Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2024

Zło czai sie wszędzie [Wakacyjne wyzwanie]

Trzecie hasło Wakacyjnego wyzwania to tenis. Meg dała mi do wyboru dwie propozycje. Anime odrzuciłem z miejsca, bo mam ostatnio przesyt japońskich animacji. W ten sposób zostałem z filmem Zło czai się wszędzie (oryg.Evil Under the Sun) i tu chcę powiedzieć, że bardzo mi się podoba angielski tytuł, który jakoś podświadomie wywoływał u mnie niepokój. 

Meg trochę oszukała z tym hasłem jak trener serwujący zawodnikowi środki dopingujące, bo z belgijskim detektywem miałem już do czynienia w wyzwaniu, a co więcej Zło czai się wszędzie zdaje się być... nie chcę tego nazywać sequelem, ale jest historią z tej samej serii, co Śmierć na Nilu (5 edycja WW), no ale tak uczciwie ta edycja mocno uderza w jakieś allstarsowe klimaty. I wspominam o tym ponieważ w roli Herkulesa ponownie pojawia się Peter Ustinov.

Zło czai się wszędzie to produkcja z 1982 roku w reżyserii Guya Hamiltona. Historia jest adaptacją opowiadania o Poirocie autorstwa Agathy Christie z 1941 roku. W ogóle to daje fantastyczne świadectwo o samej autorce, bo czterdzieści lat po napisaniu książki ludzie nadal chcą kręcić filmy na jej podstawie. 

Sama historia jest dość banalna. Herkules Poirot poszukuje zaginionego diamentu. Trop prowadzi go do hotelu na tropikalnej wyspie, a wkrótce potem dochodzi do morderstwa znanej aktorki.

Ponownie wspomnę, że David Suchet mocno zaistniał w mojej świadomości jako Poirot, bo nie będąc fanem przygód belgijskiego detektywa przed oczami nadal miałem serialowego odtwórcę roli. Oczywiście, nie mam nic do zarzucenia grze aktorskiej Petera Ustinova. Uważam, że bardzo dobrze sobie poradził - był bardzo neutralną postacią taką jaką powinien być śledczy. Myślę, że za jakiś czas poszukam innych filmów z tym aktorem. Dużym zaskoczeniem była Maggie Smith w obsadzie. Babka jak zawsze obłędna.

Film ma bardzo prostą konstrukcję: poznajemy bohaterów i relacje między nimi. Reżyser daje nam czas na poznanie każdej... no dobra, większości postaci. Mimo że początkowo ten natłok hotelowych gości mnie odrzucił to szybko zacząłem uczyć się wszystkich.  Akcja przyśpiesza przed samą zbrodnią. Potem jest przesłuchanie, wyjaśnienie i kurtyna w dół. Nie chcę za bardzo porównywać tej produkcji do Śmierci na Nilu i chyba zakończę na tym, że ten film podobał mi się bardziej. Możliwe, że wynikało to z nieznajomości rozwiązania, chociaż domyśliłem się kto jest mordercą bardzo szybko. I moje największe zastrzeżenie - finał historii - szybki i trochę wymuszony. 

Wspomnę jeszcze o scenie znalezienia zwłok. Zastanawiam się, czy Joanna Chmielewska czasem nie inspirowała się tą historią pisząc Dużą polkę, ale to już moja totalna dygresja. Słońce, plaża i afery kryminalne po prostu dobrze współgrają ze sobą.

Produkcja jest bardzo... klimatyczna? Wygląd, zachowanie postaci, muzyka, ujęcia. Nawet jeśli nie jest to wybitne to posiada charakter. Co zwróciło moją szczególną uwagę to duża dawka poczucia humoru. Film jak na kryminał nie jest ciężki. Wielokrotnie sytuacje ważne przeplatają się z jakimiś komediowymi wstawkami. I tu miałem jakieś dziwne skojarzenie z komediami francuskimi z lat 70-tych. Byłem bardzo zaskoczony tym, że produkcja trwa ponad dwie godziny, bo zleciało naprawdę szybko. Nie wiem, czy pisałem o tym już wyżej, ale w tej edycji wyzwania to zdecydowanie najlepsza propozycja.

Czy obejrzałbym ponownie? 

Na pewno przejrzę filmografię Petera Ustinova. Filmu drugi raz raczej nie obejrzę, bo to jednak zagadka i mimo wszystko oglądanie jej ze znajomością rozwiązania jest średnie.

sobota, 13 lipca 2024

Sklep dla samobójców [Wakacyjne wyzwanie]

 

"Piłka nożna" czyli pierwsze hasło Wakacyjnego wyzwania odnosi się do filmu Sklep dla samobójców (oryg.Le Magasin des Suicides). O francuskiej animacji w reżyserii Patrice'a Leconte'a (Mój najlepszy przyjaciel i polecam) pierwszy raz usłyszałem kilka lat temu, ile dokładnie strzelać nie będę, bo zaraz okaże się, że nie wiem jak czas działa. W każdym razie wtedy obejrzałem zwiastun i byłem na tyle zaciekawiony, że postanowiłem zapoznać się z nim przy najbliższej okazji. I gol! Po latach... mamy to.

 Film powstały na podstawie powieści Jeana Teulé'a o tym samym tytule skupia się na małżeństwie Mishimy i Lukrecji, którzy prowadzą sklep dla samobójców. W asortymencie znajdują się żyletki (zwykłe i zardzewiałe), trucizny, pistolety, sznury i co tam jeszcze może uatrakcyjnić śmierć. Życie pary zmienia się diametralnie z narodzinami syna, który wbrew całemu światu jest zawsze uśmiechnięty. 

Świat wykreowany w filmie jest wyjątkowo szary i smutny. Dorośli mają wykrzywione, pełne zmarszczek i smutku twarze. Dzieciaki to inny kaliber; mam wrażenie, że ich pesymizm (jeśli istnieje) jest bardziej wywołany przez dojrzewanie i przez to nie obejmuje wszystkich, a syn sklepikarzy Alan nie stanowi żadnego wybryku natury.

Miasto, podobnie jak klienci, jest bardzo anonimowe - wysokie i piętrzące się budynki stoją w opozycji do małego sklepiku, który mimo zabójczego asortymentu jest skromy i uroczy, a przy tym dziwnie tętniący życiem.

Animacja jest bardzo ładna. Mimo przeważających szarości kolorowe elementy wybijają się i są bardzo przyjemne dla oka. Podobnie jest z postaciami głównych bohaterów, które są bardzo przyjemne dla oka. 

Film był zaskakująco muzyczny, bo przez niedługi czas trwania przewinęło się z jakieś cztery lub pięć piosenek? Żadna mi się nie podobała.

