Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 maja 2020

O pisaniu... Tak szczerze...

Moja relacja ze stroną Wattpad jest... Powiedzmy sobie wprost to związek skomplikowany. Skomplikowany, bo... Gdybym nie napisał, że jest "skomplikowany" to dalsze część tekstu nie byłaby ciekawa, ale za to mógłbym pominąć tłumaczenia, które gdy wczoraj usiłowałem zebrać myśli wychodziły pokracznie.
Chyba każda osoba pisząca teksty ma jakiś dziwny moment w swojej pisarskiej... nie  chcę ośmieszać się i mówić "karierze", bo kariera i pisarstwo to jakiś mało zabawny oksymoron. Załużmy, że chodzi o pisarski etap w życiu. Mój zaczął się, gdy postanowiłem napisać książkę w szkole podstawowej. Kurwa, ile ja nie wiedziałem o książkach? Potem był pamiętnik, który z jakiegoś powodu przybrał postać telenoweli o mojej rodzinie i chociaż po latach stwierdzam, że dramatyzm moich wywodów był przeogromny, tak wydarzenia, PRAWDZIWE, nie czepiać się, z życia mojej familii naprawdę miały zadatki na telenowelę, może nie brazylijską, ale polską z kalibru powiedzy, wieczornego pasma telewizji polskiej.
Wraz z nowym akapitem staram się sobie przypomnieć o czym pisałem. Kolejnym etapem były nieudane fanfiction, a dalej opowiadania autorskie. Nieumiejętność pisania na całe szczęście szła z moją umiejętnością do nie wzbudzania jakiegokolwiek zainteresowania. Serio, chyba lepiej żyć z tym, że nikt nie czyta gówna, niż z tym, że każdy śmieje się z tego gówna. Po wielu próbach zacząłem podrzucać moje teksty na różne fora internetowe i chyba najlepszą rzeczą jaka mi się przytrafiła z tej prygody są wspaniali ludzie, którch poznałem po drodze i wielu z nich mogę nazwać swoimi przyjaciółmi.
Nie przepadam za składowaniem tekstów na kompie, czy o, zgrozo, na kartkach (tak, większość rzeczy piszę ręcznie), a więc zacząłem szukać miejsc, w których mógłbym zostawiać swoje teksty. Pal licho, żeby ktoś czytał, bo w sumie tak średnio mi zależy na posiadaniu czytelników. Właśnie zacząłem się zastanawiać (ten tekst powstaje właśnie w tym momencie) o co mi właściwie chodzi? Zacząłem tworzyć blogi poświęcone moim opowiadaniom i ze zdziwieniem, nawet szokiem po X latach zapomnienia odkryłem mail od czytelnika mojego fanfika z prośbą o kontynuację! Dobra, nie ciągnę dalej tego wątku, bo nie wiem, co mógłbym jeszcze napisać, ale spoko, zbliżamy się do sedna. Sedno będzie krótkie.
Potem był pewien portal, na którym usłyszałem o Wattpad. I założyłem na nim konto. Teraz można wrócić do pierwszego zdania i moich związku ze stroną. Na pierwszy rzut oka spodobała mi się. W miarę czytelna, atrakcyjna strona, z dużą bazą opowiadań. Potem, nie wiem, pogoda, czy co mi odjebało, usunąłem się z Wattpada jak od największego zła, które prezentuje niską jakość. Ostatnio powróciłem na portal, bo w sumie mogę, dlaczego by nie? Jeśli znowu mi odwali to usunę wszystko i zniknę pogłębiając się we własnej paranoi, nie? Muszę gdzieś wrzucać opowiadania. Cały czas sobie to powtarzam, ale dlaczego nie poznać trochę tekstów użytkowników tegoż portalu. Legenda Marsjanina, ciągle żywa, czyż nie?
Dzisiaj otrzymałem wiadomość od dziewczyny reklamującej swoje opowiadanie. Rozentuzjazmowana napisała, że chce dotrzeć do czytelników i takie tam, no spoko, z tym, że zirytowało mnie nieco "błaganie" o komentarze. Rozumiem chęć promocji, ale jeśli będę chciał przeczytać coś od ciebie to prędzej, czy później znajdę twój tekst. W ogóle jak mnie znalazłaś? Czytałaś któryś z moich tekstów?
Nieważne. Ważne, że dzisiaj postanowiłem zapoznać się z twórczością wattpadczyków (?) i... o mój, drogi, zielony borze. Tego nie widać, ale zamilkłem przed klawiaturą na dobre dziesięć sekund. Czy autorzy skończyli chociaż podstawówkę? Czy komentujący to trolle? Czy ktoś w kosmosie włada tym bajzlem?! Co tu się dzieje?! Dlaczego duet tamagoczi porywa 14-letnie dziewczynki?! Kurwa, co tu się dzieje?
Sam fakt, że coś złego się pisze nie znaczy, że strona nie oferuje jakiegoś dialogu pomiędzy twórcami - tak założyłem i zszedłem do sekcji komentarzy pisanych przez no właśnie nie wiem kogo. W takich warunkach o dialogu nie ma mowy. Okej, może gdzieś są dobre opowiadania i normalni ludzie nie piszący językiem emotek, ale niespecjalnie chce mi się przegrzebywać czeluście strefy 51.
Myślę, że strona nie prezentuje twórczości z jaką chciałbym być w jakiś sposób powiązany i prędzej, czy później moja relacja love-hate pchnie mnie w stronę kolejnego usunięcia konta.
A najgorsze, że jakieś bzdety wiszą w polecanych i zastanawiam się, czy strona usiłuje mnie w jakiś pasywno-agresywny sposób obrazić? :D

Z dobrych informacji. Po rocznej przerwie film (h16c2) nagrał mój ulubiony youtuber.

piątek, 27 grudnia 2019

7 cudów świata, czyli moje odkrycia w 2019 roku

Pokemon Red
Gra z gatunku RPG wyprodukowana przez Game Freak w 1996 roku na konsolę Game Boy. W grze wcielamy się w postać trenera pokemonów, którego zadaniem jest łapanie kieszonkowych stworków oraz walki z innymi trenerami, którzy stoją nam na drodze do tytułu mistrza.


Moją przygodę z serią gier Pokemon rozpocząłem od edycji Silver/Gold, czyli bardziej dopieszczonej wersji Red/Green/Blue. O pierwszych grach mówi się w kontekście błędów oraz upierdliwej mechaniki, zaś Lavender Town obrosło w legendy. Nigdy nie czułem ani chęci, ani potrzeby do cofania się w odległą przeszłość Game Boya, a szansą na rewizytę w Kanto były gry Leaf Green i Fire Red będące remake'ami oryginałów. W tym roku zmobilizowałem się i rozpocząłem Red. Gra sama w sobie jest całkiem przyjemna, a przy tym wprowadza niedokońca znane mi poczucie nostalgii. Od Red do Sword/Shield nastąpił ogromny przeskok. Nie chodzi wyłącznie o grafikę i mechanikę, ale także aspekt kulturowy. Pokemony łączą pokolenia.


Overboard
Komedia romantyczna z 2018 roku w reżyserii Roba Greenberga będąca w pewnym stopniu sequlem/ rebotem filmu Dama za burtą (1987) z Kurtem Russellem i Goldie Hawn. W obsadzie znaleźli się Anna Faris, Eugenio Derbez oraz Eva Longoria. Wypadek i tymczasowa amnezja splatają, jak tu już w komediach romantycznych bywa, losy miliardera Leonarda i samotnej matki Kate. 


Nie ma co się roztrząsać. Overboard (I że ci nie odpuszczę) to zwyczajna komedia romantyczna z banalnym pytaniem - miłość, czy pieniądze, ale czy właśnie banały nie są najlepsze? Chociaż znamy odpowiedź od pierwszej chwili to sama historia jest niezwykle sympatyczna dzięki parze głównych bohaterów. Farris i Derbez, którego lubię za Instrukcji nie załączono wykonali kawał dobrej roboty. Oglądałem już niezliczoną ilość razy.


