widząc rowerzystkę jak pojebany rzucił się w jej stronę. Na całe szczęście kobieta zdążyła zeskoczyć z roweru i stanąć za nim. Pies odbiegł od niej. Po chwili zauważyłem jego właścicielkę wołającą swojego pupila zza ogrodzenia.
Nie tylko psów dotyczy ten wpis. Od kilku dni w moim domu stołuje się mały kotek. Nie byłoby w tym nic dziwnego - w końcu koty zwykle chodzą, gdzie chcą, ten jednak został porzucony i to na moich oczach: dwie panie idące przede mną zatrzymały się na drodze, zostawiły coś pod drzewem i szybko ruszyły przed siebie chichocząc. Tak, zabawne. Po chwili na szosę wyszedł mały, rudy kotek. Wróciłem w to miejsce po południu. Kot nadal tam był. Takie sytuacje zdarzają się częściej. Na przystanku autobusowym od kilku dni wisi ogłoszenie, którego treść brzmi mniej więcej tak: "W godzinach nocnych znalazłam psa przywiązanego pod sklepem. Proszę o kontakt z właścicielem".
Takich historyjek pewnie znalazłoby się i więcej. Wystarczy przejrzeć stronę jakiegoś schroniska dla zwierząt, do których ludzie bardzo chętnie podrzucają niechciane psy i koty.
Temat o kulturze, bo posiadanie psa, czy kota wymaga stosowania się do pewnych reguł. Mamy żywą istotę, za którą odpowiadamy. Zupełnie jak dziecko, którego nie możemy spuścić i powiedzieć, rób co chcesz, a mi głowy nie zawracaj. Banały, ale po ostatnich psowato-kotowatych wydarzeniach musiałem o tym napisać.
![]() |
| Znaleziony kocurek |
czwartek, 17 lipca 2014
Judge. Nowa gra.
Moim jedynym tropem dotyczącym tego tytułu były okładki. Tak, w myśl powiedzenia: "nie oceniaj książki po okładce", zakupiłem mangę na podstawie okładki, która mnie zauroczyła. Przedstawia ona dziewięć postaci w maskach zwierząt. Tu warto dodać, że okładki następnych tomików Judge zdradzały, który z bohaterów zginął w poprzedniej części. Dlatego, jeśli ktoś planuje zabrać się za ten tytuł i nie chce mieć nie miłej niespodzianki to ostrzegam przed oglądaniem okładek.
Judge to coś na kształt thrillera. Fabułę można nakreślić w dwóch, trzech zdaniach. Grupa osób budzi się w opuszczonym budynku. Od tej pory ich celem będzie walka o przetrwanie i eliminacja pozostałych. Nie jest do dokładny opis historii, ale właśnie na takim szkielecie opiera się komiks. To nie jest wada. Bardzo lubię filmy oraz programy typu reality polegające na "eliminacji" przeciwników. Dodatkowo, jeśli są to postaci barwne - historia układa się sama. I tu trzeba wspomnieć o bohaterach, którzy są największą wadą Judge. Pomijając już irytujący charakter (chwila, sprawdzam jego imię) Hiro, ale nie pojmuję, jakim sposobem utrzymał się przy życiu przez trzy pierwsze tomy i jakim sposobem utrzyma się kolejne trzy tomy. Królik jest najsztuczniejszą postacią z całej ósemki. Autor na siłę chce przedstawiać go jako postać pozytywną, co nie do końca wychodzi. Moim głównym problemem z "Judge" jest fakt istnienia centralnej postaci jaką jest Hiro. Wolałbym, aby wszystkie postaci były równorzędne, tym bardziej, że od czasu do czasu pojawiają się jakieś informacje na temat pozostałych. Nie obraziłbym się, gdyby postaci były bardziej zróżnicowanie pod względem wieku, czy zajęcia. Wszyscy bohaterowie tej mangi to studenci lub licealiści i o ile we wcześniejszej mandze tego autora - "Doubt" - młody wiek postaci do mnie przemawiał tutaj chciałbym zobaczyć większą różnorodność. Prawdę powiedziawszy po trzech tomach nadal nie potrafię przypomnieć sobie imion bohaterów, co wiąże się z tym, że ich charaktery są nijakie.
