Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lipca 2024

Camp Counselor Jason [Wakacyjne wyzwanie]

Plusk... Pływanie to drugie hasło Wakacyjnego wyzwania i trochę boję się, że tym razem zatonę. 

W ramach czelendżu oglądamy filmy i seriale (osobiście wolę te pierwsze), ale także czytamy. Do tej pory chyba dwukrotnie zdarzyło mi się coś czytać w wyzwaniu. Były to manga Axis Powers Hetalia oraz książka Bezsenność w Tokio, no i sam w przeszłości zadawałem tomik jakiejś mangi. Dziś Meg postawiła przede mną webcomic i przyznam szczerze już na starcie miałem mocno mieszane uczucia... I tak oto przygody Jasona Voorheesa stały się pierwszym przeczytanym od dechy do dechy internetowym komiksem.  

Camp Counselor Jason autorstwa junkmix (Janie Lee) to krótka, bo 22 stronicowa historia przedstawiająca antagonistów serii Piątek trzynastego w rolach obozowych opiekunów. Zastanawiam się, czy jest jakikolwiek sens pisania, na kim bazuje postać głównego bohatera? Jason Voorhees jest kultową postacią w slasherowym panteonie, bo wystarczy wspomnieć o hokejowej masce i już wszyscy wiedzą o kim mowa. W dziele autorstwa Janie Lee jest kilka nawiązań do różnych slasherów. Ba, jeśli prześledzi się profil na IG można zauważyć, że autorka jest fanką krwistych produkcji. 

W Camp Counselor Jason hokejowy morderca jest przedstawiony jako postać pozytywna. Przeglądając internet wpadłem na określenie, które nie przyszło mi do głowy, ale świetnie oddające charakter Jasona Lee - "łagodny olbrzym". Jason po znalezieniu nowej maski postanawia zostać obozowym opiekunem. Do swojej pracy podchodzi wyjątkowo poważnie: sprząta, pilnuje, znajduje nowych przyjaciół, a czasem przypadkowo krzyżuje mordercze plany własnej matki. Drugą i według mnie najciekawszą postacią jest sama Pamela Voorhees. Kobieta jest nadopiekuńcza, a przy tym ma mordercze skłonności. Chyba najlepszym żartem z tej serii jest to jak bardzo mama Jasona nakręca się na zabicie obozowiczów, którzy raz: mogą skrzywdzić jej syna, a dwa: są myślą o jakichś zbereźnościach. Podobało mi się jak poszła z Jasonem do domu dziewczyny z którą ten umówił się "na randkę" po to, aby upewnić się, czy wszystko jest okej. 

Jeśli chodzi o stronę wizualną to nie dokońca czuję tę stylistykę. Ponadto mam wrażenie, że późniejsze odcinki (Carrie i Halloween) są lepsze jakościowo. Myślę, że gdyby Camp Counselor Jason leżało gdzieś na regale w księgarni nie zwróciłbym na komiks uwagi.

O ironio, największym minusem dla mnie był główny bohater, czy raczej zamierzenia komiksu. Nie trafia do mnie wizja dobrego Jasona w obozowym uniformie. I o ile to jeszcze samo w sobie mi nie przeszkadza to podkreślanie co jakiś czas przez kolegów lub mamę bohatera: "och, jaki z niego dobry i wspaniały chłopiec" jest już strasznie maślane. Komiks nie działa ani jako slasher, ani jako komedia. Jeśli chodzi o to pierwsze to mamy za mało gore. Z kolei komizm nie potrafi się utrzymać, bo o ile postać Pameli jakoś się broni tak już cała reszta po prostu nie jest zabawna.

Wydaje mi się, że to seria, którą łatwo się czyta, a jeśli oglądało się serię Piątku trzynastego można wyłapać kilka rzeczy (w sumie to chyba nawet należy to zrobić ;p), a tak poza tym to nie wiem o czym mógłbym jeszcze wspomnieć? Seria kończy się na 22 części, w której pojawia się Michael. I trochę szkoda, bo interakcje między tymi dwoma mogłyby być ciekawe.

Czy przeczytałbym raz jeszcze? 

I tu jest problem. Nie interesują mnie komiksy internetowe. Nie czytam ich i nie widzę potrzeby wracania do Camp Counselor Jason.

środa, 20 października 2021

10 filmów o zombie na Halloween

Poruszam się wolno, nieco kołysząc się na boki. To był ciężki dzień, a ja czuję się ledwo żywy. Jeśli już jesteśmy przy byciu ledwo żywym to chciałbym zaproponować wam dziesięć filmów o zombie, które warto poznać lub odświeżyć sobie przez Halloween. Zapraszam. 


