piątek, 12 kwietnia 2019

Puda

Puda, czyli dawna, rosyjska jednostka masy równa około 16,5 kg. Tajemnicze z początku słowo wpadło mi w oko w opowiadaniu Zagroda Matriony rosyjskiego laureata Literackiej Nagrody Nobla, A. Sołżenicyna.
Niewiele wiem o jednostkach masy. Na ogół używam pojęcia kilogram, tona i malutki gram. O "dawnych" w połączeniu z "rosyjskimi" moja wątpliwa wiedza spada do zera. Ale kto wie? Może w przyszłości pogłębię wiedzę wraz z kolejnymi "niematematycznym" książkami.
Chodzi mi o to, że do zdobywania wiedzy należy dążyć. Nic nie spada z nieba samo. To znaczy, fajnie byłoby obudzić się pewnego dnia i posiadać odpowiedzi na wszystkie pytania. Tak jak w Autostopem przez Galaktykę, ale to tak nie działa.
W moim życiu nadszedł czas zmian. Zmian, do których przez długi czas dorastałem. Chcąc zamknąć pewien etap życia i zacząć nowy, miejmy nadzieję, lepszy będę musiał zdobywać nową wiedzę. Niestety, samo bycie pracowitym i uczciwym to często za mało. Szkoda. Zmiany zawsze mnie przerażały, ale zdobyłem się na odwagę i wykonałem pierwszy krok w ich kierunku. Gdy odwaga znika należy ją zastąpić wytrwałością. Od razu nie będzie super. Pewnie potrwa za nim wszystko będzie faktycznie lepsze. Tym razem będę nieustępliwy i waleczny. W nowym etapie czeka mnie jeszcze wiele "jednostek masy" do przyswojenia. Będę popełniał błędy, ale i uczył się nowych rzeczy.

środa, 27 marca 2019

Chodząc do kibla razem

czyli Rodzeństwo Furo

Jednotomowa manga, Rodzeństwo Furo, autorstwa Yuki Shiwasu jest debiutem tej pani, a zarazem moim pierwszym moim zetknięciem z wydawnictwem Dango. Przyznaję, że przed zakupieniem tomiku bacznie obejrzałem okładkę i wnętrzności, bo nie do końca byłem przekonany do historii, którą chciano mi wcisnąć, ale o tym za chwilę...
Daisuke i Kyoko mają po piętnaście lat i są bliźniętami. Ich relacja zdaje się jednak daleko wykraczać poza siostrzano-braterską więź. Rodzeństwo spędza ze sobą każdą możliwą chwilę. I pisząc każdą mam na myśli naprawdę każdą, łącznie z załatwianiem potrzeb fizjologicznych. Za ich bliskością kryje się ważny powód. Otóż dzieciaki posiadają specyficzny dar widzenia zmarłych. Jedynym sposobem, aby trzymać duchy z dala od siebie jest ich bliskość.


Już po okładce, tak bardzo nasuwającej skojarzenie z rodzinką Adamsów, i kilku pierwszych stronach, jeszcze bez zniechęcania się kreską, otrzymujemy wisielczy humor w groteskowej oprawie. Poznajemy papużki nierozłączki, przerażoną ich bliskością matkę, szkolnych kolegów usilnie próbujących rozdzielić rodzeństwo i niegrzeszące rozumem duchy. To cała esencja Rodzeństwa Furo.
Pięć rozdziałów i dodatek "chibi" stanowią zamknięte historyjki, w których tytułowi bohaterowie muszą uporać się z jakimś duchem. Wszystko bazuje na podobnych żartach, które podzielimy na dwie grupy: nieogarnięcie rodzeństwa oraz wstawki z duchami.
Problem polega na tym, że opowiedziany kilkakrotnie dowcip traci swoją siłę i zamiast śmiechem puentujemy go głośnym, znużonym westchnieniem. I dzieje się tak od rozdziału drugiego. Po wprowadzeniu autorka wyraźnie chce opowiedzieć jakąś historię, ale nie robi tego ostatecznie wycofując się w sferę bezpiecznej groteski. Szkoda, bo Rodzeństwo Furo mogło dać czytelnikowi znacznie więcej od kilku dowcipów broczących w stylistyce high school drama.
Charaktery bohaterów zostały potraktowane po macoszemu. Na pierwszy plan wysuwają się cztery postacie. Z Daisuke i Kyoko jesteśmy od początku do końca, ale praktycznie niczego ciekawego o nich się nie dowiadujemy. Mają ten swój dziwny dar i naprawdę nie są ze sobą z przymusu, ale z miłości. Myślę, że fajnym motywem byłoby, gdyby czytelnik nie miał pewności, co do mocy parki i mógł przypuszczać, że jest to pretekst do bycia razem. Z tym, że wtedy bezpieczna strefa autorki za ścianą żartów skurczyłaby się w sposób drastyczny, a więc sytuacja dla czytelnika jest jasna od pierwszych stron. Fantastyczną postacią jest matka bohaterów, która ze zgrozą spogląda na niezdrową relację swoich dzieci. Nikt mi nie powie, że wspólne kąpiele szesnastolatków są normalne. Jako jedyna wydaje się postacią z niewykorzystanym potencjałem. Z czasem do ekipy dołącza kolega z klasy, Minazuki. Niby jest to postać z cyklu "character of the day", ale jako jedyny buduje większą, chociaż boleśnie banalną, historyjkę o duchu siostry.


