czwartek, 14 września 2017

Dlaczego Survivor 35 wygra Heroes?

Jakiś czas temu na blogu pojawił się ten post i teraz wypadałoby, a nawet należy poświęcić temat plemieniu Levu. Dlaczego program wygra osoba z plemienia "Heroes"? Kim są bohaterowie? Jakie cechy posiadają i czego będziemy mogli się po nich spodziewać? Bohaterskich czynów, czy może posunięć godnych czarnych charakterów?
Przed programem "Heroes" zostali scharakteryzowani jako ludzie służący obywatelom swoją heroiczną pracą oraz poświęceniem. Za przykłady można podać zawody takie jak policjanci, strażacy oraz żołnierze. Przez 34 edycje Survivor przewinęły się setki osób powiązanych z tymi zawodami, o sporej części zapomniałem, bo nic nie wniosła, ale byli wśród nich też ludzie, których taktyka i sposób bycia doprowadziły ich do końca gry oraz tytułu zwycięzcy, o tym za chwilę.
Dla "Heroesów" nie jest to debiut. Bohaterowie pojawili się w jubileuszowej, dwudziestej edycji programu, gdzie mięli zmierzyć się z plemieniem "czarnych charakterów". Obie drużyny składały się z graczy znanych z poprzednich sezonów, typowa edycja all stars. Plemię Heroes cechowała praca zespołowa, lojalność, harmonia i wzajemny szacunek. I podejrzewam, że właśnie na tym (w założeniu) mają bazować relacje w Levu. Spokój, ład i porządek są wpisane w naturę "dobrych". Myślę, że Levu będą się jednak różnić od Heroes jedną ważną cechą, przywództwem. Wydaje mi się, że bardziej będą oni nastawieni na podporządkowanie i posłuszeństwo niż uczciwość. Tak, Levu będzie plemieniem liderów, takich którym może/chce zaufać przeciętny obywatel. Silny przywódca zdobywa szacunek i to ważna cecha w grze. Ci gracze potrafili skupiać wokół siebie ludzi, stawali się liderami sojuszy i bazując na zaufaniu pozostałych eliminowali kolejne osoby, torując sobie drogę do finału. Chyba najlepszymi przykładami będą tutaj policjanci Tony Vlachos, Sarah Lacina oraz strażak Jeremy Collins. Dla nich od początku Survivor był czystym biznesem opierającym się na zasadzie: "zdobyć zaufanie i iść po wygraną". Skupiali wokół siebie ludzi i niejednokrotnie dokonywali posunięć ryzykownych, które, niestety, szarpały ich grą społeczną. Różnica między nimi, a "Healersami" jest zauważana na pierwszy rzut oka. Ci "Heroes" wyznają taktyka silnej ręki, niczego nie robimy za plecami.

Tom Westman, Survivor: Palau
Innym aspektem heroizmu jest "amerykański" mit szczęścia. Czy nie byłoby doskonale, gdyby program wygrał człowiek utożsamiający się z ciężką pracą, etyką i bohaterstwem? Nie sam zawód czyni z ciebie bohatera. Możesz na co dzień pracować w służbie obywatelom, narażać życie, ale być niekochaną postacią telewizyjną jak Sarah. Ludzie chcą bohaterów pokroju Toma Westmana. Widzowie kochali go za osobowość i ojcowską pieczę nad Koror, ale w podobnym stopniu kibicowali Mikeowi, który sprzeciwiał się atakowaniu Szirin w Survivor: Worlds Apart. Lekcja z dobrej telewizji jest łatwa do zapamiętania ciężka praca popłaca, a dobrym ludziom przytrafiają się dobre rzeczy. I myślę, że Jeff Probst, a także widzowie liczą na taki typ bohatera. Człowieka, który udowadnia, że jego skala wartości jest dużo silniejsza od wykalkulowanych ruchów.
Samo plemię zdaje się nie będzie miało problemów z wygrywaniem nagród i immunitetów. Muszą to być ludzie sprawni fizycznie, silni, inteligentni, tacy superbohaterowie. Czy na pewno tak będzie? Tony nigdy nie wygrał indywidualnej nietykalności. Z kolei Jeremy w setce zażartował sobie, że "ssie w tych konkurencjach". Mimo wszystko wydaje mi się, że "Heroes" będą radzili sobie bardzo dobrze i rywalizowanie z pozostałymi drużynami będzie szło bez problemów. Większym problemem mogą być wzajemne relacje w plemieniu Levu. Kto zostanie liderem, w plemieniu składającym się z liderów? Czy w grupie sześcioosobowej powinno być więcej niż jeden przywódca? Czy nie poprowadzi to do sytuacji, każdy sobie? Największym problemem Levu będzie zdolność do bezkonfliktowej współpracy i, o ironio, zaufanie. Komuś będzie trzeba zaufać i nie dać się zwariować w razie, gdyby przeszli przez pierwszy etap gry bez rady plemienia.
A wy macie jakieś typy na zwycięzcę? Które plemię poradzi sobie najlepiej?

