środa, 31 sierpnia 2016

[Wakacyjne wyzwanie] Bezsenność w Tokio, Marcin Bruczkowski

Jest godzina 21:37, a ja siedzę przed komputerem i wesoło stukam w klawiaturę. Właśnie zabrałem się za notatkę do ostatniego wakacyjnego wyzwania, którego hasłem był hotel. I czas jest o tyle ważny, bo czuję się trochę jak bohater zaproponowanej przez Preity książki.
Bezsenność w Tokio ukazała się w księgarniach 2004 roku za pośrednictwem wydawnictwa Rosner i Wspólnicy. Autor, Marcin (nawet imię się zgadza) Bruczkowski opisuje w niej swój dziesięcioletni pobyt w Kraju Wschodzącego Jena. Nie jest to książka podróżnicza, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie. To przede wszystkim pełna humoru i optymizmu historia naszego rodaka w zupełnie innym i nieznanym dla nas świecie. Piszę "nieznanym", bo akcja powieści rozgrywa się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czyli w czasach, gdy mało moich rówieśników wiedziało czym jest Sailor Moon.
Marcin przybliża nam swoje życie w Japonii, barwnie opisuje sposoby na przetrwanie, co, gdzie i kiedy. Pod barwnymi perypetiami codzienności otrzymujemy obraz Japończyków oraz ich stosunku do gajdzinów. Widzimy ogromne (niby oczywiste) różnice kulturowe pomiędzy Japonią, a resztą świata, fałszywość stereotypów i wiele ciekawostek, które momentami wydawały się, aż nazbyt absurdalne, aby mogły być prawdziwe i tu moim absolutnym faworytem był strachliwy konduktor. Tokio zachwyca - łączy w sobie tradycję i nowoczesność.


Jak powiedziałem wcześniej - nie jest to książka podróżnicza, a przynajmniej nie do końca, bo ogromną rolę w Bezsenności odgrywają ludzie i rodząca się pomiędzy nimi przyjaźń. Przez dziesięć lat, w których toczy się akcja powieści Marcin, Sean i reszta gajdzino-tokijskiego światka tworzy własną społeczność, a może nawet coś ważniejszego - rodzinę. I myślę, że to ważny aspekt, bo "gajdzin musi umieć być samotny, bo samotnym jest się tutaj nawet w tłumie", jak mówi w pierwszym rozdziale Marcin.
Co jeszcze mogę dodać? W książce jest całkiem sporo fotografii, rysunków i innych dupereli, które powinny umilić czytanie. Co mogę jeszcze dodać? Z czterech wyzwań postawionych przez Preity to było zdecydowanie najlepsze.

Czy przeczytałbym ponownie?
Być może wrócę do Bezsenności w Tokio za jakiś czas. Na razie przeglądam oficjalną stronę Bruczkowskiego i zastanawiam się, za którą z jego książek zabrać się teraz.


Gdyby Meg brała udział w wyzwaniu pewnie napisałaby to podsumowanie ładniej i zgrabniej, ale jestem ja i ogłaszam: Wakacyjne wyzwanie dobiega końca. I tutaj chciałbym bardzo serdecznie podziękować Preity za zabawę i propozycje książek/filmów, które mi poleciła. Bawiłem się fantastycznie i mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie mi dane zorganizować kolejne wakacyjne wyzwanie.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