Usagi Yojimbo
Ukazująca się od 1987 roku amerykańska seria komiksowa autorstwa Stana Sakai. Bohaterem historii jest Usagi, królik-ronin, samotnie przemierzający szesnastowieczną Japonię. Komiks dzieli się na niezależne opowiadania zainspirowane japońskim folklorem i legendami. Postaci to antropomorficzne zwierzęta.


To nie pierwsze wydanie Usagiego w Polsce. Przed kilkoma laty wychodziły zeszyty wydawnictwa Mandragora, a potem Egmont. W tym roku wydawnictwo Egmont zdecydowało się na nowe wydanie historii o roninie. Od poprzednich zeszytów różni się ono przede wszystkim objętością. W jednej księdze mamy kilkanaście historii o Usagim utrzymanych w barwnym wachlarzu emocji - mamy crossover z Żółwiami Ninja, komedię, horror, romans, a także kryminał. Wyczynem byłoby przeczytać komiks i nie znaleźć w nim przynajmniej jednej historii, która człowieka nie wciągnie całkowicie i bez reszty.


Jazzforacat
Ukraiński duet akustyczny złożony z Sergieja Asafatova i Sergieja Jaciury, a wcześniej Dmitriego Koshelnika. Założony w Winnicy i działający od 2016 roku. Panowie brali międzyinnymi udział w ukraińskiej wersji programu X Factor, a także Mam Talent. Ich debiutancki album nosi tytuł Ważne szczegóły (Важливі деталі).


Zagrał jazzowy kawałek i tym kupił uwagę swojego kota. Tak ponoć powstała nazwa dla grupy. Tworząc listę zastanawiałem się, czy nie wpisać po prostu Asafatova, za którego sprawą polubiłem duet. Poza fantastycznym wokalem Sergiej jest również utalentowanym multiinstrumentalistą, a przeglądając teledyski można zwariować od ilości instrumentów, na których artysta potrafi grać. Wcześniej był on liderem rockowej grupy Martovi Orchestra, a po jej rozpadzie założył Jazzforacat. Chociaż stylistycznie to dwa różne światy to dla jego głosu warto przesłuchać płytę. Moje ulubione utwory to Jesteśmy (Ми Є), Od wiosny do wiosny (Від весни до весни), a z Martovi Orchestra Ty i ja (Ти і Я). I spokojnie, w tym roku poświęcę trochę uwagi muzyce, a więc Sergiej jeszcze pojawi się na blogu.


American Horror Story: 1984
Akcja dziewiątego sezonu antologii stworzonej przez duet Murphy i Falchuk skupia się na obozie Redwood, na którym w latach 70-tych doszło do krwawej masakry. Jednya ocalała uczestniczka tamtych wydarzeń, Margaret Booth, postanawia ponownie otworzyć obóz z pomocą grupy młodych osób. W międzyczasie z zakładu dla obłąkanych ucieka sprawca masakry w Redwood.


Tym razem AHS skoncentrował się wokół slasherów, które niepodzielnie królowały w latach 80-tych. Twórcy przemycili do swojego dziewięcioodcinkowego dzieła atmosferę tamtych czasów, a także wiele nawiązań do ukochanych przez widownię slasherowych morderców. Pierwszy raz od bardzo dawna bohaterem sezonu była historia, a nie postać. Cieszy mnie nieobecność weteranów serii, bo nowa obsada daje radę, a każde z nich jest równie ważnym elementem pracującym na sukces AHS. Były zwroty akcji, emocje i czego można życzyć sobie więcej? American Horror Story 1984 był jak pierwszy powiew wiosennego wiatru po długiej, nieprzyjemnej zimie.


Metro 2033
Powieść postapokaliptyczna powieść autorstwa rosyjskiego pisarza Dmitrija Głuchowskiego. Wydana w Rosji w 2005 roku, a w Polsce w 2010 poprzez wydwawnictwo Insignis. Metro 2033 jest pierwszą częścią trylogii przedstawiającej losy ludzi, którzy po wybuchu wojny nuklearnej są zmuszeni do zamieszkania w podziemiach moskiewskiego metra.


Autor wykreował rzeczywistość obcą, niebezpieczną i toksyczną, a jednak tak dobrze znaną nam. Po wybuchu wojny nuklearnej świat znędzniał, ale ludzie pozostali bez zmian. Metro jest nieco satyryczną kalką naszej rzeczywistości. Stacje metra przeobrażają się w małe państewka z odrębnymi prawami i systemami wartości, a czytelnik wraz z głównym bohaterem (obaj w równym stopniu nieobyci z tym światem) podróżują od stacji do stacji. O ile bardzo przyjemnie podróżowało mi się z Artemem, przeżywając różne wydarzenia na równi z nim, tak finał nieco mnie rozczarował. Mimo to w przyszłym roku chciałbym sięgnąć po inne książki Głuchowskiego.


Chanel Zero: No-end House
Drugi sezon antologii opierającej się na miejskich legendach serwowany przez kanał Sy-Fy. Sześcioodcinkowa seria przedstawia historię upiornego domu pojawiającego się w przypadkowych lokacjach. Katie z grupą znajomych postanawia odwiedzić tą niezwykłą atrakcję turystyczną. O ile wejście do domu jest proste, tak opuszczenie go sprawia sporo trudności. 


Spacer po No-end House potrafi przyprawić o dreszcze. Tajemnicze postaci, ciemne zakamarki i chłód bijący zewsząd sprawiał, że ten nietypowy dom strachu utrzymywał poczucie niepokoju. I tu moim zdecydowanym faworytem był pokój numer pięć. Twórcy No-end House bardzo chcieli stworzyć dobry serial z wciągającą historią, mroczną atmosferą i postaciami, którymi będzie można kibicować (akurat to ostatnie średnio wyszło). Nie mam wątpliwości, że jest to jeden z ciekawszych seriali grozy.

Mam nadzieję, że spodobało wam się moje siedem odkryć, których dokonałem w 2019. Może spotkaliście się z którymś wcześniej? A może zapoznacie się z nimi w nadchodzącym roku?
I przy tej okazji życzę wszystkim szampańskiej zabawy sylwestrowej i pełnego fajnych wrażeń roku 2020!

sobota, 5 października 2019

Dziwny przypadek reanimatora

Piąty dzień wyzwania i piąty horror. Tym razem padło na Reanimatora z 1985 roku w reżyserii Stuarta Gordona, który za kilka lat nakręci inną adaptację dzieła H.P.Lovecrafta, Dagon. Dzięki roli Herberta Westa Jeffrey Combs stał się ikoną współczesnego kina grozy. Re-animator doczekał się kolejnych dwóch filmów Narzeczonej reanimatora (1989) oraz Beyond Re-Animator (2003), które już zupełnie odrzuciły spuściznę Lovecrafta.


Herbert West, młody student medycyny rozpoczyna naukę w Uniwersytecie Miskatonic w Arkham. Z pomocą współlokatora Daniela Caina, West prowadzi badania nad specyfikiem ożywiającym zmarłych. Zamysł filmu oraz postać szalonego naukowca i jego pomagiera jest tym co zostało z serii opowiadań o reanimatorze. Gordon nie zdecydował się jednak podążać w stronę mrocznego świata, wykreowanego w opowiadaniu twórcy mitologii Cthulhu. Do dzisiaj moim ulubionym fragmentem z prozy Lovecrafta jest opis znalezionego grobu, do którego ktoś się próbował przekopać. Czytelnik domyśla się, że był to pierwszy człowiek ożywiony przez Westa. Właśnie takiego podejścia zabrakło mi w tym filmie. Stuart zgodnie ze standardami lat 80-tych funduje nam nagość, krew i brutalne morderstwa. Na wielką pochwałę zasługuje także ścieżka dźwiękowa stworzona przez Richarda Banda. Reanimator to wyśmienite dzieło rozrywki i pozycja niemal obowiązkowa dla fanów Martwego zła oraz Powrotu żywych trupów.
Na koniec miałem jeszcze pojęczeć o potrzebie nowej adaptacji Reanimatora, ale odkryłem, że jest jeszcze jakaś wersja z 2017. Chyba wiem, co będę oglądał wkrótce...
A jako bonus podlinkuję do innego tekstu o adaptacjach przedwiecznych.