Foto z Grafika Google.

środa, 6 września 2017

Filmy z toaletowymi żartami. Gówniane poczucie humoru?

Wrzucam obrazek z najnowszego przeboju The Emoji Movie i naiwnie liczę, że wystarczy to za wstęp, rozwinięcie i zakończenie tematu jaki chcę podjąć. Nie? Nie wystarczy? Tak myślałem... Cóż wychodzi na to, że mój blog osiągnął poziom klozetu :) Ostatnio brałem udział w dyskusji o kupie w filmie, a dokładniej o żartach z kiblem w tle. Każdy chyba ma pojęcie o jakim rodzaju dowcipu piszę, ktoś dostaje biegunki, a w toalecie akurat zabrakło papieru toaletowego. Gdy ktoś mówi: "w filmie pojawia się żart o kupie" przed oczyma duszy mojej pojawia się scena ze Scary Movie albo jakieś dzieło kinematografii popełnione przez Adama Sandlera. W każdym razie dowcipy o sraczce lub klozecie obniżają wartość filmu, z tym się nie kłócę, ale gniot, gniotowi nierówny, prawda? Nie wszystko trzeba omijać szerokim łukiem i sprowadzać do poziomu filmów braci Wayans. Dla draki postanowiłem stworzyć listę dziesięciu DOBRYCH filmów, w których pojawiają się kiblowe żarty. Także zapraszam, jest miejsce, bo moja godność i powaga zdążyły opuścić to pomieszczenie. Aha, w tytułach znajdują się linki do scen, które oglądacie na własną "przyjemność", w nawiasach tytuły filmów.

Pan Kibelek (I kto to mówi 2)
Zacznę od czegoś bardzo lajtowego i nie do końca wpasowującego się w kolejne propozycje z tej listy. I kto to mówi 2 opowiada o Jamesie, Mollie i dwójce ich pociech. Mały Mikey został wreszcie starszym bratem i teraz musi stanąć przed nowymi wyzwaniami takimi jak chociażby nauka korzystania z sedesu. Jest to o tyle problematyczne, że Pan Kibelek jest przerażający. Ma wielkie zęby, krzyczy, plując wodą i pożera siuśki. I jak tu porzucić pieluchy?

Incydent fekalny (Inna kobieta)
Tu w zasadzie nie ma oryginalności, ale podaję ten przykład, bo mimo wszystko film jest do obejrzenia.Trzy kobiety, żona i dwie kochanki, postanawiają zemścić się na niewiernym mężczyźnie. Ich pomysły może i są ograne, ale z pewnością niezawodne. Jednym z nich jest podanie środka przeczyszczającego. Późniejsze wydarzenia możecie sobie wyobrazić, a odpowiedź na pytanie zatroskanej żony, dlaczego wróciłeś w takich spodniach jest bardzo dyplomatyczna: "przytrafił mi się incydent". Resztę przemilczmy.

Co tam robisz, Harry? (Głupi i głupszy)
Klasyka komedii i zarazem świetny duet aktorki Jim Carrey oraz Jeff Daniels. Ta scena to "kwintesencja" toaletowego poczucia humoru. Są środki przeczyszczające, randka z piękną kobietą oraz niedziałająca toaleta. Mimika, ruchy, dźwięki są przesadzone i głupie, że aż zabawne.

