wtorek, 23 kwietnia 2019

Czy ja nadal nie lubię seriali? Polecam seriale Preity...

Jakoś nigdy nie przepadałem za serialami - autor bloga napisał pierwsze zdanie, a potem głęboko westchnął i zastanowił się nad odpowiednią argumentacją. Właściwie, dlaczego nie lubię seriali?  Czy nadal nie lubię seriali? Pamiętam, jak bardzo nie lubiłem oglądać seriali. Zawsze nadchodził ten moment, w którym akcja stopowała i wchodziły napisy końcowe, a ty człowieku, musiałeś czekać cały tydzień, aby poznać dalsze losy bohaterów. Jak wkurzający jest clifhanger na koniec odcinka (o takim na koniec sezonu nawet nie śmiem wspominać)? Doskonale pamiętam moment meksykańskiej albo argentyńskiej telenoweli, gdy zła bliźniaczka zostaje zdemaskowana przez inną bohaterkę.
Kamera najeżdża na wredną oszustkę łapiąc jej zmieszanie, po czym szybko leci złapać przerażenie na twarzy dobrej bohaterki. Co teraz?! No i leci dżingielek, "la usurpadora", koniec odcinka. Następny kiedy indziej. Dzisiaj dzięki opcji online mogę oglądać seriale bez uzależnienia od programu telewizyjnego. I to jest fajne, bo mogę wybierać nie tylko temat serialu, ale i ilość.
W świat seriali wkroczyłem niedawno i nieśmiało, ale mimo to zdążyłem obejrzeć kilka ciekawych produkcji i kilka z nich chciałbym polecić mojej koleżance, wojowniczce dzierżącej szydełko w dłoni, władczyni Marsa i autorce bloga Wody Marsa, a przy okazji chciałbym napisać o kilku moich spostrzeżeniach dotyczących odbioru seriali.

Hyperdrive
czyli brytole podbijają kosmos


Wybór jest niełatwy, ale zacznę od produkcji, za którą mnie zabije. Zabije, bo nie znalazłem tego serialu w polskiej wersji językowej. Czyli jak ma mnie zabić to niech zrobi od razu i po sprawie, ale wspomnieć o Hyperdrive muszę. Ten dwunasto odcinkowy sitcom powstał na zlecenie telewizji BBC. Serial stał się parodią kina sci-fi, bo oto mamy brytyjską załogę statku kosmicznego przemierzająca bezkresną galaktykę i to w zasadzie tyle.
Brytyjski humor przez wiele dekad ewoluował i zmieniał się. Dzisiaj jest bardziej nastawiony na globalnego odbiorcę -  nie boi się przekleństw i pieprznych dowcipów, ale dla oddania mu sprawiedliwości nadal przemyca ironiczny uśmieszek. Gdy zaś ten dobrze znany humor brytyjski z seriali takich jak 'Allo 'Allo!, o którym dało się rozprawy i eseje pisać był jak ładnie opakowana bombonierka ze smakowitymi czekoladkami w stylu "Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać". Dzisiaj łatwiej jest znaleźć dobry serial dramatyczny od smakowitej bombonierki... i Hyperdrive to potwierdza. Nie jest to żadna pozycja obowiązkowa, ale warto wiedzieć, że gdzieś we wszechświecie istnieje Hyperdrive.


Z Larkrise do Candelford
czyli o nieubłaganych zmianach


Teraz coś z zupełnie innej szafki; komedia, obyczaj, a czasem romans. Inna produkcja BBC to składający się z czterech sezonów serial Z Larkrise do Candelford przenosi nas na XIX-wieczną angielską prowincję do miasteczka Candelford i sąsiadującej z nim wioski Larkrise. To tutaj poznajemy główną bohaterkę, Laurę, która zostaje wysłana do pracy w urzędzie pocztowym. Razem z Laurą poznawałem pracowników poczty, ich rodziny i przyjaciół. Przede wszystkim jest to produkcja z wieloma barwnymi, kobiecymi postaciami - Dorcas Lane i jej największe słabostki, głupiutka Minnie, wścibskie siostry Pratt, bojaźliwa córka pastora i wiele innych, przy których, o ironio, blado wypada sama Laura.
Akcja serialu płynie nieśpiesznie. Nie ma tutaj rozbudowanych intryg. Czarnych charakterów na miarę bohaterek brazylijskich telenoweli. To serial o życiu małej społeczności; przekonaniach, miłostkach, a czasem trudnych wyborach. Gdzieś w tle pojawiają się wielkie zmiany i z końcem czwartego (przyznam, że najgorszego) sezonu głośno pukają do drzwi. Chociaż chętnie obejrzałbym dalsze perypetie mieszkańców Larkrise i Candelford to obawiam się, że kolejne sezony brutalnie mogłyby zniszczyć obraz sielanki, w której czas stanął w miejscu.