#OctoberMovieScreeningChallenge

niedziela, 9 grudnia 2018

Święte wzgórze i adaptacje Przedwiecznych

czyli dlaczego filmowcy nie biorą się za twórczość H.P. Lovecrafta?

Jestem zdania, że cała ironia polega na na tym, że adaptacje dzieł H.P. Lovecrafta w ogóle nie są nam potrzebne. W 2016 lub rok później Guillermo Del Toro (Labirnyt Fauna, Kształt wody) ogłosił wielkie plany związane z przeniesieniem na ekrany kin mini powieści Lovecrafta, W górach szaleństwa. Reakcja miłośników kina grozy, a zwłaszcza części zaznajomionej z lekturami pisarza była co najmniej entuzjastyczna. Kto mógłby lepiej oddać lovecraftowską brzydotę, fetor i całą grozę kosmiczną od Del Toro? Film miał mieć premierę w 2018 i... nie powstał. Pomysł na ekranizację W górach szaleństwa, spoczął wiecznym snem niczym Cthulhu. Pytanie, dlaczego? 
Lovecraft recenzuje książkę, kadr z filmu Ghostland
Z dziełami samotnika z Providence wiążą się różne problemy. Od scenariuszowych, poprzez rzemieśnicze, aż po działania czysto marketingowe, przez które to nie uświadczamy głośnych premier jak jest to zwykle z królem horroru. Kim był ten cały Lovecraft? Amerykański pisarz o niezwykłej wyobraźni, jeden z czołowych autorów weird fiction, twórca mitologii Cthulhu. Chociaż za życia niedoceniony należycie, po śmierci zdobył rzesze czytelników i kontynuatorów historii o kosmicznej grozie.
Pierwsza rzecz jaka rzuca się w oczy podczas lektury jest mocno archaiczny styl.  I nie jest to wyłacznie spostrzeżenie osoby czytającej jego opowiadania dzisiaj. Lovecraft nawet jak na swoje czasy był trudny w odbiorze. Budował długie zdania, unikał dialogów, wtrącał archaizmy, a także nawiązania do twórczości pisarzy, których on sam uważał za mistrzów.
Lovecraft wykreował w swoich opowiadaniach wyjątkowo ponury świat, gdzie mimo braku dosadnych obrazów przemocy (Nadprzyrodzona groza w literaturze) na wyobraźnię czytelników działały obłęd  i strach przed pierwotnym światem pozbawionym bezpieczeństwa i poczucia jakiegokolwiek komfortu. Każdy opis jest przesycony pięknem grozy;

Do wtóru trzcinowych piszczałek, których echo niosło się nad torfowiskiem, pląsał w milczący i nieziemski sposób rozkołysany, mieszany tłum postaci;
(Księżycowe moczary, H.P. Lovecraft)

Jedynym normalnym, zdrowym kolorem była zieleń trawy i listowia; poza tym wszystko mieniło się roztęczem najobłędniejszych odcieni jakiejś schorzałej barwy pierwotnej; 
(Kolor z innego wszechświata, H.P. Lovecraft)

Wyobrażenie lovcrawtowskiej natury, bez różnicy czy ziemskiej, czy spatrzonej przez zło wymaga ogromnej wrażliwości plastycznej reżysera. To ważne, bo właśnie opisy zamków, przyrody oraz zjawisk nadporzyrodzonych dają "kopa" czytelnikowi. Niestety częstym błędem jaki popełniają twórcy jest złe rozłożenie akcentów. Z jedenj strony ma być groza, a z drugiej mroczne zamczyska, szumiące na wietrze drzewa i wrzosowiska. Utrzymanie kontrastu między klimatycznym horrorem, a piękną scenografią bardzo łatwo zachwiać (Szepty w mroku, Wzgórze Crimson Peak). I tu wydaje mi się, że Guillermo Del Toro na stołku reżyserskim był strzałem w dziesiątkę. Podobnym wyczuciem na literackie dzieła samotnika z Providence wykazywał się John Carpenter, w ogóle W paszczy szaleństwa jest jednym wielkim ukłonem w stronę pisarza. Z tym, że czasy Carpentera przypadają na lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. Tak naprawdę wśród dzisiejszych reżyserów nie widzę nazwiska, który stworzyłby dobrą adaptację.
Kult przetrzymuje grupę ludzi, kadr z filmu Pustka
A co ze scenariuszem? Opowiadania Lovecrafta mają podobną do siebie budowę; narrator, a zarazem główny bohater opowiada o mrocznych wydarzeniach z przeszłości, wszystko podpiera rozmyślaniami, dokumentami, listami, wycinkami z gazet, a także mitami zasłyszanymi od miejscowych. Finał stanowi przewrotne wnioski zostawiające czytelników w niepewności. Powracam tu do stylu autora. Aby zrealizować adaptację należałoby napisać scenariusz od podstaw. Rozpisać wszystkie "dowody" na sceny i dialogi, powołać do życia bohaterów, wykreować ich zachowania, relacje. Kim są? Jacy są? Proza Lovecrafta stanowi ogromne wyzwanie dla potencjalnych scenarzystów.
Jeśli przejść przez kilka opowiadań autora zapamiętamy, Cthulhu, Necronomicon oraz miasto Arkham. To stałe motywy jego literatury. Powtarzalność działa na niekorzyść, bo jak różne studia mogłyby sięgać po temat Przedwiecznych? King jest dużo bardziej uniwersalny, a tematyka jego powieści jest dość rozległa: wampiry, wilkołaki, opętania. Ta rozległość sprawia, że po Kinga praktycznie, co roku sięgają kolejni twórcy, a plakaty opatrzone jego nazwiskiem są połową sukcesu. Ekranizacja Lovecrafta jest większym ryzykiem. Nawet jeśli otrzymamy dobry film to brakuje mu reklamy jaką jest King dla swoich ekranizacji.
W paszczy szaleństwa hołduje pisarzowi
Ostatecznie ekranizacje opowiadań H.P. Lovecrafta są wymagające. Potrzeba między innymi  reżysera rozumiejącego pisarza oraz przemyślanego scenariusza, a potem kto wie? Można byłoby stworzyć całe uniwersum mackowatych potworów, ale czy okazałoby się ono sukcesem?  O wiele prościej jest sięgnąć po niskobudżetowy teenage horror, który nawet jeśli nie przyniesie jego twórcom spektakularnego sukcestu to ściągnie do kina widzów i jakoś się obroni. Czy Lovecraft nie mógłby być niskobudżetowym i niewymagającym projektem? Na to pytanie możecie odopowiedzieć sami oglądając krótkometrażowy horror Zew Cthulhu w reżyserii A. Lemana. Polecam. 