Czerwona pigułka (Formuła)
W przeciwieństwie do amerykańskiego kina, brytyjskie nie bawi się w schematy. Tu musi być boleśnie i prawdziwie. W scenie, niczym z Matrixa, chemik grany przez Samuela L. Jacksona oferuje grupie skinheadów tabletkę czerwoną i niebieską. Za jego namową, chłopaki sięgają po czaerwoną. Gra głośna muzyka, zwierzęta w klatkach czują niepokój i coś zaczyna się dziać. My nie wiemy dokładnie co? Chemik podał im truciznę? W kolejnej sekundzie wszystko się staje jasne.


Smacznego (Służące)
Gdyby jednak ktoś narzekał na monotonię listy, wspomnę o Służących. Obsypany nagrodami film opowiadał historię dziennikarki piszącej o życiu czarnoskórych służących. Scenę, dzięki, której film znalazł się na liście zawdzięczamy Minny. Zwolniona i niesłusznie oskarżona o kradzież postanawia wyrównać rachunki z byłą pracodawczynią. Kobieta piecze ciasto i z uśmiechem na twarzy przygląda się zajadającej Hilly. Wszystko idzie gładko do momentu, aż Minny nie zdradza sekretnego składnika wypieku.

Zabrakło papieru (Nadchodzi Polly)
 Ten sam żart można opowiadać na około. I co ciekawe, opowiada go się, w zmienionej scenerii, z nowymi twarzami, podobnym przebiegiem, ale zamysł jest zawsze taki sam - nieudana randka. Po kolacji Reuben wraca z Polly do jej mieszkania. Udaje się do toalety i jak na złość braknie papieru. Zdesperowany używa ręcznika, który Polly otrzymała od babci (jeśli dobrze pamiętam). Ręcznik nie daje się spuścić i po chwili cała łazienka tonie w wodzie z kibla. Zastanawiając się, dlaczego takie sceny pojawiają się w komediach romantycznych? Bo trzeba się upokorzyć, romans nie jest poważny, a nie ma bardziej poniżającej i stresującej sytuacji od niszczenia cudzej własności i to w taki sposób. Komedia romantyczna musi ośmieszyć kochanków i to w najlepszy dla siebie sposób.

Instrukcja obsługi (Dlaczego on?)
W pełni zautomatyzowany dom Lairda to po prostu perełka, którą z chęcią chwali się przed rodziną swojej dziewczyny, ale co z toaletą? Pech chce, że jego przyszyły teść, Ned ma problem z obsługą urządzenia. Szybko okazuje się, że kibel należy zresetować ręcznie i z pomocą przychodzi Gustav, prawa ręka Lairda. Sytuacja jest żenująca, a Ned mokry ze wstydu. Trudno mu się dziwić.

"Zesrałaś się na ulicy" - podsumowała Annie, ale od początku. Bycie pierwszą druhną to nie lada wyzwanie dla Annie. Dziewczyna najpierw organizuje pannie młodej i jej koleżankom obiad w podejrzanej knajpie, a potem przymierzanie sukienek weselnych w drogim butiku. Wszystko idzie dobrze do momentu, aż kobiety nie dostają biegunki. Zrozpaczona Lillian wybiega na ulicę w pięknej sukni ślubnej i robi to, o czym mówi na środku ulicy. Druhny polecam, które poza świetnymi aktorkami oferują interesującą historię o prawdziwej przyjaźni.

Śniadanie u teściów (Trainspotting)
Rozpoczynając listę wiedziałem, że najlepszy film Danny'ego Boyle znajdzie się na niej. I wiedziałem to oburzając się na "niesprawiedliwą krytykę" żartów o kupie. Bohaterem filmu jest młody narkoman, Mark Renton, ale bohaterem sceny, o której mówię jest jego dobry przyjaciel Kartofel. Po nocnej imprezie Kartofel trafia do domu swojej dziewczyny gdzie usypia. Nazajutrz dochodzi do niego, że... zesrał się. Zakłopotany zabiera pościel ze sobą, gdy trafia na rodzinne śniadanie. Potem są grzeczności, wyrywanie sobie pościeli, a zresztą taką katastrofę trzeba obejrzeć samemu.

