Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 października 2019

"Planeta małp" T. Burtona najlepszym filmem w historii?

Jako, że wyznacznikiem jakości dla reżysera Jimmy'ego Loweree jest zapewne Planeta małp Tima Burtona, zaś nieznajomość Casablanca to katastrofa na miarę finału jaki zafundował nam twórca Absence. Dlatego na wszelki wypadek postanowiłem nie mieć wygórowanych oczekiwań względem filmu. Jednak z drugiej strony kocham kreatywność oraz niszowość, którą wykazują się młodzi twórcy. Loweree do takowych się zalicza, gdyż Absence jest jego pełnometrażowym debiutem jeśli chodzi o reżyserię i scenariusz.
Ten horror z 2013 roku miał premierę w moje urodziny i stety bądź niestety to jedyna rzecz jaką mam z nim wspólną, bo poczucie estetyki kina grozy, no okej... nawet poczucie sci-fi, z pewnością różni się od zaprezentowanego przez Loweree.


Liz w niewyjaśnionych okolicznościach traci dziecko. Jakiś czas później, ona, jej mąż Rick i brat-idiota, Evan wyjeżdżają na wycieczkę do domku w górach. No i spędzają w nim czas. Tyle.
Najpoważniejszym zarzucałem wobec Absence jest fakt, że w tym filmie dosłownie nic się nie dzieje. W pewnym momencie zacząłem zastanawiać się, co popycha fabułę do przodu? Mamy dzień, mamy noc. Kolejny dzień i kolejną noc. Wszystko zapełniają nieciekawe dialogi, jeżdżenie samochodem w tą i z powtorem oraz posiłki w domowym zaciszu.
Od pierwszej sceny w szpitalu z zapłakaną Liz minęło sporo czasu, a ja z nadzieją wyczekuję jakichkolwiek złowieszczych momentów uchwyconych przez kamerę. Tak, twórcy zdecydowali się na starą, dobrą, a przy tym boleśnie wyświechtaną przez sequele konwencję dokumentu. Bo jak jest naturalizm to jest strasznie, a i robota sama się robi od strony technicznej, ta? Najbardziej irytuje chodzenie na skróty przez Loweree. W pewnym momencie zorientowawszy się, że film jest o niczym decyduje się poprzez jedną z postaci powiedzieć nam, że w domu dzieją się jakieś niewytłumaczalne rzeczy. Konkluzja? Po co pokazywać, jak można o nich powiedzieć? Wydarzenia są tak nadzwyczajne, straszne i niemieszczące się w głowie przeciętnemu człowiekowi, że zaginęły w setce innych wydarzeń - zwyczajnych, niestrasznych i mieszczących się w głowie przeciętnemu człowiekowi.
Na oddzielny akapit zasługuje też postać głównego bohatera, chodź tu perełko, Evanku kochany. Należy o tobie wspomnieć, bo dawno żaden osobnik nie wywołał u mnie takiej szczerej irytacji. Dorosły facet, a zachowuje się jak gimnazjalista (czy teraz jeszcze to określenie ma prawo bytu?).
Obejrzałem. Przetrwałem i zaraz po seansie do głowy przyszło mi tylko jedno pytanie...
Że to niby byli kosmici?

#OctoberMovieScreeningChallenge

sobota, 27 lipca 2019

[Wakacyjne wyzwanie] Star Terk: TOS s01e28

Wakacyjne wyzwanie zabierało mnie w podróże w najdalsze zakątki kultury popularnej i mniej popularnej. Chociaż mając na uwadze tematykę tegorocznej edycji powinienem chyba wspomnieć o różnych gustach muzycznych. Jedni lubią hip hop, a inni country. Dla jednych fajny jest bekowy horrorek, a innych bawi kino sci-fi. W każdym razie poznałem filmy, seriale i czytadła, po które nie sięgnąłbym sam z siebie albo przez kompletną nieświadomość ich istnienia, albo brak zainteresowania danym tematem.
Rozpoczynając ten post towarzyszy mi pustka niczym czerń wszechświata, której niestety nie rozświetla mi żadna gwiazda. I tam gdzieś po tej bezkresnej ciemności, czy jak polski dystrybutor nas uraczył - w ciemność - jest serial Star Trek. Serial, który dał początek kultowej serii o załodze statku kosmicznego Enterprise. Zanim jednak napiszę coś więcej na temat odcinka 28 z pierwszego sezonu jestem winny wyłożyć kawę na ławę, czyli pochwalić się całą moją wiedzą na temat załogi Kirka, bo chyba już nie warto mówić o znajomości odcinka, sezonu, ale o Star Treku jako całości.
Znany jest mi serial z lat 90-tych. Raczej nie oglądałem z zapartym tchem. 