 


poniedziałek, 12 kwietnia 2021

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Dwie dekady filmów grozy

 Dawno nie dodawałem żadnych filmików. To pierwszy materiał video, który zrobiłem od bardzo dawna.




poniedziałek, 8 czerwca 2020

10 egoistycznych decyzji w horrorach

Polecam oglądać za nim mój kanał na youtube zostanie usunięty. Po raz kolejny dostaję roszczenia za wykorzystywanie materiałów potrzebnych do analizy tematu. Powoli to robi się wkurzające.


sobota, 9 maja 2020

Wyśniony piątek trzynastego

9 maja 1980 roku premierę miał Piątek trzynastego. Przeciętny slasher stał się początkiem długiej serii, której bohaterem był Jason. Wszystko zaczęło się od przewrócenia łodzi na Crystal Lake. O zakończeniach pechowych piątków w materiale poniżej. Zapraszam.


piątek, 1 maja 2020

Powrót 13 miesięcy grozy

Po orzerwie powraca 13 miesięcy grozy. Wyzwanie, w którym co miesiąc będę prezentował cztery warte uwagi lub nie horrory, które są powiązane tematyką.


środa, 22 kwietnia 2020

O tym jak się połapać w filmie Klątwa Ju-On

Przygotowałem wcześniej dwa materiały na temat Klątwy Ju-On. Film jest ciekawy i myślę, że warto obczaić materiały. Pierwszy przed obejrzeniem po jakikolwiek film, a drugi po obejrzeniu Klątwy Ju-On z 2002 roku:


wtorek, 21 stycznia 2020

wtorek, 14 stycznia 2020

To jest kiepski film

czyli recenzja To: rozdział 2


Po sukcesie artystycznym i finansowym filmu To: rozdział 1, Andy Muschietti miał przed sobą trudne zadanie wyreżyserowania kontynuacji godnej jego poprzedniego dzieła. My jako widzowie pełniliśmy rolę obserwatorów wychwytujących informacje na temat postępów w pracach nad filmem, od czasu do czasu drżących na myśl o jakimś castingowym wyborze, czy rozwiązaniu mogącym w naszej ocenie zniszczyć estetykę filmu z 2017 roku. Na Muschietti'ego spadła zaś rola barda, który miał nam dokończyć historię o Derry. Niestety To: rozdział 2 filozoficznie jest bliższy Mamie, niż pierwszemu filmowi o upiornym klaunie.
Po dwudziestu siedmiu latach nad miasteczkiem Derry w stanie Maine znów zbierają się czarne chmury. Dorośli członkowie klubu frajerów, zgodnie ze złożoną obietnicą, wracają w rodzinne strony, aby uporać się z potworami z dzieciństwa.
Andy Muschietti postanowił zrezygnować z intuicyjnej formy twórczej, na rzecz bardzo bezpiecznego filmu, który za pewne spodoba się widowni. Od strony technicznej To: rozdział 2 prezentuje się dość dobrze. Mamy ładną pracę kamery, skoki z teraźniejszości w przeszłość są płynne, mamy mocną obsadę zarówno po stronie dorosłej jak i dziecięcej, czy już bardziej nastoletniej, a scenariusz odsłania przed nami, niewielkie, ale jednak, fragmenty historii Pennywise'a.
Moim głównym problemem z tym filmem jest bez emocjonalne podejście twórców do historii. Wiem, że nie powinienem unikać porównań, ale przy dziele wzorowanym na powieści Kinga, które doczekało się wcześniej ekranizacji, i które wbrew wszystkiemu okazało się świetny nie da się inaczej.
W miniserialu z 1990 roku cała sekwencja scen prowadzących do śmierci Stanleya budowała napięcie. Tutaj z kolei śmierć bohatera jest upchnięta pomiędzy innych scen i właściwie nie wstrząsa widzem w żaden sposób. Co przekłada się na finał, gdy bohaterowie otrzymują listy od zmarłego, a my mamy to w zasadzie gdzieś.
Takie beznamiętne podejście przekłada się na ogólny bałagan i bezcelowość. Film otwiera scena, swoją drogą bardzo aktualna i kurwa, jak koncertowo zjebali jej potencjał, w której para homoseksualistów zostaje zaatakowana przez grupkę chuliganów. Twórcom nie chce się tłumaczyć zasadności tego wątku, a ja, czy inna osoba nie znająca powieści Kinga niekoniecznie zrozumie wydźwięk tej historii i to, że jest ona zwiastunem zła powracającego do Derry. I tym gorzej, bo mogła być ona łódką Georgie'go dla tego filmu.