środa, 23 maja 2018

Tragedia w pomidorach

Kilka książek Chmielewskiej już mam za sobą, wiele świetnych: pełnych akcji, humoru i szalonych postaci z autorką na czele. Niestety, ale obok tych świetnych zawsze pojawią się także kiepskie, pozbawione wyrazu, takie jak Byczki w pomidorach.
Napisana w 2010 roku powieść jest luźną kontynuacją fenomenalnego kryminału Wszystko czerwone. Wspólnie z Joanną ponownie trafiamy do domu jej dobrej przyjaciółki, Alicji, przez który to przewija się masa barwnych postaci, ale najważniejszymi są pangolin Wacław i jego ukochana Julia. Wkrótce bohaterom przyjdzie rozwiązać sprawę morderstwa.
Starałem się, aby opis był w miarę ciekawy, ale w rzeczywistości fabuła jest bardzo rozwleczona, a zagadka kryminalna jakby wpięta na siłę, bo trudno uznać trupa pojawiającego się gdzieś w środku, jeśli nie bliżej końca książki za jej wątek główny. Początek to gadanie o niczym i już przez to jest ciężko przebrnąć. Jasne, Chmielewska często wrzuca komiczne dialogi w których niedomówienia i pomyłki są normalnością, ale zawsze była w nich jakaś lekkość. Byczki tymczasem operują topornymi dialogami. Potem... jedzą, piją, gospodarstwo prowadzą i tak w kółko, a od czasu do czasu obgadają nowych gości Alicji, których nie lubią. Kolejna rzecz to sposób przedstawienia postaci. Jestem świadomy tego, że Chmielewska nie wychodzi poza pewne schematy: trupy zasługują na swój los, młode bohaterki ze swoimi krystalicznymi charakterami mogą konkurować z Kopciuszkiem, a aktualna miłość życia autorki jest doskonała. Schematy nie są złe, ale tutaj nie podziałały. Trochę bolało mnie jak goście Alicji starają się tworzyć zamkniętą, nieco elitarną grupę z miejsca wrogo nastawioną do nowo przybyłych. Takie odnosi się wrażenia, a wiedząc, że jest ono nieomylne, bo Joanna i reszta znają się na ludziach jak nikt, szybko odgadujemy, kto jest czarnym charakterem, a kogo w założeniu powinniśmy od razu nie lubić, aby przynależeć do paczki gości pożądanych. O, ironio, jedyną sympatię budzi postać żarłocznego Marianka i jako jedyny jest dla mnie (mimo wszelkich idiotyzmów) prawdziwy, a przynajmniej prawdziwszy od grupy przyjaciółek tak mężnie broniących domu Alicji przed niemile widzianymi gośćmi. Sama gospodyni pozostaje życzliwa, ale jakoś taka bez wyrazu. Czy to ta sama Alicja, która unikała śmierci we Wszystko czerwone? Joanna jakby mniej wścibska i zdystansowana do świata, a pozostałych szkoda wymieniać.
Celowo nie mówię nic o wątku kryminalnym, bo tak po prawdzie, to nie ma o czym wspominać. Pojawia się on znikąd i jego rozwiązanie jest tak oczywiste, że druga połowa książki jest kompletną stratą czasu.
Zamiast sięgać po Byczki w pomidorach polecam powrócić do Wszystko czerwone lub nawet do Kocich worków. Gwarantuję, że przy tamtych będziecie bawić się o wiele lepiej. Jeśli jednak szukacie książki o niczym, gdzie najważniejszymi zagadnieniami są rozlokowanie gości po domu oraz rozmrażanie ryb, sięgajcie po tę książkę śmiało.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Światowy Dzień Książki

Dziś Światowy Dzień Książki. Także pochwale się swoją ukochaną książką.


Skip i Tyson rządzą!

niedziela, 2 kwietnia 2017

Jak nie napisać powieści. O moim romansie z Chmielewską

,,Nie marzyłam ani o karierze gwiazdy filmowej, ani o mariażu z księciem z bajki. Nie, nic z tych rzeczy. Marzyłam o napisaniu książki" -  zwierza się czytelnikom we wstępie swojej książki Joanna Chmielewska.
Kto by pomyślał, że pewnego dnia zakocham się w babskich kryminałach? Ano miłość zaczęła się gwałtownie, znienacka, spadła jak piorun z nieba, poraziła, odebrała rozum i utrzymuje się do dzisiaj. Czasem zdarzają nam się kłótnie i rozstania, ale zwykle niegroźne i są wywołane nowszymi książkami Joanny. Tu trzeba zaznaczyć, że w nowszych kryminałach ciężko doszukać się szalonej farsy, która towarzyszy Lesiowi czy Krokodylowi z krainy Karoliny. Mimo wszystko... miłości można wybaczyć wiele.
Wcześniej użyłem epitetu "babski", a nie wziął się znikąd, bo powieści Chmielewskiej są oznaczane jako literatura kobieca. Zdarzyła mi się nawet sytuacja, gdzie pani w księgarni zapytała się (przy okazji kupna Zbrodni w efekcie), czy książka jest dla mnie, bo rzadko spotyka mężczyzn czytających Chmielewską. Odparłem, że tak i już kilka przeczytałem. Czym jest, do cholery, literatura kobieca? Żądam równouprawnienia i literatury męskiej! Zresztą, książki o Joannie to przede wszystkim dobra rozrywka, ale chyba odchodzę od właściwego tematu. Pozwolę sobie wrócić do mojego wyobrażenia kryminału - mrocznej historii, pełnej trupów, narkotyków, porwań i bohaterów zmagających się z przeszłością. Dążę do tego, że zawsze wydawało mi się, że jak kryminał to Jo Nesbø, ale okazuje się, że nie musi być za poważnie...
Moja przygoda z Joanną rozpoczęła się od filmu poleconego przez znajomą, Lekarstwo na miłość, będącego adaptacją jej debiutanckiej powieści Klin i jako ciekawostkę przyznam, że mam ją jeszcze przed sobą (hamuje mnie opinia kolegi, który określił powieść jako przereklamowaną).
Pierwszym kryminałem Chmielewskiej była Duża polka. Akcja dzieje się w Krynicy Morskiej, do której na prośbę znajomego przyjeżdża główna bohaterka. Bodzio wplątał się w aferę przemytniczą i liczy na pomoc Joanny. Jakby mało tego było na plaży odnalezione zostają zwłoki mężczyzny, z którym kiedyś... coś... łączyło bohaterkę. Aśka rozpoczyna dwa śledztwa, a wkrótce okazuje się, że sprawy mają ze sobą sporo wspólnego.
Duża polka to przyjemna kombinacja (w rozsądnej dawce) wszystkiego za co cenię sobie twórczość autorki. Przede wszystkim jest intryga. Kiedyś Chmielewska w wywiadzie powiedziała, że w kryminale najważniejsza jest nieprzerwana akcja. Cały czas coś musi się dziać i to reprezentują jej książki.Motanina i mieszanina fabularna jest na porządku dziennym. Niby istnieje niebezpieczeństwo, ale nie jest ono traktowane zupełnie serio. Czytając nie masz obaw o życie bohaterów. Nawet w Wszystko czerwone, gdzie trup tak jakby ściele się gęsto nie boisz się o Alicję. Wiesz, że autorka nie da skrzywdzić lubionej postaci. Humor nadają bohaterowie i dialogi. Postaci są tak szalone, czasem głupie, że nie można nie czuć do nich sympatii. Bo jak nie uśmiechnąć się na myśl obrabowania pociągu z pomocą fałszywej bomby zegarowej lub napychania kiełbasy tajnymi wiadomościami? Dialogi to perełki, Chmielewska uwielbia bawić językiem - niedopowiedzenia, niewłaściwie zadawane pytania, dziwne nazwiska - wszystko to służy komedii. I na koniec warto też wspomnieć o samej autorce i bohaterce wielu powieści. Joanna prezentuje się jako osoba energiczna, z ogromnym dystansem do własnej osoby i świata. Przy tym jest odważna, chętnie pakuje się w nowe tarapaty, ale i zakochuje się w nieodpowiednich mężczyznach. Niejednokrotnie nazywa siebie idiotką, a swoimi oryginalnymi spostrzeżeniami wywołuje uśmiech na twarzy.
Co tu dużo pisać? Uwielbiam czytać powieści Chmielewskiej.

