czwartek, 26 listopada 2015

Super Mario w skrócie

Nie ma, że boli. Kiedyś trzeba i najlepiej teraz, bo w tym roku gra Super Mario Bros. obchodzi swoje trzydzieste urodziny i warto wspomnieć o znanej na całym świecie postaci włoskiego hydraulika. Mario pierwszy raz zadebiutował w grze Donki Kong jako Jumpman (Skoczek). Grali? Nie? Kojarzą? No ta, na podstawie której wzorowali się twórcy Ralpha Demolki.

Felix czyli Jumpman
Teraz jasne? To się cieszę. Mario pojawił się dopiero w 1985 roku w grze Super Mario Bros. Fabuła była prosta: idziesz, pokonujesz przeszkody, zdobywasz monety oraz cenne power upy, ratujesz księżniczki. I ta prostota wystarczyła do ogromnego sukcesu Nintendo.
Po latach stwierdzam, że gra sama w sobie nie jest trudna, jeśli człowiek wyuczy się pewnych ruchów, ale mimo to sprawia mnóstwo frajdy. Super Mario Bros było jedną z pierwszych (dokładnie drugą) grą w jaką pykałem na konsoli Pegasusa (nazywało się ją grą telewizyjną - taki szał). Przy okazji postanowiłem pobawić się z innymi grami z uniwersum Mariana. Myślałem, że kolejne części kultowej platformówki będą jak odgrzewany kotlet, bo ile można wprowadzić do pomysłu tak banalnego? A okazuje się, że można. Każda z części Mario (nie licząc beznadziejnego Mario is Missing!) wnosiła powiew świeżości, dużo zmian, ciekawych rozwiązań, a przy tym pozostając grą o sympatycznym hydrauliku.
Moim zdecydowanym numerem jeden okazało się Super Mario Bros. 3, które spodobało mi się dopiero przy drugim podejściu. W moim odczuciu wprowadziła największe i najfajniejsze zmiany, a wtedy byłem już po oryginale, lost levels i części drugiej. Przede wszystkim podobały mi się mapy dające graczowi możliwość wyboru kolejnych rund. W pewnym sensie gra nie narzucała następnej planszy, a pozostawiała graczowi opcje. Innym świetny rozwiązaniem były nowe power-upy. Z Mario kojarzyły mi się grzybki, kwiatki, a okazjonalnie gwiazdki. Tutaj Mario otrzymywał mnóstwo kostiumów (żabka <3) umożliwiających mu latanie, pływanie, czy pokonywanie niedostępnych terenów. Wszelkie akcesoria nie musiały być wykorzystywane od razu, co również pomagało w rozgrywce na późniejszych poziomach. Przeciwnicy, w większości,  nie zmienili się od poprzedniej gry - nowością okazało się wkurwione słoneczko (Angry Sun) będące czymś w rodzaju pani chmurki. Jedynym rozczarowaniem okazały się bitwy z finałowymi bossami. O ile dotarcie do nich, niekiedy sprawiało spore trudności, to już pokonanie okazywało się zwykle formalnością. Nie mniej Super Mario Bros. 3 okazało się grą godną uwagi.


Mapka z Super Mario Bros. 3
Nieco gorzej wypadła jej poprzedniczka - Super Mario Bros. 2, na którą zwyczajnie zabrakło pomysłu. Nowością była możliwość wyboru postaci. Ta, w poprzedniej grze również można było dwybierać pomiędzy Mario, a Luigim. Tutaj doszli Toad (pan grzybek) i księżniczka. Postać można było zmieniać co rundę, a każda z nich posiadała inną umiejętność (większa siła, skok, szybkość). I to tyle. Nie podobała mi się grafika, która wydawała się dość biedna w porównaniu do poprzedniczki. Sterowanie było dość toporne - tak samo jak upierdliwi i irytujący przeciwnicy. Czego jednak nie mogę wybaczyć tej grze to nuda, która zmusiła mnie do porzucenia tytułu po kilku rundach. Na koniec warto wspomnieć o mojej ulubionej grze z cyklu - Super Mario World 2: Yoshi's Island. Jest to prequel gry Super Mario World. Co ciekawe nie wcielamy się tutaj w Mariana, a w Yoshiego, którego zadaniem jest przetransportować małego Mario w bezpieczne miejsce. Ciekawy jest system żyć polegający na utrzymywaniu bobasa na grzbiecie Yoshiego. Jeśli zgubimy go na dłużej, niż 10 sekund tracimy życie. Rundy są różnorodne: mamy wodę, lasy, zamki, pola lodowe. Tła przypominają rysowane kredką obrazki - z początku przeszkadzało mi to, ale im dalej w grze tym większy urok odkrywałem w takim przedstawieniu świata. Power upy pojawiają się rzadko i raczej tylko wtedy, gdy trzeba pokonać wodę, albo przepaść. Głównym przeciwnikiem jest Shy Guy (wstydzący się pan), ale pojawiają się również inni wrogowie dostarczający sporej rozrywki. Na plus zasługują także walki z różnorodnymi bossami i jeszcze większe wow dla ostatniego pojedynku przy świetnej ścieżce dźwiękowej. Czy to nie brzmi zajebiście? 