Czytając opis lub chociażby oglądając zwiastun Sklepu dla samobójców człowiek nieintencjonalnie podejrzewa o czym będzie film i po części ma się racje. Mimo to zakładałem, że narodziny Alana będą miały znacznie większe znaczenie dla fabuły, niż w rzeczywistości miały. Jasne, chłopiec próbuje zmienić swoją rodzinę, ale to dzieje się gdzieś obok. Nie byłem pewnym co jest tym najważniejszym elementem filmu: Alan, jego siostra, ojciec czy klienci. Sam finał również rozczarowuje, bo wszystko dzieje się za sprawą magicznego: "kończymy film happy endem" i tyle. A ja mam takie, co, dlaczego?

Czy Sklep dla samobójców wpisuje się w ramy czarnej komedii? No niby tak. Wydaje mi się, że gdzieś ten humor uciekał i nie do końca został wykorzystany potencjał tematu. Wiele rzeczy było płytko potraktowanych i zastanawiam się, na ile historia odzwierciedla książkowy pierwowzór, a na ile została okrojona, aby zmieścić się w 80 minut trwania filmu. Nie wiem.

Na koniec seansu zostałem z mocno mieszanymi uczuciami. Od strony animacji było bardzo dobrze, a od fabuły raczej okej z minusem za zakończenie. Nie wiem co jeszcze mogę dodać.

Czy obejrzałbym ponownie? 

Raczej nie jest to film, który mnie zaangażował. Nie będę o nim myślał o nim godzinami po seansie, ale wreszcie miałem okazję by obejrzeć.

niedziela, 1 stycznia 2023

Wielkie NIC 2022 roku

Miałem taki zwyczaj, że pierwszego stycznia wstawiałem post o filmach obejrzanych w minionym roku. Potem ta świecka tradycja, gdzieś przepadła, a wraz z nią jakiekolwiek chęci do czegokolwiek (i nie chodzi mi wyłącznie o bloga), bo w wielu kreatywnych aspektach chciałbym coś robić, ale nie wychodzi mi. Brakuje mi na to siły i to nie jest okej. Można od czasu do czasu poobijać się, ale czasem taki stan trwa za długo i zaczyna mnie przerażać, bo marnuję czas na NIC. Chciałbym to zmienić, nie jako jakieś postanowienie noworoczne, czy dlatego, że nagle w cudowny sposób odzyskałem siły. Chciałbym to zrobić dla samego siebie, żeby nie marnować więcej czasu na wielkie NIC.

Wracając do pierwszego zdania. Mam ogromne zaległości filmowe. Zwykle z obejrzanych filmów chwaliłem się wynikiem trzycyfrowym, ale w roku 2022 obejrzałem zaledwie 74 filmy, a przynajmniej na tyle wskazuje mój "łebowy" profil.

Najlepiej ocenioną produkcją było Okno na podwórze. Jestem trochę zaskoczony, że wcześniej nie oglądałem tego filmu. Najbardziej podobały mi się dialogi oraz żywy "obraz" z okna. Nigdy bym nie pomyślał, że podglądanie sąsiadów może być takie emocjonujące, ale jak udowodnił główny bohater jest ciekawe i niebezpieczne. Drugim bardzo wysoko ocenionym przeze mnie filmem było Ale miazga!, o którym wspominałem w jednym z filmów na youtube, a więc nic nowego tutaj nie napiszę. Polecam oba. 


Najlepszą premierą roku 2022 był dla mnie Hellraiser. Seria, która latami szukała sposobu na stworzenie dobrego filmu, stworzyła go, poprzez odcięcie się od historii i wyjście z nowym pomysłem. Brutalny, mroczny, ciekawie opowiedziany.

 

Szczęśliwego Nowego Roku! I cześć, wkrótce.

piątek, 22 lipca 2022

[Wakacyjne wyzwanie] Lucky Luke (2009)

Koń jako środek lokomocji. Wcześniej warto zapytać czy ja w ogóle miałem styczność z koniem.

 

 Meg ostatnio: 

To jednak świadczy dobrze o Luke’u, że Oskar Readmore – który dotąd nie miał zbyt wielkiej styczności z samotnym kowbojem – właśnie tak go odbiera:

Bo sprawa jest bardziej złożona. Nie ma nic złego w tym, że jakaś postać jest „dobra”. Zwłaszcza, jeśli ma trafiać zarówno do młodszych jak i starszych odbiorców. Pytanie, czy twórca zaprezentował ją tak, aby budziła sympatię.

 

W drugiej rundzie (nie podoba mi się to określenie) Wakacyjnego wyzwania musiałem obejrzeć aktorską wersję Lucky Luke’a z 2009 roku. Poniżej możecie poczytać różne, niekoniecznie uporządkowane przemyślenia na temat filmu i UWAGA – moich wygórowanych oczekiwań.

Nasze posty z wakacyjnych „zadawanek” mają pewne szczególne formy, u Meg tekst zaczyna się od wspomnienia hasła, u mnie od wypisywania całego ciągu bzdur, potem opisujemy fabułę, wrażenia i kończymy na tym, czy ponownie obejrzymy serial lub film. I tu będzie trochę inaczej...

Bo czy w ogóle muszę opisywać historię Lucky Luke’a? Esencję przygód kowboja stanowi jego samotna wędrówka przez dziki zachód oraz walka z niesprawiedliwością. W tym ujęciu historia ma wiele wspólnego z moim ukochanym samurajem Usagim Yojimbo. I to jest rzecz, za którą mogę cenić twórców zarówno jednego jak i drugiego herosa - odpowiednio prowadzona opowieść. Odpowiadając na to pytanie i tak i nie, ale o tym za chwilę.

Reżyserii aktorskiej wersji Lucky Luke’a podjął się James Huth, który jak się okazało wcześniej stworzył jeden z najbardziej znienawidzonych przeze mnie filmów – Surfera z Nicei, ale na plus w obsadzie znaleźli się Jean Dujardin, którego mimo Surfera z Nicei lubię, zaś w rolę ojca głównego bohatera wcielił się Gabriel Corrado (Sidła miłości <3). W filmie nie zagrał też John Wayne, co warto zaznaczyć. 

I za nim zapomnę pierwszy raz miałem okazję poznać genezę tej postaci. Nigdy nie zastanawiałem się, jak Lucky Luke został kowbojem. O ile oczywiście reżyser nie wymyślił tej historii na potrzeby swojego filmu. 

 


Film wzbudził moje zainteresowanie, ale i obawy. Na dobrą sprawę nigdy wcześniej nie sięgałem po Lucky Luke’a*. Owszem, istniał on tam gdzieś w mojej świadomości, ale podobnie jak Asterix i Obelix nie był czymś, z czym koniecznie chciałem się zapoznać. I nie przez przypadek wspominam tu o dobrodusznych Galach, którzy mają wiele wspólnego z kowbojem. Oba dzieła przeszły długą drogę od komiksu, przez animację, aż po film aktorski. Przeniesienie historii z kart komiksu na ekran nie jest prostą rzeczą, o ile postaci Goscinnego dobrze odnalazły się na ekranie kinowym tak kowboj stworzony przez Morrisa już niekoniecznie.