Flash Forward. Przebłysk jutra
czyli ano właśnie...


Cały świat traci przytomność na dwie minuty i siedemnaście sekund. W trakcie "zaćmienia" ludzie otrzymują tajemnicze wizje wydarzeń, które mają nastąpić dopiero za sześć miesięcy. Sprawa wstrząsa światem. Jak do tego doszło? Kto jest odpowiedzialny za tę sytuację? I najważniejsze, czy w przyszłości mogą wystąpić kolejne przebłyski? Do wyjaśnienia sprawy zostaje powołany agent Mark Benford, który w swojej wizji "otrzymał" najwięcej tropów dotyczących sprawy. Różni ludzie reagują w różnoraki sposób na swoje wizje. Interpretują je jako znaki od Boga, uważają za fatum, którego nie da się uniknąć lub wręcz odwrotnie usilnie starają się uniknąć przeznaczenia. Jedno jest pewne: wizje przyszłości rzutują na bohaterów i każdy kolejny ruch.
Bohaterów jest bardzo wielu. Większość da się polubić i z przejęciem śledzić ich losy. No może poza Olivią Benford i upierdliwym naukowcem, który łazi za nią jak cień. Trudno się dziwić, bo sama obsada to perełki takie jak Ralph Fiennes (AHS: Asylum), Dominic Monaghan (Lost) oraz John Cho (Egzorcysta). Flash Forward. Przebłysk jutra doczekał się dwóch sezonów po czym został anulowany. Na najważniejsze pytania odpowiedział, także nie czuję się jakoś specjalnie zawiedziony finałem. Mimo wszystko ostatni odcinek pobudził apetyt na więcej i pozostawił kilka otwartych kwestii. Czy warto zabierać się za ten serial? Tak. Zaryzykuję stwierdzenie, że z tej czwórki ten spodoba ci się najbardziej.


Nawiedzony dom na wzgórzu
czyli przewrotne zakończenie


Przewrotne, bo Preity nie lubi horrorów, ale spokojnie, wiedząc to, nie poleciłbym ci nic potwornego. Dziesięcioodcinkowa produkcja Netfliksa to delikatne ghost story konfrontujące przeszłość z teraźniejszością. Historia koncentruje się na siedmioosobowej rodzinie Crainów, która przyjeżdża do tajemniczego domu na wzgórzu. Niezwykła posiadłość stopniowo odkrywa swoje sekrety przed nowymi mieszkańcami, a także widzami. Akcja serialu jest rozłożona na dwie linie czasowe; przeszłość i teraźniejszość. Tragiczne i owiane tajemnicą wydarzenia z przeszłości pozostają zagadką dla nas do samego końca, a jedynym pewnikiem jest to, że właśnie dom na wzgórzu uformował dorosłych bohaterów. Dzieci, ktore razem dorastały, jako ludzie dorośli nie mają ze sobą nic wspólnego. Segmentem, który poruszył mnie najbardziej jest historia Luke'a.
Nawiedzony dom na wzgórzu to bardzo stylowe ghost story. Duchy są złowrogimi istotami o nie do końca sprecyzowanych intencjach. Czy dążą do zrobienia komuś krzywdy, a może są jedynie urojonymi demonami? Zamiast emanować brutalnością, czy przekonywać nas do potwornej historii domostwa autorzy postawili na wyobraźnię widza. Dla mnie największe wrażenie zrobiła opisowość sytuacji, która zmusza nas, jako widzów, do ożywiania w wyobraźni danych obrazów.