Fotografia:
www.culture.pl

niedziela, 5 marca 2017

Książka ważna albo ważniejsza dla mnie

Ten post miał powstać jeszcze w okolicach tego i dotyczyć czegoś zupełnie innego, bo ulubionych książek, ale z jakichś powodów wtedy wstrzymałem się z jego publikacją. I dzisiaj sięgnąłem po książkę, która z różnych powodów jest dla mnie ważna. Nie znalazłaby się w żadnym rankingu wartych przeczytania, ani zestawieniu ulubionych, ale dzisiaj chciałbym napisać o niej kilka zdań.
Książka nosi tytuł Walt Disney przedstawia Najpiękniejsze bajki świata. Ilustracja na twardej oprawie przedstawia dziewczynę odpoczywającą pod drzewem w towarzystwie leśnych zwierząt, a zza drzewa wyłania się młody chłopak. Są to bohaterowie Śpiącej Królewny.
Książki towarzyszyły mi od dziecka. I warto napisać. Ba, nawet się przełamać i wstawić zdjęcie (nie lubię tego, gdyż robienie zdjęć moim telefonem lub aparatem wiąże się z długim procesem biurokracji  i formalnościami), ale tym razem zrobię wyjątek.
Sam tytuł nie jest może jakoś szczególnie ważny, ale chodzi o fakt, że to właśnie ta książka. To prezent urodzinowy z dedycją od mojej mamy. Ze wstydem przyznaję, że w wieku czterech lat nie potrafiłem docenić tego jak ważna była dla mnie ta książka, chociaż już wtedy była.
Historie przedstawione w niej są tak naprawdę streszczeniami filmów z wytwórni Disneya, bogato zdobionymi w kadry z tychże bajek. Każda z nich kończy się krótką notatką o pracy nad animacją. Interesując się trochę Disneyem nie znajdziesz w niej niczego odkrywczego, to prawda.Ważniejsze jest to, że udało jej się pobudzić moją wyobraźnię i zainteresować magicznym światem baśni. Łączy się z mnóstwem wspomnień i miłych rzeczy. I na koniec dodam, że moją ulubioną bają była Bernard i Bianka.

środa, 31 sierpnia 2016

[Wakacyjne wyzwanie] Bezsenność w Tokio, Marcin Bruczkowski

Jest godzina 21:37, a ja siedzę przed komputerem i wesoło stukam w klawiaturę. Właśnie zabrałem się za notatkę do ostatniego wakacyjnego wyzwania, którego hasłem był hotel. I czas jest o tyle ważny, bo czuję się trochę jak bohater zaproponowanej przez Preity książki.
Bezsenność w Tokio ukazała się w księgarniach 2004 roku za pośrednictwem wydawnictwa Rosner i Wspólnicy. Autor, Marcin (nawet imię się zgadza) Bruczkowski opisuje w niej swój dziesięcioletni pobyt w Kraju Wschodzącego Jena. Nie jest to książka podróżnicza, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie. To przede wszystkim pełna humoru i optymizmu historia naszego rodaka w zupełnie innym i nieznanym dla nas świecie. Piszę "nieznanym", bo akcja powieści rozgrywa się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czyli w czasach, gdy mało moich rówieśników wiedziało czym jest Sailor Moon.
Marcin przybliża nam swoje życie w Japonii, barwnie opisuje sposoby na przetrwanie, co, gdzie i kiedy. Pod barwnymi perypetiami codzienności otrzymujemy obraz Japończyków oraz ich stosunku do gajdzinów. Widzimy ogromne (niby oczywiste) różnice kulturowe pomiędzy Japonią, a resztą świata, fałszywość stereotypów i wiele ciekawostek, które momentami wydawały się, aż nazbyt absurdalne, aby mogły być prawdziwe i tu moim absolutnym faworytem był strachliwy konduktor. Tokio zachwyca - łączy w sobie tradycję i nowoczesność.


Jak powiedziałem wcześniej - nie jest to książka podróżnicza, a przynajmniej nie do końca, bo ogromną rolę w Bezsenności odgrywają ludzie i rodząca się pomiędzy nimi przyjaźń. Przez dziesięć lat, w których toczy się akcja powieści Marcin, Sean i reszta gajdzino-tokijskiego światka tworzy własną społeczność, a może nawet coś ważniejszego - rodzinę. I myślę, że to ważny aspekt, bo "gajdzin musi umieć być samotny, bo samotnym jest się tutaj nawet w tłumie", jak mówi w pierwszym rozdziale Marcin.
Co jeszcze mogę dodać? W książce jest całkiem sporo fotografii, rysunków i innych dupereli, które powinny umilić czytanie. Co mogę jeszcze dodać? Z czterech wyzwań postawionych przez Preity to było zdecydowanie najlepsze.

Czy przeczytałbym ponownie?
Być może wrócę do Bezsenności w Tokio za jakiś czas. Na razie przeglądam oficjalną stronę Bruczkowskiego i zastanawiam się, za którą z jego książek zabrać się teraz.


Gdyby Meg brała udział w wyzwaniu pewnie napisałaby to podsumowanie ładniej i zgrabniej, ale jestem ja i ogłaszam: Wakacyjne wyzwanie dobiega końca. I tutaj chciałbym bardzo serdecznie podziękować Preity za zabawę i propozycje książek/filmów, które mi poleciła. Bawiłem się fantastycznie i mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie mi dane zorganizować kolejne wakacyjne wyzwanie.

czwartek, 4 sierpnia 2016

[Wakacyjne wyzwanie] Marsjanin, Andy Weir

Po krótkiej przerwie i wielu przeciwnościach losu - wyobraźcie sobie, że już miałem napisany ten tekst, ale postanowił usunąć się - podejmuję drugą propozycję wakacyjnego wyzwania związaną ze słowem "namiot", a rozpocznę od cytatu:

Mam całkowicie przesrane.
To moja przemyślana opinia.
Przesrane.

Tymi słowami z czytelnikiem wita się bohater powieści Marsjanin A.Weira i trzeba przyznać, że ta przemyślana opinia jest bardzo trafna, ale od początku... Mark Watney jest astronautą i jednym z pierwszych ludzi, którzy postawili stopę na Marsie. Niestety, jest także pierwszą osobą, która, prawdopodobnie, tutaj umrze. W wyniku niefortunnego zbiegu wydarzeń załoga misji Ares 3 opuszcza Czerwoną Planetę pozostawiając na niej rannego Watneya. Od tej pory celem Marka będzie przeżycie w niegościnnym miejscu, aż do przybycia kolejnej misji. 
Byłem zaintrygowany. Co ja zrobiłbym w takiej sytuacji? Pewnie niewiele. Spodziewałem się przygnębiającej i trudnej historii o samotności i umieraniu, a tymczasem Marsjanin okazał się czymś zupełnie innym.
Andy Weir obdarzył swojego bohatera nieprzeciętnym poczuciem humoru, inteligencją oraz talentem do rozwiązywania problemów. Watney nie poddaje się, a sytuacje stresowe oraz niebezpieczne opowiadane z jego perspektywy dla czytelnika nie wydają się groźne, a szalenie interesujące. Najbanalniejszym, ale chyba i najtrafniejszym porównaniem będzie Robinson Crusoe w ekstremalnej scenerii Marsa.

Kadr z filmu Marsjanin
Co jakiś czas akcja przenosi się na Ziemię, gdzie atmosfera jest... mniej optymistyczna. Sztab ludzi stara się pomóc mieszkańcowi Marsa w przetrwaniu. Są tam naukowcy, urzędnicy, ludzie zajmujący się kontaktem z mediami... Mimo ogromnej roli jaką odegrali - Venkant, Annie, Mitch i inni - pozostawali dla mnie raczej jednolitą masą, która niczym się nie wyróżniała.
Dużo ciekawiej wypadła załoga Aresa 3. Każdy z nich otrzymał skromną charakterystykę dzięki krótkim rozmową z Watneyem lub bliskimi. Autor stworzył postaci wiarygodne i dające się lubić (może poza Mitchem).
Teraz wypadałoby ponarzekać. Co mnie trochę uwierało to naukowe podejście. Zdaję sobie sprawę, że mój argument jest idiotyczny. To nie jest Pamięć absolutna, czy John Carter. Marsjanin stara się oddać realizm sytuacji, wyjaśniać co i jak działa. Momentami ciężko było mi przebrnąć przez niektóre sole wypełnione pracą i jej opisami. No i szkoda, że nie poświęcono więcej  miejsca na opis Czerwonej Planety.
Przetrząsając wczoraj internety natknąłem się na informację o tym, że Andy Weir wydał Marsjanina nakładem własnym. Ha, czyli nie taki zły selfpublishing jak mawiają, czasem talent wystarczy. 

Czy przeczytałbym książkę ponownie?
Drugi raz nie, jest bardzo mało książek, do których wracam ponownie, ale temat wydaje się na tyle intrygujący, że chętnie obejrzę film na podstawie książki.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Ulubione postaci książkowe

Zacznę od tego, że o książkach chciałem napisać już bardzo dawno temu, ale ciągle brakowało mi jakiegoś impulsu. I z racji, że pisać trzeba, i z racji, że czytać trzeba. I z racji, że jedno i drugie jako tako się z blogiem mym łączy, to postanowiłem pochwalić się listą moich ulubionych postaci literackich. 

