czwartek, 28 listopada 2019

Moje ulubione teledyski

Stwórz listę dziesięciu ulubionych teledysków. Pomyślałem o dwóch, trzech utworach i zyskałem pewność, że napisanie takiego rankingu jest prościzną, a wyszło jak zwykle, bo nie mogłem być w większym błędzie.
Sięgamy po utwory z list przebojów, aby muzyki słuchać w środkach komunikacji miejskiej, na imprezach albo podczas wykonywania innych zajęć. Brakuje nam czasu, aby odpowiednio celebrować (ha, nauczyłem się nowego słowa) sztukę zawartą w tych małych dziełach filmowych. I to największa szkoda, bo za wideoklipami artystek takich jak Lady Gaga czy Beyoncé stoi sztab ludzi; reżyserzy, scenarzyści, chorografowie, aktorzy, tancerze, edytorzy i wielu innych, a wszystko po to, aby stworzyć kilkuminutowy film z muzyką.
Chciałbym wam przedstawić dziesięć moich ulubionych teledysków. W wyborze kierowałem się następującymi kryteriami: opowiedzianą historią, wykonaniem oraz muzyką. I bang, gotowe. Z góry zaznaczam, że kolejność jest przypadkowa. Uporządkowanie ich od najlepszego do najgorszego jest niemożliwe.


O MOICH ULUBIONYCH TELEDYSKACH
czyli eh... kolejna lista


Stromae - Papaoutai
Stromae jest wyjątkowym artystą. Tworzy muzykę i chorografię. W teledysku Papaoutai opowiada nam historię syna i ojca w rolę, którego wciela się muzyk.Chłopiec za wszelką cenę próbuje wejść w interakcję z ojcem, co okazuje się niełatwe, gdyż jest on manekinem. Chęć złapania kontaktu z ojcem kontrastuje się z kolegami chłopca, których ojcowie są "żywi". Normalnie masz ochotę strzelić manekina w pysk.



Eminem feat. Rihanna - Love The Way You Lie
Rok 2010. Wielki powrót Eminema z utworem "Love The Way You Lie" z udziałem Rihanny. Tłem dla teledysku jest para młodych ludzi, których łączy przemoc. Główne role odegrali Megan Fox oraz Dominic Monaghan. Sam utwór ma mocny wydźwięk ze względu na Rihannę, która doświadczyła przemocy domowej będąc w związku z Chrisem Brownem.



Adam Lambert - Never Close Our Eyes
Pierwszy na tej liście uczestnik American Idol. Swego czasu bardzo lubiłem oglądać amerykański talent show. Dzięki programowi na światowej scenie zaistniało kilku artystów, a wśród nich ogromną popularność zdobył Adam Lambert. Sam nie jestem jego fanem, ale teledysk do Never Close Our Eyes zahacza o temat władzy totalitarnej znanej z powieści Orwella. Młodzi ludzie zamieszkujący szare budynki żyją pod ciągłą kontrolą kamer. Jedzą, śpią, pracują niczym trybiki wielkiej maszyny. Futurystyczny, niepokojący, ale dzięki Lambertowi również popowy.



Blake Lewis - Retro Romance
A skoro już jestem przy American Idol to na tej liście nie mogło zabraknąć Blake'a Lewisa i jego Retro Romance. Muzyk wciela się w postać nerdowatego sprzedawcy w sklepie retro gadżetami. Bohater usiłuje zdobyć serce koleżanki z pracy, ale na drodze do szczęścia, jak to zwykle bywa w komediach romantycznych, staje jakiś palant. Teledysk podoba mi się ze względu na mnóstwo odniesień do lat 80-tych. I po rozczarowaniu jakie kilka lat wcześniej miałem z niby pop-noir teledyskiem do Sad Song mamy coś na co warto rzucić okiem i uchem.



Paluch - Bez strachu
Nie mogłem nie dodać do tej list utworu w języku polskim. Takim, który trzyma mnie do tej pory i do którego zawsze z przyjemnością powracam jest Bez strachu w wykonaniu Palucha. Słowa są ciężkie i przygnębiające i w podobnym klimacie jest sam teledysk. Szare klipy prezentują życie pary młodych ludzi starających się przetrwać w dorosłym świecie. Należy jednak nie obawiać się przyszłości i wierzyć, że z każdej kijowej sytuacji idzie wyjść na prostą.