Nawiedzony dom na wzgórzu stał się moim ulubionym serialem i gdybym miał teraz odpowiedzieć na pytanie: "czy nadal nie lubię seriali?" Odpowiedziałbym: "jest kilka seriali, które lubię". Mam nadzieję, że Preity wybierze sobie coś z tej listy. 

piątek, 12 kwietnia 2019

Puda

Puda, czyli dawna, rosyjska jednostka masy równa około 16,5 kg. Tajemnicze z początku słowo wpadło mi w oko w opowiadaniu Zagroda Matriony rosyjskiego laureata Literackiej Nagrody Nobla, A. Sołżenicyna.
Niewiele wiem o jednostkach masy. Na ogół używam pojęcia kilogram, tona i malutki gram. O "dawnych" w połączeniu z "rosyjskimi" moja wątpliwa wiedza spada do zera. Ale kto wie? Może w przyszłości pogłębię wiedzę wraz z kolejnymi "niematematycznym" książkami.
Chodzi mi o to, że do zdobywania wiedzy należy dążyć. Nic nie spada z nieba samo. To znaczy, fajnie byłoby obudzić się pewnego dnia i posiadać odpowiedzi na wszystkie pytania. Tak jak w Autostopem przez Galaktykę, ale to tak nie działa.
W moim życiu nadszedł czas zmian. Zmian, do których przez długi czas dorastałem. Chcąc zamknąć pewien etap życia i zacząć nowy, miejmy nadzieję, lepszy będę musiał zdobywać nową wiedzę. Niestety, samo bycie pracowitym i uczciwym to często za mało. Szkoda. Zmiany zawsze mnie przerażały, ale zdobyłem się na odwagę i wykonałem pierwszy krok w ich kierunku. Gdy odwaga znika należy ją zastąpić wytrwałością. Od razu nie będzie super. Pewnie potrwa za nim wszystko będzie faktycznie lepsze. Tym razem będę nieustępliwy i waleczny. W nowym etapie czeka mnie jeszcze wiele "jednostek masy" do przyswojenia. Będę popełniał błędy, ale i uczył się nowych rzeczy.

środa, 27 marca 2019

Chodząc do kibla razem

czyli Rodzeństwo Furo

Jednotomowa manga, Rodzeństwo Furo, autorstwa Yuki Shiwasu jest debiutem tej pani, a zarazem moim pierwszym moim zetknięciem z wydawnictwem Dango. Przyznaję, że przed zakupieniem tomiku bacznie obejrzałem okładkę i wnętrzności, bo nie do końca byłem przekonany do historii, którą chciano mi wcisnąć, ale o tym za chwilę...
Daisuke i Kyoko mają po piętnaście lat i są bliźniętami. Ich relacja zdaje się jednak daleko wykraczać poza siostrzano-braterską więź. Rodzeństwo spędza ze sobą każdą możliwą chwilę. I pisząc każdą mam na myśli naprawdę każdą, łącznie z załatwianiem potrzeb fizjologicznych. Za ich bliskością kryje się ważny powód. Otóż dzieciaki posiadają specyficzny dar widzenia zmarłych. Jedynym sposobem, aby trzymać duchy z dala od siebie jest ich bliskość.