Kreska jest nijaka. Mordy są strasznie płaskie, a dalszy plan nie istnieje. Niedbały styl sprawdza się przy postaciach duchów nadając im dodatkowy, komiczny efekt, ale przy ludziach wygląda to słabo. I szkoda tym bardziej, bo jak wspomniałem wcześniej postaci stylem (zwłaszcza mamuśka) mocno kojarzą się z rodziną Adamsów, ale ten czar pryska, gdy otrzymujemy niestaranne wykonanie.
Pech chciał, że nastawiłem się na więcej, a nie dostałem niczego. Nie ma w tej mandze nic złego, ale osobiście brakowało mi czegokolwiek, co pchałoby tytuł do przodu. Nawet jednotomowa, tfu... zwłaszcza jednotomowa historia powinna przykuwać czymś do siebie czytelnika.

niedziela, 24 marca 2019

Czy płynie z nami siostra Joy?

Przygodo trwaj! Kolejna relacja z klasycznej retro-wyprawy do świata Pokemon Red. Dzisiaj, w drodze po trzecią odznakę, czeka mnie kilka mniejszych zadań. Zaczynam od podróży w ślepy zaułek czyli dróg dwadzieścia cztery i dwadzieścia pięć. Na końcu znajduje się chatka Billa. Do tego wrócimy potem. Najpierw porozmawiajmy o Abra.
Występujący w tej okolicy Abra na poziomach 8-10 zna jeden atak - teleportację, czyli inaczej spierdala z pola walki. Jakie to piękne w swojej bezużyteczności. Prowokuje walkę i natychmiast ucieka XD
Strategia na złapanie: rzucaj ballem i miej nadzieję, że się nie uwolni ze środka. Oczywiście, uwolnił się. Pokeballe ssą. Niestety w tej generacji nie ma dużego wyboru. Jedyne dostępne miotacze to zwykły, wspaniały, ultra i master. Na tym etapie gry mamy dostępny wyłącznie pokeball. Wygląda na to, że będę musiał odżałować Abrę.
Dalej, trafiam do domku Billa. Pechowy naukowiec znowu... (ech, ile razy przechodziłem ten scenariusz?) w wyniku nieudolnego eksperymentu zmienił się w pokemona. Zadaniem gracza, niezbyt ambitnym, jest uruchomienie maszyny, gdy nasz nieszczęśnik będzie siedział wewnątrz. Cały motyw wymieszania genów człowieka z pokemonem to nawiązanie do filmu Mucha, ale ze szczęśliwszym zakończeniem, niż w wersji z Jeffem Goldblumem. W tym momencie zapragnąłem stworzyć jakiś ranking motywów nawiązujących do horrorów.

Ładnie za pozowaliśmy, nie?