Joanna (Seria powieści, J. Chmielewska)
Zacznę od jedynej kobiety na tej liście. Najpierw był film, który poleciła mi Miryoku <3 a potem chęć zapoznania się z twórczością autorki i jestem. Joanna Chmielewska w humorystyczny sposób przedstawia siebie jako bohaterkę i narratorkę kryminalnych historii. Przede wszystkim cechuje się ogromnym dystansem do siebie i świata. Ponadto jest wścibska, inteligentna, a czasem bywa krytyczna. Joanna to dowód na prawdziwość powiedzenia, że gdzie diabeł nie może tam babę pośle. Jednak najlepsze jest to, że znajduję się dopiero na początku przygody z Joanną i jeszcze wiele z jej strony mnie czeka, hehehe...
W sumie to zastanawiałem się, czy bardziej lubię Joannę, czy Alicję. Ostatecznie wybrałem pierwszą z pań, bo znam ją nieco dłużej.

Ignacy Rzecki (Lalka, B. Prus)
Gdy tylko rozpocząłem układanie listy, pomyślałem o panu Ignacym. Początkowo nie byłem przekonany do Pamiętników starego subiekta, które wydawały mi się wyłącznie przerywnikiem prawdziwej akcji. Szybko jednak zmieniłem zdanie. Pamiętnik pomógł mi dostrzec różnice pomiędzy pokoleniami: Rzeckiego i Wokulskiego. Pan Ignacy ujął mnie swoją życzliwością, dobrocią oraz trochę gderliwością (zwłaszcza z początku). Kurde, ile to razy miałem ochotę uściskać tego pana i zwrócić się do niego "dziadku"? Bardzo lubię Lalkę, ale nie potrafię wybaczyć Prusowi gorzkiego zakończenia.

Mały Książę (Mały Książę, A. Saint-Exupéry)

Po Małym Księciu nie spodziewałem się wiele. To była lektura i na jej nieszczęście przypada na okres nauki, w którym człowiek jeszcze nie wszystko potrafi docenić, a przynajmniej ze mną tak było. Do Małego Księcia powróciłem stosunkowo niedawno i urzekł mnie. I nie chodzi mi wyłącznie o książkę, jej symbolikę, piękno, ale i o tajemniczą postać chłopca, którą spotyka pilot. Na raz pojawiły się pytania, kim jest, czego szuka naprawdę, dlaczego akurat baranek? Na następnych stronach książki Mały Książę ujmował mnie swoją dobrocią, mądrością, prostotą i dociekliwością. To dziecko o czystym sercu, które z uporem poznaje świat ludzi dorosłych.

Hamlet (Hamlet, W. Szekspir)
Hamlet to pierwsza postać na jaką kiedykolwiek zwróciłem uwagę. Wcześniej nie myślałem, że mogę lubić postać książkową, ale zmienił to duński książę. Nie potrafię wyjaśnić, skąd moja sympatia do jego postaci, ale nie potrafię też wyjaśnić, skąd, tak nagle, wzięła się moja sympatia do Szekspira. Hamlet jest jedną z najbardziej intrygujących postaci z szekspirowskich tragedii. Owszem, darzę sympatią Makbeta, Jago, a nawet Kordelię, ale żadne z nich nie budziło mojego zainteresowania jak Hamlet. Księcia duńskiego cechują inteligencja, przebiegłość oraz bezczelność. Walczą w nim sprzeczne emocje - rozum oraz szaleństwo i to wygrana jednej z nich ostatecznie sprawia, że Hamlet to nie tylko wielki dramat, ale i rewelacyjna postać. Co ciekawe nie widziałem nigdy żadnej ekranizacji Hamleta, ale spoko wszystko jeszcze przed moją personą.

Stanisław Wokulski (Lalka, B. Prus)
I wracam do Lalki. Główny bohater powieści Prusa to chyba jedna z najbardziej złożonych postaci w polskiej literaturze. Wokulski sprawia wrażenie chłodnego, nieprzyjemnego człowieka (i tak też jest odbierany przez wiele innych postaci z powieści). Oczywiście, to tylko wrażenie, której jest jedynie fragmentem jego osobowości. Stachu to człowiek inteligentny, wyrachowany, ale także wrażliwy. Na początku drażnił mnie swoją arogancją, ale szybko przekonałem się, że inny nie może być. Podziwiam go za pracowitość i determinację w dążeniu do zdobycia majątku (nawet jeśli była to broń obosieczna). Cokolwiek napiszę i tak nie odda to mojej sympatii do Wokulskiego. 

To moje pięć ulubionych postaci książkowych. No... teraz mój blog powinien nabrać nieco koloru :) Macie swoje ulubione postaci książkowe? Głupie pytanie. Pewnie każdy ma. W takim razie kto jest waszym ulubieńcem? 

W skompletowaniu fotografii pomogła mi grafika Google ;)

Książki



środa, 28 października 2015

Szkoła przy cmentarzu (Tom.B.Stone)

Zacznę od tego, że to wszystko wina wakacyjnego wyzwania i Megi, bo Gravity Falls poniekąd przypomniało  mi o latach 90-tych i strasznych historiach, które głównie rozgrywały się w świecie młodzieży. Świecie, który był niezrozumiały/ niezauważany przez dorosłych. Wiecie, seriale: Erie Indiana, Gęsia skórka oraz cykle książkowe: Szkoła przy cmentarzu oraz Krąg ciemności. I tak wiedziony podstępnym uczuciem sentymentu postanowiłem powrócić do Szkoły przy cmentarzu.
Za moich czasów (ogólnie zdanie zaczynam jak jakiś stary pierdziel) było około 10 książek, a przynajmniej tak wywnioskowałem polując na kolejne, rzadkie egzemplarze Szkoły przy cmentarzu w okrąglaku. Najnowsza część Opowieści z ciemnego lasu była trzynastym tomem... tomikiem cyklu i zapowiadała Autobus widmo i to było moje ostatnie spotkanie z nawiedzoną szkołą w Groove Hill i jej uczniami, gdyż zniknęła z okrąglaka, a jej miejsce na regale zajęła seria o przygodach trzech detektywów sygnowana wówczas nazwiskiem A.Hitchcocka. W każdym razie na tym się skończyło, a kilka lat później przez całkowity przypadek znalazłem jeszcze nowszy tom (piętnasty) pt.Przeklęty Mikołaj, który nie był niczym innym jak luźną adaptacją Opowieści wigilijnej C.Dickensa. Teraz na nowo przypomniałem sobie o serii, a nawet zakupiłem Zemstę dinozaurów, Jak polubić mumię oraz Baseball zdechlaków, w którego trakcie czytania właśnie jestem.
Autorem cyklu, składającego się z 28 tomików powiązanych ze sobą jedynie tytułową szkołą, jest Tom B.Stone. Oczywiście to tylko pseudonim, którego prawdziwe (tombstone) znaczenie odkryłem powracając do lektury po wielu latach. To z pewnością nie jest wybitna literatura. Pewnie bliżej jej do przeciętnej aniżeli dobrej. Chyba najsprawiedliwiej jest stwierdzić, że Szkoła przy cmentarzu to taki horrorowy odpowiednik harlequinów dla młodzieży. Zwyczajnie ma służyć zajęciu czasu, a nie głębszej analizie fabuły i poczynań bohaterów.
Miejscem akcji jest miasteczko Grove Hill. To tutaj znajduje się szkoła podstawowa, do której uczęszczają jej główni bohaterowie: Skip, Tyson, Mark, Algie, Marie i wielu innych. Szkoła jest o tyle upiornym miejscem, że znajduje się w sąsiedztwie starego cmentarza. Jego obecność wpływa na niezwykłą aurę tego miejsca, ale raczej nie jest powodem dziwacznych wydarzeń w jakie wplątują się uczniowie.
Każdy tom opowiada inną historię, która nie ma żadnego wpływu na poprzednie, czy też na następne książki cyklu. Jedynymi wspólnymi cechami jest szkoła oraz bohaterowie, który jeśli nawet nie grają głównych skrzypiec w jakimś tomiku to przynajmniej pojawiają się na dalszym planie.
Do tej pory mam za sobą osiem książek z cyklu i zdecydowanie moja ulubioną (nie tylko z cyklu, ale należy do grona moich najukochańszych czytadeł) jest Mój mały wilkołak. Nawet po latach pamiętam całą historię, jej głównego bohatera oraz pełnię księżyca - kiedyś ta tandetna scenka z pizzą podobała mi się przeokropnie. Najmniejszą sympatią cieszyła się u mnie Przerażająca drużyna i czytając teraz Baseball zdechlaków dochodzę do wniosku, że wszystko co wiąże się z tematem sportu nie jest dla mnie.
Historie są krótkie i proste. W sam raz, aby utrzymać uwagę młodego (za target obstawiam 10-12 lat) czytelnika. Starszy też powinien znaleźć w niej coś dla siebie pod warunkiem, że poczuje delikatny powiew sentymentu. O czym warto wspomnieć to dodatki. Na końcu każdej książeczki znajduje się jakiś rebus, kolorowanka, czy inna krzyżówka - nic wielkiego, ale całkiem fajny dodatek. Jeszcze wspomnę o okładkach, które są obłędne. Piękne projekty potworów, wilkołaków i zombie były właśnie tym, dlaczego pierwszy raz sięgnąłem po Szkołę przy cmentarzu. Najchętniej sfotografowałbym swoją malutką kolekcję, ale aparat na tyle kijowy, że zwyczajnie poratuję się (moim zdaniem najlepszą okładką) zdjęciem z internetu.

