środa, 20 października 2021

10 filmów o zombie na Halloween

Poruszam się wolno, nieco kołysząc się na boki. To był ciężki dzień, a ja czuję się ledwo żywy. Jeśli już jesteśmy przy byciu ledwo żywym to chciałbym zaproponować wam dziesięć filmów o zombie, które warto poznać lub odświeżyć sobie przez Halloween. Zapraszam. 


 


środa, 25 sierpnia 2021

[Wakacyjne wyzwanie] Ace Attorney

Post na temat ostatniego hasła wakacyjnego wyzwania rozpocznę i zakończę na współuczestniczce tej zabawy, Meg. A co? Kto mi zabroni? 

Przez kilka lat zadawania sobie filmowo-serialowych produkcji w ramach Wakacyjnego wyzwania trochę mogliśmy poznać nasze gusta. Mam wrażenie, że najskromniejszą część z tych propozycji stanowiły anime i właściwie... to dlaczego? Czy oboje nie interesujemy się anime? A może hasła wyzwania nam na to nie pozwalają? Wydaje mi się, że przez lata znajomości z autorką Planety Kapeluszy udało mi się choć w niewielkim stopniu poznać jej ulubione anime. Oczywiście, mam świadomość, że istnieje więcej niż Axis Power Hetalia czy Saiki Kusuo no Psi Nan, ale jednak to zapadło mi w pamięć. Są to serie dość lekkie, mocno humorystyczne. Drugim aspektem, który kojarzy mi się z Meg są kryminały - Holmes, Poirot oraz Nancy Drew. I takie zestawienie mogło kryć się za poleconym przez nią Ace Attorney.

Ace Attorney (oryg.Gyakuten Saiban: Sono "Shinjitsu", Igi Ari!) jest ekranizacją gry z gatunku visual novel o tym samym tytule. Powstałe w 2016 roku na jej podstawie anime liczyło sobie 24 odcinki.

Phoenix Wright rozpoczyna pracę adwokata. Świeżo upieczony prawnik podejmuje się obrony oskarżonego o morderstwo mężczyzny. Nie jest to przypadek, bo na ławie oskarżonych zasiada najlepszy przyjaciel Phoenixa z dzieciństwa, dzięki któremu ten postanowił zostać adwokatem. Na całe szczęście młody prawnik może liczyć na pomoc swojej szefowej i mentorki, Mii. 

Dość dramatycznie, nie? Mamy młodego bohatera i zaraz myślimy o dramacie sądowym, możliwe jakimś zakulisowym romansie z przełożoną, próbach rozdzielenia życia od spraw zawodowych, ale nic bardziej mylnego. W rzeczywistości instytucja sądu jak i "złożona" sprawa morderstwa są tylko tłem dla lekkiej komedyjki. 

Już w pierwszej scenie poznajemy tożsamość prawdziwego sprawcy, który stoi nad zwłokami i mówi "muszę kogoś wrobić". Nie wiem, na ile ta scena była intencjonalnym żartem, ale absurd mnie rozbawił. Nie żebym chociaż przez chwilę wierzył, że Larry jest winny.

 


 

Główni bohaterowie - Phoenix i Larry - mają nieadekwatne charaktery do sytuacji, a może nawet chodźmy o krok dalej, środowiska w jakim się znajdują. Po głównym bohaterze anime, które bierze się za temat sądownictwa spodziewałbym się człowieka (optymistyczny nie jest wadą, zgoda) skupionego na celu, inteligentnego i przede wszystkim dojrzałego. Spodziewałbym się kogoś w stylu Yusei'a Fudo. Tymczasem Phoenix to taki "hehe śmieszek", któremu z zachowania bliżej do czternastoletniej dziewczynki z anime. Niestety, nie jestem w stanie uwierzyć w taką postać.

Mogę zaakceptować wybór twórców, którzy chcieli stworzyć sympatyczną, jeszcze nie przeżartą "dorosłym światem" postać. Bardziej rozdrażnił mnie przebieg sprawy prowadzonej przez Phoenixa. I nie wiem, bo albo ja naoglądałem się za dużo Anny Marii, albo twórcy Ace Attorney obejrzeli o jedną za dużo powtórkę serialu o blond walkirii w playerze. Czy tak działa wymiar sprawiedliwości?