Warto odnieść się do "Doubt", które ma bardzo wiele cech wspólnych z "Judge". Nie mówię już o samym pomyśle, gdzie grupa ludzi budzi się w opuszczonym magazynie i kolejno każde z nich ginie, ale o samych postaciach i ich reakcjach. Trochę tak, jakby poszedł na łatwiznę. Postaci nie tylko są podobne do siebie z charakterów, ale i wizualnie. Dla przykładu wysoki blondyn (w "Doubt" - Eiji, a w "Judge" - koń) to awanturnik i jedyna osoba, która zachowuje się naturalnie dla sytuacji, Hajime jak i lew są milczący, obaj noszą okulary i stają się przywódcami. "Doubt" rozpoczyna się od spotkania Yuu i Mitsuki w centrum handlowym, podobnie jest w "Judge", gdy Królik wybiera się na zakupy z dziewczyną brata.
Mimo wszystkich narzekań, i tego, że domyślam się zakończenia, nie mogę powiedzieć, że źle się bawię przy czytaniu "Judge". Manga jest interesującą zgadywanką i pomimo wielu wad z pewnością jeszcze wywróci całą historię do góry nogami.
wtorek, 15 lipca 2014
Cube
Od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem stworzenia jakiejś notatki na temat ulubionych filmów. Myślałem o rankingu, ale jak wybrać najbardziej ulubione spośród najbardziej ulubionych? Nie potrafię. Dlatego postanowiłem, że stworzę serię notatek, z których każda będzie poświęcona pseudo-filozoficznym przemyśleniom (czyt.nadinterpretacji) na temat mojego ulubionego filmu.
Powstały w 1997 roku Cube to nie tylko mój ulubiony film, do którego wracałem kilkadziesiąt razy, ale także pierwszy film, który obejrzałem jako "świadomy widz".
W 1997 roku powstaje niskobudżetowy film o tajemniczym tytule Cube. Jego reżyserem, a także współscenarzystą został nieznany wtedy nikomu Vincenzo Natalie. Sam reżyser przyznał, że tworząc scenariusz do filmu wraz z przyjaciółmi siedzieli niewielkim pokoju hotelowym. To nie przypadek, bo film mówiący o zniewoleniu, poszukiwaniu wolności rozgrywa się w klaustrofobicznym pomieszczeniu.
Oto sześć osób budzi się we wnętrzu sześcianu. Na każdej ze ścian, suficie i podłodze znajdują się małe przejścia prowadzące do następnego, identycznego pomieszczenia. Poruszanie się po tym miejscu jest tym gorsze, że w niektórych z pokoi znajdują się wymyślne pułapki. Bohaterowie niewiedzą wiele o swoich towarzyszach. Jedyne czym operują to szczątkowe informacje, których sami o sobie udzielają pozostałym. Mamy tu policjanta, skazańca, lekarza, studentkę matematyki, architekta i cierpiącego na autyzm chłopca. Mówią prawdę, czy kłamią? Nie jesteśmy w stanie powiedzieć. Więźniowie są ubrani w szare uniformy z imionami, które wskazują ich status w kostce - są równi. Ale czego oczekują od nich ci, którzy ich tam zamknęli? Historia jest intrygująca, zaś atmosfera filmu od pierwszego ujęcia, gdy Alderson otwiera drzwi do następnego pokoju jest duszna i niepokojąca.
