sobota, 11 kwietnia 2020

Z piekła do piekła

Pokemon Red nie jest grą wymagającą. Moim największym wyzwaniem w czasie tego wyzwania jest znajomość poprzednich... to znaczy przyszłych gier. Gier, które stopniowo naprawiały niewygody i trudy pierwszej odsłony. Myślałem, że ostatni etap gry był tym najgorszym, najbardziej irytującym, a przez to najtrudniejszym, ale byłem w błędzie. Bardzo wielkim, a Sand Attack oraz Warp okazały się tylko przedsmakiem piekła, które miało nadejść. 


Już legendarny Golbat z pierwszej generacji

W Kanto piąty i szósty lider, odpowiednio: Koga i Sabrina są opcjonalnym wyborem. Możemy zacząć od pojedynku z Sabriną lub od Kogi. Nie jest to żadna wielka różnica, liderzy mają przeciwstawne typy, ale podobny poziom trudności. W anime Ash pojedynkował się najpierw z Sabriną, w mandze było to trochę bardziej skomplikowane. Sam zwykjle zaczynam od Sabriny bez późniejszej potrzeby wracania się do Saffron. Tym jednak razem postanowiłem zrobić wyjątek i zacząć od Kogi, bo... bo kto mi zabroni? Jednak zanim dojdzie do tego epickiego pojedynku z szokującym finałem muszę pokonać bardzo długą trasę.

Koga i Sabrina. Pokemon Adventures

Najpierw idę do nawiedzonej wieży w Lavender. Jest toi niezbędny element do odblokowania trasy ze Snorlaxem. Muszę pokonać Rakietowców i "uwolnić" pana Fuji'ego, a ten w nagrodę wręcza mi kolejny item, flet. Słowo item jest ważne, bo trochę ich już nagromadziłem.
Mam Arcanine znającego atak Bite. Mroczne ataki są jak znalazł na duchy. Pierwszy Gastly uświadamia mi, że w pierwszej generacji nieistniał typ mrok, a co za tym idzie Bite był atakiem normalnym, totalnie nieefektywnym na duchy. Tyle wystarczyło do uśpienia Arcanine, eh...Po opuszczeniu Lavender kieruję się na południe. 
Droga do Fuchsia City jest długa i przeładowana trenerami. Walki są irytujące, bo każdy ma po pięć Koffingów, Grimerów albo Pidgeyów. Mozolność jeszcze nie jest najgorsza, ale fakt, że plecak narzuca ograniczenia w składowaniu itemów i muszę niektóre przerzucać do PC, co wymusza spacer do centrum pokemon, odłożenie niepotrzebnych rzeczy do schowka i powrót po leżący item. Gorzej jest w Strefie Safarii, bo nie mogę jej opuścić od tak sobie. Muszę wychodzić swój "karnet" albo zużyć to co mam w plecaku. Najgorsze było nadal przede mną. 


Z jednego piekła... do następnego

Nie chcąc komplikować sytuacji uczyłem HM-ów mój zespół i było to o tyle prostsze, że omijałem zabawy z PC. W Fuchsia City miałem zamiar skorzystać z pomocy Move Deletera. Na miejscu odkryłem, że on tam nie mieszka. W ogóle nie jest obecny w grach pierwszej generacji. Na moment zrobiło mi się ciemno przed oczyma. Przypadkowe ataki, których nauczyłem moje pokemony miały zostać z nimi już na stałe. Cichy pisk przerodził się w rozpaczliwy płacz. Ta gra coraz bardziej udowadnia mi jak bardzo nie wiele wiem o jej rozgrywce, a wiedza przywleczona tutaj z jakichś iksów, platyn i innych jest wręcz szkodliwa. To tak jakbym po raz pierwszy grał w pokemony. 
Walka z Kogą nie stanowiła większego wyzwania. Arcanine rozprawił się z całą ekipą lidera. Zabawny był jedynie finał. Koga z jakiegoś powodu zdecydował się, aby jego ostatni pokemon, Weezing, użył Selfdestruct. Tym samym nokautując siebie i mnie. Samobójczy atak równał się mojej wygranej, a więc nie wiem, czemu miało to służyć. Wygrałem. Z dobrych nowin Voltorb ewoluował w Electrode, a Ivysaur w Venusaura. W Strefie Safarii złapałem Krabby'ego. Nigdy nie miałem tego pokemona w swojej drużynie. Może pora to zmienić? 