Yoshi kontra Shy Guy na szczudłach
Moja przygoda z grami z serii Super Mario trwała ostatnich kilka miesięcy i mogła trwać dłużej, bo jest jeszcze cały tuzin, a może i dwa gier o włoskim hydrauliku, ale to już zostawię sobie na kiedy indziej. A póki co polecam wszystkim powrót, a może pierwsze spotkanie (są tacy?) z kultową platformówką Nintendo.
Mam też nadzieję, że temat się spodobał, bo w planach mam jeszcze kilka podobnych...

W skrócie
Super Mario Gra Nintendo
Tytuł Data powstania Coś tam napisałem Ocena
Super Mario Bros. 1985 Jedna z pierwszych (dokładnie druga) gier w jakie pykałem na Pegasusie. Wspaniała i po tylu latach nadal bawi. 8/10
Super Mario Bros.: The Lost Levels 1986 Zainteresowany tytułem uznałem, że to dobra gra na odświeżenie znajomości z Mario. Ciekawe są również powody, dla których gra nie ukazała się poza Japonią. Trudna, ale nie wnosi nic nowego. 6/10
Super Mario Bros. 2 1988 Może to przez wysoki poziom poprzednich gier, ale to było toporne. Plus to możliwość wybrania Toada i księżniczki. 3/10
Super Mario Bros. 3 1988 Jak na razie najlepszy Mario. Dużo zmian, fajne power upy, wymagający przeciwnicy, mini gierki, chociaż momentami nużąca. 8/10
Super Mario World 1990 Udana gierka, a przynajmniej takie było moje wrażenie po przejściu rozgrywki, ale coś więcej? W zasadzie nic. 6/10
Mario is Missing! 1992 Gra edukacyjna. Nie broni się niczym. 1/10
Wario's Woods 1994 Tetrisowa wariacja. Można dać się wciągnąć na kilka rund. 5/10
Super Mario World 2: Yoshi's Island 1995 Prequel gry Super Mario World. Gra nie jest trudna, ale ma w sobie coś fajnego, a finałowe starcie epickie.
8/10

Grafiki pochodzą z Google.

Inne

Pozostałe teksty...

Skrótowce

ERB - ulubione postaci
Różnica między wulgaryzmem, a warzywem
Złośliwość rzeczy martwych
O kulturze posiadania czworonoga, czyli o wyjściu z psem i niemiłych przygodach
Koty, dzień kota i takie tam różne 
Szczęśliwa siódemka: Ulubieni twórcy na YouTube

poniedziałek, 16 listopada 2015

Skrótowce

"Skrótowiec" tak właśnie nazwałem wymyślone przez siebie blogowe wyzwanie, a właściwie cykl krótkich postów, które w dużym skrócie będą zawierać moje przemyślenia i oceny postaci, filmów, gier, a czasem kontynuacji w interpretacji różnych twórców.

Big Brother
Królewna Śnieżka
Super Mario Bros.

środa, 28 października 2015

Szkoła przy cmentarzu (Tom.B.Stone)