Jestem w stanie zrozumieć pośpiech prowadzenia historii. W końcu trzeba upchnąć w jednym, krótkim odcinku wszystko od przedstawienia bohaterów, przez sprawę do jej szczęśliwego finału, ale sam przebieg sprawy to już inny kaliber. Niedoświadczony prawnik bierze sprawę, o której nie ma bladego pojęcia. Naciągane dowody nie tylko pozwalają na oczyszczenie z zarzutów podejrzanego, ale i wskazać prawdziwego winnego. Żadnych sensownych pytań, zeznań, nic. Możliwe, że się czepiam i naoglądałem się za dużo Krok od domu, ale z mojego punktu widzenia sprawa kryminalna kompletnie nie trzymała się kupy. 

Jeśli chodzi o samą animację to jest bardzo średnia. Irytowały mnie plansze informujące o przejściu z jednego etapu rozprawy do drugiego, ale rozumiem zamysł twórców. Podobał mi się ending.


Czy obejrzałbym ponownie? 

Zwykle staram się podchodzić do nowych produkcji bez oczekiwań. Wiedząc, że tym razem w wyzwaniu zmierzę się z anime część mnie zapragnęła historii prostej i zabawnej (w jakimś tam stopniu to otrzymałem). Gdy okazało się, że bohaterem będzie adwokat zamarzyła mi się poważna historia. Ace Attorney nie spełniła moich oczekiwań i raczej nie prędko dam jej druga szansę. Nie, nie przekonał mnie nawet teaser kolejnego odcinka.


I tym sposobem doszliśmy do końca kolejnego Wakacyjnego wyzwania. Nie wiem, jak ty Meg, ale mi strasznie szybko zleciały te wakacje. Najlepiej będę wspominał wizytę w muzeum i młodego faraona. Nie chcąc podzielić jego losu będę uważał z jakich butelek i co piję podczas kolacji. W innym przypadku będę potrzebował pomocy prawniczej i jak już to zgłoszę się do szefowej Phoneixa z prośbą o pomoc.

Bardzo dziękuję ci za kolejny rok wspólnej zabawy. Mam nadzieję, że propozycje, które ja dla ciebie w tym roku przygotowałem też jakoś z tobą zostaną.

poniedziałek, 9 sierpnia 2021

[Wakacyjne wyzwanie] Tutenstein

Dasz wiarę, że nie chcieli mi ulgowego sprzedać?

W konwencji tegorocznego Wakacyjnego wyzwania przyjąłem, że każdy post będę rozpoczynał od wycieczki w przeszłość i założeń, co jest przede mną, nim jeszcze w ogóle zobaczę z czym się mierzę. Przyznam otwarcie, że na hasło "horror" czekałem najmniej, ale wreszcie przyszedł film grozy straszyć mnie po nocach. 

Tym razem czekał na mnie pilotażowy odcinek serialu Tutenstein. Zabawne, ale do ostatniej chwili nie miałem pojęcia z czym to się je. Nie zwróciłem uwagi nawet na tytuł, na których schodzą się słowa Tutenchamon oraz Frankenstein, ale jestem idiotą, a więc to powinno zostać mi przebaczone. Pierwsze, jakiekolwiek skojarzenia nasunęły mi dopiero screeny z  serialu. W mojej głowie pojawiły się dwa skojarzenia - Jak polubić mumię?, czyli szesnasty tomik cyklu Szkoła przy cmentarzu oraz kreskówka Farma pełna strachów. W trackie seansu do głowy przyszły mi jeszcze Przygody Jackie Chana, ale to bardziej ze względu na muzeum i artefakty. 

Nastoletnia Cleo jest miłośniczką kultury starożytnego Egiptu. Ma to szczęście, że jej mama rozpoczyna pracę przy wystawie związanej z panowaniem faraona Tutankensetamona. Nieoczekiwanie pewnej nocy mumia młodego władcy ożywa i to właściwie tyle z opisu pierwszego odcinka. 

Serial emitowany był w latach 2003-2007 i doczekał się 39 odcinków skompletowanych w trzy sezony. 