[Wakacyjne wyzwanie] Dostana. To właśnie przyjaźń

Na filmy bollywoodzkie nie trafiam często. Nasza rodzima telewizja, i tu wyróżnię główne stacje, bo programy jak TVP Kultura starają się urozmaicić widzowi gust, sięga po kino z zachodu. Dlatego też, gdy otrzymałem od Preity kolejną propozycję wyzwania (tym razem hasałem [piękna literówka ;*] było morze) - Dostana. To właśnie przyjaźń - podszedłem do niej jak pies do jeża. No bo co ja wiem o kinie indyjskim? Z filmów znam jedynie (bez jakiegoś tam zagłębiania się) Czasem słońce, czasem deszcz, a co za tym idzie mam skojarzenia z przepychem, kolorami, tańcem i śpiewem.
A jak jest z Dostana. To właśnie przyjaźń? Sam początek filmu mocno mnie skołował. Zaczęło się od muzyki, kolorów i scen rodem z teledysków. Nie wiedziałem, co do jasnej cholery. się dzieje.
Ha, ha, tego właśnie się spodziewałem - pomyślałem sobie. Na całe szczęście po kilku minutach poznajemy głównych bohaterów - Sama i Kunala. Obaj poszukują mieszkań dla siebie i los sprawia, że trafiają do luksusowego apartamentu, którego właścicielka szuka współlokatorów. Niestety, o mężczyznach nie ma mowy, bo jak wiadomo faceci zaczną imprezować, sprowadzać kobiety, a co gorsza uwodzić piękną właścicielkę mieszkania - Nehę.
Gdyby to był Bareja to wiedzielibyśmy, co się teraz stanie, noale... Sam i Kunal postanawiają udawać gejów i w ten sposób otrzymują mieszkanie. Jest to przełomowa chwila dla całej trójki bohaterów, bo poprzez dziwną i nieco zabawną intrygę rodzi się przyjaźń.

Wspólny wypad na piwo.
Dostana poza wątkami komediowymi mówi akceptacji, o dążeniu do marzeń, karierze i miłości. Powtarzane są tu stare prawdy, że trzeba mieć cele, że miłość powinna akceptować nas takich jakimi jesteśmy. Oczywiście, żaden z tych wątków nie był poruszony głębiej i być może dzięki temu film nie traci na swojej lekkości. Jedynie co nie podobało mi się w Dostana to historia miłosna Nehy. Zbyt wyraźnie dzieliła film na części: pierwszą o przyjaźni, zakończoną sceną na plaży (serio, tutaj powinien zakończyć się ten film) i drugą o próbach rozbicia związku Nehy przez Kunala i Sama.
Jeśli chodzi o obsadę to nie mam jej nic do zarzucenia. Panowie świetnie odnaleźli się w swoich rolach, ale moim zdecydowanym faworytem była (sprawdzam nazwisko na imdb) Sushmita Mukherjee wcielająca się w rolę ciotki. Uwielbiam i przyznam, że pomimo małej roli jaką odegrała rozbawiła mnie najbardziej.
Od strony muzycznej i wizualnej film bardzo przyjemny. Najbardziej podobał mi się utwór Jaane Kyun. Desi Girl był całkiem sympatyczny. Właściwie to wszystkie utwory bardzo mi się podobały.
Pomimo bollywoodzkiego klimatu - śpiewu i tańca - Dostana czerpie pomysły dobrze znane nam z produkcji zachodnich. Czy to źle? Nie, wręcz przeciwnie!

Czy obejrzałbym ponownie? 
Ponownie nie, ale fw twierdzi, że w planach jest kontynuacja i ja się na nią piszę.


czwartek, 4 sierpnia 2016

[Wakacyjne wyzwanie] Marsjanin, Andy Weir

Po krótkiej przerwie i wielu przeciwnościach losu - wyobraźcie sobie, że już miałem napisany ten tekst, ale postanowił usunąć się - podejmuję drugą propozycję wakacyjnego wyzwania związaną ze słowem "namiot", a rozpocznę od cytatu:

Mam całkowicie przesrane.
To moja przemyślana opinia.
Przesrane.