Zacznę od tego, że to wszystko wina wakacyjnego wyzwania i Megi, bo Gravity Falls poniekąd przypomniało  mi o latach 90-tych i strasznych historiach, które głównie rozgrywały się w świecie młodzieży. Świecie, który był niezrozumiały/ niezauważany przez dorosłych. Wiecie, seriale: Erie Indiana, Gęsia skórka oraz cykle książkowe: Szkoła przy cmentarzu oraz Krąg ciemności. I tak wiedziony podstępnym uczuciem sentymentu postanowiłem powrócić do Szkoły przy cmentarzu.
Za moich czasów (ogólnie zdanie zaczynam jak jakiś stary pierdziel) było około 10 książek, a przynajmniej tak wywnioskowałem polując na kolejne, rzadkie egzemplarze Szkoły przy cmentarzu w okrąglaku. Najnowsza część Opowieści z ciemnego lasu była trzynastym tomem... tomikiem cyklu i zapowiadała Autobus widmo i to było moje ostatnie spotkanie z nawiedzoną szkołą w Groove Hill i jej uczniami, gdyż zniknęła z okrąglaka, a jej miejsce na regale zajęła seria o przygodach trzech detektywów sygnowana wówczas nazwiskiem A.Hitchcocka. W każdym razie na tym się skończyło, a kilka lat później przez całkowity przypadek znalazłem jeszcze nowszy tom (piętnasty) pt.Przeklęty Mikołaj, który nie był niczym innym jak luźną adaptacją Opowieści wigilijnej C.Dickensa. Teraz na nowo przypomniałem sobie o serii, a nawet zakupiłem Zemstę dinozaurów, Jak polubić mumię oraz Baseball zdechlaków, w którego trakcie czytania właśnie jestem.
Autorem cyklu, składającego się z 28 tomików powiązanych ze sobą jedynie tytułową szkołą, jest Tom B.Stone. Oczywiście to tylko pseudonim, którego prawdziwe (tombstone) znaczenie odkryłem powracając do lektury po wielu latach. To z pewnością nie jest wybitna literatura. Pewnie bliżej jej do przeciętnej aniżeli dobrej. Chyba najsprawiedliwiej jest stwierdzić, że Szkoła przy cmentarzu to taki horrorowy odpowiednik harlequinów dla młodzieży. Zwyczajnie ma służyć zajęciu czasu, a nie głębszej analizie fabuły i poczynań bohaterów.
Miejscem akcji jest miasteczko Grove Hill. To tutaj znajduje się szkoła podstawowa, do której uczęszczają jej główni bohaterowie: Skip, Tyson, Mark, Algie, Marie i wielu innych. Szkoła jest o tyle upiornym miejscem, że znajduje się w sąsiedztwie starego cmentarza. Jego obecność wpływa na niezwykłą aurę tego miejsca, ale raczej nie jest powodem dziwacznych wydarzeń w jakie wplątują się uczniowie.
Każdy tom opowiada inną historię, która nie ma żadnego wpływu na poprzednie, czy też na następne książki cyklu. Jedynymi wspólnymi cechami jest szkoła oraz bohaterowie, który jeśli nawet nie grają głównych skrzypiec w jakimś tomiku to przynajmniej pojawiają się na dalszym planie.
Do tej pory mam za sobą osiem książek z cyklu i zdecydowanie moja ulubioną (nie tylko z cyklu, ale należy do grona moich najukochańszych czytadeł) jest Mój mały wilkołak. Nawet po latach pamiętam całą historię, jej głównego bohatera oraz pełnię księżyca - kiedyś ta tandetna scenka z pizzą podobała mi się przeokropnie. Najmniejszą sympatią cieszyła się u mnie Przerażająca drużyna i czytając teraz Baseball zdechlaków dochodzę do wniosku, że wszystko co wiąże się z tematem sportu nie jest dla mnie.
Historie są krótkie i proste. W sam raz, aby utrzymać uwagę młodego (za target obstawiam 10-12 lat) czytelnika. Starszy też powinien znaleźć w niej coś dla siebie pod warunkiem, że poczuje delikatny powiew sentymentu. O czym warto wspomnieć to dodatki. Na końcu każdej książeczki znajduje się jakiś rebus, kolorowanka, czy inna krzyżówka - nic wielkiego, ale całkiem fajny dodatek. Jeszcze wspomnę o okładkach, które są obłędne. Piękne projekty potworów, wilkołaków i zombie były właśnie tym, dlaczego pierwszy raz sięgnąłem po Szkołę przy cmentarzu. Najchętniej sfotografowałbym swoją malutką kolekcję, ale aparat na tyle kijowy, że zwyczajnie poratuję się (moim zdaniem najlepszą okładką) zdjęciem z internetu.