Pierwszy odcinek przedstawia kilka postaci, ale akcja skupia się wyłącznie na trzech z nich. Najważniejsza pomimo wszystko wydała mi się Cleo zafascynowana kulturą starożytnego Egiptu. Jak się domyślam będzie ona narratorką historii. W dużej mierze to jej komentarze przeprowadzają widza przez całą akcję. Obok pojawia się gadający kot dziewczyny, a zarazem oddany sługa tytułowej mumii. I tu trzeba zaznaczyć, że każda produkcja, w której pojawia się gadający kot winduje w moim rankingu nieco do góry. Ostatnim z głównych bohaterów jest młody faraon. Jest nieco odklejony od rzeczywistości, ale trudno mu się dziwić. Żałuję, że twórcy nie zaakcentowali mocniej, choćby poprzez komizm, przebudzenia Tuta, bo wszystko sprawia wrażenie takiego, "aha, okej". Postacie mimo wszystko są w porządku i w porównaniu do Ostatnich dzieciaków na Ziemi, bohaterów Tutensteina nie miałem ochoty udusić, a to jak najbardziej na plus.

Humor kompletnie do mnie nie trafia. Podobnie jest z akcją. Cały czas coś się dzieje, ale nie jest to historia, której udało się jakoś specjalnie mnie zaangażować. Nie oznacza to, że źle się bawiłem. W tegorocznym wyzwaniu, jak na razie to najlepsza rzecz jaką poleciła mi Meg.

Czy obejrzałbym ponownie?

Czy obejrzałbym kolejne odcinki? I tak i nie. Sama historia nie sprawiła, że będę myślał o dalszych losach młodego faraona, ale gdy w telewizji lata temu nadawano pasmo dla dzieci - Bajkowe kino i Tutenstein wtedy pojawiłby się w ramówce z pewnością oglądałbym z zaciekawieniem i dzisiaj wspominał tak jak wspominam Farmę pełną strachów. Myślę, że Tutenstein, podobnie jak wiele innych kreskówek jest historią, z której się wyrasta i w dorosłym życiu myśli się o niej przez pryzmat nostalgii.

niedziela, 25 lipca 2021

[Wakacyjne wyzwanie] Kolacja z arszenikiem

Nie jem kolacji. Zostałem przez grzeczność. Uciekłem przed deserem.


Filmem z kategorii komedia postawionym przez Meg w ramach Wakacyjnego wyzwania była Kolacja z arszenikiem (oryg.The Last Supper) i jest to pozycja, która wywołała u mnie ogromny entuzjazm, chyba (tfu, zdecydowanie) największy jaki kiedykolwiek i cokolwiek wywołało w ramach tej zabawy. Przede wszystkim był to film, który "wisiał" na mojej liście do obejrzenia od bardzo dawna...

Komedia sama w sobie jest niezwykle wdzięcznym gatunkiem, bo potrafi odnaleźć się we współpracy w każdym, innym wytworem dziesiątej muzy. Moim poczuciem humoru jest czarna komedia, a filmy takie jak Ze śmiercią jej do twarzy (oryg. Death Becomes Her) oraz Sok z żuka (oryg. Beetle Juice) są moimi ulubionymi pozycjami. 

Kolacja z arszenikiem została wyreżyserowana i (na spółkę z mężem) napisana przez Stacy Title w 1995 roku. Film opowiada historię piątki młodych ludzi, którzy w ramach naprawy świata postanawiają truć arszenikiem gości zapraszanych na kolacje. Nie posiłkowałem się żadnym streszczeniem fabuły, a jedynie opisałem to, co udało mi się zawrzeć w pierwszej myśli, ale mimo chaosu to właśnie zasiadanie przy stole, pojenie arszenikiem i pytania o poglądy (niewłaściwe dla bohaterów) stanowi oś filmu.

W rolach gospodarzy "ostatniej wieczerzy" znaleźli się Cameron Diaz, Jonathan Penner oraz Courtney B. Vance, a wśród gości zasiedli między innymi Bill Paxton i Ron Perlman. Obsada naprawdę mocna, chociaż w wydaje mi się, że jak wiele filmów z lat 90-tych mocy dopiero nabrała po dekadzie lub dwóch.

Bardzo podobał mi się początek filmu i dla ułatwienia nazwijmy go "pierwszą kolacją". Był intrygujący początek, ciekawy dialog, humor i scena kulminacyjna zakończona śmiercią. Tak działa czarna komedia. Centrum żartu ma być makabryczna sytuacja, a co może być bardziej makabrycznego od zamordowania gościa podczas kolacji?  Za to uwielbiam czarne komedie. 