Tymi słowami z czytelnikiem wita się bohater powieści Marsjanin A.Weira i trzeba przyznać, że ta przemyślana opinia jest bardzo trafna, ale od początku... Mark Watney jest astronautą i jednym z pierwszych ludzi, którzy postawili stopę na Marsie. Niestety, jest także pierwszą osobą, która, prawdopodobnie, tutaj umrze. W wyniku niefortunnego zbiegu wydarzeń załoga misji Ares 3 opuszcza Czerwoną Planetę pozostawiając na niej rannego Watneya. Od tej pory celem Marka będzie przeżycie w niegościnnym miejscu, aż do przybycia kolejnej misji. 
Byłem zaintrygowany. Co ja zrobiłbym w takiej sytuacji? Pewnie niewiele. Spodziewałem się przygnębiającej i trudnej historii o samotności i umieraniu, a tymczasem Marsjanin okazał się czymś zupełnie innym.
Andy Weir obdarzył swojego bohatera nieprzeciętnym poczuciem humoru, inteligencją oraz talentem do rozwiązywania problemów. Watney nie poddaje się, a sytuacje stresowe oraz niebezpieczne opowiadane z jego perspektywy dla czytelnika nie wydają się groźne, a szalenie interesujące. Najbanalniejszym, ale chyba i najtrafniejszym porównaniem będzie Robinson Crusoe w ekstremalnej scenerii Marsa.

Kadr z filmu Marsjanin
Co jakiś czas akcja przenosi się na Ziemię, gdzie atmosfera jest... mniej optymistyczna. Sztab ludzi stara się pomóc mieszkańcowi Marsa w przetrwaniu. Są tam naukowcy, urzędnicy, ludzie zajmujący się kontaktem z mediami... Mimo ogromnej roli jaką odegrali - Venkant, Annie, Mitch i inni - pozostawali dla mnie raczej jednolitą masą, która niczym się nie wyróżniała.
Dużo ciekawiej wypadła załoga Aresa 3. Każdy z nich otrzymał skromną charakterystykę dzięki krótkim rozmową z Watneyem lub bliskimi. Autor stworzył postaci wiarygodne i dające się lubić (może poza Mitchem).
Teraz wypadałoby ponarzekać. Co mnie trochę uwierało to naukowe podejście. Zdaję sobie sprawę, że mój argument jest idiotyczny. To nie jest Pamięć absolutna, czy John Carter. Marsjanin stara się oddać realizm sytuacji, wyjaśniać co i jak działa. Momentami ciężko było mi przebrnąć przez niektóre sole wypełnione pracą i jej opisami. No i szkoda, że nie poświęcono więcej  miejsca na opis Czerwonej Planety.
Przetrząsając wczoraj internety natknąłem się na informację o tym, że Andy Weir wydał Marsjanina nakładem własnym. Ha, czyli nie taki zły selfpublishing jak mawiają, czasem talent wystarczy. 

Czy przeczytałbym książkę ponownie?
Drugi raz nie, jest bardzo mało książek, do których wracam ponownie, ale temat wydaje się na tyle intrygujący, że chętnie obejrzę film na podstawie książki.