Filmowy Lucky Luke obrał ciekawy kierunek, bo postanowił przedstawić coś na kształt kryzysu bohatera, ale żeby nie było za poważnie twórcy starali się łagodzić go poprzez różne gagi.

Przed seansem nastawiłem się na historię bardziej stonowaną, komiksową (wiem, że nie znając komiksów nie powinienem zabierać głosu), ale liczyłem na coś w klimacie Asterixa i Obelixa, Ballady o Daltonach czy nawet komiksowych kardów, których często używa Meg w swoich lipcowych tekstach o kowboju. Tam czuje się taką lekkość i spokój w tym, co chce się stworzyć. Do pełni szczęścia wystarczyłaby mi banalna historia o budowie torów, aktorskie wersje Daltonów, Dicka Diggera (nie, Meg, to się nie liczy) oraz Ming Li.

Konstrukcja filmu też nie do końca mi odpowiadała. Montaż testował moją cierpliwość i patrząc na niektóre sceny zastanawiałem się, po co, dlaczego? Drugą sprawą były nietrafione żarty. Teraz usiłuję sobie przypomnieć, czy zaśmiałem się na filmie chociaż raz. Aktorsko dobrze wypadł Billy Kid, reszta przeciętnie, Jessie James (domyślam się, że taki miał być, ale…) za bardzo. Sama opowieść była źle poprowadzona, bo nawet ja przewidziałem ogromny twist i PRAWDZIWY czarny charakter stojący za intrygą.

Moje oczekiwanie nieco wyminęły się z rzeczywistością i trochę mnie to zasmuciło. Lucky Luke nie jest postacią wymagającą wiele kombinacji - to heros niosący pomoc potrzebującym. Wierzę, że od dekad przyciąga czytelników z całego świata właśnie swoim usposobieniem i prostotą. Oczywiście nie ma nic złego w tym, aby spróbować przedstawić go inaczej, ale myślę, że reżyser Surfera z Nicei nie jest najodpowiedniejszą osobą do dźwignięcia legendy. 


Czy obejrzałbym ponownie?

Już nie mając oczekiwań względem historii pewnie tak, ale musi upłynąć trochę czasu.

 

*sam z siebie

środa, 20 października 2021

10 filmów o zombie na Halloween

Poruszam się wolno, nieco kołysząc się na boki. To był ciężki dzień, a ja czuję się ledwo żywy. Jeśli już jesteśmy przy byciu ledwo żywym to chciałbym zaproponować wam dziesięć filmów o zombie, które warto poznać lub odświeżyć sobie przez Halloween. Zapraszam. 


 


niedziela, 25 lipca 2021

[Wakacyjne wyzwanie] Kolacja z arszenikiem

Nie jem kolacji. Zostałem przez grzeczność. Uciekłem przed deserem.


Filmem z kategorii komedia postawionym przez Meg w ramach Wakacyjnego wyzwania była Kolacja z arszenikiem (oryg.The Last Supper) i jest to pozycja, która wywołała u mnie ogromny entuzjazm, chyba (tfu, zdecydowanie) największy jaki kiedykolwiek i cokolwiek wywołało w ramach tej zabawy. Przede wszystkim był to film, który "wisiał" na mojej liście do obejrzenia od bardzo dawna...

Komedia sama w sobie jest niezwykle wdzięcznym gatunkiem, bo potrafi odnaleźć się we współpracy w każdym, innym wytworem dziesiątej muzy. Moim poczuciem humoru jest czarna komedia, a filmy takie jak Ze śmiercią jej do twarzy (oryg. Death Becomes Her) oraz Sok z żuka (oryg. Beetle Juice) są moimi ulubionymi pozycjami. 

Kolacja z arszenikiem została wyreżyserowana i (na spółkę z mężem) napisana przez Stacy Title w 1995 roku. Film opowiada historię piątki młodych ludzi, którzy w ramach naprawy świata postanawiają truć arszenikiem gości zapraszanych na kolacje. Nie posiłkowałem się żadnym streszczeniem fabuły, a jedynie opisałem to, co udało mi się zawrzeć w pierwszej myśli, ale mimo chaosu to właśnie zasiadanie przy stole, pojenie arszenikiem i pytania o poglądy (niewłaściwe dla bohaterów) stanowi oś filmu.

W rolach gospodarzy "ostatniej wieczerzy" znaleźli się Cameron Diaz, Jonathan Penner oraz Courtney B. Vance, a wśród gości zasiedli między innymi Bill Paxton i Ron Perlman. Obsada naprawdę mocna, chociaż w wydaje mi się, że jak wiele filmów z lat 90-tych mocy dopiero nabrała po dekadzie lub dwóch.

Bardzo podobał mi się początek filmu i dla ułatwienia nazwijmy go "pierwszą kolacją". Był intrygujący początek, ciekawy dialog, humor i scena kulminacyjna zakończona śmiercią. Tak działa czarna komedia. Centrum żartu ma być makabryczna sytuacja, a co może być bardziej makabrycznego od zamordowania gościa podczas kolacji?  Za to uwielbiam czarne komedie. 

Kolacja z arszenikiem, jeszcze przed seansem, kojarzyła mi się mocno z moim ukochanym Płytkim grobem (oryg. Shallow Grave), którego hasłem przewodnim było niewinne zapytanie "czymże jest odrobina morderstwa w gronie dobrych przyjaciół"? Takie niewinne spłycenie poważnego czynu znajduje również uzasadnienie w filmie Stacy Title. Bohaterowie w obu przypadkach to aroganccy, wykształceni ludzie o hedonistycznym nastawieniu do świata i jakąś pogardą dla ludzi spoza kółka wzajemnej adoracji. 

Filmy dzieli jednak motyw działania, bo w dziele Boyle'a są nim pieniądze, zaś u Title ma być naiwna chęć naprawienia świata. Problem w tym, że założenia szybko się rozpadają, a im dalej w las, tym toporniej. Kolejne kolacje kwituje szybki temat przewodni spotkania, zgon i nowy krzaczek pomidorów. Brakuje jakichś interakcji pomiędzy bohaterami, a wątpliwości pojawiają się trochę od czapy, podobnie jak nieustępliwość. Nie do końca rozumiem wątek policjantki, który dość niespodziewanie i brutalnie zostaje zakończony. Finał filmu mógł być bardziej dynamiczny, jeśli nie poprzez akcję to chociaż przez dialog. 

Nie licząc krótkometrażowego Down on the Waterfront, Kolacja z arszenikiem stanowiła debiut reżyserski Stacy Title. Czy  był ambitny? Mam wrażenie, że miał być taki, ale nie do końca udało się łapanie kilku srok za ogon na raz.