Jednak sama bezcelowość nie jest najgorsza, bo o ile w bałaganie możemy przynajmniej odnaleźć jakąś zabawę, tak sceny, niby posuwające historię do przodu zamykają są monotonne, nieciekawe i służą wyłącznie zapchaniu czasu, bo inaczej nie potrafię wyjaśnić takiego lenistwa. Otóż frajerzy poszukują talizmanów niezbędnych do rytuału, w tym każde z nich udaje się w miejsce z przeszłości, otrzymuje nudną retrospekcję, pojedynek z gollumopodobnym potworem i jedziemy z kolejnym... Już dobra, nuda, ale czy to musiało być, aż tak obrażać inteligencję widzów? O ile rozumiałem pocztówkę ukrytą za listwą podłogową tak Billy odnajdujący w studzience kanalizacyjnej papierową łódkę Georgiego, którą ten posiał tam dwadzieścia siedem lat temu i zdobywa ją za przyzwoleniem Pennywise'a.
Elementy grozy w rozdziale 1 wbrew napisom na drzwiach nie należały do najstraszniejszych, ale mimo wszystko potrafiły uderzyć w nas emocjonalnie, gdy była taka potrzeba. Duża w tym zasługa Billa Skarsgårda wcielającego się w postać morderczego klauna. Dlatego nie potrafię... okej, chyba rozumiem sens zabiegu, ale myślę, że świadome rezygnowanie, czy umniejszanie postaci Pennywise'a nie było najlepszym posunięciem. Średnio pocieszne monstra przypominające dziecko Mamy i Golluma nie oddają terroru, a w dodatku ripostowane przez protagonistów zdają się zupełnie tracić na znaczeniu.
To: rozdział 2 nie jest filmem złym, ale bardzo wiele brakuje mu do dzieła wybitnego lub chociaż nierozczarowującego, na które liczyliśmy po rozdziale 1. W zamian za to dostaliśmy kolejny średniak, który dla miłośników części pierwszej jest jednak obowiązkową pozycją. Wszyscy pozostali mogą sobie podarować seans. Jeśli zaś chodzi o Muschietti'ego jest on zdolnym i pracowitym reżyserem. Niestety nie do końca potrafi zbalansować rzemiosło oraz stronę artystyczną. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne produkcje nakierują go na właściwe tory i dzięki temu gatunek horroru zyska cholernie zdolnego reżysera.

niedziela, 10 listopada 2019

Co psuje zakończenie filmu? Plakat!

Zasada jest prosta: zainteresuj widza, ale nie zdradzaj zakończenia. Piękne, wizualne dzieła niekiedy okazują się przerastać film pod kątem estetycznym. To ważna, aby plakaty zaciekawiały widzów, ale bez zdradzania detali fabularnych albo jeszcze gorzej... zakończenia. Niestety, niektórzy artyści zapominają, czemu ma służyć poster i pokazują ciut więcej, niż chciałbym zobaczyć ja. Dzisiaj przedstawię kilka posterów horrorów, które mogą sugerować zakończenie produkcji. Przy okazji zadam sobie pytanie o kultowość produkcji i czy dzisiaj plakatowe spoilery są problemem w przypadku niektórych produkcji. Uprzedzam przed spoilerami, ale to chyba oczywiste.

Plakaty strasznie spoilerujące straszne filmy

Kino dziś wydaje się krzykliwe. Wielkie produkcje proponują humor, wartką akcję oraz efekty specjalne. Plakaty takich filmów przeważnie są bogate w detale, i przykro mi, ale niespecjalnie ładne, gdyż bardziej niż nad estetyką starają się promować tytuł znanymi twarzami. Filmy łączące ze sobą horror i sc-fi bardziej idą w kierunku nowoczesnej, głośnej reklamówki i tu chcę wyróżnić dwa tytuły.
Prometeusz Ridleya Scotta od początku miał pod górkę z widownią. Z pewnością nie pomógł jeden z plakatów wysokobudżetowej produkcji przedstawiający bohaterów na tle wybuchającego Prometeusza. Los Prometeusza jest przesądzony. Ten statek i prawdopodobnie większość załogi nie dotrwa do końca. Ale kogo to obchodzi? W końcu to i tak nie Nostromo.
O ile większość posterów 10 Cloverfield Lane oddaje fantastyczny klaustrofobiczny klimat tak wersje posterów z Japonii i Tajlandii poszły w zupełnie inną stronę. Największą siłą filmu z Mary Elizabeth Winstead była niewiadoma. Trzy osoby są zamknięte w schronie, z których jedna, szalona, utrzymuje, że Ziemię zaatakowali kosmici. I to oczywiste, że bohaterowie są zakładnikami wariata. No aż do finału zaspoilerowanego przez plakat.




Niektóre horrory po latach zyskują miano kultowych produkcji i nawet nie znając ich fabuły miłośnicy popkultury potrafią przywołać w pamięci scenki z tych filmów. Najlepszym przykładem jest Lśnienie Kubricka. Psychologiczny horror na motywach powieści Stephena Kinga przedstawia trzyosobową rodzinę w odciętym od świata hotelu Overlook. To miejsce emanujące złem, w którym powoli zatraca się głowa rodziny, Jack Torrance, ale czy to powód, aby na plakat użyczać sobie jedną z końcowych scen - Here's the Johny?
Podobnie jest z innym horrorem od Kinga - Carrie. Mamy dwie fotografie tytułowej bohaterki. Na pierwszej dziewczyna zostaje królową balu, a na drugiej skąpaną we krwi boginią zemsty. Dla pełnego obrazu mamy także hasło reklamowe zachęcające do zabrania Carrie na bal maturalny. O ile dzisiejszy widz doskonale zna historię maturzystki posiadającej psychokinetyczne zdolności niezbyt atrakcyjny poster zdradza nam tragiczny finał.