I prosto do Vermilion City. Droga do areny jest zablokowana, a więc korzystam z opcji statek świętej Anny. Moim celem jest zdobycie HM Cut. HM, podobnie do TM, są atakami, których możemy nauczyć pokemony. W przeciwieństwie do tych drugich, HMów nie możemy zastąpić innymi atakami. Nie są też specjalnie silne, ale dość użyteczne w pokonywaniu różnych przeszkód. Potem, żeby pozbyć się takiego ataku muszę skorzystać z usługi move deletera, czyli wszystko jest zwyczajnie upierdliwe, ale Cut to jedyna opcja, żeby dostać się do lidera. 
Na statku walczę z mnóstwem  trenerów i sraczki dostaję dopiero przy rywalu, czyli ostatnim przeciwniku na statku. W przeciwieństwie do FR/LG w Red nie ma na statku medyka. Przez moment zastanawiałem się, czy może pochrzaniłem korytarze lub pokoje i zwyczajnie nie mogę natrafić na siostrę Joy, ale nie... Kobiecina zwyczajnie nie zabrała się na statek, bo po co? Wśród pasażerów są przecież wyłącznie trenerzy, którzy na pewno nie będą chcieli walczyć między sobą. Gary'ego niszczę w podejściu numer dwa. Ciekawostka: to ostatni raz, gdy rywal używa do walki Raticate'a. Według teorii fanowskich szczur zostaje uśmiercony podczas tej walki. Dlatego w późniejszym etapie gry spotykamy rywala w Lavender Town, gdzie chciał uhonorować swojego pokemona.

To wszystko twoja wina Joy.

Po otrzymaniu HM Cut ruszam na dodatkowe misje - najpierw jaskinia Diglettów, zdobywam HM Flash, Old Amber i jakieś popierdółki. Potem załatwiam sobie rower i dokonuję pierwszej wymiany Spearow na Farfetch'd. 
Trzeci lider może być też najbardziej wkurzającym etapem gry. Chcąc się dostać do sierżanta Surge'a należy wcisnąć przełączniki ukryte w dwóch z szesnastu koszach. Jeśli nie wykonam tej czynności w dwóch posunięciach, jestem w tyłku. BANG! Nie wiem, czy jestem pod szczęśliwą gwiazdą urodzony, ale udaje mi się ta sztuczka za pierwszym razem. Fajnie byłoby stworzyć topkę najtrudniejszych puzzli w pokemonach, albo liderów stanowiących wyzwanie. Surge nie jest wyzwaniem, ale trochę pokpiłem sprawę. Zakładałem użycie wyłącznie pokemonów, które na stałe znajdą się w moim teamie, a z rozpędu pokonałem Pikacze i Raichu z pomocą Digletta. Odpukutuję to innym razem. 



Mój zespół: 


Wnioski. W następnym etapie dodam do drużyny nowego pokemona. Hura. Teraz mam pomysł na nowe topki do pokemonów. Trzeba będzie zabrać się za posty. Marzec sprzyja blogowaniu.

Raticate Gary'ego.

poniedziałek, 18 marca 2019

Wild Zubat appeared! Znowu

Pierwszą wygraną odznakę należy jakoś uczcić. W końcu za pokonanie Brocka dostałem, aż 13 poke-dolarów. Ten, kto nie zna tych gier pomyśli, ale o co ci chodzi? Hajs to hajs. Tylko za pokonanie pierwszego lepszego leszcza dostaję od 50 do 100$. Najtańsza rzecz do kupienia w sklepie kosztuje jakieś 200 poke-dolarów. W ogóle zawsze zastanawiałem się nad walutą w uniwersum pokemon. Co to takiego? W anime nie mówi się o pieniądzach wcale, a w mandze Adventures były to, jak dobrze pamiętam, jeny. Trochę to rozczarowujące, że wielkie rozbudowane uniwersum nie posiada jakiejś swojej wyjątkowej waluty. Dobra, koniec tematu.
Po pokonaniu Brocka muszę się przygotować do dalszej podróży. Przede mną Góry Księżycowe, a więc kupuję pokeballe, potiony i... chciałem zaopatrzyć się w repele, ale te są najwidoczniej niedostępne na tym etapie gry, co trochę mnie przeraża. Gdyby nie była to podróż komputerowa prawdopodobnie do listy dodałbym też kanapki.
Na drodze pomiędzy Pewter City, a górami mam okazję stoczyć pojedynki z kilkoma trenerami. Dzięki temu doprowadzam do ewolucji Metapoda i Weedle'a w ich finalne formy. Nidoran nauczył się posunięcia Horn Attack, tym samym stając się prawdziwym badassem. W centrum pokemon kupuję Magikarpia. Kupiłem, bo była okazja.


Także ja, Bulbasaur, Nidoran i Magikarp ruszyliśmy w głąb mrocznych Księżycowych Gór. Po chwili na ekranie pojawił się komunikat: Wild Zubat appeared! Raz, dwa i Zubat złapany. Po kilku krokach pojawia się kolejny komunikat: Wild Zubat appeared! Nie potrzebuję dubli, a więc uciekam. I nagle: Wild Zubat appeared! I znowu i znowu. To jak w tej piosence o Zubatach.