czwartek, 21 lipca 2016

[Wakacyjne wyzwanie] Z archiwum X

Wakacyjne wyzwanie rozpoczynam w tym roku wyjątkowo późno (biorąc pod uwagę, że okres wakacyjny trwa w najlepsze), ale wierzę, że wszystko da się nadrobić, bo oto ruszam z pierwszą poleconą rzeczą od Preity, a kolejne dwie czekają już w kolejce. Na początek zabrałem się za propozycję do hasła "pocztówka", czyli ósmy odcinek pierwszego sezonu serialu Z Archiwum X.
 Serial Z Archiwum X pamiętam z czasów, gdy był emitowany w telewizji polskiej. Są to jednak odległe wspomnienia i na ich podstawie nie potrafiłbym ocenić tej produkcji.Mimo wszystko doskonale pamiętam parę głównych bohaterów - Muldera i Scully oraz niezwykle klimatyczną czołówkę. Czołówka Z Archiwum X jest jedną z moich ulubionych tuż obok tej z Millenium oraz Opowieści z krypty.
Odcinek Ice rozpoczyna się w stacji badawczej na Alasce. Członek ekipy nagrywa komunikat: "nie jesteśmy tym, kim jesteśmy", po czym popełnia samobójstwo. Wyjaśnieniem sprawy mają zająć się agenci FBI - Mulder i Scully, których wspierają trzej naukowcy oraz pilot. Szóstka bohaterów trafia na Alaskę, gdzie odkrywają tajemnicę śmierci członków ekipy badawczej.
Sam odcinek mocno skojarzył mi się z filmem The Thing w reżyserii Johna Carpentera, gdzie uwięziona na stacji badawczej grupa naukowców zmuszona jest do walki z morderczą istotą, która może ukrywać się pod dowolną postacią. Słowa "nie jesteśmy tym, kim jesteśmy" są niepokojące i nie dają o sobie zapomnieć. Na lotnisku jeden z bohaterów prosząc o okazanie dowodów mówi, że chce wiedzieć, czy pozostali są "tymi za których się podają". Opuszczona stacja badawcza, zwłoki nieżywych naukowców podbudowują strach, paranoję oraz brak zaufania.

Bohaterowie dyskutują o dalszym działaniu.
Dużym zaskoczeniem, ale i ogromnym plusem była niezależność historii. Nie miałem wrażenia, że oglądam jakiś serial, a pełnoprawną produkcję, która posiada początek, środek i zakończenie.
Główną bohaterką historii jest Scully i to właściwie z jej perspektywy przyglądamy się historii. Z kolei Mulder otrzymuje małą rolę i jako "podejrzany" szybko znika z pierwszego planu. Bardzo mnie ucieszyło, że pozostali członkowie grupy nie zostali sprowadzeni wyłącznie do postaci tła. Mamy bardzo cichą i trochę strachliwą doktor Nancy Da Silvę będąca toksykologiem, w którą wciela się Felicity Huffman (Gotowe na wszystko, Transamerica). Przyznam się, że w momencie, gdy w napisach pojawiło się jej nazwisko już na moment nie śmiałem odlepić wzroku od ekranu, a gdy już się pojawiła to zwyczajnie jej nie rozpoznałem. Doktor Hodge (w tej roli Xander Berkeley) doskonale spisuje się jako czarny charakter prowokujący Muldera i próbujący przejąć rolę lidera, a także geolog Murphy - pasjonat meczy z lat 80-tych.  
Z Archiwum X to serial kultowy. Ma wielu fanów na całym świecie - doczekał się filmów kinowych, różnych gadżetów, wielu nawiązań w innych dziełach popkultury, a po wielu latach od zakończenia emisji powrócił z nowym sezonem.  

Czy obejrzałbym ponownie?
Ice obejrzałem z przyjemnością i gdy będę miał wolną chwilę obejrzę jeszcze kilka odcinków tego niezwykłego serialu.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Coś tam napisał na Marsie

Może będzie to jakaś nowa świecka tradycja? Wakacyjne wyzwanie pojawiło się w zeszłym roku, a w jego ramach, wspólnie z Megi polecaliśmy sobie filmy/seriale/komiksy, które druga osoba miała za zadanie obejrzeć i "zrecenzować". Oczywiście, recenzja to rzecz umowna, a całość miała charakter luźnych przemyśleń. I w tym roku wspólnie z Preity stajemy do drugiej edycji wakacyjnego wyzwania. Zasady są proste i bardzo podobne do zeszłorocznych (zmodyfikowałem je ze względu na nieparzystą liczbę uczestników).
Każda z osób biorąca udział w wyzwaniu ma za zadanie podać propozycję filmu/serialu/komiksu/innego tworu luźno nawiązującego do jednego z czterech wakacyjnych haseł, którymi są w tym roku: hotel, pocztówka, morze, namiot. Hasła można potraktować z pełną swobodą, np.morze - woda - kolor niebieski - niebo - film Kieślowskiego. Skojarzenie może także polegać na jakiejś scenie, w której występuje dany przedmiot, np. w tle pojawia się namiot, czy innym, kompletnie z dupy, nawiązaniu. Przyjmujący wyzwanie ogląda lub czyta, a potem pisze w kilku zdaniach swoje przemyślenia, które zamieszcza na własnym blogu albo w temacie na forum. I tyle.
Proponuję do końca tygodnia podać cztery polecane przez siebie rzeczy do haseł. Można podać film/serial/komiks/książkę/grę/cokolwiek innego, co lubimy. Ważne jest tylko to, aby była to rzecz łatwo dostępna.
Mam nadzieję, że zasady opisałem w miarę przejrzyście. W razie pytań. Pytajcie!