Mój zespół: 


wtorek, 10 marca 2020

Zapomniane pokemony z pierwszej generacji

A wszystkich 150 lub więcej jest! Ja mistrzem Pokemon zostać tak bardzo chcę - śpiewam sobie korzystając z okazji, że w domu nie ma żywego ducha. Dacie wiarę, że potrafiłem wyrapować nazwy wszystkich stworków z Kanto? Pewnie takich mistrzów jak ja było na pęczki.
Articuno, Jynx, Nidorina, Beedrill, Hunter, Squirtle... W tamtym czasie zdobycie wiedzy na temat wszystkich 150 potworków było ważniejsze od jakiejś tam szkoły.
Mimo wiekiego zżycia z pierwszą generacją są pokemony, o których zapominają nawet najzagorzalsi fani. Są też takie, o których chciałby zapomnieć Game Freak, ale jak na ironię nie może, prawda, Porygon?


Dlaczego tak się dzieje, że o jednych zapominamy, a o innych nie? A oto moja teza. Niektóre pokemony po prostu są nieciekawe. I uwaga, nieciekawy nie równa się najsłabszy, bo jak inaczej wyjaśnić fenomen Magikarpia? Są jednak stworki, które ponoszą klęskę we wszyystkich aspektach począwszy od gier, poprzez mangi, a skończywszy na anime. Prezentuję kilka przykładów.


Rapidash


Ognisty koń pokemon. Dorosła forma Ponyty. Lubi rywalizaję i z przyjemnością będzie ścigał się z wszystkim, co porusza się dostatecznie szybko.
W grach pierwszej generacji jedynym sposobem na zdobycie Rapidash było ewoluowanie Ponyty, którą można było zdobyć na wyspie Cinnabar, czyli praktycznie pod koniec gry. Ponyta była na poziomie 32-36, a więc potem wystarczyło już tylko dobić do "czterdziestki" i można było cieszyć się Rapidash. W rimejkach istniała mała szansa na złapanie Rapidash na wyspach Sevii. Sam pokemon miał nieciekawe statystyki, bądźmy szczerzy, komu to się chciało trenować? GameFreak po latach przypomniał sobie o kucykach i te dostały nową, galarjańską formę. Z tym, że wszyscy mówią o Ponyta, a Rapidash nadal stoi gdzieś na uboczu.
Rapidash zadebiutowała w odcinku Wielki wyścig Pokemon, w którym to Ash i Ponyta uczestniczą w wyścigu. Przed linią mety Ponyta ewoluuje w Rapidash i wygrywa. To jej największy występ w serialu.


Tangela


Pnącza oplatające ciało Tangela chronią jego delikatne narządy. Gdy idzie, potrząsa nimi.
W grach RGB oraz rimejkach tego stworka można zdobyć na dwa sposoby - znaleźć go w trawie na drodze numer 21 lub wymienić na Venonata na wyspie Cinnabar. Fire Red i Leaf Green proponowały jeszcze znalezienie go na jednej z wysp Sevii pod koniec rozgrywki. Kolejne gry najczęściej zapominały o Tangela zmuszając nas do przesyłania go z wcześniejszych gier. Tangela pojawia się dość późno w rozgrywce, kiedy prawdopodobnie mamy w swoim zespole Bulbasaura, Bellsprouta lub Oddish osiągalne na wczesnym etapie gry. W porównaniu z innymi trawiastymi stworkami Tangela wypada dosyć baldo, pomijając nieciekawy i mało "trawiasty" wygląd, nie ma ewolucji (ewolucji doczeka się dopiero w czwartej generacji), ma słabe ataki i przeciętne statystyki.
W anime jedyny duży występ Tangela to odcinek z pierwszej serii, Pokemony w krainie zapachów, gdzie był pierwszym pokemonem liderki w walce z Ashem. Pokonał Bulbasaura i to największa rola tego stworka w anime. Podobnie w mandze Adventures, nienależy on do zespołu żadnego z dexholderów, co skazuje go na mangowy niebyt.
Tangela otrzymał swoje pięć minut sławy dzięki youtuberowi Polygon, który wyrapował nazwy wszystkich pokemonów.