Już po okładce, tak bardzo nasuwającej skojarzenie z rodzinką Adamsów, i kilku pierwszych stronach, jeszcze bez zniechęcania się kreską, otrzymujemy wisielczy humor w groteskowej oprawie. Poznajemy papużki nierozłączki, przerażoną ich bliskością matkę, szkolnych kolegów usilnie próbujących rozdzielić rodzeństwo i niegrzeszące rozumem duchy. To cała esencja Rodzeństwa Furo.
Pięć rozdziałów i dodatek "chibi" stanowią zamknięte historyjki, w których tytułowi bohaterowie muszą uporać się z jakimś duchem. Wszystko bazuje na podobnych żartach, które podzielimy na dwie grupy: nieogarnięcie rodzeństwa oraz wstawki z duchami.
Problem polega na tym, że opowiedziany kilkakrotnie dowcip traci swoją siłę i zamiast śmiechem puentujemy go głośnym, znużonym westchnieniem. I dzieje się tak od rozdziału drugiego. Po wprowadzeniu autorka wyraźnie chce opowiedzieć jakąś historię, ale nie robi tego ostatecznie wycofując się w sferę bezpiecznej groteski. Szkoda, bo Rodzeństwo Furo mogło dać czytelnikowi znacznie więcej od kilku dowcipów broczących w stylistyce high school drama.
Charaktery bohaterów zostały potraktowane po macoszemu. Na pierwszy plan wysuwają się cztery postacie. Z Daisuke i Kyoko jesteśmy od początku do końca, ale praktycznie niczego ciekawego o nich się nie dowiadujemy. Mają ten swój dziwny dar i naprawdę nie są ze sobą z przymusu, ale z miłości. Myślę, że fajnym motywem byłoby, gdyby czytelnik nie miał pewności, co do mocy parki i mógł przypuszczać, że jest to pretekst do bycia razem. Z tym, że wtedy bezpieczna strefa autorki za ścianą żartów skurczyłaby się w sposób drastyczny, a więc sytuacja dla czytelnika jest jasna od pierwszych stron. Fantastyczną postacią jest matka bohaterów, która ze zgrozą spogląda na niezdrową relację swoich dzieci. Nikt mi nie powie, że wspólne kąpiele szesnastolatków są normalne. Jako jedyna wydaje się postacią z niewykorzystanym potencjałem. Z czasem do ekipy dołącza kolega z klasy, Minazuki. Niby jest to postać z cyklu "character of the day", ale jako jedyny buduje większą, chociaż boleśnie banalną, historyjkę o duchu siostry.


Kreska jest nijaka. Mordy są strasznie płaskie, a dalszy plan nie istnieje. Niedbały styl sprawdza się przy postaciach duchów nadając im dodatkowy, komiczny efekt, ale przy ludziach wygląda to słabo. I szkoda tym bardziej, bo jak wspomniałem wcześniej postaci stylem (zwłaszcza mamuśka) mocno kojarzą się z rodziną Adamsów, ale ten czar pryska, gdy otrzymujemy niestaranne wykonanie.
Pech chciał, że nastawiłem się na więcej, a nie dostałem niczego. Nie ma w tej mandze nic złego, ale osobiście brakowało mi czegokolwiek, co pchałoby tytuł do przodu. Nawet jednotomowa, tfu... zwłaszcza jednotomowa historia powinna przykuwać czymś do siebie czytelnika.

niedziela, 24 marca 2019

Czy płynie z nami siostra Joy?

Przygodo trwaj! Kolejna relacja z klasycznej retro-wyprawy do świata Pokemon Red. Dzisiaj, w drodze po trzecią odznakę, czeka mnie kilka mniejszych zadań. Zaczynam od podróży w ślepy zaułek czyli dróg dwadzieścia cztery i dwadzieścia pięć. Na końcu znajduje się chatka Billa. Do tego wrócimy potem. Najpierw porozmawiajmy o Abra.
Występujący w tej okolicy Abra na poziomach 8-10 zna jeden atak - teleportację, czyli inaczej spierdala z pola walki. Jakie to piękne w swojej bezużyteczności. Prowokuje walkę i natychmiast ucieka XD
Strategia na złapanie: rzucaj ballem i miej nadzieję, że się nie uwolni ze środka. Oczywiście, uwolnił się. Pokeballe ssą. Niestety w tej generacji nie ma dużego wyboru. Jedyne dostępne miotacze to zwykły, wspaniały, ultra i mistrzowski. Na tym etapie gry mamy dostępny wyłącznie pokeball. Wygląda na to, że będę musiał odżałować Abrę.
Dalej, trafiam do domku Billa. Pechowy naukowiec znowu... (ech, ile razy przechodziłem ten scenariusz?) w wyniku nieudolnego eksperymentu zmienił się w pokemona. Zadaniem gracza, niezbyt ambitnym, jest uruchomienie maszyny, gdy nasz nieszczęśnik będzie siedział wewnątrz. Cały motyw wymieszania genów człowieka z pokemonem to nawiązanie do filmu Mucha, ale ze szczęśliwszym zakończeniem, niż w wersji z Jeffem Goldblumem. W tym momencie zapragnąłem stworzyć jakiś ranking motywów nawiązujących do horrorów.

Ładnie za pozowaliśmy, nie?