Teksty
Hasło Oskar Preity
hotel Bezsenność w Tokio Drug-On
pocztówka Z Archiwum X Agentka
morze Dostana. To właśnie przyjaźń Survivor: Worlds Apart
namiot Marsjanin 10 Coverfield Lane

Przewidywany czas zakończenia wyzwania 31.08.2016

wtorek, 3 maja 2016

Ranking najstraszniejszych scen z horrorów

Odkryłem rzecz przerażającą. Większość moich znajomych nie lubi gatunku filmowego, który ja darzę szczególną sympatią. Zaczęło się od forumowej dyskusji, w której chórem niemal równym ogłoszono mi, że nie, nie lubią. Ponowienie pytania wśród znajomych z reala znalazło podobny oddźwięk. I sprawa jest tym bardziej zagadkowa, że nie jest to jakiś marginalny gatunek dla artystów-hipsterów, a całkiem komercyjny kawałek świata filmowego. Bo pomimo kilku zmian w trendach ludzie nadal chętnie wybierają się do kina na komedie oraz horrory. I tu właśnie o kino grozy się rozchodzi!
Nie byłbym sobą, gdybym nie wrzucił na blog notatki o horrorze, ale dzisiaj daruję sobie wszelkie spostrzeżenia na temat gatunku, jego popularności oraz powodów, dla których "lubimy się bać". To zostawię sobie na jesień. Dzisiejszy post będzie zwyczajnym rankingiem najstraszniejszych scen z horrorów. Oczywiście, jest to wyłącznie moja opinia, a ty jeśli ją czytasz możesz się z nią nie zgadzać i ha, co więcej, możesz zapodać własną listę. Z góry zaznaczam, że pojawią się spoilery, a więc... No wiecie.

Ranking 10 najstraszniejszych scen z horrorów

10
Cmentarz (Omen, 1976)
Omen należy do klasyki horroru, z którą powinien zapoznać się każdy fan gatunku. Sam nie przepadałem za dziełem R. Donnera, ale była jedna scena, która jeżyła mi włos na głowie. Robert Thorn przybywa na stary cmentarz, aby ostatecznie rozwiązać zagadkę pochodzenia Damiana. Na miejscu odkrywa groby matki i jej dziecka, która rodziła w tym samym czasie, co pani Thorn. W trumnie kobiety leży szkielet psa, zaś w grobie obok znajdują się szczątki biologicznego syna Roberta. Cała sceneria jest obłędna. Ciemna, mroczna, niepokojąca, napięcia scenie dodają przyglądający im się z oddali nieznajomi. Sami bohaterowie niewiedzą, że ktoś im się przygląda... Do czasu.

9
Kryjówka w szafie (Halloween, 1978)
Chociaż remake Halloween wyszedł całkiem przyzwoicie to trzeba przyznać, że J. Carpenter potrafił wzbudzać, ale i tonować napięcie. Tutaj poszczególne sceny są mroczne i nerwowe. Przez osiem części Piątku Trzynastego nie potrafiono stworzyć takiej sceny pościgu jak w Halloween. Po tym jak Laurie ukrywa dzieci w pokoju, sama zamyka się w szafie w nadziei, że morderca jej nie znajdzie. Po chwili Michael wywarza drzwi od szafy. Laurie nie ma ucieczki, może jedynie próbować bronić się przed facetem z nożem w ręku, który tej nocy zdążył zabić już kilka osób.