czwartek, 22 października 2015

Top Chef - wrażenia

Dziwne zjawisko. Sprawy żywienia obchodzą mnie mało, jeść nie lubię, a grymasić nad zupą nadal potrafię pomimo swoich lat. Pomimo takiego nastawienia z ogromnym zainteresowaniem śledzę programy z gotowaniem w tle pokroju amerykańskiego Master Chefa, a także naszych Ugotowanych oraz Kuchennych Rewolucji - mimo to bardziej od potraw interesuje mnie sama rywalizacja kucharzy. Wczoraj pierwszy raz udało mi się obejrzeć odcinek piątej edycji Top Chefa emitowanej w Polsacie. Z Top Chefem zawsze byłem na bieżąco (no, drugi sezon oglądałem w kratkę) i sam nie wiem, jak to się stało, że dopiero wczoraj, i to właściwie przez przypadek, nadziałem się na odcinek tego programu. I mam kilka luźnych przemyśleń, którymi chciałbym zapełnić post z cyklu "o niczym".
Przede wszystkim w grze zostało sześciu kucharzy (ta, ładnie musiałem olać piątą edycję, że budzę się dopiero na półmetku). W grupie, co okazało się miłą niespodzianką, po raz pierwszy było trzech panów i yle samo pań. To co zawsze raziło mnie w oczy to dysproporcja uczestników (pozdrawiam III edycję). Tak, tak, wiem... Pomiędzy umiejętnościami a płcią nie ma znaku równości, a gender i inne głupoty wywalić za okno, ale mimo wszystko mówimy o konkursie telewizyjnym, gdzie w dużej mierze obok talentu, ciężkiej pracy liczy się również charakter i estetyka. Program z cyklu reality powinien zachowywać równowagę. Dlatego też plus za aż trzy panie w finałowej szóstce. Kolejny plus leci za obecność, aż dwóch osób z Poznania.
I tu w szczwany sposób zrobię spację, aby przejść do bohaterów odcinka. Po jednym odcinku strasznie ocenić uczestników oraz ich zaangażowanie. Naturalnie, sympatię zdobyli poznaniacy, a także para, która niestety została wyeliminowana (nie pamiętam imion). Nie do końca rozumiałem też dlaczego wszyscy w mniejszym lub większym stopniu jeździli po Anieli. Tym bardziej, że pomimo chaosu jaki wokół niej się tworzył z obu konkurencji wyszła obronną ręką.
Konkurencje, eh... Ile to już razy było tiramisu? Serio, tu widać przewagę Master Chefa nad Top Chefem, którego konkurencje są ciekawe i często zróżnicowane, a tu schemat goni schemat (jeśli można tak to ująć). I Stefano Terrazzino jako ekspert. Strasznie denerwuje mnie polsatowska polityka, która ciągle stara się promować własne gwiazdki. Co mnie uderzyło to brak immunitetu dla zwycięskiego zespołu, albo chociaż dla jednej osoby. No, bo wszyscy byli tak świetni, że nie potrafią wybrać, ale jak mamy już rundę eliminacyjną to odpadają dwie osoby, bo ich potrawy były w równym stopniu beznadziejne. I tu pojawia się element, który niezwykle drażnił mnie w poprzedniej edycji TC: eliminowanie więcej niż jednej osoby na odcinek, a potem dogrywka wyeliminowanych, ewentualnie dorzucanie nowych, bo w pewnym momencie zaczyna brakować uczestników. Na sam koniec odcinka zapowiedziano "kuchnię ostatniej szansy", czyli szykuje się powrót wyeliminowanej osoby. Jak zwykle zadaję sobie pytanie, po co? Poza tym mają powrócić zwycięzcy poprzednich edycji (jako goście/jurorzy) - fajnie, że program nie zapomina o swoich zwycięzcach, ale czy muszą sprowadzać ich co edycję? Jeszcze kilka sezonów i w studio będzie więcej zwycięzców niż uczestników ;) Odcinek podobał mi się i o ile nie zapomnę za tydzień to obejrzę kolejny.
Wydaje mi się, czy Basiura roztył się na twarzy jak chomik, albo świnka morska?

poniedziałek, 19 października 2015

O powiązaniach hotelu Cortez z domem zbrodni?