Z pewnością nie jest to reality show. Nikt nie obserwuje więźniów, nie ma siły wyższej podejmującej decyzje, poza widzem nikt im nie kibicuje (jak to nieudolnie próbują wmówić sequel i prequel). Jeden z bohaterów sam stwierdza: "Wielki Brat nie istnieje". Ogromną rolę odgrywają charaktery postaci: dominujący policjant-bohater, charakteryzująca się empatią lekarka, zarozumiały więzień, nieśmiała studentka oraz architekt będący cynikiem. Nie ma jednak sztywnego podziału na dobro i zło. Bycie nieśmiałym nie znaczy, że traktuje się pozostałych na równi ze samym sobą, a chęć przywództwa nie wyklucza złych intencji. Sześcian również nie jest ani dobry ani zły. Ma reguły, które należy poznać i ściśle ich przestrzegać. To jedynie miejsce, gdzie dobrze widać poszczególne zachowania i reakcje. Wszystko, co dzieje się w jego wnętrzu jest zrządzeniem dziwnego przypadku. Dla przykładu: okulary Leaven pękają w kształt wzoru jaki znajduje się na ścianach pokoi, zaś nazwiska bohaterów są nazwami więzień, a ich charaktery zdają się odpowiadać cechom tychże zakładów karnych.
Atmosferę filmu tworzą dźwięk oraz przestrzeń. Suche odgłosy otwierających się drzwi, przesuwających się sześcianów, oddechy, dźwięki przypominające szepty. Kolory poszczególnych sal odpowiadają danej sytuacji: agresja i złość towarzyszy czerwonym pokojom, niebieskie to spokój, a żółte oznaczają wyczerpanie lub zamknięcie pewnego etapu.
Cube można interpretować na wiele sposobów. To poszukiwanie wolności, próba ucieczki ze świata, która okazuje się niemożliwą, bo za drzwiami kryje się kolejny, identyczny pokój. Czy warto próbować uciekać? Czy warto podejmować jakąkolwiek próbę wydostania się z kostki?
Powstały w 1997 roku Cube to nie tylko mój ulubiony film, do którego wracałem kilkadziesiąt razy, ale także pierwszy film, który obejrzałem jako "świadomy widz".
W 1997 roku powstaje niskobudżetowy film o tajemniczym tytule Cube. Jego reżyserem, a także współscenarzystą został nieznany wtedy nikomu Vincenzo Natalie. Sam reżyser przyznał, że tworząc scenariusz do filmu wraz z przyjaciółmi siedzieli niewielkim pokoju hotelowym. To nie przypadek, bo film mówiący o zniewoleniu, poszukiwaniu wolności rozgrywa się w klaustrofobicznym pomieszczeniu.
Oto sześć osób budzi się we wnętrzu sześcianu. Na każdej ze ścian, suficie i podłodze znajdują się małe przejścia prowadzące do następnego, identycznego pomieszczenia. Poruszanie się po tym miejscu jest tym gorsze, że w niektórych z pokoi znajdują się wymyślne pułapki. Bohaterowie niewiedzą wiele o swoich towarzyszach. Jedyne czym operują to szczątkowe informacje, których sami o sobie udzielają pozostałym. Mamy tu policjanta, skazańca, lekarza, studentkę matematyki, architekta i cierpiącego na autyzm chłopca. Mówią prawdę, czy kłamią? Nie jesteśmy w stanie powiedzieć. Więźniowie są ubrani w szare uniformy z imionami, które wskazują ich status w kostce - są równi. Ale czego oczekują od nich ci, którzy ich tam zamknęli? Historia jest intrygująca, zaś atmosfera filmu od pierwszego ujęcia, gdy Alderson otwiera drzwi do następnego pokoju jest duszna i niepokojąca.