Zastanawiam się, dlaczego Meg zaproponowała mi właśnie ten film. Nie mam pojęcia jaką wiedzę na temat reżyserki posiada Meg, ale chcę jeszcze o czymś wspomnieć. 

Na początku tego roku Stacy Title zmarła po długiej walce z chorobą. Styuacja była mi znajoma (chociaż nie kojarzyłem jej jako postaci związanej z filmem) z powodu jej męża, Jonathana, jednego z moich ulubionych zawodników reality show Survivor. Myślę, że chociaż Stacy Title nie zapisała się złotymi literami w historii kina to cieszyła się miłością męża oraz dzieci.

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Dwie dekady filmów grozy

 Dawno nie dodawałem żadnych filmików. To pierwszy materiał video, który zrobiłem od bardzo dawna.




piątek, 1 stycznia 2021

Filmy obejrzane w 2020

Nowy rok rozpocznie się od serii postów "Och, 2020 już się skończył, hura". Za nami ciężki rok i wczorajsze, symboliczne pożegnanie wszystkich nieszczęść za nim się wlokących niesie za sobą jakąś ulgę. Niezmiennie, oglądałem filmy, trochę inaczej niż wcześniej, bo oglądałem też seriale (nic wielkiego). Niezmiennie oceniałem je. Niezmiennie wybrałem najlepsze. I po raz siódmy przedstawiam moje odkrycia filmowe w formie blogowej notatki. W 2020 roku obejrzałem 147 filmów, z czego 22 pozycje stanowiły produkcje z 2020 roku, a oto najlepsze z nich.

 



Hiszpański komediodramat Żyj dwa razy, kochaj tylko raz opowiada historię profesora matematyki, który cierpi na Alzheimera. Z dnia na dzień z człowieka cieszącego się własnym towarzystwem oraz liczbami staje się zależny od własnej rodziny - córki, męża i wnuczki. Nie zauważyłem momentu, w którym film zaczął łapać mnie za serce swoją dobrocią i banalnym, ale prawdziwym przekazem - każdy chce być kochany. 

Hotel Mumbaj opowiada o serii ataków terrorystycznych w Mumbaju z 2008. Film koncentruje się na zamachu w hotelu Taj Mahal. Na pierwszy plan wysuwają się poszczególne postaci dramatu - obsługa hotelu, goście oraz terrorysta. Film A.Marasa wbija w hotel pod względem realizacyjnym jak i emocjonalnym. 

Pewnie ciężko byłoby znaleźć kogoś, kto uzna Searching za film bardzo dobry, albo przynajmniej taki, który mógłby konkurować pod względem realizacji z Żyj dwa razy, kochaj tylko raz lub Hotel Mumbaj. Mimo to na moich listach zawsze znajdzie się jeden tytuł, który wybiega gdzieś poza obiektywne (mam nadzieję, że jestem obiektywny) osądy i staje się po prostu tytułem, do którego bardzo chętnie wracam i to jest właśnie Searching. Film w całości jest kręcony za pomocą kamerek internetowych, mamy zrzutki na Facebooka, Twittera oraz Instagrama. Fabuła koncentruje się na poszukiwaniach ojca (John Cho) zaginionej córki. Dzięki tematyce forma kręcenia filmu - "riserdżu" - sprawdza się doskonale.



Najlepszy film powstały w 2020? Obejrzałem 22 tytuły. Przeglądając własne oceny doszedłem do wniosku, że bardzo wiele z nich było średnich. Najpierw chciałem napisać tu o Rebece, potem o Naprzód, a w końcu o Antebellum, ale mimo to żaden z nich nie podobał mi się z czystym sumieniem. Najbardziej spodobała mi się Wyspa fantazji. To film przygodowy z domieszką fantastyki. Mimo że często wyświetla się z tagiem "horror 2020" to tytuł, który spokojnie możesz obejrzeć z całą rodziną. Grupa ludzi zostaje zaproszona przez ekscentrycznego milionera pana Roarke'a na tytułową wyspę. Wyspa potrafi spełniać najskrytsze fantazje tych, którzy na nią przybywają. Jednak mają to do siebie, że toczą się swoim rytmem. 

 

To najlepsze filmy z 2020 roku. W tym roku nie chcę niczego obiecywać, bo nie wiem, jak rozwinie się moje blogowanie. Mam wiele rozpoczętych tekstów i będę starał się je ukończyć o Big Brother, Simsach, ciekawe odkrycia nie tylko filmowe, Meg... Mam także wiele rozpoczętych filmów na kanał na Youtube (moja największe nieszczęście to utracenie materiałów do 13 miesięcy grozy). Cóż... banalnie, życzę wszystkim wszystkiego.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

10 egoistycznych decyzji w horrorach

Polecam oglądać za nim mój kanał na youtube zostanie usunięty. Po raz kolejny dostaję roszczenia za wykorzystywanie materiałów potrzebnych do analizy tematu. Powoli to robi się wkurzające.


sobota, 9 maja 2020

Wyśniony piątek trzynastego

9 maja 1980 roku premierę miał Piątek trzynastego. Przeciętny slasher stał się początkiem długiej serii, której bohaterem był Jason. Wszystko zaczęło się od przewrócenia łodzi na Crystal Lake. O zakończeniach pechowych piątków w materiale poniżej. Zapraszam.