Kolacja z arszenikiem, jeszcze przed seansem, kojarzyła mi się mocno z moim ukochanym Płytkim grobem (oryg. Shallow Grave), którego hasłem przewodnim było niewinne zapytanie "czymże jest odrobina morderstwa w gronie dobrych przyjaciół"? Takie niewinne spłycenie poważnego czynu znajduje również uzasadnienie w filmie Stacy Title. Bohaterowie w obu przypadkach to aroganccy, wykształceni ludzie o hedonistycznym nastawieniu do świata i jakąś pogardą dla ludzi spoza kółka wzajemnej adoracji. 

Filmy dzieli jednak motyw działania, bo w dziele Boyle'a są nim pieniądze, zaś u Title ma być naiwna chęć naprawienia świata. Problem w tym, że założenia szybko się rozpadają, a im dalej w las, tym toporniej. Kolejne kolacje kwituje szybki temat przewodni spotkania, zgon i nowy krzaczek pomidorów. Brakuje jakichś interakcji pomiędzy bohaterami, a wątpliwości pojawiają się trochę od czapy, podobnie jak nieustępliwość. Nie do końca rozumiem wątek policjantki, który dość niespodziewanie i brutalnie zostaje zakończony. Finał filmu mógł być bardziej dynamiczny, jeśli nie poprzez akcję to chociaż przez dialog. 

Nie licząc krótkometrażowego Down on the Waterfront, Kolacja z arszenikiem stanowiła debiut reżyserski Stacy Title. Czy  był ambitny? Mam wrażenie, że miał być taki, ale nie do końca udało się łapanie kilku srok za ogon na raz.

Zastanawiam się, dlaczego Meg zaproponowała mi właśnie ten film. Nie mam pojęcia jaką wiedzę na temat reżyserki posiada Meg, ale chcę jeszcze o czymś wspomnieć. 

Na początku tego roku Stacy Title zmarła po długiej walce z chorobą. Styuacja była mi znajoma (chociaż nie kojarzyłem jej jako postaci związanej z filmem) z powodu jej męża, Jonathana, jednego z moich ulubionych zawodników reality show Survivor. Myślę, że chociaż Stacy Title nie zapisała się złotymi literami w historii kina to cieszyła się miłością męża oraz dzieci.

niedziela, 11 lipca 2021

[Wakacyjne wyzwanie] Ostatnie dzieciaki na Ziemi

Świetnie! Radzę sobie doskonale w każdej sytuacji nie wymagającej ode mnie rzeczy niemożliwych. 

Ten wstęp będzie przydługi. Cofnę się w przeszłość, bo koncept na ten tekst zrodził się przed obejrzeniem Ostatnich dzieciaków na Ziemi. Podejrzewam, że każda propozycja Meg będzie dla mnie wkroczeniem na zupełnie nowe wody i to najbardziej lubię w wakacyjnym wyzwaniu - możliwość zaznajomienia się z czymś, co w innych (nie wyzwaniowych) warunkach najpewniej ominąłbym. 

Ostatnie dzieciaki na Ziemi w pierwszym momencie skojarzyły mi się z Obcy na poddaszu, czyli banalna komedia z domieszką sci-fi. Potem pomyślałem o serialu The 100, czy dalej Więzień labiryntu. Cały czas w głowie miałem film fabularny, a ostatecznie okazało się, że otrzymałem serial animowany. I za nim przejdę do samego serialu wspomnę o pierwszej (niezaakceptowanej) propozycji dla Meg -  Miłość i potwory, które ma zbliżony koncept do Ostatnich dzieciaków na Ziemi. Wychodzi na to, że bardzo podobnie zinterpretowaliśmy film przygodowy. 

Ostatnie dzieciaki na Ziemi (ang. The Last Kids on Earth) to propozycja od Netflixa. Powstały w 2019 roku serial jest adaptacją serii młodzieżowych hmm... bardziej dziecięcych książek autorstwa Maxa Bralliera.Na ten moment serial doczekał się trzech sezonów. Z kolei odcinek pilotażowy ma formę godzinnego filmu i stanowi ekranizację pierwszej książki z cyklu. 

Nastoletni Jack Sullivan usiłuje przetrwać w post-apokaliptycznym świecie pełnym zombie i potworów (tak, ktoś mądry wpadł, że to i to będzie świetnym pomysłem, bo zwykle w filmach straszy jedno albo drugie).  czasem do bohatera przyłączają się jego rówieśnicy, którzy również przetrwali armagedon. 