sobota, 5 września 2015

O Lalce, Stasiu i tak ogólnie o Chłopach

O Lalce Bolesława Prusa można usłyszeć w mediach od rana. Mówiono o Stasiu Wokulskim, trochę o Warszawie i o czytaniu książek, a temat nie pojawił się sam z siebie, a z inicjatywy "Narodowe Czytanie", która została zapoczątkowana w 2012 roku.
Lalka jest jedną z moich ulubionych książek to nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Byłem dwa razy przymuszany do czytanie tej powieści jako lektury i dwa razy spasowałem po kilku rozdziałach. I nie, nie chodzi tu o przymus szkolny, a o dojrzałość. Powracając do powieści Prusa po latach mogłem odczytać ją z większym zrozumieniem i co ważniejsze z czystą przyjemnością, zaś sam Wokulski jest obok doktora Judyma jedną z moich ulubionych postaci w literaturze. Mam za sobą filmową i musicalową wersję (serialowa idzie mi powolutku) i ba! liczę na jakąś nową adaptację, w której zagrałby Rafał Ostrowski, albo Leszek Lichota. W każdym razie dzisiaj odpuściłem sobie to "wspólne" czytanie Lalki (z racji, że Przekora to moje drugie imię) i postanowiłem obejrzeć musicalową wersję Chłopów. Genialna jest, a kto nie oglądał niech żałuje.

 

I teraz kusi, aby zrobić listę książek ważnych i ważniejszych dla mnie.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Co nowego... Starego... Do nadrobienia

Temat z cyklu tych trochę po terminie, a może nie... Zacznę od początku. Nie planowałem jakichś większych zakupów w okresie zimowym, ale przechadzając się tu i tam jakoś nie mogłem sobie odpuścić i tak w kilka dni moja kolekcja komiksowo-filmowa trochę się powiększyła. Jeśli chodzi o zakupy planowane to przede wszystkim: "All Need Is Kill" tom 2. Wiedziałem, że wydawnictwo JPF wyda go jakoś w okresie przedświątecznym, a ja wcześniej przeczytałem tom 1. Dlatego też zdecydowałem się na "dwójkę". Przeczytałem... Coś tam napiszę o komiksie za jakiś czas. Drugi niezbędnik to "REverSAL" wydawnictwa Studio JG. Czekałem, czekałem, bardzo długo czekałem, aż pojawi się na sklepowych półkach (o ile dobrze pamiętam, zawsze istnieje opcja, że się mylę,  premiera z jakichś powodów przeciągała się - miała być jesień 2014). Jestem po lekturze i pozostaje mi czekać na drugi tom z jeszcze większą niecierpliwością. "REverSAL" jest drugim tytułem od Studia JG, który poznałem i także drugim, który mnie kupił. Także, brawo, Studio JG. Po wielu latach końca doczekała się manga "Neon Genesis Evangelion" to znaczy... Źle to ująłem - w każdym razie w grudniu do empików zawitał ostatni, 14 tom dzieła, które w Polsce było wydawane dość nieregularnie. Kupiłem tom pierwszy i teraz ze spokojem mogę sięgać po kolejne. Dla wyjaśnienia: nie jest to moje pierwsze spotkanie z NGE, ale dopiero teraz skusiłem się na papierową wersję. Ostatnia z rzeczy do przeczytania to "Rewolucja według Ludwika" - prawdę powiedziawszy, ta manga chodziła za mną już od pewnego czasu, ale z różnych przyczyn dopiero teraz udało mi się za nią zabrać. Krótko, zwięźle i na temat: rewolucja to rewelacja. Nie wiem, czy to będzie moja ulubiona manga, ale póki co jestem pod ogromnym "łał".
I na koniec zostały filmy. Żaden z nich nie jest dla mnie nowością, ale widząc je w hipermarketowym koszyku za 9,99 nie mogłem się oprzeć. Pierwszy z nich to "Marzyciel" z Johnnym Deppem. Naprawdę udany dramat, obyczaj w sam raz na niedzielne popołudnie. Drugi to "Jak zostać królem", wydany w książkowej okładce. Wiem, wiem kilka dni temu było w telewizji, ale i tak wydaje mi się, że jest to jeden z tych filmów, które mimo wszystko warto mieć w kolekcji.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Podręczniki szkolne

Zebrało mi się na stękanie i wzdychanie w nostalgiczno-sentymentalnym wspomnieniu podręczników szkolnych. I wspomnienie nie jest nieuzasadnione, chociaż bardziej pasowałoby bliżej 1 września, niż końcówki listopada, ale co zrobić jeśli nostalgia złapała i puścić nie chce?
Wszystko zaczęło się od lekcji siostrzeńca. Pomagając mu przy zadaniu domowym doszedłem do wniosku, że dzisiejsze podręczniki szkolne są nieciekawe. To znaczy... Nie chcę krytykować ich wartości, ani jęczeć, że kiedyś było super, a dzisiaj jest internet i ogólnie jest do dupy. Dzisiejsze podręczniki są atrakcyjne: kolorowe, pełne obrazków, czytanek, wycinanek, naklejek itd. Mimo wszystko nie potrafię odnaleźć w nich fajności, która X lat temu sprawiała, że nawet po lekcjach chętnie do nich wracałem.
Przeglądając grafiki internetowe wpadłem na elementarz pierwszoklasisty "Litery" autorstwa Ewy i Feliksa Przyłubskich. Na okładce była dziewczynka, o ile dobrze pamiętam, miała na imię Dorota. Sam się zaskoczyłem, jak wiele rzeczy z niego zapamiętałem. "Przyleciały gile", "Latem boso" - to były jakieś tam strzępki wierszyków z mojego pierwszego podręcznika. Poza "Litery" korzystałem jeszcze z dwóch zeszytów ćwiczeń, których autorów niestety nie pamiętam. Wiem jedynie, że okładki kolejno żółtą, a potem niebieską zdobiły koty piszące pierwsze litery alfabetu. Wspomnienie o pierwszym elementarzu, jeśli nie liczyć tego z zerówki ("Mam 6 lat") pchnęło mnie do wspominek na temat starych podręczników.
Próbowałem przypomnieć sobie podręczniki do języka polskiego i kolejno były to: "Słowo za słowem", "Słowa zwykłe i niezwykłe", "Słowo i obraz" oraz "Słowo i świat". Pamięta ktoś może, czy do klasy ósmej również był podręcznik z tego cyklu? Matematyka. Klasa druga. Tam również witały kolory, ładne, dziecinne obrazki. Pamiętam okładki zeszytów ćwiczeń do klasy drugiej: jeż, słoń i pudel z czego pudel był największym złem, bo tam wchodziły ułamki oraz "I ty zostaniesz Pitagorasem". Podręczników było znacznie więcej.
Dlaczego one nie mogły pozostać do dzisiaj? Pytanie retoryczne nie do końca jest retoryczne. Czasy się zmieniają, a wraz z nimi wartości wpajane dzieciom. W dzisiejszych elementarzach znajdują się odwołania do czasów współczesnych. Na ilustracjach pojawiają się komputery, telefony komórkowe, a do samych książek dołączane są bonusy w postaci płyt CD. Pozostaje inne pytanie. Czy nie warto byłoby unowocześnić tamtych podręczników? Czy rzeczywiście dzisiaj tak szybko dorastamy?
Podręczniki, na których uczyłem się ja i moi rówieśnicy nawiązywały z nami jakiś kontakt. Piękne rysunki w czytankach i zabawne stworki przy niezrozumiałych zadaniach matematycznych oswajały z nauką. Do dzisiaj pamiętam podręcznik do muzyki Romana Wawreczko, gdzie po niezwykłym domu oprowadzała dziewczynka o imieniu Ósemka, czy Ekoludek w Środowisku. W taki sposób nauka łączyła się z fabułą, a uczeń chętnie integrował się z postaciami. Nie potrafię powiedzieć, czy dzisiejsze podręczniki robią to samo, wiem, że się starają.
A wy pamiętacie swoje podręczniki? Macie do nich sentyment? Napiszcie, a tym czasem zapraszam poniżej  do galerii, gdzie umieściłem kilka zdjęć moich książek z czasów szkoły.
"Całoroczna podróż" i wcześniejszy podręcznik
Bardzo grube książki, ale przepięknie ilustrowane
Niby nic wielkiego, ale jednak :)