   

Zresztą remake Carrie również zaprezentował zakrwawioną bohaterkę. I tu pojawia się pytanie, co innego mogłoby pojawić się na plakacie zamiast tej sławnej sceny? Nie mam pojęcia, ale jak już jesteśmy prze odświeżaniu tytułów to chciałbym zatrzymać się przy najgorszym plakacie świata. Kwarantanna to remake hiszpańskiego horroru z nurtu found footage. Amerykanie stworzyli horror, który jest słaby sam w sobie. Nie ma tu niczego więcej poza nijakim odwzorowywaniem [Rec]. Plakat Kwarantanny to  finałowa scena, zerżnięta zresztą z oryginału. Pomijając to, że już wiemy jak skończy bohaterka. Dodatkowo irytowały hasła o zaginięciu wszystkich, no pięknie kontrastowały z chwilą śmierci dziennikarki.
Tytuł Dom w głębi lasu mówi o horrorze zarazem wszystko i nic. To jak Teksańska masakra piłą mechaniczną, gdzie w kilku prostych słowach mamy wyłożoną filozofię filmu. I to największa pułapka, bo Dom w głębi lasu dekonstrukcje mit pokazując nam zakulisową produkcję prawdziwej makabreski. O ile plakat przedstawiający dom jako łamigłówkę niespecjalnie zdradza treść tak jeden z zagranicznych dystrybutorów postanowił zaprezentować nam kluczową scenę z filmu czyli szklane pułapki z podziemi. Na pierwszym planie główna bohaterka, a za nią wszelakie monstra.






A może jednak warto uchylić rąbka tajemnicy? Załóżmy, że film niewiele ma do zaoferowania. Za poster Absence jestem właściwie wdzięczny twórcom i z przyjemnością umieściłbym go w dziesiątce najlepszych horrorowych plakatów albo przynajmniej wyróżnił. Cenię surową stylistykę, która przez mniej rozumie więcej. Absence nie jest udanym filmem. Reżyser przez większość czasu nie potrafił zarysować historii, ale bez obawy plakat dał podpowiedź, że chodzi o ciążę i kosmitów. Podobnie jest z pozbawioną oryginalności Ma. Główna bohaterka zaprasza do swojego domu młodych nastolatków, zaprzyjaźnia się z nimi, a z czasem ujawnia swoje mordercze skłonności. Spodziewamy się zakończenia, ale samo zaprezentowanie Mamuśki w otoczeniu młodych przyjaciół to jedna z ostatnich scen filmu, w których kobieta dokonała swojej zemsty. Dzięki plakatowi wiemy jak skończą bohaterowie filmu.


         

Zaskakuj, zareklamuj, ale nie zdradzaj zakończenia powinno krzyczeć hasło reklamowe na pudełku dvd. Czasem twórcy zapominają o tym i chcąc dać nam fantastyczny plakat wręczają klucz do rozwiązania plot twistu. Bez czepialstwa możemy zignorować "ostatnią scenę" na wstępie lub potraktować plakat jak zagadkę przy której też można się dobrze bawić.

czwartek, 31 października 2019

Happy Halloween

Dzisiaj w autobusie odbyła się kontrola biletów. Kontroler grzecznie acz stanowczo powiedział do mnie: "bilecik albo psikus". Okazałem bilet, bo skutków psikusa obawiałem się. Ostatnie dwie propozycje, nadal przede mną, to Mgła, czyli mój pierwszy horror oraz klasyka, Upiorna noc Halloween.

 


#OctoberMovieScreeningChallenge

środa, 30 października 2019

Bardzo szybka aktualizacja

Dzisiejszy post zaczynam od amerykańskiego remake'u meksykańskiego filmu z 2010 roku, Jesteśmy tym, co jemy. Trzy lata po premierze kanibalistycznego dramatu swoją wersję przygotowaną pod grunt zachodni zaprezentował Jim Mickle - twórca o skromnym, ale dobrze rokującym dorobku reżyserskim. Poznajemy czteroosobową rodzinę Parkerów, która żyje według twardych zasad narzucanych przez ojca. Po śmierci matki dorastające córki, Iris i Rose, muszą przejąć dotychczasowe obowiązki mamy, do których należało przygotowanie pożywienia. Jesteśmy tym, co jemy jest wyjątkowo ponury, nieco artystyczny, ale przede wszystkim odpychający. Czego nie mogę wybaczyć reżyserowi to piękne, spokojne i stylowe zakończenie, które w pewnym momencie zostaje zamienione na banalny finał.



Z włoską kinematografią kojarzą mi się obrazy z lat 70-tych dumnie reprezentowane przez Lucio Fulci oraz Dario Argento. Ociekające piękną, krwistą estetyką giallo na stałe wpisało się do masowej wyobraźni. Współcześnie włoski horror ujmuje innego rodzaju estetyką o czym starał się przekonać mnie Riccardo Paoletti w swoim Neverlake. Jenny Brooke odwiedza dawno niewidzianego ojca w jego wiejskiej posiadłości nad jeziorem. Dom skrywa wiele tajemnic o czym dziewczynę stara się przekonać grupka jej rówieśników mieszkająca w sąsiedztwie. Neverlake to dziwny twór. Z jednej strony twórcy popadli w pułapkę banalnego ghost story, a z drugiej bardzo starannie budowali historię opartą o folklor. Największym mankamentem jest strona techniczna, która potrafi zawalić atmosferę.