piątek, 8 maja 2020

Czy ja o czymś nie wiem? Totalny szok część pierwsza i ostatnia

Czy ja o czymś nie wiem? Dla jasności, nie wiem o wielu rzeczach i prawdopodobnie o drugim wielu, tu przyjmuję "wielu" jako miarę wartości, wolałbym nie wiedzieć. Do wczoraj byłem przekonany, że są na tym świecie pewne rzeczy i niezmienne. Takie, które mi jako widzowi dają poczucie niechcianego komfortu w postaci kliszy. Ach, jakby ten cały american dream wyglądał paskudnie bez utartych schematów? Wyobrażacie sobie, jak to jest nie znać szczęśliwego zakończenia przed napisami końcowymi?
Filmowe klisze są bardzo wytrzymałe, bo nie da się ich przemielić przez hollywodzką maszynkę do robienia pieniędzy. Pewien porządek musi być zachowany i nie ma o co się gniewać. Czasem jednak złapię się na tym, że wyświechtana historia bawi się ze mną.
Niezapomnianym mistrzem pastiszu był Wes Craven. Jego horrory skupiały się na ogromnej ilości udziwnień i pułapek fabularnych, że aż chciałoby się rzucić tekst o niszczeniu czwartej ściany. Samą w sobie pułapkę stanowi chociażby Krzyk. W latach dziewięćdziesiątych, dawno po latach świetności slashera, Wes wyszedł z nietuzinkowym projektem będącym horrorem w horrorze. Jego wizja fabularna kilkakrotnie złamała fabularne założenia kina grozy. Zaangażowana do projektu Drew Barry Moore odegrała rolę pierwszej ofiary. I tu można powiedzieć, jak bardzo nie roztropnie było nie wykorzystać popularności aktorki, o ironio, wykorzystał twarz, która jest na plakacie reklamującym film. Craven zabawił się z nami i dał to czego nie moglibyśmy się spodziewać. Cały film jest fabularną zagadką, która bawi się z nami i nie podąża jasnymi ścieżkami. Podobnie zabawił się reżyser Korpoludków. W obsadzie tej kanibalistyczno-thrillerowo-komediowej historii przedstawił postaci dramatu Demi Moore, Eda Helmsa oraz bandę nieznanych aktorów, którzy są wyjątkowo niecharakterystyczni, mało ciekawi i tyle w temacie. Spodziewamy się jatki i szokiem jest fakt, że pierwszy głowę traci Ed Helms, dosłownie. I tyle. Nie wiem na ile rola pierwszej ofiary była mu pisana, a na ile reżyser postanowił nas zaszokować, ale tak. W historii ważniejsza jest grupa nieznanych aktorów, którzy są wyjątkowo niecharakterystyczni, mało ciekawi i tyle w temacie.

Ed i Demi

O jacie kręcę, jeszcze muszę napisać coś o Hobbicie. Jest sobie Frodo i gra w tym filmie nauczyciela i nie czarując, jest niezadowolony z życia, próbuje napisać książkę. No, archetyp bohatera. I generalnie w szkole, w której uczy jest taka nauczycielka. W ogóle to film nosi tytuł Cooties i wspominałem o nim przy okazji jakiegoś czelendżu. Nie żeby to było jakoś istotne dla mojego wywodu, ale dzieci zmieniły się w zombie po zeżarciu przeterminowanych kurczaków. Drużyna nauczycieli z Frodo na czele staje do walki. I generalnie tam jest taka nauczycielka, do której Frodo się ślini i dla utrzymania stereotypu ona jest w związku z wuefistą, ofc wstrętny, głupi i narcystyczny typek. Wiemy, że wuefista zginie, bo jest dupkiem, a Frodo zdobędzie dziewczynę. Tak musi być. Tylko, że nie... Nauczycielka wyznaje, że kocha wuefistę mimo jego wad, a ten staje się bohaterem ratującym wszystkich przed cholernymi orkami, a Frodo... nie zostaje bohaterem.
Tyle chciałem napisać. Dla utrzymania efektu szoku u czytelnika nie robię podsumowania. Kończę ten tekst bez uprzedzenia, tu i teraz.

piątek, 1 maja 2020

Powrót 13 miesięcy grozy

Po orzerwie powraca 13 miesięcy grozy. Wyzwanie, w którym co miesiąc będę prezentował cztery warte uwagi lub nie horrory, które są powiązane tematyką.


sobota, 25 kwietnia 2020

Absurd goni absurd

Ostatnio tylko filmy i filmy, ale dużo się dzieje i chciałbym zadbać nieco o kanał, na który nie wrzucałem materiałów przez dłuższy czas. Dlatego postanowiłem zrealizować kilka pomysłów, które chodziły za mną od dłuższego czasu.


środa, 22 kwietnia 2020

O tym jak się połapać w filmie Klątwa Ju-On

Przygotowałem wcześniej dwa materiały na temat Klątwy Ju-On. Film jest ciekawy i myślę, że warto obczaić materiały. Pierwszy przed obejrzeniem po jakikolwiek film, a drugi po obejrzeniu Klątwy Ju-On z 2002 roku:


czwartek, 13 lutego 2020

Najlepsze kontynuacje filmowe... [full clickbait]

...w żadnym wypadku nie są to najlepsze sequele.
To tylko 5 moich ulubionych kontynuacji filmowych


Zanim przejdę do listy właściwej chciałbym wyjaśnić, iż miejsce na liście nie oznacza, że dany film automatycznie uważam za lepszy od oryginału. Mogę go bardziej lubić, z pewnością doceniam jako sequel, ale także widzę w nim wartość jako kontynuacji wątków z jedynki lub wręcz przeciwnie doceniam kompletne zerwanie z "pierwszym" filmem. A w ogóle to omawiane filmy pasują do siebie jak pięść do nosa.



Księga cieni: Blair Witch 2
(reż. Joe Berlinger, 2000)

Film zaginionej trójki studentów filmówki zyskuje ogromną popularność. Jeffrey postanawia wykorzystać sławę dokumentu organizując wycieczki do lasu. Wraz z grupą fanów filmów rozpoczyna poszukiwanie wiedźmy. Po nocy spędzonej w lesie bohaterowie zaczynają odczuwać działanie złowrogich sił.
Rozumiem dlaczego ten film jest tak nielubiany i że uważa się go za najgorszy sequel świata, albo przynajmniej zajmujący miejsce w pierwszej dziesiątce. Blair Witch Project zyskał status kultowego dzięki poczuciu autentyczności. Wydaje mi się, że sequel został skazany na porażkę - film fabularny był oderwany od stylistyki dokumentu, zaś pójście drogą poprzednika odebrałoby obu obrazom autentyczności.Sam reżyser przyznał, że został zmuszony do wprowadzenia zmian względem swojej wizji przez co Księga cieni ma inny wydźwięk.
Księgę cieni uwielbiam za demoniczną urodę Kim, ciekawe postaci oraz zaskakujące zakończenie.


Toy Story 4
(reż. Josh Cooley, 2019)

Bonnie, nowa właścicielka Chudego i spółki, tworzy w przedszkolu zabawkę z odpadków. Forky uważający się za śmiecia ucieka. Nieustraszony kowboj wyrusza w podróż, aby sprowadzić uciekiniera. Wkrótce trafia do antykwariatu.
Trzecia część Toy Story była pięknym zwieńczeniem sagi o przyjaźni i potrzebie przynależności. Czwarta odsłona porusza się po znanych schematach, aby przekazywać nam dobrze znane prawdy o miłości i poszukiwaniu własnego miejsca. Najbardziej ucieszył mnie powrót Bo Pee. Mimo że pasterka nie była pierwszoplanową postacią to jej obecność w postaci wsparcia  dla kowboja i reszty była odczuwalna. Dlatego cieszę się, że w czwórce dostała ogromną rolę i z klasycznej królewny zmieniła się we współczesną, niezależną bohaterkę Disneya.
Toy Story 4 to piękna animacja, starzy i lubiani bohaterowie oraz nowe postaci, które z miejsca zyskują sympatię.