I teraz twist! Dziesiąty film zapodacie wy, czytelnicy. Skoro ja mogłem podać listę dziewięciu filmów, to wy możecie dopisać do niej numer dziesiąty i nie ma że boli. 

niedziela, 3 września 2017

[Wakacyjne wyzwanie] Delicatessen

Bez przedłużania, wakacje dobiegły końca i również wakacyjne wyzwanie musi się zakończyć, a na deser zostawiłem sobie Delikatesy, a właściwie Delicatessen. Jest to francuska produkcja powstała w 1991 roku, za którą twórcy Jean-Pierre Jeunet (Amelia, Obcy: Przebudzenie) oraz Marc Caro otrzymali wiele nominacji do prestiżowych nagród filmowych. Film doczekał się czterech Cezarów za scenografię, montaż, scenariusz i debiut reżyserski. Czym właściwie jest Delicatessen? O czym opowiada?
W bliżej nieokreślonej przyszłości nie dzieje się najlepiej... W zaniedbanej, francuskiej kamienicy rządy sprawuje Rzeźnik (Jean-Claude Dreyfus). Ksywka nie wzięła się znikąd, bowiem mężczyzna praktykuje kanibalizm. Pewnego dnia do kamienicy przybywa Louison (Dominique Pinon) poszukujący zatrudnienia. Sąsiedzi nie mogą się doczekać chwili, gdy będą mogli skosztować nowego sąsiada...
Przyznam się, że do filmu podchodziłem dwa razy. Za pierwszym razem odtrąciła mnie ohyda. Film otwiera scena, w której koleś próbuje uciec kanibalom. Przebrany za śmieci wskakuje do kubła i rach-ciach przechodzimy do sceny w sklepie, gdzie poporcjowane mięso trafia do klienteli. Nie, nie jestem delikatny, oglądam filmy gore, ale w tej prostocie i takim poczuciu beznadziejnej biedy było coś co zniechęciło mnie do dalszego oglądania. Za drugim podejściem brzydota przestała mnie razić, a co ważniejsze zacząłem lubić estetykę dzieła – wilgoć, brud, potworność zachować postaci. Groteska goni groteskę, ale im dłużej oglądasz, tym bardziej czujesz się oczarowany. Wszystko to ma swoje uzasadnienie. Są ciężkie czasy, nie ma jedzenia, bohaterowie handlują jedzeniem, bo ono ma najwyższą wartość w tym świecie. Kanibale nie są źle, a nastawieni na przetrwanie. Muszą sobie sami radzić i w ich nieokrzesanym sposobie bycia jest więcej prawdziwości i sensu niż w postaciach z kina gore, które zabijają dla sportu. 

Interes się kręci...
Wizualnej stronie nie mogę niczego zarzucić. Podobnie od strony dźwiękowej. Połączenie prozaicznych odgłosów codzienności (skrzypienie łóżka, trzepanie dywanu) z wiolonczelą stworzyło fajny podkład, czy późniejsza, wspólna gra Julie i Louisona. Co wygrywa w kategorii najlepsza scena? Zdecydowanie sen Julie o klaunie. Tak właśnie powinny wyglądać sny, no może nie każdy powinien być o przerażających klaunach, ale zdecydowanie spodobała mi się atmosfera podszyta niepokojem. Przy okazji napiszę, że ostatnio myślałem o stworzeniu jakiejś topki niepokojących scen z filmów, bo w internetach mało takich rzeczy i niekoniecznie odnoszą się do samego poczucia niepokoju. Ulubiona postać? Rzeźnik. Postać grana przez Jean-Claude Dreyfusa była rewelacyjna – jego brutalność, humor, wątpliwości – wszystko to składało się na postać, którą widz lubi i kibicuje, mimo że ma się świadomość, że został on obsadzony w roli czarnego charakteru i historia raczej źle się dla niego zakończy. Pozostali byli po prostu w jego cieniu, ale można wyróżnić Chick Ortega oraz Karin Viard za urodę.
Fabułę streściłem w drugim akapicie i szczerze? Nie miała dla mnie większego znaczenia i widać to w końcówce będącej jednym, wielkim chaosem. Całą robotę odwaliła estetyka Delicatessen oraz postać Rzeźnika.I myślę, że dla tych dwóch powodów warto było zapoznać się z tym filmem.

Czy obejrzałbym ponownie?
Nie jest to film, który można nadużywać, ale z pewnością broni się i myślę, że kiedyś mogę chcieć sobie go przypomnieć. 