Golduck


Golduck może być zauważony, gdy płynie z gracją przy brzegu jeziora. Ludzie często mylą go z mitologicznych stworem, Kappą.
To wszystko wina Psyducka! Psyduck jest jednym z popularniejszych pokemonów dzięki anime. Wszyscy pokochali gapowatego kaczora, który potrafił doprowadzić swoją właścicielkę do szewskiej pasji. Psyduck Misty nigdy nie wyewoluował w Golducka i nikt nigdy nie miał z tym problemu. Golduck pojawił się w filmie Zemsta Mewtwo, ale nie odegrał w nim większej roli. Jego prawdziwy debiut w odcinku Żegnaj Psyduck i mimo epickości, mam wrażenie, że zniknął gdzieś zapomniany. Chociaż muszę uczciwie przyznać, że jako jedyny z tej listy otrzymał porządny odcinek. Potem kaczor pojawiał się jeszcze w pojedynczych odcinkach, wystawiany w walkach przeciwko Ashowi. Ostatecznie Golduck został zupełnie przyćmiony przez Psyducka. W mandze Golduck jest członkiem zespołu Blue i tyle można o nim powiedzieć.
W grach pierwszej generacji jest dostępny na wyspach Seafoam. Szansa na spotkanie go wynosi 1%, dlatego łapiemy Psyducka na 28-30 poziomie i ewoluujemy go na 33. W kolejnych grach możemy go spotkać w lesie Ilex, strefie Safarii (Hoenn) poprzez surfowanie. Jest za to całkiem pospolity w grach DPPt. Golduck nie otrzymał mega ewolucji, regionalnej wariacji czy też formy gigantamax. Jest to o tyle dziwne, że bardzo wiele pokemonów z pierwszej generacji zostało odświeżonych, a Golduck wydaje się zapomniany nawet przez swoich twórców.


Electrode


Pokedex ostrzega nas przed prowokowaniem Electrode, gdyż magazynowana w jego wnętrzu energia, może doprowadzić do jego eksplozji.
Electrode to doskonały przykład lenistwa przy projektowaniu pokemonów, bo o ile Voltorb może bronić się jakoś tak jego ewolucja nie wnosi już kompletnie nic. Wygląd przekłąda się brak zainteresowania wśród fanów, a to pośrednio skazuje go na zapomnienie. Electrode jest dostępny w praktycznie każdje grze i wiąże się z jakimś mini questem jak wyprawa do elektrowni. Jest tam zwykle kilka sztuk i samo złapanie go może stanowić jakieś wyzwanie, a jeśli nie to pozostaje nam ewolucjia Voltorba. Z tym, że kogo to obchodzi? Electrode nie jest najlepszym wyborem jeśli poszukujemy elektrycznego pokemona. Podobnie jak Golduck nie doczekał się żadnej aktualizacji i jest to o tyle ciekawe, że jego kontrpartner, Magneton dostał ewolucję.
W anime Electrode był zwykle zmarginezowany do roli przeciwnika. Jego największy odcinek przypadł na zezon drugi, Podziemna obława, odcinek fillerowy, Electrode były w nim pokmeonami pozbawionymi osobowości, czy jakiejkolwiek ciekawej historii.

Omastar


Omastar to wyższa forma Omanyte. Ten prehistoryczny pokemon nosił na grzbiecie ciężką muszlę, która uniemożliwiała mu szybkie poruszanie się.
Jedynym sposobem na zdobycie Omastara, jak wielu innych prehistrycznych pokemonów, było zdobycie skamienieliny, ożywienie jej, a potem ewolucja na poziomie 40. Skamienielinę zdobywa się stosunkowo łatwo, bo otrzymujemy ją w Górach Księżycowych. Jednak ożywić można ją dopiero na wyspie Cinnabar, czyli bliżej końca podróży. Do tego jeszcze należy wyytrenować Omanyte'a do poziomu 40. Wcześniej znajdziemy dużo lepsze wodne pokemony Squirtle, Lapras, Gyarados, co sprawia, że Omastar ląduje na liście niepotrzebnych pokemonów.
W anime zadebiutował w odcinku Atak prehistorycznych pokemonów jako jedna z przebudzonych skamienielin. Odcinek kolejno ukradli Aerodactyl, Charizard, Jigglypuff oraz tajemnicze jajko. Pojawił się jeszcze potem w Zagadka z przeszłości, gdzie podobnie jak Electrode stanowił bohatera zbiorowego, tak to się nazywa?
W mandze Omanyte o imieniu Omny należał do Yellow. Stworek ewoluował w Omastar dopiero pod koniec historii, a więc po raz kolejny nie przyzwyczaił czytelników do swojej obecności i dla wielu pozostał Omanyte.