Piątek trzynastego II
(reż. Steve Miner, 1981)
Od masakry nad jeziorem Crystal Lake minął rok. Alice Hardy nadal stara się uporać z przerażającymi wspomnieniami. Tymczasem obóz zostaje ponownie otwarty, a wśród uczestników pojawiają się plotki o Jasonie.
Franszczyzna Jasona ma bardzo długą historię, a w swojej karierze zaliczyła więcej wzlotów i upadków niż przeciętna final girl uciekająca przed mordercą w masce hokejowej. Kolejne filmy powtarzały utarte schematy, tylko czasem dodając od siebie niewielki akcent odróżniający część od poprzedniej. Mimo wszystko seria Piątek trzynastego jest kochana przez fanów. I trudno się dziwić, bo daje nam to czego właśnie oczekujemy od slashera - prostą i niezobowiązującą rozrywkę.
Miałem dylemat wybierając pomiędzy częścią drugą, a czwartą. Ostatecznie wyżej stawiam część drugą, która posiadała najlepszą final gril w historii slasherów, no i rolę mordercy przejmuje Jason (chociaż jest nieco inny od tego, który utarł się w masowej wyobraźni).



Unfriended: Dark Web
(reż. Stephen Susco, 2018)
Matias tworzy program tłumaczący język migowy na angielski za pomocą znalezionego laptopa. Podczas przeglądania plików wraz ze znajomymi odkrywa tajemnice poprzedniego właściciela urządzenia. Tym samym zostaje wciągnięty w niebezpieczną grę.
Seria Unfriended to najbardziej oryginalna pod względem technicznym seria grozy jaką mogłem oglądać. Oczywiście wcześniej było The Den, ale jakościowo mam wrażenie wygrywa Unfriended. Po szaleństwach z found footage twórcy Unfriended poszli o krok dalej i zaprezentowali horror w całości bazujący na zapisach obrazu z kamerek internetowych. Dark Web buduje inną historię w oparciu o schemat "jedynki", a przy tym jest dojrzalszy, jeśli można to w ogóle tak określić.
Zdecydowanie plusy za atmosferę, wiarygodne i dające się polubić postaci oraz nową historię.


T2: Trainspotting
(reż. Danny Boyle, 2017)
Po dwudziestu latach Mark Renton powraca do Edynburga, gdzie musi stawić czoła przeszłości. Sick Boy planuje nowy biznes, a czymże on byłby bez udziału dawnych przyjaciół?
Nie mogę uwierzyć, że od premiery fenomenalnego Trainspotting musiało minąć, aż dwadzieścia lat. Nie wierzyłem, że wybitne dzieło Boyle'a kiedykolwiek doczeka się kontynuacji. Czy możliwe byłoby stworzenie filmu, który dorówna jedynce? Czy słysząc plotki o dawnym konflikcie reżysera z aktorem mogliśmy liczyć na powrót Ewana McGregora na plan? Jeśli Trainspotting był próbą przebudzenia się z narkotycznego snu, tak T2 jest spacerem po krzykliwej rzeczywistości. To zdecydowanie najbardziej sequelowata kontynuacja na mojej liście. Poszczególne sceny stanowią hiołd dla flimu z 1997 roku, a przy tym nie jest on kopią, czy parodią, a dobrym filmem dźwigającym historię Rentona i spółki.
Największymi plusami jest aktorstwo, reżyseria oraz poczucie nostalgii w ostatniej scenie.

A tak i jeszcze napiszę w temacie, ale jednak gdzieś obok tematu, że wyczekuję wizyty pewnego doktora na dvd.

wtorek, 14 stycznia 2020

To jest kiepski film

czyli recenzja To: rozdział 2


Po sukcesie artystycznym i finansowym filmu To: rozdział 1, Andy Muschietti miał przed sobą trudne zadanie wyreżyserowania kontynuacji godnej jego poprzedniego dzieła. My jako widzowie pełniliśmy rolę obserwatorów wychwytujących informacje na temat postępów w pracach nad filmem, od czasu do czasu drżących na myśl o jakimś castingowym wyborze, czy rozwiązaniu mogącym w naszej ocenie zniszczyć estetykę filmu z 2017 roku. Na Muschietti'ego spadła zaś rola barda, który miał nam dokończyć historię o Derry. Niestety To: rozdział 2 filozoficznie jest bliższy Mamie, niż pierwszemu filmowi o upiornym klaunie.
Po dwudziestu siedmiu latach nad miasteczkiem Derry w stanie Maine znów zbierają się czarne chmury. Dorośli członkowie klubu frajerów, zgodnie ze złożoną obietnicą, wracają w rodzinne strony, aby uporać się z potworami z dzieciństwa.
Andy Muschietti postanowił zrezygnować z intuicyjnej formy twórczej, na rzecz bardzo bezpiecznego filmu, który za pewne spodoba się widowni. Od strony technicznej To: rozdział 2 prezentuje się dość dobrze. Mamy ładną pracę kamery, skoki z teraźniejszości w przeszłość są płynne, mamy mocną obsadę zarówno po stronie dorosłej jak i dziecięcej, czy już bardziej nastoletniej, a scenariusz odsłania przed nami, niewielkie, ale jednak, fragmenty historii Pennywise'a.
Moim głównym problemem z tym filmem jest bez emocjonalne podejście twórców do historii. Wiem, że nie powinienem unikać porównań, ale przy dziele wzorowanym na powieści Kinga, które doczekało się wcześniej ekranizacji, i które wbrew wszystkiemu okazało się świetny nie da się inaczej.
W miniserialu z 1990 roku cała sekwencja scen prowadzących do śmierci Stanleya budowała napięcie. Tutaj z kolei śmierć bohatera jest upchnięta pomiędzy innych scen i właściwie nie wstrząsa widzem w żaden sposób. Co przekłada się na finał, gdy bohaterowie otrzymują listy od zmarłego, a my mamy to w zasadzie gdzieś.
Takie beznamiętne podejście przekłada się na ogólny bałagan i bezcelowość. Film otwiera scena, swoją drogą bardzo aktualna i kurwa, jak koncertowo zjebali jej potencjał, w której para homoseksualistów zostaje zaatakowana przez grupkę chuliganów. Twórcom nie chce się tłumaczyć zasadności tego wątku, a ja, czy inna osoba nie znająca powieści Kinga niekoniecznie zrozumie wydźwięk tej historii i to, że jest ona zwiastunem zła powracającego do Derry. I tym gorzej, bo mogła być ona łódką Georgie'go dla tego filmu.