8
Cicha rodzina (Naznaczony, 2010) 
Aby dojść do tej sceny trzeba opisać połowę filmu, a niespecjalnie chce mi się to robić. Ograniczę się do samej wizji J.Wana. Główny bohater z pomocą medium udaje się do "mrocznego świata" w poszukiwaniu syna. Wizja zaświatów, w których krążą agresywne i nieszczęśliwe duchy jest genialna. Całość spowija mrok, a jego mieszkańcy przypominają manekiny, które co jakiś czas wykonują jakieś ruchy. Najlepiej oddaje to rodzina "manekinów" siedząca w salonie. Lambert przygląda im się dokładnie. Ci zaś stoją w bezruchu, dodatkowym elementem sceny jest denerwująca cisza. Trudno przewidzieć, czy "manekiny" zdają sobie sprawę z obecności żywego człowieka. Jakie mają zamiary?

7
Brzytwa (Dracula, 1992)
Uwielbiam tę scenę. Kiedy młody prawnik, Jonathan Haker, przybywa do Transylwanii w interesach zostaje ugoszczony przez ekscentrycznego hrabiego. Od początku wizyty w ponurym zamczysku Draculi widzowie czują, że wydarzy się coś złego. Każda scena budzi dreszcze i nie tylko w nas, ale także w bohaterze. Od zawsze najbardziej niepokojąca wydawała mi się scena, w której Dracula pomaga ogolić się Jonathanowi. Bierze brzytwę, zlizuje z niej krew, a następnie przykłada ostrze do szyi przerażonego bohatera. Scenę kończy nagłe zdenerwowanie hrabiego na widok krzyżyka. Myślę, że cała ta scena wypadła tak rewelacyjnie tylko dzięki Gary'emu Oldmanowi.

6
Krucyfiks (Egzorcysta, 1973)
Egzorcysta to niezwykle odważny film, który wywoływał ogromne emocje. Nawet dzisiaj trudno jest odnaleźć filmy, które pokazywałby opętanie przez szatana w taki sposób jak robiło to dzieło Friedkina. Najbardziej przerażającą sceną jest moment, w którym matka Regan wbiega do pokoju córki, gdy ta "kaleczy się" krucyfiksem krzycząc "Let Jesus Fuck You", po czym atakuje matkę. Istota mieszkająca w ciele Reagn jest przerażająca z wyglądu oraz zachowania.

5
Spotkanie z Normą Bates (Psychoza, 1960)
Psychoza to rewelacyjny thriller, z genialną muzyką, bezbłędną grą aktorską oraz fenomenalnie poprowadzoną historią. Nijak wpasowuje się w tematykę duchów, sił nadprzyrodzonych, ale jest uznawany za ojca slasherów, a więc wrzucam do rankingu. Większość pewnie myśli o kultowej scenie pod prysznicem, ale dla mnie najstraszniejszą był moment, gdy Lila Crane schodzi do piwnicy, gdzie odwrócona to ściany siedzi Norma Bates. Emocje rosną, muzyka stopniuje napięcie i bum! To zaledwie kilka sekund, ale efekt świetny. Kto jakimś cudem nie oglądał Psychozy (remake się nie liczy) niech nadrabia seans.

4
Transformacja (Amerykański wilkołak w Londynie, 1981)
Nie wiem, czy jest to jakaś tajemnica, ale wilkołaki z całego świata grozy, jako jedyne budziły mój niepokój. Zawsze kojarzyły mi się z czystą, nie do pertraktowania, agresją. Nic więc dziwnego, że na mojej liście pojawiła się scena transformacji głównego bohatera w wilkołaka. Całość jest ohydna: David zwija się z bólu, jego kończyny przeobrażają się, a oczy stają się zwierzęce. Wszystko to, dzieje się przy piosence Blue Moon.