Wygrzebałem z pamięci. Nie było to proste zadanie. Przez lata zdążyłem zapomnieć o niektórych stworkach z pierwszej generacji. I podejrzewam, że z kolejnymi generacjami, moim różnym stopniem zainteresowania, będę zapominał o kolejnych pokemonach. Ba, są stworki z najnowszych, świeżo hajpowanych edycji, o których zdążyłem już zapomnieć. A wy? Jakie pokemony pamiętacie najlepiej, a pamięć, o których zaczyna wam się zacierać?

sobota, 22 lutego 2020

Przeklęty Warp!

Po dłuższej przerwie wracam do gry Pokemon Red. Odciągnęły mnie sprawy zawodowe oraz chęć zapoznania się z fanowską grą na podstawie mangi Pokemon Adventures. Teraz jestem gotowy na dalsze przygody w świecie kieszonkowych potworów. No a, że od ostatniego wpisu minęły wieki postanowiłem zagrać od nowa, aby ponownie wczuć się w klimat. Dla jasności, nie zmieniałem mojego zespołu.
Po opuszczeniu trzeciego miasta kieruję się do znienawidzonej przeze mnie miejscówki, kamiennego tunelu. Jest on długi, ciemny i irytujący. Przed wejściem muszę złapać pokemona, który opanuje umiejętność Flash i pada na Voltorba. Tu muszę zaznaczyć, że była to najcięższa walka jaką do tej pory stoczyłem.
Voltorb dołącza do mojej drużyny z dwóch powodów. Primo, z typu elektrycznego najczęściej używam Jolteona, a więc Voltorb to miła odmiana. Secundo,do tej pory, niczym Go, rzucałem pokeball i łapałem wszystko. Voltorb sprawił mi nieco więcej trudności.


W planach miałem trening Voltorba i odblokowanie przejścia Saffron City. Różnice pomiędzy Red, a Fire Red wymusiły jednak zmiany w tej koncepcji oraz wielką frustrację. Voltorba trenuję na drodze numer 12; jest tam kilku trenerów z Goldeen i Poliwag, idealnymi do zmasakrowania przez elektrycznego pokemona. Podobną zabawę urządzam sobie na sąsiadującej "ósemce", a następnie przechodzę podziemnym przejściem do Celedon City. I tu dochodzi do pierwszego wkurwa. Chcąc odblokować drogę do Saffron City muszę przekupić ochroniarza herbatą od babci. Zawsze miałem podejrzenie, że to coś więcej niż herbata, a ja zajmuję się międzymiastową kontrabandą, ale nie tym razem. Babka nie daje mi żadnej przesyłki, co więcej jej chwali się, że jej Meowth przynosi pieniądze (wymuszenia? haracze?).

SELFDESTRUCT!!!

Łapię Growlithe, ewoluuję w Arcanine, a następnie rozprawiam się z Rakietowcami. Pierwszy raz walczę z Giovannim. Ivysaur pokonuje bandytę bez problemów. Największym problemem Giovanniego jest typ, którym posługuje się jako lider, ziemny. Bez problemu może zostać zniszczony przez Bulbasaura, czy Squirtle'a. Trochę wstyd zwłaszcza, że jest on ostatnim liderem i szefem złej organizacji.
W Celedon City pozostaje mi jeszcze tylko zdobycie odznaki. Jestem pewny siebie, bo mam Arcanine. Sama Erika nie sprawiła mi większych kłopotów, ale jej uczennice... I wszystko przez atak Warp stosowany przez Bellsprouty tak namiętnie używane przez trenerki na arenie. Warp nie jest potężnym atakiem; ściska oponenta, który traci kilka punktów życia i wsio. W Red atak ten dodatkowo paraliżuje twoją zdolność ruchu. Przez trzy do pięciu rund nie możesz wykonać żadnego posunięcia, a Warp plus inny aktualnie używany ruch Bellsprouta odbierają HP. Jeśli dodatkowo otruje/sparaliżuje twojego pokemona jest już po zawodach. Jedynym ratunkiem jest odwołać stworka, ale wtedy kolejny różnież zostanie zwarpowany. W tej grze trzeba omijać trenerów Bellsproutów i Ekansów.