Jednak sama bezcelowość nie jest najgorsza, bo o ile w bałaganie możemy przynajmniej odnaleźć jakąś zabawę, tak sceny, niby posuwające historię do przodu zamykają są monotonne, nieciekawe i służą wyłącznie zapchaniu czasu, bo inaczej nie potrafię wyjaśnić takiego lenistwa. Otóż frajerzy poszukują talizmanów niezbędnych do rytuału, w tym każde z nich udaje się w miejsce z przeszłości, otrzymuje nudną retrospekcję, pojedynek z gollumopodobnym potworem i jedziemy z kolejnym... Już dobra, nuda, ale czy to musiało być, aż tak obrażać inteligencję widzów? O ile rozumiałem pocztówkę ukrytą za listwą podłogową tak Billy odnajdujący w studzience kanalizacyjnej papierową łódkę Georgiego, którą ten posiał tam dwadzieścia siedem lat temu i zdobywa ją za przyzwoleniem Pennywise'a.
Elementy grozy w rozdziale 1 wbrew napisom na drzwiach nie należały do najstraszniejszych, ale mimo wszystko potrafiły uderzyć w nas emocjonalnie, gdy była taka potrzeba. Duża w tym zasługa Billa Skarsgårda wcielającego się w postać morderczego klauna. Dlatego nie potrafię... okej, chyba rozumiem sens zabiegu, ale myślę, że świadome rezygnowanie, czy umniejszanie postaci Pennywise'a nie było najlepszym posunięciem. Średnio pocieszne monstra przypominające dziecko Mamy i Golluma nie oddają terroru, a w dodatku ripostowane przez protagonistów zdają się zupełnie tracić na znaczeniu.
To: rozdział 2 nie jest filmem złym, ale bardzo wiele brakuje mu do dzieła wybitnego lub chociaż nierozczarowującego, na które liczyliśmy po rozdziale 1. W zamian za to dostaliśmy kolejny średniak, który dla miłośników części pierwszej jest jednak obowiązkową pozycją. Wszyscy pozostali mogą sobie podarować seans. Jeśli zaś chodzi o Muschietti'ego jest on zdolnym i pracowitym reżyserem. Niestety nie do końca potrafi zbalansować rzemiosło oraz stronę artystyczną. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne produkcje nakierują go na właściwe tory i dzięki temu gatunek horroru zyska cholernie zdolnego reżysera.

środa, 1 stycznia 2020

Filmy obejrzane w 2019

Chciałbym zacząć od skargi na moją ładowarkę, która ostatnio coś ściemina i zamiast ładować leci ze mną w kulki, no bo jak nazwać 2% przez dwie godziny? Zanim jednak przejdę do tematu właściwego, ci którzy mnie znają pewnie zauważyli już, że chcąc coś odwlec zaczynam pisać o jakichś bzdurach, ewentualnie nie wiem jak zacząć i przyznaję się do tego otwarcie. To nie tak, że w 2019 oglądałem same gnioty! Boże, uchowaj, oglądałem też wartościowe filmy. W 2019 roku obejrzałem 144 filmy, co prawda mniej niż w poprzednim podsumowaniu, ale było to związane z serialami, książkami, komiksami, muzyką.
Z całą pewnością dałem się pochłonąć serialom, bo o ile oglądam jeden, dwa odcinki serialu przez cały rok tak w tym popłynąłem; było AHS, Terror, Channel Zero, Hotel Beau Séjour i powiem wam, z punktu widzenia niedoświadczonego widza seriali, oglądanie całych sezonów za jednym posiedzeniem nie jest dobre.
Co za to jest dobre? Brytysjki dramat o wojnie nuklearnej z 1984 roku był świetny. Threads przedstawia małe miasteczko dalekie od konfliktów politycznych, którego bohaterowie, przedstawiciele klasy średniej, mają własne radości i zmartwienia. Gdzieś w tle pojawia się widmo wybuchu trzeciej wojny światowej, ale jest ono na tyle surrealistyczne, że szkoda nim się zamartwiać. Threads nie przynosi żadnych dobrych emocji. Jest straszny, przygnębiający, ponury i najgorsza jest świadomość, że wojny nie da się cofnąć.
Przeżywające swój renesans kino superbohaterów jest mi obce. Czasem zahaczę okiem o artykuł na temat nowej produkcji na Planecie Kapeluszy, czy zwiastun. Próbowałem się zainteresować filmami Marvela i z czystym sumieniem stwierdzam, że nie mają mi nic do zaoferowania. Dlatego dużym zaskoczeniem okazał się film Zacka Snydera - Watchmen. Strażnicy. Strażnicy miażdżą emocjonalnie na bardzo wielu poziomach. Film skrajny, bo jednocześnie odpychał i przyciągał. Fenomenalna estetyka. Ostatnie miejsce na podium roku 2019 zajmuje Green Book. Filmy takie jak Green Book nie mają potrzeby przedramatyzowania w mówieniu o tym, co ważne. Po prostu są autentyczne.




     


Za najlepszy film z 2019 roku, który obejrzałem uważam Toy Story 4. Przyznaję, że na kontynuację przygód zabawek czekałem od chwili ogłoszenia planów przez wytwórnię, no... dobra, tak naprawdę czekam od chwili pojawienia się informacji na temat wątku Bo Pee. W każdym razie bardzo się cieszę, że seria miała szansę dopowiedzieć ostatni wątek, o którym zapomniała trójka i tyle.


 Napiszę jeszcze, że w 2020 najbardziej wyczekuję premiery Dune.

piątek, 27 grudnia 2019

7 cudów świata, czyli moje odkrycia w 2019 roku

Pokemon Red
Gra z gatunku RPG wyprodukowana przez Game Freak w 1996 roku na konsolę Game Boy. W grze wcielamy się w postać trenera pokemonów, którego zadaniem jest łapanie kieszonkowych stworków oraz walki z innymi trenerami, którzy stoją nam na drodze do tytułu mistrza.


Moją przygodę z serią gier Pokemon rozpocząłem od edycji Silver/Gold, czyli bardziej dopieszczonej wersji Red/Green/Blue. O pierwszych grach mówi się w kontekście błędów oraz upierdliwej mechaniki, zaś Lavender Town obrosło w legendy. Nigdy nie czułem ani chęci, ani potrzeby do cofania się w odległą przeszłość Game Boya, a szansą na rewizytę w Kanto były gry Leaf Green i Fire Red będące remake'ami oryginałów. W tym roku zmobilizowałem się i rozpocząłem Red. Gra sama w sobie jest całkiem przyjemna, a przy tym wprowadza niedokońca znane mi poczucie nostalgii. Od Red do Sword/Shield nastąpił ogromny przeskok. Nie chodzi wyłącznie o grafikę i mechanikę, ale także aspekt kulturowy. Pokemony łączą pokolenia.


Overboard
Komedia romantyczna z 2018 roku w reżyserii Roba Greenberga będąca w pewnym stopniu sequlem/ rebotem filmu Dama za burtą (1987) z Kurtem Russellem i Goldie Hawn. W obsadzie znaleźli się Anna Faris, Eugenio Derbez oraz Eva Longoria. Wypadek i tymczasowa amnezja splatają, jak tu już w komediach romantycznych bywa, losy miliardera Leonarda i samotnej matki Kate. 