Z kolei z długiej listy adaptacji opowiadań Kinga wybrałem Dobre małżeństwo. Bohaterami historii są Bob i Darcy Andersonowie, w których rolę wcielili się Anthony LaPaglia oraz Joan Allen. Pewnego dnia Darcy odkrywa, że jej mąż jest seryjnym mordercą kobiet. Chciałoby się powiedzieć, że dzieło Petera Askina jest czymś więcej niż przeciętnym thrillerem w stylu telewizyjnych produkcji. Niestety nie jest, a nawet mogę pokusić się o stwierdzenie, że obrazy telewizyjne dają więcej emocji poprzez "ganianie z nożem", szalone dochodzenie i finałowe starcie.





Planowo miałem obejrzeć film Godzilla kontra Biollante, tym bardziej, że jest to jedna z nielicznych, dobrze wspominanych przeze mnie, historii o jaszczurze. Przypadkiem dowiedziałem się o najnowszym filmie oo Godzilli, Godzilla II: Król potworów. Ta część wypada zdecydowanie lepiej od wersji z 2014 roku.



#OctoberMovieScreeningChallenge

poniedziałek, 28 października 2019

Szybka aktualizacja

Aktualizacja obejrzanych horrorków. Kochajmy slashery, bo tak szybko odchodzą, Krzyk (1996-2011).  


Krew niewinnych z 2000 roku to nieskomplikowany slasher z Brittany Murphy w roli głównej. Para nastolatków z Cherry Falls pada ofiarą brutalnego mordercy. Wkrótce dochodzi do kolejnych ataków. Wszystkie ofiary były dziewicami, a więc rezolutne nastolatki organizują orgię. Historia ma jakieś powiązanie z dziewczyną zgwałconą przed laty w miasteczku.
Reżyser, Geoffrey Wright, ma z pewnością lepsze filmy na swoim koncie, chociażby Romper Stomper. Krew niewinnych na tle jego skinhedowskiej naparzanki wypada nader mizernie. Oto mamy slasher, który nie rewanżuje się widzowi w żaden sposób za czas, który ten mu poświęcił. Sama banalność nie jest jednak największą wadą obrazu, ale lenistwo twórców. Wright nawet nie pokusił się o to, aby jego film dawał chociaż złudną nadzieję bardziej skomplikowanej historii. Bo i jej rozwiązanie jest na poziomie fabularnym trudnych spraw, gdzie bohater z drewna monologuje na temat dramatów tego świata. Murphy wypada w swojej roli nieźle, ale pozostała część obsady po prostu tam jest na zasadzie nieciekawych awatarów. Krew niewinnych nie angażuje widzów emocjonalnie i to chyba wystarczy za jego rezenzję.



Mam do obejrzenia film z udziałem Sida Haiga, który zasłynął w kinie dzięki rolą w filmach Roba Zombiego (Dom tysiąca trupów, Bękarty diabła). Przyznam się, że to kompletnie nie moja stylistyka, a więc wybrałem Don't Do It! - film krótkometrażowy z 2016 roku w reżyserii Adama Greena (Topór, jeee!). Świetnie wpisuje się w okres Halloween.

#OctoberMovieScreeningChallenge

niedziela, 27 października 2019

Odwrotnie... pomijam remake

Dzisiaj trochę niechronologicznie, bo omijam remake, na który chciałem poświęcić jutrzejszy wpis, ale w zamian za to wspominam o pierwszej adaptacji opowiadania Mary Shelley. Przyznam też, że bardzo obawiałem się Paranormal Activity, bo uczciwie, gdybym lubił serię Peli'ego bardziej - obejrzałbym wszystkie części już dawno temu, a na koniec rosyjska produkcja. No to start!
Za początkowana przez Orena Peli'ego w 2007 roku seria Paranormal Activity doczekała się pięciu kontynuacji śmiało rozbudowujących bardzo oszczędny horror o parze atakowanej przez nadprzyrodzoną siłę. Paranormal Activity: Naznaczeni to czwarty sequel, a zarazem piąty film z serii, który mogłoby się wydawać opowiada nową historię. Jessie i Hector rozpoczynają śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci sąsiadki. Wkrótce wokół chłopaków zaczynają dziać się niewyjaśnione rzeczy.
Blair Witch Project oraz Paranormal Activity mimo prostoty wykonania i niewielu elementów, którymi mogą budować atmosferę zaskarbiły sobie uznanie krytyków i widzów. Ich głównym atutem jest umiejętne manipulowanie wyobraźnią odbiorców. Naznaczeni nie do końca wykorzystać potencjał Paranormal Activity. Jest to problem, którejś tam już z rzędu części, bo o czym jeszcze można opowiedzieć? Gdzie wcisnąć dany film na i tak już zapchanej linii czasowej?


Frankenstein, a właściciwie potwór stworzony przez doktora Frankensteina to kultowa postać, w którą prawie sto lat temu życie tchnął Boris Karloff. O filmie Universala można mówić wiele, ale na potrzeby wyzwania postanowiłem zapoznać się z pierwszą adaptacją powieści Mary Shelley z 1910 roku. Jest to krótkometrażowy film i gdyby nie tytuł prawdopodobnie nie skojarzyłbym go z potworem Karloffa. Warto obejrzeć.