Z pewnością nie jest to reality show. Nikt nie obserwuje więźniów, nie ma siły wyższej podejmującej decyzje, poza widzem nikt im nie kibicuje (jak to nieudolnie próbują wmówić sequel i prequel). Jeden z bohaterów sam stwierdza: "Wielki Brat nie istnieje". Ogromną rolę odgrywają charaktery postaci: dominujący policjant-bohater, charakteryzująca się empatią lekarka, zarozumiały więzień, nieśmiała studentka oraz architekt będący cynikiem. Nie ma jednak sztywnego podziału na dobro i zło. Bycie nieśmiałym nie znaczy, że traktuje się pozostałych na równi ze samym sobą, a chęć przywództwa nie wyklucza złych intencji. Sześcian również nie jest ani dobry ani zły. Ma reguły, które należy poznać i ściśle ich przestrzegać. To jedynie miejsce, gdzie dobrze widać poszczególne zachowania i reakcje. Wszystko, co dzieje się w jego wnętrzu jest zrządzeniem dziwnego przypadku. Dla przykładu: okulary Leaven pękają w kształt wzoru jaki znajduje się na ścianach pokoi, zaś nazwiska bohaterów są nazwami więzień, a ich charaktery zdają się odpowiadać cechom tychże zakładów karnych.
Atmosferę filmu tworzą dźwięk oraz przestrzeń. Suche odgłosy otwierających się drzwi, przesuwających się sześcianów, oddechy, dźwięki przypominające szepty. Kolory poszczególnych sal odpowiadają danej sytuacji: agresja i złość towarzyszy czerwonym pokojom, niebieskie to spokój, a żółte oznaczają wyczerpanie lub zamknięcie pewnego etapu.
Cube można interpretować na wiele sposobów. To poszukiwanie wolności, próba ucieczki ze świata, która okazuje się niemożliwą, bo za drzwiami kryje się kolejny, identyczny pokój. Czy warto próbować uciekać? Czy warto podejmować jakąkolwiek próbę wydostania się z kostki?
| Informacje | |
| Tytuł | Cube |
| Reżyser | Vincenzo Natali |
| Gatunek | Thriller |
| Rok produkcji | 1997 |
| Kraj produkcji | Kanada |
| Ulubiony bohater | David Worth (David Hewlett) |
| Ulubiony cytat | Rozmowa Wortha i Leven: - A co jest poza sześcianem? - Bezgraniczna ludzka głupota. |
| Ulubiona scena | Zielony pokój. |
| Zwiastun | Klik |
środa, 9 lipca 2014
Biedny Fred
Nie jestem jakimś wielkim fanem sportu, ale jak na niedzielnego fana sportu przystało orientuję się w ważniejszych imprezach sportowych. Mamy Mundial. Brazylia ma Mundial. Brazylia zapewne ma dość Mundialu. Dzisiaj odbył się mecz o finał pomiędzy Brazylią, a Niemcami. Czego można się spodziewać po takim spotkaniu? Wyrównana walka. Emocje. Gole. Tak, to wszystko, czego do szczęścia potrzebuje "kibic poniżej przeciętnej". Wszak to już krok od finału. Brazylia to nie tylko gospodarz, ale również bardzo dobra, a przynajmniej taką mają opinię (nie jestem pewien, czy to właściwie słowo). Niemcy zaś na ostatnich Mistrzostwach Świata zajęli trzecie miejsce, co było dla mnie wyjątkowo bolesne, gdyż kibicowałem ich rywalom. Dzisiaj nadal kibicuję rywalom naszych sąsiadów. Nie wiem, czy bardziej z przekory, sympatii do słabszych drużyn, czy niechęci do reprezentantów Niemiec. Dlatego też wiedziałem, że będę trzymał kciuki za Brazylię. Po pierwszych kilku minutach i pochwałach dla drużyny gospodarzy ze strony irytującego komentatora miałem dobre przeczucia. Niestety następne minuty wszystko zmieniły. Niemcy zdobyli pierwszą bramkę. To nic. Najwyżej będzie jeden do jednego, a potem dogrywka. Kolejna brama i jeszcze jedna. Przez myśl mi przeszło, że stacja zwyczajnie puszcza powtórkę bramki. To niemożliwe, aby drużyna z Brazylii, aż tak obrywała. Po prostu niemożliwe. Gospodarze przegrywają. Ludzie, kibice Brazylijczyków, wyglądają na przerażonych. Trochę to przypominało Mistrzostwa Europy i walkę Polski o wyjście z grupy. Wtedy naszym przeciwnikiem były Czechy (pochwalę się literówką która