Star Trek: TNG
Ze względu na Simona Pegga obejrzałem Star Trek z 2009 roku.


Jako Scotty

No i w serialu Spaced, nomen omen, postać grana właśnie przez Pegga, wspomniała, że parzyste filmy z uniwersum Star Treka są kiepskie. Także z całą tą wiedzą wyruszam na seans odcinka The City on the Edge of Forever. Czuję, że to będzie bardzo wyczerpująca podróż..
Star Trek The Oryginal Series to serial produkcji NBC emitowany w latach 1966-1969. Akcja przenosi nas do lat 60-tych XXIII wieku. Załoga statku Enterprise pod dowództwem kapitana Kirka przemierza kosmos realizując, jak doczytałem już na wiki,różne zadania naukowe oraz dyplomatyczne.
Zacznę od tego, że sam odcinek mimo późnej numeracji (28!) można obejrzeć bez znajomości wcześniejszych epizodów, gdyż jest to zamknięta historia, w której poza hecą ze zmianą czasu. Ze względu na problemy techniczno-personalne (tak, personalnymi określam zdarzenia ze strzykawką) załoga Enterprise ląduje na planecie zamieszkałej przez Strażnika Wieczności. Sam strażnik skojarzył mi się z dwiema rzeczami i przez to na moment powstał fandomowy bigos w mojej głowie, pierwszą była seria Gwiezdne wrota i chodzi mi tu o wygląd czy raczej design strażnika, a drugą Autostopem przez Galaktykę, gdzie doświadczaliśmy równie absurdalnej rozmowy. W każdym razie ze względu na odpały doktorka po wstrzyknięciu sobie nieodpowiedniego środka Kirk i Spock są zmuszeniu odbyć podróż w czasie do lat 30-tych XX wieku i zapobiec ogromnej zmianie.


Sam odcinek mogę podzielić na dwie części. Pierwsza jest bardzo w klimacie sci-fi. Zawiązuje się akcja, mamy podróż na obcą planetę, spotkanie z jej jedynym mieszkańcem. Druga i w zasadzie ta ważniejsza część to podróż do Ameryki lat 30-tych. Kirk poznaje Eddith (graną zresztą przez cudowną Joan Collins, ja pierdu, co się stało z tobą Joan, że teraz przyjmujesz role starej wiedźmy w AHS?!) i od tej pory mamy delikatny romans z domieszką nieznaczącego wiele sci-fi. Mam wrażenie, że odcinek skradła Collins. Jej postać opowiada o nadziejach, wierze w lepsze jutro. Jej humanistyczna postawa stoi w opozycji do drętwych, wycofanych gości z przyszłości.
Nie potrafię ocenić charakteru tej produkcji, a przynajmniej nie po tym odcinku. Pierwsze sceny zapowiadały niezłą bekę. Miałem wrażenie, że to będzie kino przygodowe z przymrożeniem oka - trochę takie nieporadne, ale na tyle głupie, że można przy tym się pośmiać. Potem na plan pierwszy wchodzi wątek Edith Keeler. No okej, tyle że nie jest to jakoś specjalnie ciekawe i raczej czekałem na finał, który swoją drogą również pozostawia wiele do życzenia... Serio, nie można było wycisnąć większej dramaturgii w scenie śmierci kobiety, którą rzekomo, och-ach, facet kocha? Tam jest potrzebna kontynuacja, czy cokolwiek innego!
Trudno jest mi ocenić serial, który z jednej strony ma ogromną historię, bo ilość serii, spin offów oraz filmów kinowych świadczy sama, jeśli nie o jakości produkcji, to o oddaniu wiernych fanów. Z drugiej strony nie mogę na siłę słodzić i zmyślać zalet, których zwyczajnie nie dostrzegam.