Wampiry to horror z elementami fantastyki z 2016 roku w reżyserii Sergeia Ginzburga to adaptacja opowiadania Aleksieja Tołstoja "Rodzina Wilkołaka". Pojawienie się mnicha Lavra w małej, odciętej od świata osadzie zbiega się w czasie z powrotem do zamku na wzgórzu jego właściciela, wampira.
Przypomniała mi się fenomenalna scena z Frankensteina z 1931 roku. Ojciec zamordowanej przez stwora dziewczynki wnosi zwłoki dziecka do miasta. To wyjątkowo piękna i ujmująca chwila, która jest kwintesencją kina grozy. James Whale stworzył grozę o jakiej Sergei Ginzburg nie potrafił uchwycić w swoich wampirach, ale dla oddania sprawiedliwości, czy chciał on stworzyć film grozy, czy raczej przygodówkę na kształt Van Helsinga? Widziałem już kilka rosyjskich horrorów i w porównaniu do nich Wampiry wypadają blado niczym Robert Pattinson w Zmierzchu. I tu muszę przyznać, że wybrałem ten tytuł tylko i wyłącznie ze względu na Igora Khripunova.



#OctoberMovieScreeningChallenge

sobota, 26 października 2019

Legenda, która nie została legendą

Victor Crowley miał stać się legendą na miarę Jasona Voorheesa, a przynajmniej na taki obrót spraw liczył i chyba nadal liczy twórca serii Topór, Adam Green. W 2006 roku Adam Green zapoczątkował serię Hatchet, która miała przywrócić dawną świetność krwawym igrzyskom z udziałem dziewic i mordercą z ostrym narzędziem, w tym przypadku toporem, w ręku.
W 2010 roku Adam Green postanowił rozbudować legendę Crowleya ponownie pisząc scenariusz oraz reżyserując sequel. Film rozpoczyna się w momencie zakończenia części pierwszej. Ocalała Marybeth wydostaje się z bagien. Poznając swoje powiązanie z klątwą Crowleyów postanawia wrócić w miejsce rzeźni i dokonać własnej zemsty. W rolę głównej bohaterki wciela się tym razem Danielle Harris (seria Halloween) wspomagana przez Tony'ego Todda (Candyman) i Kane Hoddera (Jason X), którzy współpracowali z Greenem przy pierwszej części.
Reżyser jest fanem slasherów i to widać w jego pracy. Z pasją przedstawia nam największe klisze gatunku, powiela, kopiuje, reinterpretuje ku nasze radości, ale czy to wystarczy, aby móc stworzyć legendę na miarę mordercy z Crystal Lake? Ano, nie...
Problemów jest tu wiele. Green chcąc tak bardzo stworzyć coś oryginalnego i godnego dla nurtu slasherów, że właściwie zapomina nadać swojemu filmowi odpowiedni ton. Postać Victora wizualnie nie zachwyca i bardziej przypomina parodię Jasona niż równy mu czarny charakter. Dobra, ktoś powie, że przecież o to właśnie chodzi, o ironię, ma być śmiesznie i jak kino klasy B nakazuje. Groteska przyszła nieco potem i bardziej brała się z potrzeby asekuracji twórców, którzy w obawie przed zjechaniem własnych dzieł woleli pokazać wszystko w krzywym zwierciadle. Nie zapominajmy o Halloween Zombiego, Parku grozy Plotkina. Potrafili oni wykorzystać potencjał slasherowego klimatu, a przy tym nie ujmując mu powagi.


Efekty wizualne są na kiepskim poziomie, podobnie sprawa ma się z nieciekawymi morderstwami. Warto wspomnieć o aktorstwie... Tak, ku zaskoczeniu wielu widzów, nawet w filmie o tak prostej fabule aktorstwo powinno być przynajmniej na dobrym poziomie i przeważnie jest, o czym może przypomnieć Jamie Lee Curtis, a jak już jesteśmy przy Halloween to Daniele Harris jest urocza jako siostrzenica Michaela, ale jako protagonistka Topora wypada po prostu fatalnie. Osadzenie akcji w Nowym Orleanie i próba połączenia postaci seryjnego mordercy z duchem, a co za tym wyjaśnienie w ten sposób jego nieśmiertelności to dobry pomysł.
Niestety o żadnej legendzie mowy być nie może. Crowley to niezapadający w pamięć morderca z kiepskiego filmu i żadne sequele nie zmienią jego statusu. Adam Green próbuje w dalszym ciągu; w 2013 dostaliśmy trzecią część, a w 2017 kolejny film, tym razem zatytułowany Victor Crowley. Nie mogę odmówić mu chęci, jeśli budowanie tej serii sprawia mu przyjemność niech kontynuuje.