zmieniła czeską drużynę w "Czachy"). Jedna bramka przeciwników sprawiła, że straciliśmy pewność siebie i już poszło z górki. Podobnie było z Brazylią, którą od wygranej oddalały kolejne bramki. Po trzydziestu minutach było już pięć do zera. Wynik zmienił się w drugiej połowie: 7-0. Jako "niedzielny kibic" trochę wyżej od kunsztu gry cenię sobie emocje i bramki, a więc teoretycznie powinienem być zadowolony, ale nie jestem. Po pierwszych trzydziestu minutach i pięciu golach reprezentacji niemieckiej wszystko stało się przewidywalne i nudne, a pozytywną grę zastąpiła frustracja i nerwowość. Spotkanie w 1/4 finału było zwyczajnie byle jakie. Jasne, na sam koniec Oscar uratował honor drużyny zdobywając jedną bramkę, ale... Kurde... Mam nadzieję, że Brazylia spróbuje odkupić swój słaby występ w meczu o trzecie miejsce. No i szkoda mi trochę Freda, który został wygwizdany.
wtorek, 17 czerwca 2014
Złośliwość rzeczy martwych
Chyba każdy doświadcza czasem tak zwanej "złośliwości rzeczy martwych". W momencie, gdy potrzebujesz skorzystać z jakiegoś gadżetu, a ten z jakiegoś powodu wypina się na ciebie czterema literami, mówisz o złośliwości rzeczy martwych. Ostatnio przytrafiła mi się taka sytuacja z telefonem, któryaktu postanowił zastrajkować i zawiesić się na kilka chwil. Oczywiście, w momencie, w którym miałem do wykonania ważny telefon. Zauważyłem, że w takich sytuacjach często nie obwinia się usterek, a tłumaczy się je poprzez pecha, już Robert Górski stwierdził, że jak
jest człowiek pechowcem to i "palec w dupie może złamać", lub tak zwaną
"złośliwość rzeczy martwych". Swoją drogą, czy ta złośliwość jest tylko powiedzeniem w stylu "odpukać w niemalowane drewno", czy rzeczywistym zjawiskiem jak pogoda.
Żyjemy otoczeni różnymi gadżetami, o których naszym przodkom się nie śniło. Jesteśmy nauczeni, że wszystko działa, bo... bo ma działać i koniec. Dlatego jak już się psuje to z pewnością robi to, bo jest wredne i nam źle życzy.
Znajomy przysłał mi link do utworu na YouTube. Nasze gusta muzyczne różnią się od siebie, dlatego też podszedłem do tego bez wyjątkowego entuzjazmu. Klikam przycisk "Play". Cisza. Gdzie muzyka? Mój głośnik wydał ostatnie tchnienie i to nie przez hiphopowy utwór znajomego. W tym momencie zacząłem szukać jakiejkolwiek możliwości naprawy usterki, bo jak wiadomo nie mogłem przyjąć do wiadomości, że mój stary głośnik po prostu przestał działać. Zawsze istnieje cień szansy, że może coś da się zrobić, coś stuknąć, poprawić, przełożyć. Nic z tego. Sprawdzam, czy kable się nie poluzowały. Wszystko w porządku. Przeżywam szybką żałobę po głośniku i zaczynam myśleć o nowym głośniku. Jest godzina siedemnasta. Zdążę do sklepu. Z bólem serca spoglądam na portfel. Nie uśmiecha mi się kupno nowego głośnika, ale mus to mus. Nie chcąc przeżyć żadnego szoku w sklepie postanawiam przygotować się do zakupu i wcześniej wyguglować ceny głośników. Wpisuję w wyszukiwarkę hasło. I uwaga: zza rogu wyskakuje "złośliwość rzeczy martwych". Do spółki z głośnikiem pada klawiatura. Serio?! Sfrustrowany autor przez chwilę zastanawia się, jak powinien zareagować. Rzucić myszką, aby ona też się popsuła? Zacząć przeklinać na złośliwość rzeczy martwych? Usiąść w kącie i zacząć płakać? Jakimś cudem znalazło się w mojej osobie tyle ogarnięcia, aby sprawdzić kable. Na całe szczęście okazało się, że przy sprawdzaniu głośnika niechcący wyjąłem kabel od klawiatury. Klawiatura działa. To małe pocieszenie w tym smutnym dniu. Zostaje niedziałający głośnik. Przed wyjściem do sklepu spoglądam raz jeszcze w ekran monitora. Niebieski pasek na dole ekranu straszy przeróżnymi ikonami, a wśród nich ta, która zmroziła mi krew: Głośnik - Wyciszony.