Grimer i Muk mają fajne sprite'y.

A i odkryłem czym przekupić strażnika! Napój należy kupić w sklepie. Zaczynam zastanawiać się nad złapaniem wodnego pokemona, ale póki co brak mi pomysłu. Mam Magikarpia, ale niekoniecznie jest to mój wymarzony pokemon. Raz chciałbym zrobić coś innego i niestandardowego, jak na moją grę. Na koniec zostawiłem sobie wizytę w wieży w Lavender. 


Mój zespół:



Wnioski. To był, jak dotąd, najbardziej irytujący etap gry. Cieszę się, że mam go już za sobą.

czwartek, 13 lutego 2020

Najlepsze kontynuacje filmowe... [full clickbait]

...w żadnym wypadku nie są to najlepsze sequele.
To tylko 5 moich ulubionych kontynuacji filmowych


Zanim przejdę do listy właściwej chciałbym wyjaśnić, iż miejsce na liście nie oznacza, że dany film automatycznie uważam za lepszy od oryginału. Mogę go bardziej lubić, z pewnością doceniam jako sequel, ale także widzę w nim wartość jako kontynuacji wątków z jedynki lub wręcz przeciwnie doceniam kompletne zerwanie z "pierwszym" filmem. A w ogóle to omawiane filmy pasują do siebie jak pięść do nosa.



Księga cieni: Blair Witch 2
(reż. Joe Berlinger, 2000)

Film zaginionej trójki studentów filmówki zyskuje ogromną popularność. Jeffrey postanawia wykorzystać sławę dokumentu organizując wycieczki do lasu. Wraz z grupą fanów filmów rozpoczyna poszukiwanie wiedźmy. Po nocy spędzonej w lesie bohaterowie zaczynają odczuwać działanie złowrogich sił.
Rozumiem dlaczego ten film jest tak nielubiany i że uważa się go za najgorszy sequel świata, albo przynajmniej zajmujący miejsce w pierwszej dziesiątce. Blair Witch Project zyskał status kultowego dzięki poczuciu autentyczności. Wydaje mi się, że sequel został skazany na porażkę - film fabularny był oderwany od stylistyki dokumentu, zaś pójście drogą poprzednika odebrałoby obu obrazom autentyczności.Sam reżyser przyznał, że został zmuszony do wprowadzenia zmian względem swojej wizji przez co Księga cieni ma inny wydźwięk.
Księgę cieni uwielbiam za demoniczną urodę Kim, ciekawe postaci oraz zaskakujące zakończenie.


Toy Story 4
(reż. Josh Cooley, 2019)

Bonnie, nowa właścicielka Chudego i spółki, tworzy w przedszkolu zabawkę z odpadków. Forky uważający się za śmiecia ucieka. Nieustraszony kowboj wyrusza w podróż, aby sprowadzić uciekiniera. Wkrótce trafia do antykwariatu.
Trzecia część Toy Story była pięknym zwieńczeniem sagi o przyjaźni i potrzebie przynależności. Czwarta odsłona porusza się po znanych schematach, aby przekazywać nam dobrze znane prawdy o miłości i poszukiwaniu własnego miejsca. Najbardziej ucieszył mnie powrót Bo Pee. Mimo że pasterka nie była pierwszoplanową postacią to jej obecność w postaci wsparcia  dla kowboja i reszty była odczuwalna. Dlatego cieszę się, że w czwórce dostała ogromną rolę i z klasycznej królewny zmieniła się we współczesną, niezależną bohaterkę Disneya.
Toy Story 4 to piękna animacja, starzy i lubiani bohaterowie oraz nowe postaci, które z miejsca zyskują sympatię.