I prosto do Vermilion City. Droga do areny jest zablokowana, a więc korzystam z opcji statek świętej Anny. Moim celem jest zdobycie HM Cut. HM, podobnie do TM, są atakami, których możemy nauczyć pokemony. W przeciwieństwie do tych drugich, HMów nie możemy zastąpić innymi atakami. Nie są też wyjątkowo silne, ale dość użyteczne w pokonywaniu różnych przeszkód. Potem, żeby pozbyć się takiego ataku muszę skorzystać z usługi move deletera, czyli wszystko jest zwyczajnie upierdliwe, ale Cut to jedyna opcja, żeby dostać się do lidera. 
Na statku walczę z mnóstwem  trenerów i sraczki dostaję dopiero przy rywalu, czyli ostatnim przeciwniku na statku. W przeciwieństwie do FR/LG w Red nie ma na statku medyka. Przez moment zastanawiałem się, czy może pochrzaniłem korytarze lub pokoje i zwyczajnie nie mogę natrafić na siostrę Joy, ale nie... Kobiecina zwyczajnie nie zabrała się na statek, bo po co? Wśród pasażerów są przecież wyłącznie trenerzy, którzy na pewno nie będą chcieli walczyć między sobą. Gary'ego niszczę w podejściu numer dwa. Ciekawostka: to ostatni raz, gdy rywal używa do walki Raticate'a. Według teorii fanowskich szczur zostaje uśmiercony podczas tej walki. Dlatego w późniejszym etapie gry spotykamy rywala w Lavender Town, gdzie chciał uhonorować swojego pokemona.

To wszystko twoja wina, Joy.

Po otrzymaniu HM Cut ruszam na dodatkowe misje - najpierw jaskinia Diglettów, zdobywam HM Flash, Old Amber i jakieś popierdółki. Potem załatwiam sobie rower i dokonuję pierwszej wymiany Spearow na Farfetch'd. 
Trzeci lider może być też najbardziej wkurzającym etapem gry. Chcąc się dostać do sierżanta Surge'a należy wcisnąć przełączniki ukryte w dwóch z szesnastu koszach. Jeśli nie wykonam tej czynności w dwóch posunięciach, jestem w tyłku. BANG! Nie wiem, czy jestem pod szczęśliwą gwiazdą urodzony, ale udaje mi się ta sztuczka za pierwszym razem. Fajnie byłoby stworzyć topkę najtrudniejszych puzzli w pokemonach, albo liderów stanowiących wyzwanie. Surge nie jest wyzwaniem, ale trochę pokpiłem sprawę. Zakładałem użycie wyłącznie pokemonów, które na stałe znajdą się w moim teamie, a z rozpędu pokonałem Pikacze i Raichu z pomocą Digletta. Odpukutuję to innym razem. 



Mój zespół: 


Wnioski. W następnym etapie dodam do drużyny nowego pokemona. Hura! Teraz mam pomysł na nowe topki do pokemonów. Trzeba będzie zabrać się za posty. Marzec sprzyja blogowaniu.

Raticate Gary'ego.

poniedziałek, 18 marca 2019

Wild Zubat appeared! Znowu

Pierwszą wygraną odznakę należy jakoś uczcić. W końcu za pokonanie Brocka dostałem, aż 13 poke-dolarów. Ten, kto nie zna tych gier pomyśli, ale o co ci chodzi? Hajs to hajs. Tylko za pokonanie pierwszego lepszego leszcza dostaję od 50 do 100$. Najtańsza rzecz do kupienia w sklepie kosztuje jakieś 200 poke-dolarów. W ogóle zawsze zastanawiałem się nad walutą w uniwersum pokemon. Co to takiego? W anime nie mówi się o pieniądzach wcale, a w mandze Adventures były to, jak dobrze pamiętam, jeny. Trochę to rozczarowujące, że wielkie rozbudowane uniwersum nie posiada jakiejś swojej wyjątkowej waluty. Dobra, koniec tematu.
Po pokonaniu Brocka muszę się przygotować do dalszej podróży. Przede mną Góry Księżycowe, a więc kupuję pokeballe, potiony i... chciałem zaopatrzyć się w repele, ale te są najwidoczniej niedostępne na tym etapie gry, co trochę mnie przeraża. Gdyby nie była to podróż komputerowa prawdopodobnie do listy dodałbym też kanapki.
Na drodze pomiędzy Pewter City, a górami mam okazję stoczyć pojedynki z kilkoma trenerami. Dzięki temu doprowadzam do ewolucji Metapoda i Weedle'a w ich finalne formy. Nidoran nauczył się posunięcia Horn Attack, tym samym stając się prawdziwym badassem. W centrum pokemon kupuję Magikarpia. Kupiłem, bo była okazja.