Nie ma co się roztrząsać. Overboard (I że ci nie odpuszczę) to zwyczajna komedia romantyczna z banalnym pytaniem - miłość, czy pieniądze, ale czy właśnie banały nie są najlepsze? Chociaż znamy odpowiedź od pierwszej chwili to sama historia jest niezwykle sympatyczna dzięki parze głównych bohaterów. Farris i Derbez, którego lubię za Instrukcji nie załączono wykonali kawał dobrej roboty. Oglądałem już niezliczoną ilość razy.


Usagi Yojimbo
Ukazująca się od 1987 roku amerykańska seria komiksowa autorstwa Stana Sakai. Bohaterem historii jest Usagi, królik-ronin, samotnie przemierzający szesnastowieczną Japonię. Komiks dzieli się na niezależne opowiadania zainspirowane japońskim folklorem i legendami. Postaci to antropomorficzne zwierzęta.


To nie pierwsze wydanie Usagiego w Polsce. Przed kilkoma laty wychodziły zeszyty wydawnictwa Mandragora, a potem Egmont. W tym roku wydawnictwo Egmont zdecydowało się na nowe wydanie historii o roninie. Od poprzednich zeszytów różni się ono przede wszystkim objętością. W jednej księdze mamy kilkanaście historii o Usagim utrzymanych w barwnym wachlarzu emocji - mamy crossover z Żółwiami Ninja, komedię, horror, romans, a także kryminał. Wyczynem byłoby przeczytać komiks i nie znaleźć w nim przynajmniej jednej historii, która człowieka nie wciągnie całkowicie i bez reszty.


Jazzforacat
Ukraiński duet akustyczny złożony z Sergieja Asafatova i Sergieja Jaciury, a wcześniej Dmitriego Koshelnika. Założony w Winnicy i działający od 2016 roku. Panowie brali międzyinnymi udział w ukraińskiej wersji programu X Factor, a także Mam Talent. Ich debiutancki album nosi tytuł Ważne szczegóły (Важливі деталі).


Zagrał jazzowy kawałek i tym kupił uwagę swojego kota. Tak ponoć powstała nazwa dla grupy. Tworząc listę zastanawiałem się, czy nie wpisać po prostu Asafatova, za którego sprawą polubiłem duet. Poza fantastycznym wokalem Sergiej jest również utalentowanym multiinstrumentalistą, a przeglądając teledyski można zwariować od ilości instrumentów, na których artysta potrafi grać. Wcześniej był on liderem rockowej grupy Martovi Orchestra, a po jej rozpadzie założył Jazzforacat. Chociaż stylistycznie to dwa różne światy to dla jego głosu warto przesłuchać płytę. Moje ulubione utwory to Jesteśmy (Ми Є), Od wiosny do wiosny (Від весни до весни), a z Martovi Orchestra Ty i ja (Ти і Я). I spokojnie, w tym roku poświęcę trochę uwagi muzyce, a więc Sergiej jeszcze pojawi się na blogu.


American Horror Story: 1984
Akcja dziewiątego sezonu antologii stworzonej przez duet Murphy i Falchuk skupia się na obozie Redwood, na którym w latach 70-tych doszło do krwawej masakry. Jednya ocalała uczestniczka tamtych wydarzeń, Margaret Booth, postanawia ponownie otworzyć obóz z pomocą grupy młodych osób. W międzyczasie z zakładu dla obłąkanych ucieka sprawca masakry w Redwood.


Tym razem AHS skoncentrował się wokół slasherów, które niepodzielnie królowały w latach 80-tych. Twórcy przemycili do swojego dziewięcioodcinkowego dzieła atmosferę tamtych czasów, a także wiele nawiązań do ukochanych przez widownię slasherowych morderców. Pierwszy raz od bardzo dawna bohaterem sezonu była historia, a nie postać. Cieszy mnie nieobecność weteranów serii, bo nowa obsada daje radę, a każde z nich jest równie ważnym elementem pracującym na sukces AHS. Były zwroty akcji, emocje i czego można życzyć sobie więcej? American Horror Story 1984 był jak pierwszy powiew wiosennego wiatru po długiej, nieprzyjemnej zimie.


Metro 2033
Powieść postapokaliptyczna powieść autorstwa rosyjskiego pisarza Dmitrija Głuchowskiego. Wydana w Rosji w 2005 roku, a w Polsce w 2010 poprzez wydwawnictwo Insignis. Metro 2033 jest pierwszą częścią trylogii przedstawiającej losy ludzi, którzy po wybuchu wojny nuklearnej są zmuszeni do zamieszkania w podziemiach moskiewskiego metra.


Autor wykreował rzeczywistość obcą, niebezpieczną i toksyczną, a jednak tak dobrze znaną nam. Po wybuchu wojny nuklearnej świat znędzniał, ale ludzie pozostali bez zmian. Metro jest nieco satyryczną kalką naszej rzeczywistości. Stacje metra przeobrażają się w małe państewka z odrębnymi prawami i systemami wartości, a czytelnik wraz z głównym bohaterem (obaj w równym stopniu nieobyci z tym światem) podróżują od stacji do stacji. O ile bardzo przyjemnie podróżowało mi się z Artemem, przeżywając różne wydarzenia na równi z nim, tak finał nieco mnie rozczarował. Mimo to w przyszłym roku chciałbym sięgnąć po inne książki Głuchowskiego.


Chanel Zero: No-end House
Drugi sezon antologii opierającej się na miejskich legendach serwowany przez kanał Sy-Fy. Sześcioodcinkowa seria przedstawia historię upiornego domu pojawiającego się w przypadkowych lokacjach. Katie z grupą znajomych postanawia odwiedzić tą niezwykłą atrakcję turystyczną. O ile wejście do domu jest proste, tak opuszczenie go sprawia sporo trudności. 


Spacer po No-end House potrafi przyprawić o dreszcze. Tajemnicze postaci, ciemne zakamarki i chłód bijący zewsząd sprawiał, że ten nietypowy dom strachu utrzymywał poczucie niepokoju. I tu moim zdecydowanym faworytem był pokój numer pięć. Twórcy No-end House bardzo chcieli stworzyć dobry serial z wciągającą historią, mroczną atmosferą i postaciami, którymi będzie można kibicować (akurat to ostatnie średnio wyszło). Nie mam wątpliwości, że jest to jeden z ciekawszych seriali grozy.

Mam nadzieję, że spodobało wam się moje siedem odkryć, których dokonałem w 2019. Może spotkaliście się z którymś wcześniej? A może zapoznacie się z nimi w nadchodzącym roku?
I przy tej okazji życzę wszystkim szampańskiej zabawy sylwestrowej i pełnego fajnych wrażeń roku 2020!