3
Szept lalek (Martwa cisza, 2007)
Byłem przekonany, że żaden film na tej liście nie będzie tu z powodu "jump scareów", ale Martwa cisza, bez spoilerów, bazowała na hałasie i oto w ten sposób dwójka bohaterów trafia do teatru, gdzie przed laty występowała Mary Shaw. Na miejscu odnajdują wszystkie kukiełki należące do artystki. Na samym środku znajduje się lalka-clown mówiąca głosem nieżyjącej artystki. Duch tłumaczy swoje intencje, a także obiecuje Ashenowi wyszeptać mu do ucha odpowiedź na nurtujące go pytanie. Mężczyzna podchodzi do marionetki... Miejsce akcji tonie w mroku, siedząca na bujanym fotelu marionetka, lalki kolejno odwracające wzrok, głos Mary Shwan, muzyka... Wszystko to, łączy się w naprawdę niepokojącą scenę.

2
Schody (Klątwa Ju-On, 2002)
Rika próbuje uciec z przeklętego domu. Przed wyjściem uświadamia sobie, że stała się częścią klątwy. W tym samym momencie słychać jak po schodach schodzi duch Kayako. Kayako wygląda jakby właśnie przed chwilą została zamordowana - jest cała we krwi, porusza się powoli na czworakach, a przy każdym ruchu wydaje z siebie przeraźliwe dźwięki. Po chwili znika, a na schodach pojawia się jej mąż - Takeo. Rika próbuje krzyczeć, a ostatnie co widzimy to czerwona od krwi ręka Takeo. Scena jest obłędna. Oczywiście, trzeba zaznaczyć, że Klątwa Ju-On nie należy do łatwych filmów i widz przyzwyczajony do prostej linii fabularnej będzie miał kłopoty z zrozumieniem poszczególnych rozdziałów. Nie zmienia to jednak faktu, że film jest naprawdę udanym horrorem. Pojawiła się wersja amerykańska z Sarah Michelle Gellar, ale scena na schodach nie jest nawet w połowie tak udana jak jej pierwowzór.

1
Bliźniaczki (Lśnienie, 1980)
Lśnienie Kubricka dla wielu fanów horroru jest jednym z najwybitniejszych przedstawicieli gatunku. I trudno się dziwić: klaustrofobiczne miejsce akcji, rewelacyjnie obsadzony w głównej roli Jack Nicholson oraz pomysłowe, emocjonalne sceny. Ich kwintesencją są bliźniaczki. Danny jeździ swoim rowerkiem po pustych korytarzach hotelu. W pewnym momencie na drodze pojawiają się bliźniaczki. Ich wygląd oraz prośba, aby Danny został z nimi i bawił się, wywołują niepokój u widza. Krótkie sceny stojących w korytarzu sióstr przecinają się z ujęciami na przerażonego chłopca oraz widok porąbanych siekierą i zakrwawionych ciał bliźniaczek.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Miasteczko Pleasantville