Tak, następnym razem zamiast kląć na złośliwość rzeczy martwych sprawdzę, czy głos w komputerze nie został przeze mnie zwyczajnie wyciszony.
Żyjemy otoczeni różnymi gadżetami, o których naszym przodkom się nie śniło. Jesteśmy nauczeni, że wszystko działa, bo... bo ma działać i koniec. Dlatego jak już się psuje to z pewnością robi to, bo jest wredne i nam źle życzy.
Znajomy przysłał mi link do utworu na YouTube. Nasze gusta muzyczne różnią się od siebie, dlatego też podszedłem do tego bez wyjątkowego entuzjazmu. Klikam przycisk "Play". Cisza. Gdzie muzyka? Mój głośnik wydał ostatnie tchnienie i to nie przez hiphopowy utwór znajomego. W tym momencie zacząłem szukać jakiejkolwiek możliwości naprawy usterki, bo jak wiadomo nie mogłem przyjąć do wiadomości, że mój stary głośnik po prostu przestał działać. Zawsze istnieje cień szansy, że może coś da się zrobić, coś stuknąć, poprawić, przełożyć. Nic z tego. Sprawdzam, czy kable się nie poluzowały. Wszystko w porządku. Przeżywam szybką żałobę po głośniku i zaczynam myśleć o nowym głośniku. Jest godzina siedemnasta. Zdążę do sklepu. Z bólem serca spoglądam na portfel. Nie uśmiecha mi się kupno nowego głośnika, ale mus to mus. Nie chcąc przeżyć żadnego szoku w sklepie postanawiam przygotować się do zakupu i wcześniej wyguglować ceny głośników. Wpisuję w wyszukiwarkę hasło. I uwaga: zza rogu wyskakuje "złośliwość rzeczy martwych". Do spółki z głośnikiem pada klawiatura. Serio?! Sfrustrowany autor przez chwilę zastanawia się, jak powinien zareagować. Rzucić myszką, aby ona też się popsuła? Zacząć przeklinać na złośliwość rzeczy martwych? Usiąść w kącie i zacząć płakać? Jakimś cudem znalazło się w mojej osobie tyle ogarnięcia, aby sprawdzić kable. Na całe szczęście okazało się, że przy sprawdzaniu głośnika niechcący wyjąłem kabel od klawiatury. Klawiatura działa. To małe pocieszenie w tym smutnym dniu. Zostaje niedziałający głośnik. Przed wyjściem do sklepu spoglądam raz jeszcze w ekran monitora. Niebieski pasek na dole ekranu straszy przeróżnymi ikonami, a wśród nich ta, która zmroziła mi krew: Głośnik - Wyciszony.
Tak, następnym razem zamiast kląć na złośliwość rzeczy martwych sprawdzę, czy głos w komputerze nie został przeze mnie zwyczajnie wyciszony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