Z mojej strony wakacyjne wyzwanie dobiegło końca. Dziękuję Tat i Hienowi za propozycje filmów i seriali. Nie nudziłem się i przy okazji trafiłem na propozycje, po które pewnie sam nie sięgnąłbym i mam nadzieję, że moje propozycje również wam się podobały. Do kolejnego wyzwania, hej!

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

[Wakacyjne wyzwanie] Inferno Cop

Komiks? Superbohaterowie? Zombie? Przemoc? Sporo nawiązań do popkultury? Czy to wystarczy, aby stworzyć dobrą i nietuzinkową serię? Na dobrą sprawę to nie mam pojęcia jak rozpocząć ten post, ale takie ryzyko zawsze istnieje, gdy ktoś poleca mi jakąś rzecz, o której potem piszę na blogu i tak też było z trzecim wakacyjnym wyzwaniem, Inferno Cop. Nie, nie jest to najdziwniejsza rzecz z jaką miałem do czynienia, ale z pewnością jest to twór interesujący, o którym można powiedzieć wiele i nic. Także jedziem z tym śledziem.
Inferno Cop to krótkometrażowa seria anime, powstała w 2013 roku, autorstwa duetu Akira Amemiya i Hiroyuki Imaishi. Serial liczy sobie trzynaście odcinków, a każdy z nich trwa około trzech minut. Tytułowy bohater to brutalny gliniarz z Jack Knife Edge Town. O ile miejsce akcji nie ma większego znaczenia, to już o wyglądzie stróża prawa warto napisać, bo do złudzenia przypomina on postać Ghost Ridera z uniwersum Marvela. Pierwszy raz piekielnego policjanta poznajemy, gdy ratuje z opresji ciężarną kobietę. I tu właściwie zaczynają się jego kłopoty z złowrogą organizacją. 

Czyż nie przypomina wam kogoś?
Wielkiej fabuły to tu nie ma. Inferno Cop nadaje się doskonale jako zabijacz czasu, przy czym dostarcza widzom brutalnej, odmóżdżającej rozrywki. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że nie każdy pokocha taki rodzaj humoru. Okej, przyznaję, podobał mi się odcinek z wyścigiem. Niby takie nic, a cieszy :) Z Inferno Cop toczyłem prawdziwy bój. Po pierwszym odcinku seria odrzuciła mnie od siebie, bo co to niby jest? Potem przyzwyczaiłem się do prezentowanej "awangardy", aby pod koniec zacząć odczuwać delikatne znużenie.
Seria jest o tyle specyficzna, że nie mamy animacji. Ta, jeśli ktoś pomyśli o animacjach z kraju kwitnącej wiśni, wyobraża sobie duże oczy, kolorowe i wymyślne fryzury oraz smukłe sylwetki. Inferno Cop proponuje nieruchome plansze i dubbing. Zapomnijmy o ruchu. Tutaj otrzymujemy wyłącznie klimat komiksu. Warto zaznaczyć, że nie takiego z mangi, ale krwistego komiksu amerykańskiego. Kreska przywodzi na myśl historie o superbohaterach i w zasadzie jedyną rzeczą, która odróżnia serial od wersji czytanej jest brak dymków z dialogami. Oto cały koncept. Co mi się podobało? Muzyka. Po każdym odcinku z chęcią zostawałem na napisać końcowych, aby posłuchać sobie endingu.
 Przy tego rodzaju produkcjach zawsze zastanawiam się, czy coś przegapiłem? Czy taka surrealistyczna seria kryje w sobie coś więcej? Może parodia ma służyć jakimś wyższym celom, których głupi ja nie rozumiem? Forma nieważna, liczy się przekaz, ale jaki właściwie jest ten przekaz? Z tym pytaniem pozostawiam czytelników, sami oceńcie Inferno Cop. 