Piątek trzynastego II
(reż. Steve Miner, 1981)
Od masakry nad jeziorem Crystal Lake minął rok. Alice Hardy nadal stara się uporać z przerażającymi wspomnieniami. Tymczasem obóz zostaje ponownie otwarty, a wśród uczestników pojawiają się plotki o Jasonie.
Franszczyzna Jasona ma bardzo długą historię, a w swojej karierze zaliczyła więcej wzlotów i upadków niż przeciętna final girl uciekająca przed mordercą w masce hokejowej. Kolejne filmy powtarzały utarte schematy, tylko czasem dodając od siebie niewielki akcent odróżniający część od poprzedniej. Mimo wszystko seria Piątek trzynastego jest kochana przez fanów. I trudno się dziwić, bo daje nam to czego właśnie oczekujemy od slashera - prostą i niezobowiązującą rozrywkę.
Miałem dylemat wybierając pomiędzy częścią drugą, a czwartą. Ostatecznie wyżej stawiam część drugą, która posiadała najlepszą final gril w historii slasherów, no i rolę mordercy przejmuje Jason (chociaż jest nieco inny od tego, który utarł się w masowej wyobraźni).



Unfriended: Dark Web
(reż. Stephen Susco, 2018)
Matias tworzy program tłumaczący język migowy na angielski za pomocą znalezionego laptopa. Podczas przeglądania plików wraz ze znajomymi odkrywa tajemnice poprzedniego właściciela urządzenia. Tym samym zostaje wciągnięty w niebezpieczną grę.
Seria Unfriended to najbardziej oryginalna pod względem technicznym seria grozy jaką mogłem oglądać. Oczywiście wcześniej było The Den, ale jakościowo mam wrażenie wygrywa Unfriended. Po szaleństwach z found footage twórcy Unfriended poszli o krok dalej i zaprezentowali horror w całości bazujący na zapisach obrazu z kamerek internetowych. Dark Web buduje inną historię w oparciu o schemat "jedynki", a przy tym jest dojrzalszy, jeśli można to w ogóle tak określić.
Zdecydowanie plusy za atmosferę, wiarygodne i dające się polubić postaci oraz nową historię.


T2: Trainspotting
(reż. Danny Boyle, 2017)
Po dwudziestu latach Mark Renton powraca do Edynburga, gdzie musi stawić czoła przeszłości. Sick Boy planuje nowy biznes, a czymże on byłby bez udziału dawnych przyjaciół?
Nie mogę uwierzyć, że od premiery fenomenalnego Trainspotting musiało minąć, aż dwadzieścia lat. Nie wierzyłem, że wybitne dzieło Boyle'a kiedykolwiek doczeka się kontynuacji. Czy możliwe byłoby stworzenie filmu, który dorówna jedynce? Czy słysząc plotki o dawnym konflikcie reżysera z aktorem mogliśmy liczyć na powrót Ewana McGregora na plan? Jeśli Trainspotting był próbą przebudzenia się z narkotycznego snu, tak T2 jest spacerem po krzykliwej rzeczywistości. To zdecydowanie najbardziej sequelowata kontynuacja na mojej liście. Poszczególne sceny stanowią hiołd dla flimu z 1997 roku, a przy tym nie jest on kopią, czy parodią, a dobrym filmem dźwigającym historię Rentona i spółki.
Największymi plusami jest aktorstwo, reżyseria oraz poczucie nostalgii w ostatniej scenie.

A tak i jeszcze napiszę w temacie, ale jednak gdzieś obok tematu, że wyczekuję wizyty pewnego doktora na dvd.

wtorek, 4 lutego 2020

The Voice of... przesłuchania w ciemno (2)

Za mną drugi odcinek The Voice of Ukraine. Odcinek, na który wyczekiwałem od premiery edycji i będąc świeżo po nim mam mocno mieszane uczucia względem realizacji programu. Zdaję sobie sprawę z formuły programu oraz tego, iż niektórym jest ciężko zachować profesjonalizm, ale wtedy powinnien wkroczyć reżyser lub producent i zdroworozsądkowo zadecydować o tym, co ma większą wartość dla programu. Występ uczestnika, czy skacząca i piejąca z zachwytu trenerka?
Na pierwszy ogień poszedł Sergiej Asafatov. Wykonał piosenkę rosyjskojęzyczną, a ja mam wielką nadzieję, że w końcu usłyszę go w anglojęzycznym repertuarze. Sergiej ma bardzo charakterystyczny wokal i spokojnie mógłby być czarnym koniem tej edycji. Myślę, że przede wszystkim potrzeba mu więcej utworów, które będą podkreślały jego atuty. Osobiście widzę go w Hometown Glory (Adele) albo Father & Son (Cat Stevens). Szkoda, że jego wykonanie w połowie zagłuszały na spółkę kudłata i blondi.
Szesnastoletnia Karina Balaszowa wprowadziła latynoamerykański klimat. Wydaje mi się, że największym minusem wykonania był jej młody wiek i brak doświadczenia, co trochę było widać podczas występu. Karina ma jeszcze wiele nauki przed sobą i z pewnością może wiele osiągnąć, ale póki co nie będzie dla nikogo stanowiła poważnej konkurencji.