#OctoberMovieScreeningChallenge

piątek, 25 października 2019

Diabły, mutanty i magia voodoo

It's Alive - krzyknął doktor Frankenstein, tak po krótce. Nie przypadkowo główny bohater filmu. A jednak żyje wspomina o książce Mary Shelley i niezrozumieniu kto był tytułowym bohaterem powieści. Film Larry'ego Cohena z 1974 roku doczekał się dwóch kontynuacji i nowej wersji, co powinno świadczyć o wysokim poziomie produkcji albo chociaż o dużym zainteresowaniu nią ze strony publiki.
Oto Frank i Leonore, małżeństwo oczekuje przyjścia na świat drugiego dziecka. Na porodówce okazuje się, że ich potomek nie jest zwyczajnym bobasem. Intrygujący początek filmu zwiastuje dobry horror. Atmosafera gęstnieje z każdą chwilą, dodatkowy niepokój rodzicielki uwierdza nas w przekonaniu, że A jednak żyje zaoferuje fantastyczny klimat. Niestety po scenie porodu akcja siada, moja ekscytacja siada i mleko się zsiadło. Potworek, zmutowane dziecko, dzidzia, zwał jak zwał nie jest specjalnie eksponowany. Cohen cechuje go poprzez działania, ale i słowa ludzi, a w tym rodziców, iż jest on dzikim, niebezpiecznym stworzeniem. Bardzo irytowały mnie dwie rzeczy; spojrzenie z perspektywy potworka oraz niechlujna charakteryzacja. Wcielający się w postać Franka John P. Ryana właściwie snuje się od sceny do sceny pokazując bliżej nieukierunkowaną niechęć w stosunku do potomka, a może zbyt poważnie wziął do siebie porównania do Frankensteina? Film warto obejrzeć jako ciekawostkę, ale w żadnym wypadku nie można oczekiwać rewelacyjnego seansu. I przynajmniej mam za sobą tytuł, który zainspirował twórców AHS: Hotel.


Wybrałem okładkę mniej agresywną reklamującą film Zombie - pożeracze mięsa lub w oryginale Zombi 2. A gdzie jeden? Ta "dwójka" w tytule to dość nieszczęsny zabieg. Podobnie jak Powrót żywych trupów, film ikony włoskiego kina grozy, Lucio Fulci, czerpie z kultowego dzieła Romero. Nieoficjalna kontynuacja nie ma wiele wspólnego z Nocą żywych trupów.
Do portu w Nowym Jorku przybija łódź bez załogi. Jeden z wysłanych na nią policjantów zostaje zamordowany przez tajemniczą istotę ukrywającą się na pokładzie. Właścicielem łodzi jest zaginiony naukowiec. Jego córka Anne oraz dziennikarz Peter West wyruszają na małą wysepkę na Karaibach, gdzie ojciec kobiety prowadził badania.
Nakręcony w 1979 roku Zombie - pożeracze mięsa z pewnością powstał na fali popularności zombie movie. Mimo to nie pozostaje on wierny wyłącznie klasyce Romero. Żywe trupy Fulci'ego szukają swojego początku w magii voodoo. Współcześnie jesteśmy przyzwyczajeni do dziwacznych wirusów zmieniających ludzi w trupy, bo niby epidemia jest bardziej realistyczna od czarów. Tak, ale w filmie z trupami polującymi na mózgi żywych realizm chyba nie stoi na pierwszym miejscu?
Włoski reżyser postarał się, aby jego dzieło zachwycało scenografią, charakteryzacją oraz muzyką. Mankamentem jest aktorstwo. Poza odtwórcą roli doktora Menarda pozostali mają w sobie mniej życia od wyłążących tu i ówdzie truposzy. Zombie - pożeracze mięsa to jeden z najlepszych horrorów o tej tematyce, jakie miałem przyjemność oglądać.




Obsada tego filmu jest mi dobrze znajoma. AJ Bowen, Scott Poythress oraz Jocelin Donahue wielokrotnie pojawiali się w niszowych horrorach. Przeważnie były one kiepskie jakościowo, ale nadrabiały intrygującym podejściem do tematu. I tak też jest z I Trapped the Devil.
Za kamerą stanął Josh Lobo, który zadebiutował jako reżyser, producent i scenarzysta. Dlatego można mu wybaczyć niedociągnięcia i mieć nadzieję, że przyszłe produkcje utrzymają albo przebiją poziomem debiut.
Święta. Matt wraz z żoną odwiedza swojego brata artystę w ich rodzinnym domu. Steve od początku zachowuje się w sposób niepokojący. Za jego zachowanie odpowiada mężczyzna więziony w piwnicy. Steve wierzy, iż jest on diabłem.
I Trapped the Devil prowadzi z widzem polemikę na temat pochodzenia zła. Czy moc nakłaniania nas do czynienia zła pochodzi od jakiejś siły nadnaturalnej, czy jak w przypadku Steve'a są to zaburzenia psychiczne? Josh Lobo oddał po mistrzowsku ponurą atmosferę. Przygnębiają surowe ujęcia, zwięzłe dialogi i oszczędna ścieżka dźwiękowa. Pochwalić należy również  Scotta Poythressa, który stworzył przekonującą postać. Oczywiście film nie jest pozbawiony wad. Przede wszystkim miałem wrażenie, że reżyser po części stara się skopiować Dom diabła Ti Westa i przez to traci wyjątkowości.




Na dzisiaj to tyle. Jutro kolejne dwa, a może trzy tytuły do omówienia.

#OctoberMovieScreeningChallenge

środa, 23 października 2019

Poważnie?