Czy obejrzałbym serial ponownie? 
Myślę, że nie, ale dziękuję Hienowi za polecenie, bo mimo wszystko Inferno Cop zapamiętam.

niedziela, 13 sierpnia 2017

[Wakacyjne wyzwanie] Kontrolerzy

Za wprowadzenie do wyzwania posłuży mi tym razem historia, której byłem świadkiem ostatnio (jakieś dwa tygodnie temu) w drodze do pracy. Wsiadłem do autobusu, zająłem miejsca na samym końcu dla siebie oraz jednego takiego, który dosiada się do mnie na późniejszym przystanku, ale to akurat bez znaczenia. W środkach komunikacji miejskiej zawsze natrafiasz na "znajomych-nieznajomych" oraz wariatów, ale o tym za chwilę... Naprzeciw mnie usiadł kanar! On siedzi z obojętnym wyrazem twarzy, a ja w ogromnym stresie. Kiedy rozpocznie cholerną kontrolę biletów? Zwykle czytam, piszę, słucham muzyki lub zasypiam i nie lubię, gdy ktoś mi przerywa. Czekam, czekam, przystanki mijają, a we mnie rośnie swego rodzaju irytacja. Co ten dziad sobie myśli? Już chcę wstać i sam okazać mu swój bilet, gdy wreszcie rozpoczyna się kontrola. Aha, złapali kogoś bez biletu. Zaczyna się scena z wariatką w roli głównej. Nie, nie ma biletu, spisać się nie da, bo nie ma dokumentów i ona musi wysiąść teraz, a oni jak chcą to mogą z nią, inaczej zadzwoni na policję, a domaga się wstawiennictwa innych pasażerów. W końcu wysiedli, a ona im zaczęła spierdalać.
Nie łatwa jest praca kontrolera zdaje się potwierdzać węgierska produkcja Kontroll z 2003 roku w reżyserii Nimród Antal. Było to dla mnie o tyle nowe doświadczenie, że nie znam wielu filmów produkcji węgierskiej i byłem ciekawy efektu.
Bohaterem historii jest Bulcsú, młody kontroler z budapeszteńskiego metra. Wraz z czwórką kolegów po fachu przekonywał mnie jak bardzo niewdzięczna jest praca kanara, a w dużej mierze polega ona na ciągłym użeraniu się z chamskimi pasażerami. Przedstawione sytuacje są komiczne, a argumenty padające po obydwu stronach wywołują uśmiech na twarzy. Nie jest jednak tylko zabawnie, bo pojawiają się także kłopoty. Bulcsú bardzo chce opuścić podziemia, ale cały czas hamuje go jakiś nieuzasadniony lęk przed światem zewnętrznym. Pomijając niechęć oraz wstyd, praca generuje stres, stres prowadzi do niebezpiecznych sytuacji, a te z kolei rodzą strach. Wszystko tworzy nieprzerwany ciąg. Kontrola, pasażerowie, kłótnia, jakaś szarpanina i tak dalej. Moim pierwszym skojarzeniem była syzyfowa praca, bo czy ona ma jakiś sens? Czy dokądś prowadzi? Żadnej chęci, rezultatów, czy pochwał. Praca w metrze jest jak kara, której bohater poddał się dobrowolnie.


Dziewczyna miś nie kupuje biletu. Nigdy!

Poza Bulcsú jest cała masa innych postaci. Jest dziewczyna w stroju misia, która uparcie podróżuje bez biletu, szef wszystkich szefów, motorniczy, kapturnik oraz utykający K. Zainteresowała mnie większość, dlatego żałuję, że nie poświęcono im więcej uwagi i tak naprawdę wszyscy są tylko tłem dla głównego bohatera. I na przykład,  ważnym wątkiem wydają się tajemnicze samobójstwa pasażerów. Ludzie dobrowolnie skaczą pod pociągi, czy może ktoś im pomaga? Gdzieś tam pojawiają się postaci podejrzanego faceta  oraz groźnego szefa próbującego dojść do prawdy. Nie będę spoilerował, ale rozwiązanie sprawy bardzo mnie rozczarowało. 
Sam film stara się balansować pomiędzy dramatem, a komedią. Z jednej strony daje porządną rozrywkę. (sceny rozmów z psychologiem prześwietne, współczuję doktorkowi), ale z drugiej próbuje realizować ważny temat. O ile jeszcze rozumiem zamysł twórców, tak ostatnie sceny filmu i próby nadania mu symbolicznego znaczenia kompletnie do mnie nie przemawiają. 
Kontrolerzy potrafią wywołać uśmiech na twarzy, ale w żadnym wypadku nie należy ich traktować jako czarnej komedii. Jest to trudna historia próbująca nakłonić widza do myślenia. Pozycja warta zapoznania się.