Także ja, Bulbasaur, Nidoran i Magikarp ruszyliśmy w głąb mrocznych Gór Księżycowych. Po chwili na ekranie pojawił się komunikat: Wild Zubat appeared! Raz, dwa i Zubat złapany. Po kilku krokach pojawia się kolejny komunikat: Wild Zubat appeared! Nie potrzebuję dubli, a więc uciekam. I nagle: Wild Zubat appeared! I znowu i znowu. To jak w tej piosence o Zubatach.


Grając w Fire Red/Leaf Green zdarzało mi się przyłączać nietoperka do zespołu. W Red tego nie zrobię z trzech powodów:
1. Mam w zespole reprezentanta typu toksycznego i jest nim fenomenalny Nidoran.
2. W grach z pierwszej generacji nie istniał jeszcze Crobat, co nas przenosi do trzeciego powodu...
3. Musiałbym mieć Golbata, a ten w R/G/B wygląda koszmarnie.
Nie żartuję. Niektóre spritey pokemonów w pierwszej generacji przypominają koszmarki: dysproporcjonalne i dziwaczne.
Po jakimś czasie udaje mi się złapać także Geodude'a oraz Clefairy. Ciekawostka, kiedyś słyszałem, że inną opcją od Pikachu na partnera Asha był Clefairy. Od teraz postaram się nie pisać o każdym złapanym pokemonie, a jedynie o tych, które trafiają do mojej drużyny, ewentualnie wiążą się z jakąś idiotyczną sytuacją. Nidoran ewoluuje w Nidorino.



Po chwili znajduję kamień księżycowy i...


Na chwilę chcę zatrzymać się przy "królu". Nidoking jest jednym z najlepszych pokemonów pierwszej generacji. Grając w FR/LG zawsze trafia do mojego składu. Jestem ciekawy, jak bardzo różni się Nidoking z pierwszej generacji od tego z trzeciej. Mam nadzieję, że nie zawiedzie mnie.
Po opuszczeniu Gór Księżycowych jestem w Cerulean City. Tutaj na pojedynek wyzywam drugiego lidera, Misty. Po pokonaniu jej pomocników Bulbasaur ewoluuje w Ivysaura. W tej formie pokemony Misty - Staryu oraz Starmie nie stanowią dla mnie żadnego wyzwania. Ten etap gry okazał się całkiem łatwy, nie licząc braku repeli. Znalazłem kamień księżycowy oraz pierwszą skamienielinę, jeśli się nie mylę będzie to Kabuto. Tyle z dzisiaj.


Mój zespół:

 

Wnioski. Jestem ciekawy, jak wyglądałoby anime z Clefairy zamiast Pikachu.

No dalej! Zamieńcie się!

sobota, 16 marca 2019

A statywem trzęsie jak jasny ch#%

Czy istnieją filmy tak złe, że aż dobre? Co to znaczy?

Jeśli wpiszesz do wyszukiwarki hasło "horror movies so bad they're funny" wyskoczy ci cała lista propozycji, wśród których znajdą się perełki takie jak Birdemic, Troll 2 oraz Hobgobliny. Widziałem kilka takich perełek. Charakteryzują się żenującym aktorstwem z poziomu jasełek w parafii im. księdza Bączka, błędami logicznymi, cofam, takowe błędy mogłyby pojawiać się przy minimalnym wkładzie w scenariusz, ale z racji braku takiego... przejdźmy dalej, koszmarna charakteryzacja, jeszcze gorsze efekty specjalne, jeśli w ogóle są oraz trzęsący się obraz, bo pan reżyser nie uzbierał dość hajsu na statyw za rozwożenie pizzy w międzyczasie, gdy pisał scenariusz  do swojego wiekopomnego dzieła, którego stał się ojcem, matką, dziadkiem i wujkiem (odpowiednio: reżyser, scenarzysta, producent i operator).
Nie ma co ścinać pośladów. Filmy te były koszmarnymi horrorkami, których nieporadność wzbudzała w widzu śmiech niż jakąkolwiek grozę. Dla jednych są to "horror movies so bad they're funny", a dla innych "guilty pleasures", a jeszcze innych "produkcje kategorii Z" jak zjebane. Jakby tego nie nazwać wszystko rozbija się o odbiorcę tych dzieł. Ktoś dobrze si ę bawi przy Wiklinowym koszyku i sześciopaku, a ktoś inny nie. Wysunę śmiałą teorię, że nie lubię tych dzieł ze względu na słabą głowę.