Grając w Fire Red/Leaf Green zdarzało mi się przyłączać nietoperka do zespołu. W Red tego nie zrobię z trzech powodów:
1. Mam w zespole reprezentanta typu toksycznego i jest nim fenomenalny Nidoran.
2. W grach z pierwszej generacji nie istniał jeszcze Crobat, co nas przenosi do trzeciego powodu...
3. Musiałbym mieć Golbata, a ten w R/G/B wygląda koszmarnie.
Nie żartuję. Niektóre spritey pokemonów w pierwszej generacji przypominają koszmarki: dysproporcjonalne i dziwaczne.
Po jakimś czasie udaje mi się złapać także Geodude'a oraz Clefairy. Ciekawostka, kiedyś słyszałem, że inną opcją od Pikachu na partnera Asha był Clefairy. Od teraz postaram się nie pisać o każdym złapanym pokemonie, a jedynie o tych, które trafiają do mojej drużyny, ewentualnie wiążą się z jakąś idiotyczną sytuacją. Nidoran ewoluuje w Nidorino.



Po chwili znajduję kamień księżycowy i...


Na chwilę chcę zatrzymać się przy "królu". Nidoking jest jednym z najlepszych pokemonów pierwszej generacji. Grając w FR/LG zawsze trafia do mojego składu. Jestem ciekawy, jak bardzo różni się Nidoking z pierwszej generacji od tego z trzeciej. Mam nadzieję, że nie zawiedzie mnie.
Po opuszczeniu Gór Księżycowych jestem w Cerulean City. Tutaj na pojedynek wyzywam drugiego lidera, Misty. Po pokonaniu jej pomocników Bulbasaur ewoluuje w Ivysaura. W tej formie pokemony Misty - Staryu oraz Starmie nie stanowią dla mnie żadnego wyzwania. Ten etap gry okazał się całkiem łatwy, nie licząc braku repeli. Znalazłem kamień księżycowy oraz pierwszą skamienielinę, jeśli się nie mylę będzie to Kabuto. Tyle z dzisiaj.


Mój zespół:

 

Wnioski. Jestem ciekawy, jak wyglądałoby anime z Clefairy zamiast Pikachu.

No dalej! Zamieńcie się!

sobota, 16 marca 2019

A statywem trzęsie jak jasny ch#%

Czy istnieją filmy tak złe, że aż dobre? Co to znaczy?

Jeśli wpiszesz do wyszukiwarki hasło "horror movies so bad they're funny" wyskoczy ci cała lista propozycji, wśród których znajdą się perełki takie jak Birdemic, Troll 2 oraz Hobgobliny. Widziałem kilka takich perełek. Charakteryzują się żenującym aktorstwem z poziomu jasełek w parafii im. księdza Bączka, błędami logicznymi, cofam, takowe błędy mogłyby pojawiać się przy minimalnym wkładzie w scenariusz, ale z racji braku takiego... przejdźmy dalej, koszmarna charakteryzacja, jeszcze gorsze efekty specjalne, jeśli w ogóle są oraz trzęsący się obraz, bo pan reżyser nie uzbierał dość hajsu na statyw za rozwożenie pizzy w międzyczasie, gdy pisał scenariusz  do swojego wiekopomnego dzieła, którego stał się ojcem, matką, dziadkiem i wujkiem (odpowiednio: reżyser, scenarzysta, producent i operator).
Nie ma co ścinać pośladów. Filmy te były koszmarnymi horrorkami, których nieporadność wzbudzała w widzu śmiech niż jakąkolwiek grozę. Dla jednych są to "horror movies so bad they're funny", a dla innych "guilty pleasures", a jeszcze innych "produkcje kategorii Z" jak zjebane. Jakby tego nie nazwać wszystko rozbija się o odbiorcę tych dzieł. Ktoś dobrze si ę bawi przy Wiklinowym koszyku i sześciopaku, a ktoś inny nie. Wysunę śmiałą teorię, że nie lubię tych dzieł ze względu na słabą głowę.

Hobgobliny. I pomyśleć, że marionetki potworów nie były najgorsze.