Kwestionować własnego poczucia estetyki nie zamierzam. Jeden posiada takie, a drugi takie. Zaczynam się za to zastanawiać nad humorem, bo ile z komedii można przerzucić do horroru, aby nie zaczął trącić kiczem? Komedio-horrory - Porąbani, Wysypy żywych trupów i wszelkiej maści makabreska jest zwolniona z odpowiedzi.
Z dużym poślizgiem. Za mną kolejne tytuły do #OctoberMovieScreeningChallenge. Na początek coś z własnej kolekcji, Martwa cisza. Horror w reżyserii Jamesa Wana (Obecność, Piła) z 2007 roku. Film Wana uderza w tematykę znaną nam z śledztw Warrenów i Anabelle. Będą lalki, demon, czyli wszystko, co kochamy. Młode małżeństwo Jamie i Lisa Asherowie otrzymują przerażąjącą lalkę brzuchomówcy o imieniu Billy. Tej samej nocy ktoś w brutalny sposób morduje Lisę. Chcąc odkryć sekret marionetki Jamie wraca w rodzinne strony, aby zagłębić się w upiorny mit o brzuchomówczyni Mary Shaw, która "lalek miała sto".
Martwa cisza oferuje mroczną stylistykę, pokręcone zakończenie oraz przerażający czarny charakter z naprawdę wciągającą genezą. Ten tytuł nieco znika za wcześniejszymi i późniejszymi osiągnięciami duetu Wan-Whannell. I trochę szkoda, bo to udany horror. Moje jedyne pytanie, kto dał rolę policjanta Wahlbergowi?


Aligator - Lake Placid czyli film z nurtu animal attack. Mordercze zwierzęta często padają ofiarą kiepskich scenariuszy i przesadnej wyobraźni twórców, a przecież potrzeba tak niewiele, o czym przekonał nas kilkanaście lat temu Spielberg kręcąc Szczęki. Niestety na kultowy film o morderczym rekinie przypada kilkanaście słabych bzdurnych filmów. Tak, niektórzy powiedzą, że animal attack są kręcone dla beki, no, ale czy muszą obrażać inteligencję widzów nadmiernym poziomem bzdurności? Dlatego byłem sceptycznie nastawiony do Aligator - Lake Placid. Okazało się, że niepotrzebnie. Film Steve Minera nie trąci tandetą, bardzo dobrze wyważa elementy humorystyczne i dramatyczne. Ogromnym plusem jest obsada (Pullman, Platt i Gleeson), która świetnie odnalazła się w roli zespołu szukającego aligatora. Jedynym minusem była postać specjalistki od czegoś tam granej przez Bridget Fondę będąca wyłacznie po to, aby być.



Kolejnym wyzwaniem był plakat filmowy. Jedynym posterem, który kiedykolwiek wisiał na mojej ścianie, nielicząc Pokemonów, które średnio pasowały do tego wyzwania, był plakat filmu The Signal z 2007 roku. O filmie pisałem w poście o ulubionych, nie będę się powtarzał, zapraszam tutaj.



Przyszły mi do głowy trzy tematy, które prawdopodobnie zrealizuję w niedalekiej przyszłości, najfajniejsze plakaty horrorów,  najlepsze animal attack i straszne historie ze świata pokemonów. Tyle na dzisiaj.

#OctoberMovieScreeningChallenge

niedziela, 13 października 2019

Różowy cukiereczek zostaje boginią zemsty

Rape and revenge to podgatunek kina eksploatacji, a także kontrowersyjne dzieło dla przeciętnego popcornożercy. W ostatnich latach wrócił w objęcia popkultury dzięki rimejkowi Bez litości Stevena R. Monroe'a i dwóm sequelom. W kolejnym dniu wyzwania sięgnąłem po Zemstę. Czy osiągnęła poziom vendetty godny spluwania na grób?




Zemsta poniekąd jest kinem spod znaku rape and revenge, ale jeśli za wyznacznik tego podgatunku uznałbym Bez litości musiałbym zaznaczyć, że wyreżyserowany przez Coralie Fargeat film idzie nieco dalej i stawia środek ciężkości w zupełnie innym punkcie.
Jen spędza upojny weekend ze swoim kochankiem Richardem w willi, gdzieś na odludziu. Wkrótce pojawiają się przyjaciele mężczyzny, a Jen musi rozpocząć walkę o własne życie. Zemsta to debiut reżyserski Coralie Fargeat. I muszę przyznać, że całkiem udany. Fabuła idzie w zgodnym kierunku dla rape and revenge, ale stawia na zupełnie inne elementy. Rzeź jest krwawa jak diabli, ale nie tak pomysłowa i wysmakowana jak fundowana przez Jennifer Hills. Film zachwyca piękną scenografią, fantastycznymi ujęciami i dobrym aktorstwem. Na szczególną uwagę zasługują postaci Jen (Matilda Anna Ingrid Lutz), która z typowej niuni przeistacza się w demoniczną, pustynną boginię zemsty oraz odtwórca roli Stana (Vincent Colombe) przechodzący cały wachlarz emocji. Zemsta zaskoczyła mnie na wielu płaszczyznach. To dobry film szukający pomysłu na siebie. Warto przyglądać się dalszemu rozwojowi reżyserskiemu Coralie Fargeat.

#OctoberMovieScreeningChallenge