Historia jak okładka wskazuje:)

Geografia dla klas 4,5 i 7
Kieszonkowa pomoc naukowa. Są do dzisiaj!
Na grubość mógł konkurować z podręcznikami "Słowa"

Nauka angielskiego i komiksy o SuperSnake
Pomimo Lego matma zaczęła robić się poważna
Znowu matematyka
Podręczniki do klas 1-3. Niezwykle barwne i pomysłowe.
Ostatnie piętro domu, w którym mieszka muzyka

Ekoludek opowiadał o środowisku w klasach 2 i 3.

czwartek, 20 listopada 2014

Temat o niczym, a dokładniej lista rzeczy do...

Raz na ruski rok dostaję chrapki na wszystko, teraz i zaraz. Szkoda, że budżet na tyle skromny, że wszystko, teraz i zaraz musi rozłożyć się w czasie i kasie. Pozostaje stworzyć krótką listę rzeczy z cyklu "Must have".

Książki:
  • W. Sorkin, Zamieć; z tym miotam się już od dłuższego czasu. Gdy było jeszcze ciepło nie specjalnie śpieszyło mi się z kupnem książki o tak mroźnym tytule. Jednak im pogoda podlejsza, tym moja chęć na "Zamieć" większa. 
  • Y. Martel, Beatrycze i Wergili; bardzo, bardzo podobało mi się "Życie Pi". Chcę więcej. 
  • A. Nowaczewski, Dwa lata w Phenianie; interesuje mnie tematyka tego... Zastanawiam się, czy pasuje tutaj określenie "egzotycznego" kraju.
  • T. Pratchett, Smoki na zamku Ukruszon; podobno autor cyklu "Świat Dysku" wzoruje się na mojej twórczości opkowej. Dlatego też z jednej strony unikałem dotąd spotkania z jego książkami, ale z drugiej kusi mnie bardzo ładna okładka książki. 
  • E. Bull, Wojna o dąb; chciałem ją przeczytać od czasu, gdy w magazynie "Fantasy", ale jakoś tak się złożyło, że nigdy nie wpadła mi w łapska.
  • S. Pegg, "Nerd Do Well"; odnalezione przez zupełny przypadek
  •  F. Graliński, "Znikająca nerka. Mały leksykon współczesnych legend miejskich"; spacer po księgarni 
  •  R. Riggs, "Osobliwy dom pani Peregrine"; spacer po księgarni
 Filmy:
  • Jak dogonić szczęście, P. Chelsom; najważniejszy i jedyny powód to Simon Pegg w roli głównej. Tutaj sobie poczekam, bo film kilka dni temu dopiero wszedł do polskich kin.
Komiksy: 
  •  B. Dumont, Hugo; to nie jest żaden "must have", ale gdy tylko znajdę czas chętnie po niego sięgnę. Kiedyś miałem 3 lub 4 zeszyty poświęcone Hugo i jego kompanom. O komiksie przypomniałem sobie jakiś miesiąc temu. Do dziś nie wiem, dlaczego.
  • K. Karakara, :REverSAL; po "Tokyo Toy Box" nabrałem zaufania do Studia JG. I tak sobie czekam i czekam na wydanie pierwszego tomu, który został zapowiedziany na drugą połowę 2014 roku. Oszaleć można.
  • H. Adachi, K. Ooiwa, Goth; być może zainteresuję się. 

Komiksy do wykończenia:
  • Y. Tonogai, Judge, tom 5
  • Y. Tonogai, Judge, tom 6 - ost.
  • H. Sakurazaka, All You Need is Kill, tom 2 - ost.
  • T. Takahashi, Blue Heaven, tom 3 - ost.
Na razie czytam "Pamiętniki Tatusia Muminka" T. Jansson. Póki co nie dorównuje, niestety, poprzednim częściom cyklu, które mam za sobą: "Komecie nad Doliną Muminków" oraz "W Dolinie Muminków".
Co dalej... Rozpaczliwie próbuję zakończyć opowiadanie (co ja gadam? właściwie próbuję odzyskać chęć do zakończenia), a także myślę nad kolejnym rankingiem najlepszych graczy Survivor.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Komiks, kot i słomkowy kapelusz

Doczekałem się! Po długich oczekiwaniach wreszcie trafiła do mnie paczka z komiksami. W większości były to moje kolekcjonerskie fanaberie, ale był też jeden tytuł, z którym wcześniej nie miałem styczności - "Cześć, Michael". Pierwszy raz usłyszałem o nim w rozmowie o "Ilustrowanym pamiętniku Mikana", a teraz pojawiła się okazja i kupiłem Michaela. Jest to pierwsza publikacja wydana przez Waneko, a także moje pierwsze spotkanie z tym wydawnictwem. Jest to kieszonkowe wydanie. Poniekąd przypomina mi dostępne kiedyś w kiosku ruchu książeczki z dowcipami. Przeczytałem z miejsca i z tego samego miejsca stwierdzam: jestem zadowolony. Za naprawdę niską cenę poznałem fajny komiks. Myślę, że wkrótce zamówię pozostałe tomiki Michaela.


Jeśli już jestem w kocim temacie... Wcześniej pisałem o spuszczanych ze smyczy psach i kotku, którego znalazłem. Myślałem, że znajdzie mu się jakiś nowy dom. W końcu mam psa i tak naprawdę nie wiem jak reaguje on na koty. Szukanie domu wydłużyło się, a niewygoda trzymania zwierząt w osobnych pomieszczeniach przeważyła i... doszło do spotkania małej Marii Antoniny i Berniego ze mną w roli mediatora. Na szczęście moje obawy okazały się przesadzone. Zwierzaki czasem potrafią dogadywać lepiej niż ludzie.
Lato dobiega końca, a wszystkie książki, które warto było (z mojej perspektywy) przeczytać zostały już przeczytane. W poszukiwaniu jakiejś ciekawej lektury trafiłem do księgarni, gdzie moją uwagę przykuła okładka przedstawiająca słomiany kapelusz - "Hawajskie alibi" autorstwa Carol Snow. To chyba będzie następna książka po jaką sięgnę.