Poznaj  życie w jego najintensywniejszych barwach - czerni i bieli. Dokładnie nie pamiętam, ale takimi lub podobnymi słowami lata temu na seans Miasteczka Pleasantville zapraszała mnie reklama telewizyjna.
Reżyserem i scenarzystą filmu był Gary Ross, współautor scenariusza komedii Duży z Tomem Hanksem, a który w przyszłości wyreżyseruje Niepokonanego Seabiscuita oraz Igrzyska śmierci.
Nastoletni David (Tobie Maguire) jest wielkim fanem czarno-białego serialu Miasteczko Pleasantville. Produkcję ceni głównie za jej uporządkowanie oraz życzliwość bohaterów. W serialowym mieście matki są zawsze wypoczęte, siostry grzeczne, a ojcowie stanowią wzory do naśladowania. Utopijne miasteczko jest dalekie od rozczarowującej rzeczywistości, w której przyszło żyć chłopcu. Za sprawą niezwykłego pilota David wraz z siostrą Jennifer (Reese Witherspoon) przenosi się do serialu, gdzie wcielają się w role głównych bohaterów, rodzeństwa Parkerów.
I od tej pory akcja będzie rozgrywać się wśród czarno-białych dekoracji fikcyjnego miasteczka. Rodzeństwo szybko przekonuje się, że bycie Budem i Mary Sue nie jest proste, a złamanie nawet najbanalniejszej reguły wprowadza chaos w życie serialowych bohaterów.
Jakie jest Pleastantville? To idylliczne miasteczko z ładnymi domami, identycznymi trawnikami oraz zawsze życzliwymi ludźmi. Niepisane prawo nakazuje wszystkim być szczęśliwymi. Utopijny świat jest jednak jedynie dekoracją wymyśloną na potrzeby serialu. Wypełniają ją manekiny nienauczone okazywania sobie uczuć, puste książki i łazienki bez toalet. Brak tutaj dojrzałości, lęków oraz prawdziwych emocji.
Miasteczko Pleasantville przekonuje, że zmiany są nieuniknione, tak samo jak strach przed nimi. Nowe wywołuje niepokój, ale już jest i trzeba je przyjąć. Stopniowo pojawiające się w mieście kolory oznaczają przemiany jakie zachodzą w mieszkańcach. Młodzież słucha nowej muzyki, czyta książki, uprawia seks. Kobiety przestają być gospodyniami domowymi. Ludzie zaczynają świadomie (wbrew scenariuszowi) dokonywać własnych wyborów. Kolory mają ogromne znaczenie dla czarno-białego miasteczka. Są symbolem rewolucji społecznej, przebudzeniem świadomości. Oczywiście przemiany niosą ze sobą mnóstwo problemów i obaw, a głównym jest niezgoda części mieszkańców na nowy porządek. Walka "szarych" z "kolorowymi" mieszkańcami może odwoływać się do dyskryminacji rasowej, czego dobrym przykładem może być agresja wobec Margaret, a potem także Betty.
Innym, zauważalnym problemem jest konflikt pomiędzy pokoleniem rodziców i dzieci. Nie licząc Betty i Billa, pokolenie rodziców staje po stronie tradycyjnych wartości i bycia czarno-białym. Z kolei młodzież pod przywództwem Buda domaga się świata kolorowego i szalonego.
Film warto obejrzeć także dla obsady. Maguire i Witherspoon świetnie spisują się w rolach przywódców rewolucji, a ponadto fajnie jest ich zobaczyć ich przed rolami w takich produkcjach jak Spider-Man oraz Legalna blondynka. Całkiem spoko wypadają aktorzy na drugim planie Marley Shelton (Grindhouse) oraz Paul Walker (Szybcy i wściekli). Mimo wszystko film w dużej mierze należał do "starszej" części obsady. Na wyróżnienie zasługuje Jeff Daniels oraz J.T. Walsh, dla którego Miasteczko Pleasantville było jedną z ostatnich (jeśli nie ostatnią rolą). Kapitalnie wypadli William H. Macy oraz Joan Allen w rolach państwa Parker, których uczucie niszczy monotonia.
Kto nie był w Pleasantville? Tego koniecznie zapraszam. To spokojne, inteligentne kino, a przy okazji jeden z moich ulubionych filmów.


Informacje
Tytuł pl. Miasteczko Pleasantville
oryg. Pleasantville
Reżyser Gary Ross
Gatunek Obyczajowy
Rok produkcji 1998
Kraj produkcji USA
Ulubiony bohater Betty Parker (Joan Allen)
Ulubiony cytat Jennifer do Davida:
"Powinniśmy być w kolorze!"
Ulubiona scena Bud i Bill zostają odnalezieni przez "szarych"
na tle kolorowego muralu przedstawiającego
historię zmian w miasteczku.
Zwiastun Klik