Hobgobliny. I pomyśleć, że marionetki potworów nie były najgorsze.

Nigdy nie rozumiałem pojęcia, tak złe, że dobre. Oczywiście, zdarza mi się oglądać filmy złe, ale zwykle nie robię tego intencjonalnie, a jeśli już biorę się za zły klasyk to nie odczuwam specjalnej radości z niedoskonałości obrazu Claudio Fragasso. They're Eating Her! - woła kłoda w okularach, a ludzie się śmieją. Pamiętna scena z trollowej uczty bardziej mnie irytuje, dzisiaj. Sztuczność nie bawi. Sztuczność razi. Jak było kiedyś, nie pamiętam. To był jeden z filmów VHS, a te brało się z wypożyczalni bez marudzenia. Jestem jednak pewny, że nie bawiła mnie wtedy nieporadność twórców.
Warto pochylić się nad tym "best of..." Wydaje mi się, że istnieje pewna grupa ludzi, która nawet nie obejrzała tj. nie usiadła z dupą przed ekranem i od dechy do dechy rozbawiona przeżyła seans Birdemic. Większość takie perełki zna z fragmentów. Jakiś człowiek poświęcił zdrowie psychiczne do edycji i wstawienia, gdzieś na twojetuby kilkuminutowego filmiku z ponad godzinnego seansu. Taki filmik jest zabawny, bo doskonale wyłapuje wszelakie idiotyzmy Birdemic, bez nudnych wstawek o niczym i całego zaplecza w postaci syfu. Tylko czy wtedy możesz nazwać się fanem filmów tak złych, że aż śmiesznych? Dla osiągnięcia katharsis trzeba przejść piekło. To pewne.

Vege-horror, czyli Troll 2. Oglądał ktoś jedynkę?

Zaraz ktoś napisze: "bo ty spinasz dupę jak hipster i nie potrafisz czerpać radości z horrorów klasy B". A, bzdura - odpowiem. Rozumiem, że ten gatunek ma mocno zakorzenioną przeszłość w filmach kiepskich. Troma się kłania. Z tym, że dzieła takie jak Toksyczny mściciel są klimatycznym horrorkami, od których nie wymaga się wiele. Ale są filmy złe i te najgorszego sortu. Fatalny film zawsze pozostanie fatalnym i nie ma w tym nic śmiesznego.
Mamy ogromne zróżnicowanie horrorów ze względu na treść, ale ostatnio także na formę. Są twórcy, którzy z premedytacją nurzają się w idiotyzmach. Można tworzyć złe filmy z rozmysłem.Są one zabawne nie ze względu na własną nieporadność, ale dlatego, że twórcy mają świadomość efektów swoich działań. Dobra beka nie jest zła, bo ktoś ma pod kontrolą to co dzieje się na ekranie i ja jako widz cieszę się, że ktoś panuje nad pozornym chaosem. W "horror movies so bad they're funny" nikt nie ma kontroli nad niczym. Kiepskie aktorstwo wydarza się i nikt na nie nie ma wpływu. Efekty specjalne tragikomiczne, bo nikt nie potrafi wykonać ich dobrze. To cała filozofia horrorów tak złych, że boki zrywać.
Sztuka jest sztuką. Trzeba ją kochać za różnorodność. Nie ma niczego złego w fatalnym kinie. Tam tragizm goni tragizm, a niedorzeczność wzrasta do rangi boskiej niewiadomej. To świat, w którym Garbage Day obchodzimy codziennie.