 

Narratorem historii jest Jack i poznajemy go w trakcie jednej z "misji", czyli jesteśmy na sam początek wrzuceni w środek akcji. Jednak po chwili otrzymujemy jakieś tam streszczenie z ostatnich czterdziestu kilku dni, czyli początku apokalipsy. Na nic lepszego nie możemy liczyć ponad potwory, zombie, najlepszy przyjaciel ma walkie talkie i trzeba ocalić obiekt westchnień Jacka. 

Na uwagę zasługuje przede wszystkim polski dubbing, który spodobał mi się wyjątkowo, a wierzcie mi, raczej nie zwracam uwagi na głosy w różnych produkcjach, a tu były bardzo dobrze dopasowane. Plusem jest też animacja. Przyznaję, musiałem się do niej chwilę przyzwyczajać, ale koniec końców - postaci wyglądają bardzo ładnie. Od strony wizualnej jest bardzo dobrze: kolory są żywe, a projekty postaci bardzo ładne. Potwory mogły być nieco oryginalniejsze, ale gdzieś doczytałem, że jest to wierna odsłona książki (łącznie z rysunkami), a więc pewnie twórcy nie mogli pozwolić sobie na jakieś większe pole do popisu.

Historia jest skierowana do młodszej widowni. Problemy głównego bohatera oscylują wokół rodziny, przyjaciół i miłości. Bardzo proste i, co zaskakujące (ostatecznie), łatwe do zaspokojenia potrzeby. Nie mam z tym problemu. Ten poziom absurdu musi istnieć niczym kontrast wizualny pomiędzy apokaliptycznym światem z przedmieść, którego jedyną oazą spokoju jest domek na drzewie.

Najgorszą rzeczą, która wyprowadziła mnie z równowagi, sprawiła, że nieustannie przewracałem oczyma, robiłem przerwę w trakcie oglądania, czy komentowałem pod nosem był sam główny bohater i całe jego podejście do świata. Przez sekundę nawet lubiłem postać Jun, która od początku wyrażała (choć nie tak dosadnie) moją niechęć do Jacka. Nie mogłem ścierpieć tego co mówi, co robi, jak robi, po co robi. Wszystko to sprawiało, że każda kolejna sekunda seansu była dla mnie ciężka. I przyznam szczerze, że to byłaby całkiem udana produkcja, gdyby nie główny bohater, bo do pozostałych postaci, pomimo ich schematyczności, poczułem jakąś tam sympatię.

Na wiele pozycji o apokalipsie, które oglądałem, uczciwie, Ostatnie dzieciaki na Ziemi, umieściłbym, gdzieś pomiędzy Tańcem truposzy, a Szkolną zarazą. 

 

Czy obejrzałbym ponownie? 

Pytanie, czy obejrzałbym cały sezon. Tylko jeśli Jack ginie w odcinku drugim. W innym wypadku nie.

czwartek, 1 lipca 2021

Wakacyjne wyzwanie: Blockbuster Challenge

Szósta edycja? Szósta. Po roku przerwy wraca wakacyjne wyzwanie, czyli zabawę, którą organizuję z autorką Planety Kapeluszy. Meg wyszła z inicjatywą tegorocznego tematu związanego z blockbusterami. Jestem bardzo ciekawy efektów wyzwania, zwłaszcza, że hasła odnoszące się do gatunków dają dużą dowolność (w obrębie własnego gatunku, ale i to spróbuję przeskoczyć). Liczę na ciekawe propozycje. 

Zasady:

1. W trakcie zabawy wybieramy filmy/seriale/książki/inne dzieła kultury, z którymi musi się zapoznać drugi uczestnik wyzwania. Ma on dwa tygodnie czasu na "zrecenzowanie" poleconego dzieła na własnym blogu.

2. Jeśli chodzi o seriale to musi to być pilot serialu. Dopuszcza się wybór odcinka "ze środka", jeśli odcinek stanowi odrębną całość, jest fillerem, nie jest kontynuacją wątku z poprzedniego odcinka.

3. Kolejność haseł jest dowolna.


Teksty
Repertuar Oskar Gilbert Meg
Letni horror
Tutenstein Nawiedzony dom 
na wzgórzu
Film przygodowy
Ostatnie dzieciaki 
na Ziemi
Siedem minut 
po północy
Wakacyjna komedia
Kolacja z
 arszenikiem
Najlepsze 
najgorsze wakacje
Wakacyjna animacja
Ace Attorney
Tower of God

Przewidywany czas zakończenia wyzwania 25.08.2021.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021