Антитіла - Lego
Антитіла (Antytila) to ukraiński zespół, który obecnie święci tryumfy na listach przebojów u naszych sąsiadów. Pierwszą rzeczą, która mnie przyciągnęła był tyuł utworu, Lego. Chwila... - pomyślałem. - Chodzi o klocki? A może o ten film? Antyila stworzyli piosenkę do komedii romantycznej Я Ти Він Вона. Europejczycy jednak lubią promować swoje filmy muzyką. Utwór jest typową piosenką popową. Niby nic jej nie wyróżnia, ale w ostatnim czasie to właśnie ona przykuła moją uwagę, także no... Posłuchajcie.




Macklemore feat. Skylar Grey - Glorious
Dla mnie cały ten utwór stworzyła jedna piękna rzecz - uśmiech starszej pani. W końcu jest glorious.



Kodaline - High Hopes
Kodaline odkryłem przez zupełny przypadek, ale był to najlepszy przypadek jaki mógł mi przytrafić się. Bohaterem historii jest malarz-artysta. Rozczarowany życiem postanawia popełnić samobójstwo, ale w ostatniej chwili na scenę wbiega uciekająca panna młoda. Bohater chwilowo porzuca swoje plany, aby uratować nieznajomą. Cóż za piękna historia! Uwielbiam słowa, wokal, melodię. Koniec!



DATA feat. Benny Sings - Don't Sing 
Wyobraźcie sobie miasteczko, ładne domy, zadbane trawniki, spokojne ulice. Wszystko to pozory. Pod maską idyllicznej społeczności ukrywają się potwory. Data konfrontuje nas z paskudną prawdą o nas samych. Skrywamy się za maską pozoranctwa określającego nas poprzez deklaracje o przyjaźni, miłości i bogobojności. Sam utwór nie jest szczególny, ale zyskuje dzięki ciekawemu teledyskowi. 



P!nk - Raise Your Glass
Uwielbiam P!nk pod każdym względem. Podziwiam jej charyzmę sceniczną, wokal, talent. Z pośród bogatej dyskografii Raise Your Glass należy do mojej ścisłej trójki faworytów. Mamy tu przepych, energię, taniec. Właściwie wszystko to, co znamy z setek innych piosenek. P!nk zachęca słuchaczy do wzienisiena toastu za to jakimi są. Nikt z nas nie jest jak top model i to w nas najpiękniejsze. Celebrujmy siebie, nasze gusta i upodobania. Kochajmy muzykę i siebie.





To tyle. Mam nadzieję, że moje ulubione teledyski przypadły wam do gustu, a jak nie... To przynajmniej czymś was zaskoczyły. W niedalekiej przyszłości chciałbym stworzyć listę ulubionych muzyków. Także mam o czym rozkminiać. 

niedziela, 10 listopada 2019

Co psuje zakończenie filmu? Plakat!

Zasada jest prosta: zainteresuj widza, ale nie zdradzaj zakończenia. Piękne, wizualne dzieła niekiedy okazują się przerastać film pod kątem estetycznym. To ważna, aby plakaty zaciekawiały widzów, ale bez zdradzania detali fabularnych albo jeszcze gorzej... zakończenia. Niestety, niektórzy artyści zapominają, czemu ma służyć poster i pokazują ciut więcej, niż chciałbym zobaczyć ja. Dzisiaj przedstawię kilka posterów horrorów, które mogą sugerować zakończenie produkcji. Przy okazji zadam sobie pytanie o kultowość produkcji i czy dzisiaj plakatowe spoilery są problemem w przypadku niektórych produkcji. Uprzedzam przed spoilerami, ale to chyba oczywiste.