Czy obejrzałbym ponownie? 
Obejrzałem, ale drugi raz po ten film nie sięgnę.

środa, 2 sierpnia 2017

Dlaczego Survivor 35 wygra Healers?

O tym, że reality show lubi szufladkować mógł się przekonać każdy, kto chociaż liznął temat programów rozrywkowych. Posługując się pewnymi wzorami prościej jest przekazać cały emocjonalny ładunek widzom śledzącym telewizyjną grę. Czarny charakter przegrywa przez zarozumiałość, ładna blondynka jest urocza i pusta, a nieprzystosowany do gry introwertyk musi odnaleźć w sobie siłę i dokonać imponującej przemiany.
Od kilku lat Survivor stawia na mocno zarysowane różnice społeczne - wiek, płeć, zawód, a co za tym idzie sposób bycia oraz wartości. Kiedyś plemię X walczyło z plemieniem Y. Dzisiaj plemiona X, Y i Z opisywane są poprzez jakąś dominującą cechę. Kolejny, trzydziesty piąty już, sezon Survivor zaprezentuje starcie trzech plemion nazwanych: "Heroes", "Healers", "Hustlers".
Plemię "Healersów", czyli uzdrowicieli mają tworzyć osoby zajmujące się leczeniem ciała i ducha. W tej grupie pojawią się zawody związane z medycyną. Lekarze, pielęgniarki, instruktorzy jogi. Kim są? Jak sobie poradzą w społecznym eksperymencie? Od razu postawię swoją tezę - poradzą sobie bardzo dobrze. W historii reality show pojawiło się już kilku "uzdrowicieli", którzy potrafili rozegrać grę strategicznie, emocjonalnie i/lub fizycznie. Przykłady? Pielęgniarka Cirie Fields, terapeutka Denise Stampley, instruktor jogi  Aras Baskauskas. Ich zawody łączy jeden wspólny mianownik - pracują z ludźmi. Ich zawody wymagają zaufania pacjentów, a ich najważniejszą cechą jest troska o drugiego człowieka, a co za tym idzie bardzo dobra gra społeczna. Cirie nigdy nie wygrała indywidualnego immunitetu. Swoją grę opierała na budowaniu więzi z innymi graczami i odrobinie strategii. W tym połączeniu stawała się wielkim, chociaż dla wielu zawodników niezauważalnym zagrożeniem. Podobnie zresztą sprawy miały się z Nicole Franzel, zwyciężczynią Big Brother. Tak, wiem, Big Brother to nie Survivor, ale ze względu na kilka podobieństw pomiędzy formatami pozwolę sobie umieścić i ten przykład. Nicole potrafiła zdobywać sympatię odpowiednich osób, a przy tym dokonywać ruchów za kulisami.

Cirie Fields, Survivor: Exile Island
Denise Stampley należała do wyjątkowo pechowego plemienia. Plemię Matsing przegrywało każdy konkurs, tym samym pojawiając się na każdej radzie. Jak myślicie, ile głosów, łącznie, do odejścia otrzymała Denise? Matsing liczyło sześć osób, a w swoim krótkim żywocie musieli przejść przez proces eliminacji cztery razy. Zero głosów. W przeciwieństwie do Cirie, Denise nie była zawodnikiem "mocno strategicznym". W pierwszych odcinkach pokazywano nam jak rozmawia z ludźmi, poznaje ich, daje się polubić i chociaż w późniejszych etapach gry przestała być postrzegana jako lubiana osoba, wygrała Survivor: Philippines dzięki temu, że przeszła grę bezkolizyjnie. 
Można obstawiać, że ludzi z plemienia Soko (oficjalna nazwa Healers) będzie charakteryzować bezkonfliktowość, cierpliwość oraz empatia. Będą stawiali na urodę zewnętrzną i wewnętrzną. Pozostałe plemiona mogą nie widzieć zagrożenia wśród medyków, a ci, niepostrzegani jako zagrożenia, będą mogli dokonywać bezlitosnych ruchów, które być może zagwarantują jednemu z nich tytuł Sole Survivor.
Co będzie dla nich najtrudniejsze? Myślę, że element fizyczny, a co za tym idzie etap pre-merge. Walka o immunitety jest wyczerpująca, a konkurować będą z Herosami (plemię omówię za jakiś czas). Dopiero dotarcie do jakiegoś bezpiecznego punktu (przemieszanie, połączenie) zagwarantuje ludziom z Soko stabilniejszą pozycję.