 American Horror Story może pochwalić się rozbudowaną historią, a dotychczas, zdawać się mogło, nie powiązane ze sobą sezony okazują się składać w jeden obraz. Udowodniła to Pepper jedna z bohaterek Asylum, która otrzymała spory segment we Freak Show. W tym samym sezonie pojawiło się wspomnienie o doktorze Ardenie. Również wcześniejsze sezony sugerowały (ta, sugerowały to dobre słowo, bo R.Murphy potwierdził "teorię o powiązaniach" dopiero w trakcie czwartego sezonu) możliwość łączenia się historii jak chociażby zbieżność nazwisk Montgomery (Murder House, Sabat) oraz Colquitt (Murder House, Freak Show). W każdym razie w poszukiwaniu ukrytych poszlak odsyłam tutaj.
Piąty sezon bez sztucznej skromności ma łączyć się w jakiś sposób z pierwszym i myślę, że fajnie byłoby pogdybać: co, kto i jak? A póki co ostrzegam przed spoilerami, bo chociaż tekst jest tylko garstką przemyśleń to mogą pojawić się na pewno pojawią się spoilery.
Wiele osób wspomina agentkę nieruchomości, która w pierwszym sezonie sprzedała rodzinie Harmonów nawiedzony dom. Ta sama aktorka wystąpiła w tej samej roli już w pierwszym odcinku nowego sezonu. Tym razem oprowadzając Willa po hotelu. Mimo wszystko większość widzów liczy zapewne na odcinek, który dorównywałby poziomem Orphans. Tegoroczne miejsce akcji daje naprawdę ogromny wachlarz możliwości. Do hotelu Cortez mógłby trafić ktokolwiek z obsady pierwszego sezonu; Chad i Patrick? Proszę bardzo. Moira? Dlaczego nie? Larry Harvey? Oczywiście. A może nawet Harmonowie? R.Murphy ma tyle możliwości, ile postaci i nierozbudowanych wokół nich wątków pozostało po finałowym odcinku pierwszego sezonu.
Największą zagadkę stanowi dla mnie Constance i mam przeczucie, że to właśnie ona będzie wiązała dom zbrodni z hotelem. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Murphy nalegał na udział Lange w piątym sezonie. Gdy ogłoszono obsadę, a aktorka stała twardo przy swojej decyzji twórca serialu zaczął napominać o epizodycznej roli dla Lange. Dodając dwa do dwóch możemy zaryzykować stwierdzenie, że chodzi o powrót Constance. Co więcej właśnie z postacią pani Langdon łączą się dwa wątki, które pozostały otwarte i do dzisiaj wielu fanów serialu przyprawiają o ból zębów.

J.Lange rolą Constance kupiła fanów serialu.
Zacznę od tego mniej oczywistego, owianego tajemnicą wątku - dzieci. W którymś z odcinków Constance napomniała o tym, że z czwórki jej dzieci tylko Tate był normalny. W serialu poznaliśmy Tate'a, chorą na zespół downa Adelaide oraz... Beau. Czwarte z dzieci nie zostało wspomniane nigdy. A więc kim było czwarte dziecko? Oczywiście, można założyć, że zmarło wcześnie, np. jako noworodek i nie ma kompletnego znaczenia dla fabuły, ale idźmy kawałek dalej... Czym dla Constance jest normalność? Jest powiązana z fizycznością, bo psychicznie Tate nie był normalny. Czy możliwe, że czwarty z Langdonów był również potworem jak Beau? Nie byłoby to głupie. W końcu dziecko-monstrum pojawia się dość często w serialowej historii. Czy możliwe, że dzieckiem Constance jest demon z pokoju 64? Odrzucam taką możliwość. Inną formą nienormalności był dla niej związek Chada i Patricka. Czy w takim razie możliwe, że czwarte dziecko Constance było homoseksualistą i dlatego zostało wyklęte? To bardziej prawdopodobne od demona. A może chodzi o mordercę, którego ściga Love? O normalności Tate'a Constance wspomina świeżo po popełnieniu przez niego zbrodni (tak przynajmniej mi się wydaje, oglądałem dawno temu), a więc może jeszcze nie potrafiła nazwać syna nienormalnym, jak było z pozostałą trójką. Mogło to także wyjaśnić ewentualny motyw działania Tate. Do zbrodni mogły popchnąć go czyny brata i chęć rywalizacji z nim, albo czerpania z niego wzorców.
Bardziej prawdopodobną wersją połączenia sezonów jest końcówka Murder House. Tak, wnuk będący Antychrystem mógłby ze spokojem łączyć się z motywami religijnymi (10 przykazań), które będą odgrywały ważną rolę w AHS: Hotel.  Co ciekawe, końcówka pierwszego sezonu przenosi widzów o trzy lata do przodu, czyli do 2015 roku, kiedy to mały, uroczy blond aniołek zabija swoją opiekunkę. Rok jest o tyle ważny, że jest to czas, w którym rozgrywa się akcja hotelu. Swoją drogą, jestem ciekawy jakby wyglądało spotkanie małego Antychrysta z wampirzątkami hrabiny.