Plakaty strasznie spoilerujące straszne filmy

Kino dziś wydaje się krzykliwe. Wielkie produkcje proponują humor, wartką akcję oraz efekty specjalne. Plakaty takich filmów przeważnie są bogate w detale, i przykro mi, ale niespecjalnie ładne, gdyż bardziej niż nad estetyką starają się promować tytuł znanymi twarzami. Filmy łączące ze sobą horror i sc-fi bardziej idą w kierunku nowoczesnej, głośnej reklamówki i tu chcę wyróżnić dwa tytuły.
Prometeusz Ridleya Scotta od początku miał pod górkę z widownią. Z pewnością nie pomógł jeden z plakatów wysokobudżetowej produkcji przedstawiający bohaterów na tle wybuchającego Prometeusza. Los Prometeusza jest przesądzony. Ten statek i prawdopodobnie większość załogi nie dotrwa do końca. Ale kogo to obchodzi? W końcu to i tak nie Nostromo.
O ile większość posterów 10 Cloverfield Lane oddaje fantastyczny klaustrofobiczny klimat tak wersje posterów z Japonii i Tajlandii poszły w zupełnie inną stronę. Największą siłą filmu z Mary Elizabeth Winstead była niewiadoma. Trzy osoby są zamknięte w schronie, z których jedna, szalona, utrzymuje, że Ziemię zaatakowali kosmici. I to oczywiste, że bohaterowie są zakładnikami wariata. No aż do finału zaspoilerowanego przez plakat.




Niektóre horrory po latach zyskują miano kultowych produkcji i nawet nie znając ich fabuły miłośnicy popkultury potrafią przywołać w pamięci scenki z tych filmów. Najlepszym przykładem jest Lśnienie Kubricka. Psychologiczny horror na motywach powieści Stephena Kinga przedstawia trzyosobową rodzinę w odciętym od świata hotelu Overlook. To miejsce emanujące złem, w którym powoli zatraca się głowa rodziny, Jack Torrance, ale czy to powód, aby na plakat użyczać sobie jedną z końcowych scen - Here's the Johny?
Podobnie jest z innym horrorem od Kinga - Carrie. Mamy dwie fotografie tytułowej bohaterki. Na pierwszej dziewczyna zostaje królową balu, a na drugiej skąpaną we krwi boginią zemsty. Dla pełnego obrazu mamy także hasło reklamowe zachęcające do zabrania Carrie na bal maturalny. O ile dzisiejszy widz doskonale zna historię maturzystki posiadającej psychokinetyczne zdolności niezbyt atrakcyjny poster zdradza nam tragiczny finał.

   

Zresztą remake Carrie również zaprezentował zakrwawioną bohaterkę. I tu pojawia się pytanie, co innego mogłoby pojawić się na plakacie zamiast tej sławnej sceny? Nie mam pojęcia, ale jak już jesteśmy prze odświeżaniu tytułów to chciałbym zatrzymać się przy najgorszym plakacie świata. Kwarantanna to remake hiszpańskiego horroru z nurtu found footage. Amerykanie stworzyli horror, który jest słaby sam w sobie. Nie ma tu niczego więcej poza nijakim odwzorowywaniem [Rec]. Plakat Kwarantanny to  finałowa scena, zerżnięta zresztą z oryginału. Pomijając to, że już wiemy jak skończy bohaterka. Dodatkowo irytowały hasła o zaginięciu wszystkich, no pięknie kontrastowały z chwilą śmierci dziennikarki.
Tytuł Dom w głębi lasu mówi o horrorze zarazem wszystko i nic. To jak Teksańska masakra piłą mechaniczną, gdzie w kilku prostych słowach mamy wyłożoną filozofię filmu. I to największa pułapka, bo Dom w głębi lasu dekonstrukcje mit pokazując nam zakulisową produkcję prawdziwej makabreski. O ile plakat przedstawiający dom jako łamigłówkę niespecjalnie zdradza treść tak jeden z zagranicznych dystrybutorów postanowił zaprezentować nam kluczową scenę z filmu czyli szklane pułapki z podziemi. Na pierwszym planie główna bohaterka, a za nią wszelakie monstra.






A może jednak warto uchylić rąbka tajemnicy? Załóżmy, że film niewiele ma do zaoferowania. Za poster Absence jestem właściwie wdzięczny twórcom i z przyjemnością umieściłbym go w dziesiątce najlepszych horrorowych plakatów albo przynajmniej wyróżnił. Cenię surową stylistykę, która przez mniej rozumie więcej. Absence nie jest udanym filmem. Reżyser przez większość czasu nie potrafił zarysować historii, ale bez obawy plakat dał podpowiedź, że chodzi o ciążę i kosmitów. Podobnie jest z pozbawioną oryginalności Ma. Główna bohaterka zaprasza do swojego domu młodych nastolatków, zaprzyjaźnia się z nimi, a z czasem ujawnia swoje mordercze skłonności. Spodziewamy się zakończenia, ale samo zaprezentowanie Mamuśki w otoczeniu młodych przyjaciół to jedna z ostatnich scen filmu, w których kobieta dokonała swojej zemsty. Dzięki plakatowi wiemy jak skończą bohaterowie filmu.