Grafika wujek Google.

wtorek, 25 lipca 2017

[Wakacyjne wyzwanie] Artyści

Z niewielkim opóźnieniem (wielkim, bo założyłem sobie, że ten post wstawię tydzień z hakiem temu) przystępuję do wakacyjnego wyzwania i pierwszej propozycji z listy – serialu Artyści – zaproponowanego przez Hiena. Zacznę od tego, że lubię teatr i sam zastanawiałem się nad zaproponowaniem do wyzwania spektaklu, ale w ostatniej chwili spasowałem.
Ośmioodcinkowy serial Artyści został zrealizowany przez Monikę Strzępkę i Pawła Demirskiego we współpracy z Telewizją Polską. Postacią, wokół której koncentruje się historia jest Marcin Konieczny (Marcin Czarnik). Młody reżyser z prowincji przeprowadza się wraz z rodziną do Warszawy, aby objąć tam stanowisko dyrektora Teatru Popularnego po tym, jak jego poprzednik popełnia samobójstwo. Z początku Marcin wydaje się postacią trochę bujającą w obłokach. Wrażliwy, pełen ideałów artysta, który na pierwszym spotkaniu w teatrze śmiało ogłasza swoje plany na sezon. Jego spojrzenie na sprawy szybko ulega zmianie. Nowe obowiązki przysparzają mu mnóstwa stresów. Jest biurokracja, jakiś budżet, niby życzliwi urzędnicy chcący wbić nóż w plecy, złośliwa prasa, wrogo nastawieni aktorzy, a w domu baba nie do końca zadowolona z posady męża. Każdy czegoś chce i jak tu nie zwariować?
Poza Marcinem pojawia się masa innych postaci. Są aktorzy niepogodzeni ze śmiercią poprzedniego dyrektora, sympatyczny portier, sprzątaczka rozmawiająca z duchami, uciekająca księgowa, kierownik techniczny, asystent lizus i wielu innych. Wątki tych postaci rozgrywają się na drugim planie, Mimo to potrafią angażować widza w pełni, ale przy tym nie przysłaniają głównego wątku. Jednak moim absolutnym faworytem po pierwszym odcinku został Jaskuła (Michał Majnicz).

Marcin spóźnia się już pierwszego dnia.
Jeśli chodzi o aspekty techniczne to jestem zauroczony chłodną scenografią, poszczególnymi kadrami, grą świateł, które wprowadzają pewnego rodzaju niepokój. Na całe szczęście "posępną atmosferę" rozładowują różnego rodzaju humorystyczne akcenty i tu ukłon do wspomnianego wyżej Jaskuły. Celowo nie wspominam o muzyce, która najzwyczajniej w świecie nie wpadła mi w ucho. Oczywiście, pasuje do serialu, ale nie koniecznie mi odpowiada.
Przed obejrzeniem Artystów postanowiłem przejrzeć profil serialu na portalu  filmowym i pomimo ciepłych recenzji, określeń "najlepszy serial wyprodukowany przez TVP" z przykrością, że nie cieszy się on dużą popularnością. Nie dziwię się. Premiera przeszła bez większego echa, a sam serial był emitowany późnym wieczorem w TVP2. Szkoda, że tak świetny serial, wyróżniający się na tle innych polskich produkcji został potraktowany po macoszemu. Pozostaje mi jedynie zachęcić czytelników do zapoznania się z Artystami.
I teraz zastanawiam się, czy ludzi interesuje teatr? Jakie mają wyobrażenie spektaklu? Wydaje mi się, że dla przeciętnego Kowalskiego teatr przypomina spektakl Natrętów, których fragment mogliśmy obejrzeć w pierwszym odcinku serialu. Byłoby fajnie, gdyby dzięki temu serialowi przeciętny Kowalski zdecydował się wybrać do teatru.

Czy obejrzałbym serial? 
Już zacząłem trzeci odcinek, a więc tak.