Nigdy nie rozumiałem pojęcia, tak złe, że dobre. Oczywiście, zdarza mi się oglądać filmy złe, ale zwykle nie robię tego intencjonalnie, a jeśli już biorę się za zły klasyk to nie odczuwam specjalnej radości z niedoskonałości obrazu Claudio Fragasso. They're Eating Her! - woła kłoda w okularach, a ludzie się śmieją. Pamiętna scena z trollowej uczty bardziej mnie irytuje, dzisiaj. Sztuczność nie bawi. Sztuczność razi. Jak było kiedyś, nie pamiętam. To był jeden z filmów VHS, a te brało się z wypożyczalni bez marudzenia. Jestem jednak pewny, że nie bawiła mnie wtedy nieporadność twórców.
Warto pochylić się nad tym "best of..." Wydaje mi się, że istnieje pewna grupa ludzi, która nawet nie obejrzała tj. nie usiadła z dupą przed ekranem i od dechy do dechy rozbawiona przeżyła seans Birdemic. Większość takie perełki zna z fragmentów. Jakiś człowiek poświęcił zdrowie psychiczne do edycji i wstawienia, gdzieś na twojetuby kilkuminutowego filmiku z ponad godzinnego seansu. Taki filmik jest zabawny, bo doskonale wyłapuje wszelakie idiotyzmy Birdemic, bez nudnych wstawek o niczym i całego zaplecza w postaci syfu. Tylko czy wtedy możesz nazwać się fanem filmów tak złych, że aż śmiesznych? Dla osiągnięcia katharsis trzeba przejść piekło. To pewne.

Vege-horror, czyli Troll 2. Oglądał ktoś jedynkę?

Zaraz ktoś napisze: "bo ty spinasz dupę jak hipster i nie potrafisz czerpać radości z horrorów klasy B". A, bzdura - odpowiem. Rozumiem, że ten gatunek ma mocno zakorzenioną przeszłość w filmach kiepskich. Troma się kłania. Z tym, że dzieła takie jak Toksyczny mściciel są klimatycznym horrorkami, od których nie wymaga się wiele. Ale są filmy złe i te najgorszego sortu. Fatalny film zawsze pozostanie fatalnym i nie ma w tym nic śmiesznego.
Mamy ogromne zróżnicowanie horrorów ze względu na treść, ale ostatnio także na formę. Są twórcy, którzy z premedytacją nurzają się w idiotyzmach. Można tworzyć złe filmy z rozmysłem.Są one zabawne nie ze względu na własną nieporadność, ale dlatego, że twórcy mają świadomość efektów swoich działań. Dobra beka nie jest zła, bo ktoś ma pod kontrolą to co dzieje się na ekranie i ja jako widz cieszę się, że ktoś panuje nad pozornym chaosem. W "horror movies so bad they're funny" nikt nie ma kontroli nad niczym. Kiepskie aktorstwo wydarza się i nikt na nie nie ma wpływu. Efekty specjalne tragikomiczne, bo nikt nie potrafi wykonać ich dobrze. To cała filozofia horrorów tak złych, że boki zrywać.
Sztuka jest sztuką. Trzeba ją kochać za różnorodność. Nie ma niczego złego w fatalnym kinie. Tam tragizm goni tragizm, a niedorzeczność wzrasta do rangi boskiej niewiadomej. To świat, w którym Garbage Day obchodzimy codziennie.

czwartek, 14 marca 2019

Na lata przed Keen Eye

W gry z serii Pokemon grałem setki razy. Moja przygoda z serią zaczęła się od edycji Gold, po niej przyszedł czas na Nintendo DS, czyli generacje IV, a w międzyczasie nadrobienie gier wcześniejszych, a w tym remakeów oryginalnych gier - Red, Green, Blue. W Pokemon Leaf Green i Fire Red grałem wiele razy, ale nigdy nie miałem okazji zagrać w oryginały. No... aż do wczoraj...


Postawiłem przed sobą wyzwanie, przejść grę Pokemon Red i na blogu dzielić się swoimi wrażeniami z postępów po każdym etapie. Za koniec etapu uznam pokonanie bossa czyli lidera. Liderów jest ośmiu plus elitarna czwórka. Przy tym łapiąc wszystko, co spotkam na swojej drodze. O oryginalnych grach z serii słyszałem wiele. Najczęściej w odniesieniu do gier R/G/B mówi się o masie błędów. Także, sprawdzę to sam. Gram w Pokemon Red na emulatorze Basic Boy.
I tak oto cofam się do czasów sprzed żartobliwego pytania Oaka o to, czy jestem chłopcem, czy dziewczynką. Do czasów odległych od polityki gender, gdzie złe zespoły łobuzowały dla komercyjnego zdobywania hajsu i nie w głowie im było niszczenie świata. Trafiam do Pokemon Red.
Zaczynam w Pallet Town. Wszystko jest inne, a jednak znajome. Trochę się bałem sięgać po tę grę, ale podoba mi się klimat. Jedyną zabawną rzeczą, na którą zwróciłem uwagę to rozmowy. Podczas rozmowy z kimkolwiek tj. pojawienia się dymków z dialogami, wszystkie awatary znikają na moment rozmowy znikają. Poznajemy Gary'ego oraz dziadka Oaka. Na startera wybrałem oczywiście swojego ulubieńca Bulbasaura i szybko spuszczam wpierdol Charmanderowi Gary'ego i ruszam na północ do Viridian City.