         

Zaskakuj, zareklamuj, ale nie zdradzaj zakończenia powinno krzyczeć hasło reklamowe na pudełku dvd. Czasem twórcy zapominają o tym i chcąc dać nam fantastyczny plakat wręczają klucz do rozwiązania plot twistu. Bez czepialstwa możemy zignorować "ostatnią scenę" na wstępie lub potraktować plakat jak zagadkę przy której też można się dobrze bawić.

czwartek, 31 października 2019

Happy Halloween

Dzisiaj w autobusie odbyła się kontrola biletów. Kontroler grzecznie acz stanowczo powiedział do mnie: "bilecik albo psikus". Okazałem bilet, bo skutków psikusa obawiałem się. Ostatnie dwie propozycje, nadal przede mną, to Mgła, czyli mój pierwszy horror oraz klasyka, Upiorna noc Halloween.

 


#OctoberMovieScreeningChallenge

środa, 30 października 2019

Bardzo szybka aktualizacja

Dzisiejszy post zaczynam od amerykańskiego remake'u meksykańskiego filmu z 2010 roku, Jesteśmy tym, co jemy. Trzy lata po premierze kanibalistycznego dramatu swoją wersję przygotowaną pod grunt zachodni zaprezentował Jim Mickle - twórca o skromnym, ale dobrze rokującym dorobku reżyserskim. Poznajemy czteroosobową rodzinę Parkerów, która żyje według twardych zasad narzucanych przez ojca. Po śmierci matki dorastające córki, Iris i Rose, muszą przejąć dotychczasowe obowiązki mamy, do których należało przygotowanie pożywienia. Jesteśmy tym, co jemy jest wyjątkowo ponury, nieco artystyczny, ale przede wszystkim odpychający. Czego nie mogę wybaczyć reżyserowi to piękne, spokojne i stylowe zakończenie, które w pewnym momencie zostaje zamienione na banalny finał.



Z włoską kinematografią kojarzą mi się obrazy z lat 70-tych dumnie reprezentowane przez Lucio Fulci oraz Dario Argento. Ociekające piękną, krwistą estetyką giallo na stałe wpisało się do masowej wyobraźni. Współcześnie włoski horror ujmuje innego rodzaju estetyką o czym starał się przekonać mnie Riccardo Paoletti w swoim Neverlake. Jenny Brooke odwiedza dawno niewidzianego ojca w jego wiejskiej posiadłości nad jeziorem. Dom skrywa wiele tajemnic o czym dziewczynę stara się przekonać grupka jej rówieśników mieszkająca w sąsiedztwie. Neverlake to dziwny twór. Z jednej strony twórcy popadli w pułapkę banalnego ghost story, a z drugiej bardzo starannie budowali historię opartą o folklor. Największym mankamentem jest strona techniczna, która potrafi zawalić atmosferę.



Z kolei z długiej listy adaptacji opowiadań Kinga wybrałem Dobre małżeństwo. Bohaterami historii są Bob i Darcy Andersonowie, w których rolę wcielili się Anthony LaPaglia oraz Joan Allen. Pewnego dnia Darcy odkrywa, że jej mąż jest seryjnym mordercą kobiet. Chciałoby się powiedzieć, że dzieło Petera Askina jest czymś więcej niż przeciętnym thrillerem w stylu telewizyjnych produkcji. Niestety nie jest, a nawet mogę pokusić się o stwierdzenie, że obrazy telewizyjne dają więcej emocji poprzez "ganianie z nożem", szalone dochodzenie i finałowe starcie.





Planowo miałem obejrzeć film Godzilla kontra Biollante, tym bardziej, że jest to jedna z nielicznych, dobrze wspominanych przeze mnie, historii o jaszczurze. Przypadkiem dowiedziałem się o najnowszym filmie oo Godzilli, Godzilla II: Król potworów. Ta część wypada zdecydowanie lepiej od wersji z 2014 roku.



#OctoberMovieScreeningChallenge

poniedziałek, 28 października 2019

Szybka aktualizacja

Aktualizacja obejrzanych horrorków. Kochajmy slashery, bo tak szybko odchodzą, Krzyk (1996-2011).  