Tak wyglądają moje teorie spiskowe. Jeśli ktoś ma własne pomysły to zapraszam do dyskusji.


poniedziałek, 12 października 2015

Ranking piosenek musicalowych (cz.2)

Tłumaczenie, że musical filmowy jest różny od musicalu wystawianego na deskach teatru nie jest konieczne, a z racji, że przedostatnio zaprezentowałem ulubione piosenki z musicali filmowych to dla równowagi warto przedstawić listę piosenek musicalowych w dekoracjach scenicznych. W przeciwieństwie do poprzedniej części, tę listę tworzyło mi się ciężej. Albo przypominałem sobie coraz to nowe piosenki, a to upierałem się, aby wrzucić na cztery z pięciu pozycji piosenki z jednego musicalu, a to znowu mi się zachciało o AHS pisać. Na szczęście ogarnąłem się i jestem ;p

Ranking piosenek musicalowych
(kategoria: teatr)
Jeśli miałbym porównać tę listę z poprzednią to zdecydowanie bardziej wolę piosenki z tej kategorii. O wiele lepiej ogląda mi się musicale wystawiane w teatrze. Możliwe, że chodzi o atmosferę, a może w przeciwieństwie do filmowych musicali mają one więcej naturalności i wdzięku i przy tym bardziej "pasują" do musicalowych założeń.

(Metro)
Polska legenda wyreżyserowana przez Janusza Józefowicza. Metro, z pewnością, otworzyło karierę wielu znanym i cenionym dzisiaj artystom. W sumie długo decydowałem się pomiędzy utworami Bluzwis, In God We Trust, Litania i A ja nie.Wszystkie są świetne, ale ostatecznie zdecydowałem się na In God We Trust, które po raz pierwszy usłyszałem jako cover w programie Idol. Potem piosenka jeszcze długo siedziała mi w głowie.Sam musical pochodzący z lat 90-tych zestarzał się, ale nie stracił na wartości.

4. Memory
(Cats)
Polskiej premierze musicalu Cats towarzyszyło spore zainteresowanie. Mówiono o strojach, charakteryzacji, choreografii... Kilka piosenek z polskiej takich jak chociażby Mefistofeliks, zapadło mi w pamięć, ale jeśli chodzi o najbardziej kojarzoną z Kotami piosenkę to lubię ją tylko i wyłącznie w języku angielskim - Memory. I nawet nie potrafię powiedzieć, dlaczego zdobyła moją sympatię. Jakiś niewyjaśniony nostalgiczny nastrój. 

(Chłopi)
Broadway... Broadway, a my mamy swoje perełki i to w wykonaniu dobrych, polskich aktorów. Musical Chłopi został stworzony z rozmachem i w przeciwieństwie do serialu lub książki nie pozwalają się nudzić. Tu tradycja jest żywa, energiczna, a aktorstwo na wysokim poziomie, zaś Bernard Szyc wykonuje swoją robotę bezbłędnie. Pokłony. I daję na trzecim, gdyż sam Jarmark w Tymowie nie jest najlepszą (fenomenalny, ale nie najlepszy) piosenką z trzygodzinnego spektaklu, ale nie wszystko można znaleźć na yt, także trzeba iść na ustępstwa.

(Rent)
Rent pojawia się na deskach teatrów od kilkunastu lat, a w 2006 powstał film z obsadą z oryginalnego musicalu, ale przyznam, że ja uwielbiam obsadę z 2008. Will Chase o wiele bardziej pasuje mi do roli Rogera od Adama Pascala. Z resztą to tyczy się całej obsady (tu wyjątkiem będzie jedynie Maureen). Większość kojarzy ten musical z Seasons of Love, albo La Vie Boheme i słusznie, ale dla mnie numerem jeden pozostaje Light My Candle. Przewrotna i zabawna piosenka opowiada o pierwszym spotkaniu Mimi i Rogera.

(Lalka)
O Lalce postaram się poświęcić jeszcze trochę uwagi (z resztą można wywnioskować po obecnej tapecie na blogu), ale póki co piosenka o Wokulskim będąca delikatnym nakreśleniem bohatera - najprościej streszczająca pierwszy rozdział powieści Prusa. Panowie Klejn, Lisiecki i Mraczewski wykonują kawał dobrej roboty. I ogólnie pytanie, bo mam wątpliwości, czy Klejn tylko mi przypomina Sama Rockwella?