Bulbasaur zadał dwa krytyczne ciosy na dzień dobry <3
Po drodze złapałem pierwsze dwa pokemony; Pidgeya oraz Ratatta. Wiedzieliście, że po japońsku Pidgey nazywa się Poppo? I to pierwszy moment, w którym tak naprawdę odczułem, że nie gram w Pokemon Fire Red. Do walki z Pidgeyem Gary'ego używam Pidgeya, który posiada dwa ataki Gust i Sand-Attack. Ten pierwszy to mało efektywny atak, ale jedyny sensowny, gdyż Pidgey posiada zdolność Keen Eye, która uniemożliwia używanie Sand-Attack. Oczywiście, mądry ja, nie pomyślałem, że umiejętności pojawiają się od generacji III. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy palant sypnął mi piaskiem w oczy. Plusy tego etapu? Ku mojemu zaskoczeniu znalazłem w pobliżu miasta Nidorana! Jest to o tyle ważne, że mam zamiar trenować drania, a w remakeach był on dostępny, jeśli w ogóle był, w okolicach Gór Księżycowych. Drugim znalezionym w okolicy pokemonem był Spearow, którego również trenuję w Fire Red, tym razem odpuszczam.
I wreszcie jestem w lesie Viridian. Łapię Caterpie oraz Weedla. Gdzieś powinien być też Pikachu, ale nie chce mi się szukać. Z resztą, na jaką cholerę komu? I kuźwa... liczyłem na trochę punktów doświadczenia przed walką z Brockiem, ale jak się okazuje las jest pusty. Spotkałem dwóch trenerów z jakimiś robalami, którzy po przegranej powinni zacząć zastanawiać się, czy stanie w lesie i filowanie na trenerów z Pallet Town jest celem ich życia.

Najbardziej przeraża ta ciemność za drzewami - tam nie ma gry.
Po opuszczeniu lasu trafiam do Pewter City. Caterpie, jak pan Bóg przykazał, ewoluował w Metapoda na poziomie siódmym... Tylko dlaczego, kurwa, nie nauczył się ataku Harden? I tu wracam do wcześniejszego motywu z Keen Eye. Inną różnicą jest leczenie pokemonów. W grach późniejszych wysłany do rezerwy pokemon zostaje wyleczony i gdy przykładowo zabieramy go do składu jest już w pełni sił. Tutaj trzeba go najpierw wyleczyć. Nieświadom tego naciąłem się podczas walki z jakimś leszczem. Do czego dążę? Sama gra nie jest trudna, ale trzeba uważać. Największe wyzwanie stanowi dla mnie przyzwyczajenie do gier późniejszych - inne obrażenia, nauka ataków, czasem występowanie danego stworka.
Nie tracąc czasu idę do lidera. Jedynym zaskoczeniem na arenie był przydupas Brocka. Lider specjalizuje się w kamiennych pokemonach, z kolei przydupas posiadał dwa stworki typu ziemnego Digletta i Sandshrewa. Sam Brock nie stanowił problemu. Lech Seed Bulbasaura vs bezużyteczność Onixa i antytalent do walk Brocka zagwarantował mi pierwszą odznakę.


Złapałem osiem (liczę ewolucję Caterpie) pokemonów. I wygrałem pierwszą odznakę. W przyszłych częściach będę wklejał screena z postępem, tym razem się zgapiłem. W ogóle wiecie, ile dostałem za pokonanie Brocka? 13 poke-dolców. Zostawiam bez komentarza.

Mój zespół:



Wnioski ogólne. Amerykanie powinni zostawić Pidgeya jako pana Poppo. Zastanawiam się nad dołączeniem Ratatty do zespołu. I do cholery, dlaczego Metapod nie nauczył się Harden na poziomie siódmym?!