Krew niewinnych z 2000 roku to nieskomplikowany slasher z Brittany Murphy w roli głównej. Para nastolatków z Cherry Falls pada ofiarą brutalnego mordercy. Wkrótce dochodzi do kolejnych ataków. Wszystkie ofiary były dziewicami, a więc rezolutne nastolatki organizują orgię. Historia ma jakieś powiązanie z dziewczyną zgwałconą przed laty w miasteczku.
Reżyser, Geoffrey Wright, ma z pewnością lepsze filmy na swoim koncie, chociażby Romper Stomper. Krew niewinnych na tle jego skinhedowskiej naparzanki wypada nader mizernie. Oto mamy slasher, który nie rewanżuje się widzowi w żaden sposób za czas, który ten mu poświęcił. Sama banalność nie jest jednak największą wadą obrazu, ale lenistwo twórców. Wright nawet nie pokusił się o to, aby jego film dawał chociaż złudną nadzieję bardziej skomplikowanej historii. Bo i jej rozwiązanie jest na poziomie fabularnym trudnych spraw, gdzie bohater z drewna monologuje na temat dramatów tego świata. Murphy wypada w swojej roli nieźle, ale pozostała część obsady po prostu tam jest na zasadzie nieciekawych awatarów. Krew niewinnych nie angażuje widzów emocjonalnie i to chyba wystarczy za jego rezenzję.



Mam do obejrzenia film z udziałem Sida Haiga, który zasłynął w kinie dzięki rolą w filmach Roba Zombiego (Dom tysiąca trupów, Bękarty diabła). Przyznam się, że to kompletnie nie moja stylistyka, a więc wybrałem Don't Do It! - film krótkometrażowy z 2016 roku w reżyserii Adama Greena (Topór, jeee!). Świetnie wpisuje się w okres Halloween.

#OctoberMovieScreeningChallenge

niedziela, 27 października 2019

Odwrotnie... pomijam remake

Dzisiaj trochę niechronologicznie, bo omijam remake, na który chciałem poświęcić jutrzejszy wpis, ale w zamian za to wspominam o pierwszej adaptacji opowiadania Mary Shelley. Przyznam też, że bardzo obawiałem się Paranormal Activity, bo uczciwie, gdybym lubił serię Peli'ego bardziej - obejrzałbym wszystkie części już dawno temu, a na koniec rosyjska produkcja. No to start!
Za początkowana przez Orena Peli'ego w 2007 roku seria Paranormal Activity doczekała się pięciu kontynuacji śmiało rozbudowujących bardzo oszczędny horror o parze atakowanej przez nadprzyrodzoną siłę. Paranormal Activity: Naznaczeni to czwarty sequel, a zarazem piąty film z serii, który mogłoby się wydawać opowiada nową historię. Jessie i Hector rozpoczynają śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci sąsiadki. Wkrótce wokół chłopaków zaczynają dziać się niewyjaśnione rzeczy.
Blair Witch Project oraz Paranormal Activity mimo prostoty wykonania i niewielu elementów, którymi mogą budować atmosferę zaskarbiły sobie uznanie krytyków i widzów. Ich głównym atutem jest umiejętne manipulowanie wyobraźnią odbiorców. Naznaczeni nie do końca wykorzystać potencjał Paranormal Activity. Jest to problem, którejś tam już z rzędu części, bo o czym jeszcze można opowiedzieć? Gdzie wcisnąć dany film na i tak już zapchanej linii czasowej?


Frankenstein, a właściciwie potwór stworzony przez doktora Frankensteina to kultowa postać, w którą prawie sto lat temu życie tchnął Boris Karloff. O filmie Universala można mówić wiele, ale na potrzeby wyzwania postanowiłem zapoznać się z pierwszą adaptacją powieści Mary Shelley z 1910 roku. Jest to krótkometrażowy film i gdyby nie tytuł prawdopodobnie nie skojarzyłbym go z potworem Karloffa. Warto obejrzeć.