Sergiej Asafatov

Kolejny uczestnik to Erlan Baybazarov. Bardzo mi się spodobał jego występ. Od początku do końca bawił się muzyką i w pełni zasłużenie dostał trzy krzesła. Facet ma bardzo radiowy, współczeny głos. W amerykańskiej wersji pewnie zaginąłby w tłumie, ale tutaj ma ogromną szansę zaistnieć, bo uderza w zupełnie inny rodzaj wrażliwości.
Krystyna Karabnowa zaprezenotwała utwór nieżyjącej już Amy Whitehouse. Szacunek dla każdego wokalisty, który próbuje mierzyć się z legendarną artystką. Występ był fajny, a sama Krysia ma najoryginalniejszą barwę głosu spośród uczestników show. Unikalność to zarazem jej największy atut jak i przekleństwo. I tu dużo będzie zależalo od jej trenerów - łysego i kudłatej - będą musieli uważać, aby nieprzegapić jej potencjału.
O matko, znaczy Marko Kwytka przypomniał mi o wcześniejszym występie Erlana. Co ich łączy to radiowość, ale niestety w dwóch różnych znaczeniach. Jego konkurent był bardzo naturalny, a Marko z kolei mocno kontrolował swój występ. Mam wrażenie, że całość była wymuszona i tym bardziej dziwią mnie cztery krzesła. Nic się nie stało. Marko jest do zapomnienia.
Pomiędzy występem Lydii Ly, a Marko była jeszcze jedna uczesntniczka do której nikt się nie odwrócił, a więc nie będę o niej pisał, a szkoda, bo brzmiała znaczenie lepiej niż poprzednik i następczyni, ale może gust kształtuje się geograficznie i to, co podoba się mi, nie podoba się Ukraińcom. W każdym razie Lidia wygląda zdecydowanie jak gwiazda muzyki pop, ale wokalnie zupełnie mi się nie podobało i tu jestem w opozycji do naszych sąsiadów. Dla mnie brzmiała jak kot obdzierany ze skóry.

Erlan Baybazarov

Po występie Igora Szalkowa dużo się spodziewałem. Zwłaszcza, że zaznaczył swoje zainteresowanie do muzyki R&B. Spodziewałem się wiele, a otrzymałem bardzo mało. Może i wokalnie nie jest koszmarny... tak do końca koszmarny i z właściwym utworem dałoby się coś zrobić... Wydaje mi się, że ostatecznie polegnie w drugiej rundzie konkursu.
W tym momencie zacząłem zastanawiać się, czy trzy najlepsze występy dali na początek odcinka, a teraz pogrążamy się w nicości. I wtedy pojawił się Sergiej Kleynis. Czym się w życiu zajmuje? Jest instabloggerem i to chyba jedyna rzecz, która mnie rozwaiła. Myślę, że chłopak wyjątkowo dobrze wpasowuje się w konwencję talent show - młody, utalentowany, sympatyczny. Czy ma szansę wygrać? Ma szansę zajść daleko, wygrać nie. Mam teorię, że najbardziej zorientowanym trenerem jest blondzia, a co za tym idzie jestem pewny, że odwróciła lub odwróci się do zwycięzcy. Sergiej nie jest na tej liście.
Odcinek zamknął występ aktorki, Darji Petrożyckiej. Na początek muszę wspomnieć, że to bardzo ładna kobieta, czuć, że ma klasę, ale to jak ją ubrali wołało o pomstę do nieba. Jeśli zaś chodzi o występ do bardzo podobała mi się pierwsza połowa, która była płynna i przyjemna dla ucha. Nie podobał mi się finał i wysokie dźwięki. Niby wszystko było okej, ale jakoś mi to razem się nie zgrywało. Mimo wszystko dziwi mnie tylko jedno odwrócone krzesło i trochę się zaczynam zastanawiać na ile to faktycznie "blind audition", a ile w tym zakulisowych działań.


Top 3 odcinka:
1. Sergiej Asafatov
2. Erlan Baybazarov
3. Darja Petrożycka