Czy obejrzałbym ponownie?
Jeśli Strażnik Wieczności przewidział jakiś odcinek TOS z Simonem Peggiem... W innym wypadku nie.

wtorek, 15 lipca 2014

Cube

Od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem stworzenia jakiejś notatki na temat ulubionych filmów. Myślałem o rankingu, ale jak wybrać najbardziej ulubione spośród najbardziej ulubionych? Nie potrafię. Dlatego postanowiłem, że stworzę serię notatek, z których każda będzie poświęcona pseudo-filozoficznym przemyśleniom (czyt.nadinterpretacji) na temat mojego ulubionego filmu.
Powstały w 1997 roku Cube to nie tylko mój ulubiony film, do którego wracałem kilkadziesiąt razy, ale także pierwszy film, który obejrzałem jako "świadomy widz".
W 1997 roku powstaje niskobudżetowy film o tajemniczym tytule Cube. Jego reżyserem, a także współscenarzystą został nieznany wtedy nikomu Vincenzo Natalie. Sam reżyser przyznał, że tworząc scenariusz do filmu wraz z przyjaciółmi siedzieli niewielkim pokoju hotelowym. To nie przypadek, bo film mówiący o zniewoleniu, poszukiwaniu wolności rozgrywa się w klaustrofobicznym pomieszczeniu.
Oto sześć osób budzi się we wnętrzu sześcianu. Na każdej ze ścian, suficie i podłodze znajdują się małe przejścia prowadzące do następnego, identycznego pomieszczenia. Poruszanie się po tym miejscu jest tym gorsze, że w niektórych z pokoi znajdują się wymyślne pułapki. Bohaterowie niewiedzą wiele o swoich towarzyszach. Jedyne czym operują to szczątkowe informacje, których sami o sobie udzielają pozostałym. Mamy tu policjanta, skazańca, lekarza, studentkę matematyki, architekta i cierpiącego na autyzm chłopca. Mówią prawdę, czy kłamią? Nie jesteśmy w stanie powiedzieć. Więźniowie są ubrani w szare uniformy z imionami, które wskazują ich status w kostce - są równi. Ale czego oczekują od nich ci, którzy ich tam zamknęli? Historia jest intrygująca, zaś atmosfera filmu od pierwszego ujęcia, gdy Alderson otwiera drzwi do następnego pokoju jest duszna i niepokojąca. 
Z pewnością nie jest to reality show. Nikt nie obserwuje więźniów, nie ma siły wyższej podejmującej decyzje, poza widzem nikt im nie kibicuje (jak to nieudolnie próbują wmówić sequel i prequel). Jeden z bohaterów sam stwierdza: "Wielki Brat nie istnieje". Ogromną rolę odgrywają charaktery postaci: dominujący policjant-bohater, charakteryzująca się empatią lekarka, zarozumiały więzień, nieśmiała studentka oraz architekt będący cynikiem. Nie ma jednak sztywnego podziału na dobro i zło. Bycie nieśmiałym nie znaczy, że traktuje się pozostałych na równi ze samym sobą, a chęć przywództwa nie wyklucza złych intencji. Sześcian również nie jest ani dobry ani zły. Ma reguły, które należy poznać i ściśle ich przestrzegać. To jedynie miejsce, gdzie dobrze widać poszczególne zachowania i reakcje. Wszystko, co dzieje się w jego wnętrzu jest zrządzeniem dziwnego przypadku. Dla przykładu: okulary Leaven pękają w kształt wzoru jaki znajduje się na ścianach pokoi, zaś nazwiska bohaterów są nazwami więzień, a ich charaktery zdają się odpowiadać cechom tychże zakładów karnych.
Atmosferę filmu tworzą dźwięk oraz przestrzeń. Suche odgłosy otwierających się drzwi, przesuwających się sześcianów, oddechy, dźwięki przypominające szepty. Kolory poszczególnych sal odpowiadają danej sytuacji: agresja i złość towarzyszy czerwonym pokojom, niebieskie to spokój, a żółte oznaczają wyczerpanie lub zamknięcie pewnego etapu.
Cube można interpretować na wiele sposobów. To poszukiwanie wolności, próba ucieczki ze świata, która okazuje się niemożliwą, bo za drzwiami kryje się kolejny, identyczny pokój. Czy warto próbować uciekać? Czy warto podejmować jakąkolwiek próbę wydostania się z kostki?


Informacje
Tytuł Cube
Reżyser Vincenzo Natali
Gatunek Thriller
Rok produkcji 1997
Kraj produkcji Kanada
Ulubiony bohater David Worth (David Hewlett)
Ulubiony cytat Rozmowa Wortha i Leven:
- A co jest poza sześcianem?
- Bezgraniczna ludzka głupota.
Ulubiona scena Zielony pokój.
Zwiastun Klik