Wampiry to horror z elementami fantastyki z 2016 roku w reżyserii Sergeia Ginzburga to adaptacja opowiadania Aleksieja Tołstoja "Rodzina Wilkołaka". Pojawienie się mnicha Lavra w małej, odciętej od świata osadzie zbiega się w czasie z powrotem do zamku na wzgórzu jego właściciela, wampira.
Przypomniała mi się fenomenalna scena z Frankensteina z 1931 roku. Ojciec zamordowanej przez stwora dziewczynki wnosi zwłoki dziecka do miasta. To wyjątkowo piękna i ujmująca chwila, która jest kwintesencją kina grozy. James Whale stworzył grozę o jakiej Sergei Ginzburg nie potrafił uchwycić w swoich wampirach, ale dla oddania sprawiedliwości, czy chciał on stworzyć film grozy, czy raczej przygodówkę na kształt Van Helsinga? Widziałem już kilka rosyjskich horrorów i w porównaniu do nich Wampiry wypadają blado niczym Robert Pattinson w Zmierzchu. I tu muszę przyznać, że wybrałem ten tytuł tylko i wyłącznie ze względu na Igora Khripunova.



#OctoberMovieScreeningChallenge

sobota, 26 października 2019

Legenda, która nie została legendą

Victor Crowley miał stać się legendą na miarę Jasona Voorheesa, a przynajmniej na taki obrót spraw liczył i chyba nadal liczy twórca serii Topór, Adam Green. W 2006 roku Adam Green zapoczątkował serię Hatchet, która miała przywrócić dawną świetność krwawym igrzyskom z udziałem dziewic i mordercą z ostrym narzędziem, w tym przypadku toporem, w ręku.
W 2010 roku Adam Green postanowił rozbudować legendę Crowleya ponownie pisząc scenariusz oraz reżyserując sequel. Film rozpoczyna się w momencie zakończenia części pierwszej. Ocalała Marybeth wydostaje się z bagien. Poznając swoje powiązanie z klątwą Crowleyów postanawia wrócić w miejsce rzeźni i dokonać własnej zemsty. W rolę głównej bohaterki wciela się tym razem Danielle Harris (seria Halloween) wspomagana przez Tony'ego Todda (Candyman) i Kane Hoddera (Jason X), którzy współpracowali z Greenem przy pierwszej części.
Reżyser jest fanem slasherów i to widać w jego pracy. Z pasją przedstawia nam największe klisze gatunku, powiela, kopiuje, reinterpretuje ku nasze radości, ale czy to wystarczy, aby móc stworzyć legendę na miarę mordercy z Crystal Lake? Ano, nie...
Problemów jest tu wiele. Green chcąc tak bardzo stworzyć coś oryginalnego i godnego dla nurtu slasherów, że właściwie zapomina nadać swojemu filmowi odpowiedni ton. Postać Victora wizualnie nie zachwyca i bardziej przypomina parodię Jasona niż równy mu czarny charakter. Dobra, ktoś powie, że przecież o to właśnie chodzi, o ironię, ma być śmiesznie i jak kino klasy B nakazuje. Groteska przyszła nieco potem i bardziej brała się z potrzeby asekuracji twórców, którzy w obawie przed zjechaniem własnych dzieł woleli pokazać wszystko w krzywym zwierciadle. Nie zapominajmy o Halloween Zombiego, Parku grozy Plotkina. Potrafili oni wykorzystać potencjał slasherowego klimatu, a przy tym nie ujmując mu powagi.


Efekty wizualne są na kiepskim poziomie, podobnie sprawa ma się z nieciekawymi morderstwami. Warto wspomnieć o aktorstwie... Tak, ku zaskoczeniu wielu widzów, nawet w filmie o tak prostej fabule aktorstwo powinno być przynajmniej na dobrym poziomie i przeważnie jest, o czym może przypomnieć Jamie Lee Curtis, a jak już jesteśmy przy Halloween to Daniele Harris jest urocza jako siostrzenica Michaela, ale jako protagonistka Topora wypada po prostu fatalnie. Osadzenie akcji w Nowym Orleanie i próba połączenia postaci seryjnego mordercy z duchem, a co za tym wyjaśnienie w ten sposób jego nieśmiertelności to dobry pomysł.
Niestety o żadnej legendzie mowy być nie może. Crowley to niezapadający w pamięć morderca z kiepskiego filmu i żadne sequele nie zmienią jego statusu. Adam Green próbuje w dalszym ciągu; w 2013 dostaliśmy trzecią część, a w 2017 kolejny film, tym razem zatytułowany Victor Crowley. Nie mogę odmówić mu chęci, jeśli budowanie tej serii sprawia mu przyjemność niech kontynuuje.

#OctoberMovieScreeningChallenge